2019. Rok wyroku na Polskę
25.02.2019

Wyda go ława przysięgłych w składzie ponad trzydziestu milionów obywateli RP. Ci, którzy nie wezmą udziału w głosowaniu, też go wydadzą. Przez zaniechanie. I niech potem nie mówią, że za nic nie są odpowiedzialni.
Prawica, praktycznie PiS, posiada pewne i trwałe poparcie mniej więcej — ze wskazaniem na: więcej — jednej trzeciej wyborców, co przy podziale opozycji, niezmienionej liczbie wyborców i przeliczniku D’Hondta, zapewniałoby utrzymanie absolutnej większości i dalsze sprawowanie władzy. A dalsza władza PiS to dalszy i długotrwały upadek cywilizacyjny, izolacja i osamotnienie Polski w Europie. Klęska.
Opozycja wprawdzie się zjednoczyła jak dalece to możliwe, lecz to jeszcze daleko nie rękojmia wygranej.
PiS tym razem, nawet nie za bardzo łagodnieje przed wyborami – narodowcy cisną! – a jeśli je wygra, to już nie będzie miał żadnych hamulców i będzie się mścił za przeżywane przed nimi upokorzenie i strach. Prawdopodobnie będzie realizował zobowiązania wobec ks. Rydzyka i jego szantażu przy pomocy montowanej przez siebie partyjki. Kryzysu gospodarczego zapewne jeszcze nie będzie, lecz sytuacja na pewno będzie trudniejsza i mniej będzie środków na zaspokajanie coraz to nowych oczekiwań i żądań społeczeństwa. Z reguły, w takiej sytuacji polityka wewnętrzna staje się bardziej opresyjna.
Na wewnętrznej może się nie zakończyć. Najprawdopodobniej, po niewypale Trójmorza, PiS tylko do wyborów odłożył przystąpienie do antyunijnej koalicji – Salvini, Le Pen, Orban – demontującej Unię Europejską.
Zmienić się przy tym na niekorzyść może również sytuacja partii opozycyjnych i niezależnych mediów, dzięki którym mogą one docierać do społeczeństwa. Częstsze będą oskarżenia, zatrzymania, procesy. Liderzy opozycji, jeśliby nadal walczyli między sobą o więcej dla siebie przed wyborami, zmniejszaliby szanse na ich wygranie i przybliżali sytuację, w której stracić mogą to, co mają teraz.
Na szczęście… Późno, bo późno, ale wreszcie prawie cała demokratyczna opozycja tworzy Koalicję Europejską. Pozostająca na uboczu partia Razem nie ma żadnego znaczenia. Zaś Wiosna Roberta Biedronia tworzy problem.
Tysiąclecia DUOPOLU
2005 | 2007 | 2011 | 2015 | do B. | z B. | |
PO | 2,8mln 24,1% | 6,7mln 41,5% | 5,6mln 39,2% | 3,7mln 24,1% | 27,4% | 21,8% |
PiS | 3,2mln 27,0% | 5,2mln 32,1% | 4,3mln 29,9% | 5,7mln 37,6% | 37,6% | 37,1% |
Razem | 6,0mln 51,1% | 11,9mln 73,6% | 9,9mln 69,1% | 9,4mln 69,1% | 65,0% | 59,9% |
Tabela powyższa już jest historyczna. Wybory do Sejmu z ubiegłych lat – wiadomo. Ale też dwie ostatnie kolumny; notowania na chwilę przed entrée Biedronia i zaraz po nim, to już też nieaktualne sondaże, bo zmieniają się one z dnia na dzień. Jest w niej jednak obraz układu, który w ciągu kilkunastu lat zmienia się, owszem, ale nie zasadniczo.
Rok 2005. Wynikły z przemiany 1989, podział na komuchów i solidaruchów (ew. z przedrostkiem post) był już wówczas ciągniony za uszy, a gdy Włodzimierz Cimoszewicz wycofał się z kandydowania na prezydenta, antykomunistyczna kampania trafiała w próżnię. Jarosław Kaczyński dostrzega wówczas inny, autentyczny podział i szybko zmienia front. Ogłasza podział na Polskę solidarną i liberalną. On z PiS to jest ta solidarna, a Platformę pozycjonuje jako liberalną. Poniekąd słusznie, choć to już nie jest liberalizm młodego Tuska z KDL, Kongresu Liberalno-Demokratycznego.
Uwaga; będą dygresje, a po co, to PT. Czytelnicy zobaczą.
