Agnieszka Wróblewska: Zabawa na starość

26.02.2019

Starość nie radość, ale czasem człowieka uraduje. Bo gdybym nie miała za sobą blisko sześćdziesięciu lat współżycia z zawodem dziennikarskim i gdybym nie sięgnęła do teczek z wycinkami swoich artykułów, nie miałabym teraz zabawy z czytaniem tych wycinków zebranych w kilkunastu grubych tekturowych teczkach.

Przez całe życie zawodowe każdy swój wydrukowany tekst w gazetach wycinałam, wpisywałam datę i chowałam do teczki. Po co? Nie wiadomo. Najpierw może z radości, że coś mi publikują, potem pewnie z nawyku. Mamy dzisiaj komputery i „chmury”, archiwa robią się same, ale kiedy zajrzałam do swojego prymitywnego archiwum z wycinkami, poczułam się jak archeolog, który wykopał kawałek życia z dawno minionej epoki.

W tych papierowych wycinkach najmniej zmienił się ich wygląd zewnętrzny. Gazety powstają rzecz jasna całkiem inaczej, ale papierowy wycinek dzisiejszy z wycinkiem przechowanym przez pół wieku da się od biedy porównać. Za to wydrukowana treść, dziennikarstwo, czyli sposób, w jaki się opisywało rzeczywistość no i – przede wszystkim – nasze spojrzenie na tę rzeczywistość zmieniło się tak bardzo, jakbyśmy wylądowali tu na ziemię polską z jakiejś innej planety.

Wydział dziennikarski UW skończyłam parę miesięcy przed październikiem 1956 roku, czyli razem z umownym końcem ery stalinizmu. W Polsce za ten koniec uznaliśmy powrót Gomułki do władzy. Był to zarazem ostatni rok obowiązywania w Polsce nakazów pracy dla absolwentów uczelni. I właśnie z takiego nakazu trafiłam do redakcji „Walki Młodych”, organu komunistycznej młodzieżówki.

Słowa „komunizm” już się wtedy nie nadużywało. Grzechy stalinowskiej formacji, które wyszły na jaw z Kremla i rozlały się po świecie, sprawiły, że ustrój pod rosyjską dominacją nazywał się teraz socjalizmem. Ale nie tylko w słowach nastąpiły zmiany. W zespole mojego pierwszego w życiu miejsca pracy znalazły się też etaty dla kilku towarzyszy pracujących uprzednio w aparacie partyjnym. Stracili tam posady po „pierestrojce” i trzeba było dać im jakiś sposób na nowe życie. To byli moi pierwsi redakcyjni koledzy. Przychodzili rano, siadali przy biurkach, wyciągali papierosy. Zagadywali mnie miło, częstowali herbatką. A w godzinach popołudniowych zapraszali często na kielicha pod jarzynową sałatkę.

Dziennikarstwa nie mogłam się od nich uczyć, bo sami go nigdy nie uprawiali. A że u nas na wydziale dziennikarskim też nie przesadzano z nauką pisania, można powiedzieć, że wystartowałam w zawodzie bez treningu. Do dziś pamiętam wskazówki, jakich nam udzielał na ćwiczeniach asystent od nauki zawodu: – kiedy znajdziecie się w zakładzie produkcyjnym, przede wszystkim należy zanotować hasła wywieszone tam na transparentach. Kiedy więc pierwszy raz znalazłam się na hali produkcyjnej, wyciągnęłam notes i zapisałam nie tylko wezwanie do proletariuszy, żeby się łączyli, ale też informacje na przykład o tym, że „polscy robotnicy nie wypuszczają braków”, że „każda minuta pracy jest na wagę złota” a „bumelanci opóźniają nasz marsz do socjalizmu”.

Kierownictwo mojej pierwszej redakcji uznało jednak, że skoro mam dyplom z tytułem magistra dziennikarstwa to dam radę.

Pierwszy w życiu artykuł napisałam po zbiorowym wyjeździe zespołu redakcyjnego aż do Kłodzka. Mieszkaliśmy tam cały tydzień w hotelu przesiąkniętym zapachem kiszonej kapusty, ale i tak każdego wieczoru wesoło zapijaliśmy wszyscy dziennikarskie wędrówki po powiecie.

Czytam swój pierwszy w życiu prawdziwy artykuł wydrukowany po tej wyprawie na całej kolumnie tygodnika „Walka Młodych”. Tytuł „Automatyczny przełącznik zawodzi” miał wyrażać zdziwienie, że nikt, nawet aktyw młodzieżowy nie ma pojęcia, że w kraju nastąpiły jakieś polityczne przemiany. Tytuł, jak teraz sądzę, miał informować czytelników, a także „towarzyszy odpowiedzialnych”, że odwilż zapowiedziana w Warszawie nie przenika tak łatwo na krańce naszej ojczyzny. Bo tam, w kłodzkim powiecie, jedynie przewodniczący ZMP wspomniał w rozmowie ze mną, że odwiedził ich towarzysz z województwa i kazał spalić książki Stalina w bibliotece, mówiąc, że już nie są ważne. Poza tym życie toczyło się jak zawsze.