Dwudziestowieczny wybitny brytyjski historiozof, Arnold Toynbee wykazał, że w zacofanych społeczeństwach, mających do czynienia z silniejszymi pod względem ekonomicznym i militarnym, występuje jako prawidłowość podział na dwa odłamy. Jeden nastawia się na przejmowanie nowoczesnych wzorców, w łączności z tym nowoczesnym środowiskiem, a drugi na separację od nich, celem zachowania tradycyjnego modelu.
Moderatorem był król Judei i okolic, Herod Wielki, który żadnych młodzianków nie mordował, lecz głównie członków najbliższej rodziny. Rządził z nadania Rzymu, którego imperium obejmowało prawie całą ówczesną cywilizację i do niej Herod dopasowywał to, nad czym władał. Zaciekłymi wrogami jego i Rzymian, byli dewocyjni zeloci, walczący o taki Izrael, jaki już był przeszłością. Historia i współczesność obfitują w takie klasyczne układy i nie trzeba daleko ich szukać.
Polska zaczęła być państwem wyraźnie odstającym od Europy, kiedy przyhamowana w rozwoju przez Kontrreformację, została zniszczona przez Potop, wojny kozackie, wojny z Rosją. Paweł Jasienica w „Rzeczpospolitej obojga narodów” pisał, że pokolenia, które nie pamiętały czasów sprzed Potopu, nie zdawały sobie sprawy jak wspaniałym, bogatym państwem była Rzeczpospolita. W tych to pokoleniach zarysował się klasyczny w tych sytuacjach podział; z jednej strony sarmaci, podgolone łby, kontusze i karabele, z drugiej fircyki w peruczkach, fraczkach i przy szpadach. Konstytucja 3 Maja vs. Targowica, choć targowiczanie już byli we frakach i perukach.
Później nad tym sporem zaciążyła utrata niepodległości. W jakimś stopniu jednakże dotyczyła Polski debata słowianofile vs. zapadnicy (od słowa zapad – zachód) w XIX – wiecznej Rosji.
Równolegle z rosyjską dysputą, ścierały się podobne kierunki w Chinach, gdzie zwyciężył izolacjonizm i w Japonii, gdzie wygrała nowoczesność, co w wojnie 1904/1905 odczuła Rosja.
Rosyjska debata przez dłuższy czas była prowadzona po obu stronach przez autorytety; naukowców, publicystów, działaczy państwowych i religijnych, na odpowiednim poziomie i bez wzajemnej wrogości. Podziały nie były ostro zarysowane i przedstawiciele obu nurtów w pewnych sprawach zgadzali się ze swymi oponentami. A pod koniec XIX wieku, wybitny filozof, Władimir Sołowiow, zapadnik i jednocześnie głęboko religijny ekumenista, zauważył, że podział się zdecydowanie upraszcza. Słowianofilstwo stawało się prymitywnym nacjonalizmem i walka z nim stawała się walką między obskurantyzmem i oświeceniem.
Czym można to zaostrzenie wytłumaczyć? Może świat nie zamierzał czekać na zacofanych, a oni czuli się coraz bardziej zagrożeni?
Wracając z odległej przeszłości, zatrzymajmy się jeszcze raz w naszym roku 2005. Zrozumiały modernizm i konserwatyzm? Dwa nurty, dwa kierunki? To nie było należycie wyraziste dla Kaczyńskiego. Proklamował dwie Polski, bo zależało mu, aby spór stał się ostrym, jątrzącym konfliktem. I poszło!
I teraz spójrzmy na powyższą tabelę. W pierwszych – 2005 – wyborach między Polską SOLID i Polską LIB od razu włącza się w tę rozgrywkę nieco ponad połowa elektoratu. W roku 2007 jest to już prawie trzy czwarte. Ostatnio trochę tylko mniej niż dwie trzecie. Biedroń nieco tylko nadgryzł ten układ i to w pierwszym momencie, gdy poparcie dlań skoczyło na krótko do 16 procent.
Trzeba głupoty i zaślepienia lewicy, żeby przez lata, z uporem atakować POPIS jako zmowę elit, rozpisaną na rolę złego i dobrego policjanta. Ewentualnie jako na zacietrzewienie elit, ich nierozumną rozgrywkę na ciele społeczeństwa. A przecież te dwa kierunki są odbiciem kardynalnego podziału w społeczeństwie, takiego, jaki historia odnotowuje w różnych krajach od czasów króla Heroda. Każdy z tych kierunków odpowiada na zapotrzebowanie milionów oddających głosy, a wyraża i wykorzystuje stosunek do rzeczywistości ze strony jeszcze szerszego kręgu. Wynika z usytuowania ludzi w społeczeństwie, jak i z systemu pojęć, emocji. Wszystko to razem nie za bardzo poddaje się perswazjom.
A w Studio Opinii komentator Sławek pisze pod artykułem p. Jerzego Łukaszewskiego („Alarm w latrynie” 2019-02-16); „Jasne, że Biedroń próbuje zmienić płaszczyznę sporu politycznego z problemów fikcyjnych, nieistniejących (podkr. e.s.)na rzecz rozwiązywania problemów rzeczywistych. Tym samym niszczy podstawy istnienia establishmentu politycznego. Nie niszczy podstaw, bo one są nie fikcyjne, lecz istniejące w społeczeństwie. Niezależnie od manewrów i haseł kolejnych showmanów. Biedroń tylko sobie i jakiejś grupie wykraja działkę w tym establishmencie, nie licząc się z ryzykiem pozostawienia Polski we władaniu PiS. Spójrzcie, proszę, raz jeszcze na dwie ostatnie kolumny powyższej tabeli, żeby zobaczyć, komu Biedroń odbiera głosy! Potwierdza to, zresztą, p. Sławek: „… Biedroń i jego sztabowcy… Sprytnym chwytem marketingowym przeciągają na swoją stronę dotychczasowych zwolenników partii opozycyjnych, skupiając się głównie na krytyce PO i względnie oszczędzając PiS. Lansują się przy okazji na samodzielną siłę dezawuując lub lekceważąc możliwości budowania koalicji antypisowskiej.
Panu Sławkowi to się podoba. Mnie nie. Dla polityków, którzy nie widzą dla siebie należytego miejsca w strukturach tego układu, pozostaje do zagospodarowania margines. Fakt, że on się poszerza, ale to ciągle margines. I pokrzykiwania o rozprawie z duopolem POPIS odnoszą skutek ograniczony, ale w roku 2019 może on być fatalny dla Polski.
Ostrożność procesowa, a wyborcza
Wysoki Sądzie! Zakończony przewód sądowy, a w nim dowody ze świadków, biegłych, wizji lokalnych, wykazały niezbicie niewinność mojego klienta. Nie wyobrażam sobie innego werdyktu niż uniewinnienie. Gdyby mnie jednak wyobraźnia miała zawieść, to z ostrożności procesowej, zwracam uwagę na młody wiek, dotychczasową niekaralność i trudne dzieciństwo oskarżonego.
Tego typu ostrożność stosuje się w wielu dziedzinach i najrozmaitszych sytuacjach. Jej brak bywa nawet karalny, a w polityce jest karygodnym ryzykiem.
Sondaże są instrumentem nie do przecenienia w nowoczesnej polityce. Dzięki nim można na bieżąco śledzić postawy i poglądy, uwzględniać je i starać się je kształtować, sprawdzając skutek. Ale największe zainteresowanie budzą one jako prognozy wyborcze. Czyli tam, gdzie są najbardziej zawodne.
Czy za pozostaniem Polski w EU jest 79, czy 82 procent badanych to nie ma większego znaczenia. Wiadomo czego się trzymać. Ale o wyniku wyborów może zdecydować kilka procent głosów. W roku 2005 w wyborach do Sejmu PiS miał nad PO 2,9 procent przewagi, a w dziesięć lat później Andrzej Duda z Bronisławem Komorowskim wygrał różnicą 3,1 procent. Przy czym do trzech procent może wynosić błąd w sondażach opartych na próbce wynoszącej około tysiąca osób. I jak m.in. pisał Jakub Bierzyński, właściciel sondażowni Kantar Millward Brown, z reguły wyniki władzy są nieco zawyżone i zaniżone opozycji. Nie wiemy jednak z góry jak dalece. I w dodatku, wyborca może zmienić decyzję między dniem udziału w sondażu i dniem głosowania. Tym bardziej że niektórzy dopiero w kabinie wyborczej decydują, jak będą głosować.
Powyższe zastrzeżenia trzeba brać pod uwagę w wyborach jednej osoby; wójtów, burmistrzów, prezydentów miast (łącznie 2002 osoby) i państwa. Tam mamy wybory większościowe, jak również do mniejszych gmin i Senatu (sto okręgów). Victor D’Hondt przypomina o sobie i dodatkowo komplikuje prognozy w wyborach do rad gminnych powyżej 20 tysięcy mieszkańców, sejmików, Parlamentu Europejskiego (13 okręgów) i Sejmu (41 okręgów).