Przeglądam swoje wycinki, wyciągam niektóre i widzę, że w opisach rzeczywistości często dzieliłam się z czytelnikami swoimi zdziwieniami. Dziwić się, że coś jest nie tak, jak powinno, stanowiło widocznie formę krytyki łatwiejszą do strawienia przez kierownictwo redakcji i cenzurę. Atakować można było przeciwników politycznych, ale niedociągnięcia czy zaniedbania ludzi pracy, towarzyszy kierowników i innych zwierzchników wypadało traktować łagodniej. Posługując się zdziwieniem, unikaliśmy krytyki, do której musiałyby się odnieść jakieś władze, redakcja musiałaby im odpowiadać i tak dalej. A zdziwienie dawało nam, dziennikarzom, poczucie spełnionej misji: piszemy o tym, co wydaje się niedoskonałe, władza przeczyta i pod wpływem krytyki zmieni swoje postępowanie. Nie wiem, czy w to wierzyliśmy, ale w moich wycinkach zdziwienia powtarzały się często – a nie pamiętam, żeby chociaż raz po takim zdziwieniu poprawiło się gdzieś zaopatrzenie w sklepach albo wybudowano drogę.

W artykule „Górale robią buty” czytam, na przykład, że w kombinacie obuwniczym w Nowym Targu co rok 1500 ludzi porzuca pracę. I to nie tylko z powodu „nieokiełznanej duszy”, jak określa się osobowość górali. Oni mówią, że do fabryki nie ma dojazdu, a ja wyrażam zdziwienie, że władza zwleka tam z budową obiecanej linii kolejowej, co zniechęca ludzi do pracy w kombinacie.

Tekst o tych góralach pisałam już w „Sztandarze Młodych” – był taki duży dziennik młodzieżowy. A jak się w nim znalazłam, warto opowiedzieć. Otóż z braku kadr kwalifikowanych szybko stałam się w tygodniku „Walka Młodych” nie tylko publicystką, od czasu do czasu musiałam też zastępować sekretarza redakcji. I takie właśnie zastępstwo trafiło mi się pechowo przy redagowaniu numeru po kolejnym zjeździe partii. Zgodnie z panującym obyczajem wszystkie gazety, także tygodniki jak nasz, obowiązane były opublikować materiały z tego zjazdu. A kiedy pismo ukazało się w druku (nr 47/1959 rok) i ktoś to przeczytał, okazało się ku naszemu przerażeniu, że w tekście deklaracji ideowo programowej partii poszły zdania na temat organizacji młodych komunistów po wojnie: „oni to byli kierowniczą siłą młodzieży w walce z antyludową, a więc i antynarodową polityką klas. Oni to stanęli do boju z antyludową, a więc i antynarodową polityką Polskiej Partii Robotniczej”.

Zwykły chochlik drukarski wywołał burzę z piorunami. Podobno nawet na posiedzeniu biura politycznego partii poruszono ten temat. Myśmy nie czytali tekstu na t.zw. kolumnach przed drukiem, bo były to tak zwane „gotowce” przysłane z góry. A zecerowi przestawiły się wiersze – druk składało się wtedy ręcznie ze słów w metalu, a że złożyły się tak logicznie, uznano to za świadomy sabotaż i ktoś musiał wylecieć. Zagrożona była redaktor naczelna, trudno się dziwić, że wolała wyrzucić mnie. Po jakimś czasie burza minęła i dostałam etat w „Sztandarze Młodych”, co w dziennikarskim świecie można było uznać za awans. Karząca ręka partii nie była już widocznie taka groźna – w końcu pięć lat minęło od śmierci Józefa Stalina.

W „Sztandarze” dalej opisywałam fabryki, szkoły czy urzędy i ich wysiłki zmierzające do budowania socjalizmu. Oto w nowej Hucie Warszawa młodzież walcuje pierwszą stal w godzinach nadliczbowych, żeby tylko dotrzymać terminu, do jakiego się zobowiązała! I znowu zdziwienia – oto młodzi robotnicy w Warszawskiej Fabryce Motocykli kończą technika wieczorowe, dostają dyplom, odbierają gratulacje, ale awansować do biura nie chcą. Przy desce kreślarskiej zarobi 2 tysiące złotych, a na hali przy maszynie dochodzi do 3,5 tysiąca. No i w rezultacie – dziwię się – w dziale głównego technologa jest do obsadzenia siedem wolnych etatów, a chętnych brak.

Po paru latach przeszłam do tygodnika „Kobieta i Życie”, gdzie kierowałam działem traktującym bardziej o życiu niż o kobiecości. Tu dziwiliśmy się, między innymi, że kobiety nie awansują w pracy, za to w domu pracują na trzech etatach. Czas zdziwień zmienił się w czas złości gromadzonej przez lata, a po nim nastąpił stan wojenny, czyli koniec żartów. W koncernie prasowym, któremu patronował wydział prasy Komitetu Centralnego PZPR, uznano, że nie trzymałam słusznej linii i wręczono mi wymówienie oraz zakaz pracy w koncernie RSW „Prasa”. A koncern ten – dla nieświadomych – obejmował swoim władaniem prócz budynków przy sławnej teraz ulicy Srebrnej w Warszawie niemal wszystkie liczące się w kraju wydawnictwa prasowe. Jednym z wyjątków było wydawnictwo Naczelnej Organizacji Technicznej. Przeniosłam się więc do „Przeglądu Technicznego”, popularnego w tym czasie tygodnika o profilu społeczno-gospodarczym.