D’Hondt odbiera tym, którzy dostali mniej, a dodaje tym którzy dostali więcej i w dodatku w zmiennych proporcjach, co bardzo utrudnia kalkulację. A już szczególnie dotkliwie przy wyborach — sejmowych. Ten przelicznik stosuje się bowiem w każdym okręgu oddzielnie.
W największym, warszawskim wybiera się dwudziestu posłów. Powiedzmy, że partia Mała zdobyła 10 procent głosów. Nie przekłada się to na dwa mandaty. D’Hondt zabiera jej jakąś część głosów i dorzuca je partii Dużej. W wyborach jednakże uczestniczy jeszcze partia Tycia. Dostaje 4 procent głosów i ponieważ znalazła się poniżej pięcioprocentowego progu, to wszystkie jej głosy stanowią dodatkowy benefis Dużej, która będzie miała proporcjonalnie więcej mandatów, niż otrzymała głosów. A Mała dostaje jeden mandat, czyli 5 proc. całości, mając 10 procent poparcia.
To, oczywiście bardzo uproszczony obraz. Podobnie jak teraz ten dla okręgu mającego dziesięć mandatów. Mamy ich w kraju pięć. Niech w takim okręgu Mała ma też dziesięć procent głosów, lecz z tego jest zrzutka na Dużą. Tycia też dostaje swoje cztery procent, które powiększają procentowy stan posiadania Dużej. Po operacji D’Hondta Mała nie ma ani jednego posła z tego okręgu.
Nie rozważamy teraz, czy taka ordynacja jest dobra, czy zła. Wydaje się, że celowe by było utrzymanie pięcioprocentowego progu dla partii (8 proc. dla koalicji), żeby Sejm nie przypominał jarmarku, jaki się zrobił w 1991 roku, po pierwszych wolnych wyborach. Natomiast D’Hondt, stosowany dla ułatwienia rządów, okazał się niebezpieczną pułapką, bo umożliwił sejmowy zamach stanu. Władzę mniejszości nad całością.
Na razie jednak jest, jak jest. Obowiązująca ordynacja, przy bardzo ograniczonej wiarygodności sondaży i wadze każdego procenta, wymaga wzmożonej ostrożności. Nie wpadać w depresję przy gorszych notowania ni w euforię po lepszych, lecz konsekwentnie robić swoje. To znaczy, że chcąc wygrać, trzeba wybierać tylko najpewniejsze sposoby i unikać ryzykownych, które służyłyby po drodze jeszcze jakimś innym celom poza wygraniem wyborów.
Trochę tak jak z ostrożnością procesowa, zawartą w etyce adwokackiej. Obrońcy wolno robić tylko i wyłącznie to, co służy interesom jego klienta.
Cyfry, cyfry, procenty
Pisze pan Łukaszewski, w w/wym. artykule; „Wielu polityków, ale i komentatorów, zachowuje się tak, jakby byli właścicielami głosów wyborczych, które jakiś zbrodzień usiłuje im odebrać. Na tej podstawie wyliczają skrupulatnie punkty procentowe, liczbę miejsc w przyszłym parlamencie, posługując się D’Hondtem jak Biblią i to dosłownie – przypomnijmy sobie, jak naciągało się i naciąga Biblię do usprawiedliwienia i uzasadnienia swoich własnych interesów, niewiele mających z nią wspólnego.”
Że się naciąga Biblię, mówił mi lata temu jeden z moich nauczycieli zawodu, red. Bartosz Janiszewski. Wskazywał, że istnieją trzy uniwersalne źródła, którymi podeprzeć i obalić można wszystko; właśnie Biblia, dzieła klasyków marksizmu-leninizmu i „Przygody dzielnego wojaka Szwejka”.
Bibilia zawiera 1189 rozdziałów, 31102 wersety i ponad milion słów, a formuła D’Hondta to tylko kilka znaków i cyfr. Sondaże dają obraz przybliżony, lecz przy liczeniu głosów ta formuła jest bezlitośnie precyzyjna. Ten krótki zapis ma ostatnio egzystencjalne znaczenia dla Polski i nie zmieni tego swada, z jaką w cytowanym kawałku wyraża się jego lekceważenie. Na razie musimy więc trzymać się tego, co najbliżej późniejszych precyzyjnie liczonych wyników. Sondaży. Przytaczam najświeższe.
IPSOS z 14-16 lutego: PiS-33.9%, KE-33.2, Wiosna-12.0, Kukiz-7.9, Korwin+RN-6.1. Ten garnitur przekraczał pięcioprocentowy próg. Poniżej progu partie z łącznie 6.9 procentami głosów.
ESTYMATOR z 23 lutego: PiS -38.5%, KE-33.3, Wiosna-10.2, Kukiz-7.0, PSL (przed wieczorem jeszcze nie w KE)-5.1. 11 procent głosów poniżej progu.
Niebawem pojawią się sondaże uwzględniające skompletowanie Koalicji Europejskiej przez akces PSL i niespodziewane posunięcie PiS, którego liczne i hojne benefity socjalne nie są obietnicami na po wyborach, lecz posunięciami, które będą realizowane w miesiącach poprzedzających wybory. Jest to novum w praktyce politycznej, dodatkowy efekt uwiarygodniający. Trudno przewidzieć, jaka będzie reakcja potencjalnego elektoratu na te dwa wydarzenia. Dla ostrożności trzeba uwzględnić zmianę niekorzystną dla opozycji. Zresztą, bardziej prawdopodobną.
Trzeba przy tym uwzględnić, że szansa na zachowanie władzy przez PiS kryje się nie tylko w notowaniach Zjednoczonej Prawicy. Skrajna prawica, czyli Korwin plus narodowcy, nawet partyjka Rydzyka, to niekoniecznie zagrożenie dla PiS. W zależności od wyniku wyborów do PE i późniejszych notowań wszystkich uczestników rozgrywki, ugrupowania te mogą wesprzeć PiS w koalicji wyborczej lub powyborczej. Na pewno wesprze Kukiz ze swoją niewielką pulą głosów. W sondażu z 14-16 lutego ten zbiór, Kaczyński+, ma 47.9 procent poparcia. Nie licząc rydzykowców, których udział spod progu też trzeba by dodać. W badaniu z 23 lutego ta suma wynosi 45.5, plus to co Korwin+RN zbierze pod progiem. No i też rydzykowcy.
Tak czy inaczej, PiS ma więc duże szanse na utrzymanie władzy, niechby nawet w szerszej i mniej dla niego komfortowej koalicji. I to również przy bardzo dobrym wyniku KE. Nawet przy wsparciu ze strony Wiosny — przed wyborami czy po — koalicja wokół Kaczyńskiego może być większa i sformować rząd. Stąd wniosek, że zjednoczona opozycja musi się starać o zdobycie znaczącej przewagi.
Czy można inaczej odsunąć od władzy PiS? Oczywiście. Nic prostszego. Trzeba tylko sprawić, by te jego 5 -6 milionów wyborców, na których wciąż może liczyć, nie stanowiło jednej trzeciej z plusem głosujących, ale znacząco mniejszą ilość. Czyli, przyciągnąć sporą grupę nowych wyborców. Oczywiście nie do starych partii w opozycji, które niczego nowego nie pokazały.
Znowu więc, pan Łukaszewski o projekcie Biedronia: „Myślę jednak, że zawiera on wystarczająco dużo nowych pomysłów, by poruszyć te wyborcze „nieużytki”, które dotąd urnę do głosowania znały jedynie ze słyszenia.”
O „nieużytkach” w historycznych wyborach 1989 roku pisałem w artykule „Polemika” Ernest Skalski: Polemiki i cytowałem, co pisał Marcin Zaremba, znany i kompetentny badacz z Instytutu Historii UW i Instytutu Studiów Politycznych PAN: „Nie idą na wybory – i to jest bardzo ciekawe – ludzie ze wsi i małych ośrodków, z niższym wykształceniem. To osoby ogólnie rzecz biorąc określane przez socjologów jako konformistyczne. To osoby, które nie uczestniczą już w życiu obywatelskim… Poza tym to ludzie, którzy boją się zmian – w latach 90 będą oni tworzyć tę grupę, która odczuwa niezadowolenie i frustrację z powodu przemian”.