Spędziłam tam lata osiemdziesiąte, które nastały po stanie wojennym. Były to lata długiego i ciekawego dogorywania realno-socjalistycznej utopii. Jeździłam do fabryk budowanych z nadzieją i zapałem za wielkie kredyty naiwnie udzielone przez kapitalistów zachodnich Edwardowi Gierkowi. Były to bardzo pouczające wycieczki.

W latach 80. ub. wieku – od stanu wojennego do ostatecznej śmierci „socjalistycznej” utopii – widać było jak w soczewce cały absurd konającego systemu. Edward Gierek, jak wiemy, wzbudził zaufanie kapitalistów tak dalece, że udzielili mu kredyty w imponującej wysokości. Obiecał za to budować fabryki nowoczesne na zachodnich licencjach i produkować tam towary na eksport, którym to eksportem bez trudu dług spłaci.

Kombinaty gierkowskie budowane na kapitalistycznej licencji miały zrobić z Polski mocarstwo przemysłowe. Zachód nie posiadał świadomości, że przy wschodnim modelu planowania i zarządzania, bez wymienialnego pieniądza, z sekretarzami partii, którzy stali za fotelami dyrektorów i kręcili ich głowami, bez t.zw. masy towarowej, czyli braku wszystkiego – budowa „najnowocześniejszych kombinatów przemysłowych”, na które to budowy kupiono licencje za pożyczone miliardy dolarów, była gwoździem do trumny komunistycznej utopii.

Jeździłam na budowy, które miały już być fabrykami pracującymi na zachodniej licencji, żeby zobaczyć, jak wygląda ten marsz na Zachód. A tam zamiast taśm produkcyjnych widzę, jak maszyny z kapitalistycznego zachodu mokną na polskim deszczu. Maszyny przyszły w terminie, tylko że nasi nie zadaszyli jeszcze hali produkcyjnej. Nie zadaszyli, ponieważ w kraju jest totalny brak materiałów budowlanych i nie ma czym zadaszyć. Dyrektor pokazuje mi zeszyt, w którym ma wypisane telefony do kolegów – dyrektorów, którzy produkują potrzebne mu towary. Robi co może – cegielni podesłał talony na małe fiaty, bo akurat dostali więcej z komitetu partii, do huty wysłał zwoje drutu, bo akurat trzymał na wymianę w zapasie, z wapnem się spóźniają – nie wykonali planu, nie dostarczono im surowca. Jeden taśmociąg z płytkami już działał, ale jakaś część nawaliła. Na części zamienne potrzebne są dodatkowe dewizy z państwowej komisji planowania, ale w Warszawie nie mają takiego zapotrzebowania w rozdzielniku.

Lata osiemdziesiąte – to był ostatni zryw PRL-u do lotu. To był jednocześnie końcowy akord w utopijnym marzeniu o ustroju, w którym nie pieniądz będzie rządził światem, a szlachetność komunistycznej idei.

A kiedy już jednej czy drugiej fabryce państwowej udało się coś wyprodukować na tych zachodnich maszynach, to Zachód nie chciał tego kupować – jakość nie ta, terminy niedotrzymane, zachodni klient nieprzyzwyczajony. Brali więc od nas, jak i poprzednio, przed gierkowskim „eksperymentem”, węgiel i palety drewniane. I co gorsza – wschód, nasz główny obszar eksportowy, miał wtedy swoje własne powody, żeby wycofać się z poprzednich umów handlowych.

Piękna śmierć – jak się wtedy mówiło o komunizmie. Sypało się wszystko – od infrastruktury materialnej po moralne skrupuły.

Za to nam, dziennikarzom w latach 80., bardzo ułatwiła życie „pierestrojka”. W ZSRR rozluźniał atmosferę komunistyczny liberał Gorbaczow, w polskim KC bezradność przegrywała z pustą kasą państwa i ogólnym chaosem. Im bliżej było końca dekady lat 80., tym śmielej sobie poczynaliśmy z obnażaniem tego bzdurnego systemu. Naiwne zdziwienia, jakie towarzyszyły dziennikarskiemu warsztatowi w latach PRL–u śmiało już zastępowaliśmy otwartym tekstem o nieżyciowym ustroju, głupich decyzjach i błędnym zarządzaniu.

A po Okrągłym Stole, kiedy zakaz pracy w koncernie RSW „Prasy” już nie był ważny, przeniosłam się do „Życia Warszawy”, gdzie gorliwie zabrałam się do przekonywania ludzi do budowy kapitalizmu.

Agnieszka Wróblewska

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com