Ci ludzie trzydzieści lat temu stanowili 38 procent uprawnionych. W ostatnich latach to mniej więcej połowa. Ilu z nich przełamie swoją obojętność obywatelską, by głosować akurat na partię, postulująca aborcję na życzenie, małżeństwa homo z prawem adopcji dzieci, zerwanie Konkordatu, wyprowadzenie religii ze szkół, opodatkowanie tacy i tak dalej? Biedroń odebrał jeden procent wyborców PiS i 2-3 takich którzy „nie mieli na co głosować”, a teraz mają. Jego elektorat to podebrani z partii opozycyjnych, głównie z PO. Oczywiście, każdy ma prawo decydować o swoim głosie, a te decyzje działają na korzyść PiS.
Nie warto wracać do już nieaktualnych wyliczeń sprzed paru dni. Przy ich pomocy, zasłużona skądinąd instytucja, OKO Press, gimnastykowała się, by pokazać jaka kombinacja dwóch odrębnych sił opozycyjnych, z jaką ilością głosów, może odsunąć od władzy PiS. Bez uwzględnienia jego dwóch faktycznych wsporników; Kukiza i Korwina.
Co może miłość! Inteligentni ludzie, w niezliczonych miejscach i w naszym Studio, wysilają umysły, by udowodnić prawie niemożliwe do udowodnienia. Że to co jest trudne do zrobienia w prosty, logiczny sposób, można osiągnąć w sposób bez porównania trudniejszy, wręcz karkołomny. A tylko po to, by móc lansować kolejny, po Palikocie, Zandbergu, obiekt swojej miłości.
Że musi zrobić wszystko, co zwiększa poparcie i wystrzegać się wszystkiego, co może zrażać jej potencjalnych wyborców. Niebezpieczeństwo zrażenia może tkwić w postulatach natury obyczajowej. Znajdują one coraz szersze poparcie, lecz wywołują też opór i mogą się spotkać z rezerwą wielu potencjalnych wyborców opozycji. Tak czy inaczej, jest to szkodliwe otwieranie nowego frontu. Wyborcy, dla których te postulaty decydują o ich wyborze i tak będą głosować na Biedronia i w tym zakresie nie należy się z nim licytować.
To odsunięcie PiS bezwzględnie wymaga od liderów opozycji właśnie takiego obozu i jasnego odróżnienia tego nadrzędnego zadania od nawet ważnych, ale partykularnych celów i interesów ich ugrupowań oraz ich samych osobiście. Jeśli naprawdę chce się wygrać wybory, to w kampanii wyborczej wszystko musi służyć wygranej. I nie wolno robić niczego co tę szansę osłabia.
Faktyczny trójpodział władzy, niezależne sądownictwo, instytucjonalna ochrona obywateli i gospodarki przed politycznymi represjami każdej władzy, kompetentny aparat państwa, przywrócenie Polsce jej pozycji w Europie i świecie, rozsądna polityka energetyczna i ochrona środowiska, między innymi przed szaleńczymi inwestycjami PiS – to cele, które mogą zaakceptować prawie wszyscy poza zdecydowanymi zwolennikami PiS. Natomiast podjęte ostatnio przez część opozycji postulaty dotyczące; naprawy stosunków państwo – Kościół, nauki religii w szkołach, związków partnerskich mają co prawda coraz szersze poparcie, lecz to jeszcze nie znaczy, że już tylko radiomaryjny elektorat PiS jest im przeciwny.
Kościół i wszystko, co z nim związane łączy się dla wielu nie tyle z wiarą ile z kulturą, w której żyły pokolenia, z atmosferą swojskości. Laicyzacja-sekularyzacja nie wyklucza jeszcze całkowicie dominacji plebana, różnej w zależności od miejsca, ale jak się ogarnia pamięcią 50 – 70 lat, to zmiany są kolosalne. Dwa pokolenia, w których czasie miało to miejsce, to nie jest długo jak na wieki relacji pleban – parafianin. I nie ulega ta relacja, w przeciwieństwie do relacji Kościoła z państwem, skokowym zmianom przy zmianie władzy, a nawet ustroju. Ten proces to wynik przemian cywilizacyjnych i przyśpiesza on w miarę przyśpieszenia tych przemian.
Mają oni do Kościoła krytyczny stosunek, a źle przyjmują wszystko, co jakoś skierowane jest przeciw niemu. I bez wątpienia jest ich więcej niż tych, którzy nie zagłosują na nic, co pozbawione jest postulatów laickich. A gdy się walczy o każdy procent, zrażą one choćby pięcio- sześcioprocentowy elektorat PSL, bez którego opozycja nie wygra.

Ernest Kajetan Skalski
Ur. 18 stycznia 1935 w Warszawie) – dziennikarz i publicysta,
z wykształcenia historyk.
