Janusz Dąbrowski: Wiadomości spod dywanu

11.04.2019

Mimo dość dokładnego sprawdzania, nawet w Wielkim Słowniku Języka Polskiego nie udało mi się znaleźć autora powiedzonka „zamiatanie śmieci pod dywan”, które zaczyna niemal codziennie opisywać aktualne sytuacje: społeczną, gospodarczą i polityczną w naszym pięknym kraju. Przypuszczałem, że autorem był któryś z naszych sławnych poetów czy pisarzy Dwudziestolecia, którzy chętnie wykpiwali różne obietnice, wpadki lub tryumfy minionej przed kilkudziesięcioma laty władzy wykonawczej, ale obecnie powiedzonko jest tak popularne, że stało się własnością publiczną i trafiło nawet do przedszkoli, więc wszyscy wiedzą, o co chodzi.

***

W dodatku wydarzenia, które określamy cytowanym wyżej „zamiataniem”, są chyba stałą czynnością naszej władzy. Bo każda władza kompromituje się co tydzień albo i częściej przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Jednocześnie wszelkie ekscesy natychmiast po kolejnej wpadce władza usiłuje schować przed tzw. elektoratem na wszystkie możliwe sposoby. Na przykład przed wyborami każdą kompromitację gospodarczą lub „gafę towarzyską” na najwyższym szczeblu, usiłuje się „przykryć” hojnym dobrodziejstwem i obdarowaniem grupy potencjalnie ubogich wyborców, których można łatwo przekupić jakimś przywilejem, czasami nawet czystą gotówką.

Trzymając się chronologii i sięgając wstecz, można przypomnieć, że jedną z najbardziej znanych i radosnych dobrodziejstw była książęca wręcz obietnica dla sędziwych, lecz chorowitych emerytów, którym znany polityk obiecał darmowe lekarstwa prosto z apteki.

Dla ochrony przed nadużyciami recepty musiały być napisane i zrealizowane nie przez prowadzącego lekarza specjalistę, lecz skopiowane z „oryginału” przez doktora pierwszego kontaktu. Bardzo szybko jednak się okazało, że fundusz na te wspaniałe dary dla chorych seniorów obejmuje zaledwie niewielki procent najtańszych leków w kraju, a otrzymanie darmo leków najnowszych generacji w ogóle nie wchodzi w rachubę. Szybciutko zatem zamieciono recepty pod przysłowiowy dywan i zadbano, aby służba zdrowia nie dowiedziała się, jak wielkie są postępy i ceny leków ze światowych firm farmaceutycznych oraz jakie jest tempo pojawiania się nowych leków na rynku, Należałoby zatem niemal bez przerwy dopisywać je do wykazu i zwiększać zaledwie kilkudziesięciomilionowy fundusz, potrzebny na ogromną liczbę potrzebujących leków i przewlekle chorych starszych obywateli, (ale obecnie cała sprawę schowano pod dywanem).

***

Niemal w tym samym czasie podobnym dobrodziejstwem obiecano obdarzyć ubogich podatników, zarówno pracujących, jak i emerytów: „kwotą wolną od podatku” – jako swego rodzaju prezentem dla ludzi, którym roczne dochody często nie są w stanie wystarczyć na minimum kalorii, skromny przyodziewek i dynamicznie rosnące opłaty za dach nad głową. Przez wiele ostatnich lat od momentu wprowadzenia w Polsce „prawdziwej demokracji kapitalistycznej” nasze organy fiskalne, zupełnie inaczej niż w krajach cywilizowanych, uważały za zupełnie normalną sytuację, że kwota powszechnie znana w całej Europie jest często kilkunastokrotnie wyższą od polskiej krajowej ulgi podatkowej, której nikłe rozmiary były wręcz humorystyczne. Kiedy już nawet aktualny Trybunał Konstytucyjny uchwalił, że wszystkim podatnikom należy się całkowite zwolnienie od podatku poważnej kwoty, całkowicie zwolnionej od podatku PIT, aby godnie mogli przeżyć przez miesiąc „do pierwszego”, przy pomocy wyjątkowo perfidnych algorytmów poborcy objęli podatkiem nawet najuboższych obywateli zarabiających grosze powyżej płacy minimalnej. W efekcie tej polityki i zgodnie z prawem oraz wynikami badań kompetentnej grupy badaczy współpracowników wybitnego ekonomisty Thomasa Piketty’ego staliśmy się krajem o największych rozpiętościach finansowych w całej Unii, a kilkuprocentowa garstka bogaczy gromadzi prawie połowę bieżących dochodów w całym kraju. Podobne rozpiętości albo nawet wyższe różnice, dotyczą wielkości majątku prywatnego, nagromadzonego przez najbardziej zamożnych mieszkańców naszego kraju i — na drugim biegunie — własności naszych najuboższych podatników.

Oczywiście informacje o tym stanie, na przykład dotyczących „dworek” w NBP, już od lat „zamiatano pod dywan” i starano się, aby suweren miał trudności z dotarciem do tych danych, na przykład w cytowanym wyżej banku.

***

Ale największe osiągnięcia w sztuce „zamiatania” osiągnięto w skali europejskiej, a może nawet globalnej, podczas znanej każdemu konsumentowi w Polsce wielkiej akcji udoskonalenia krajowego handlu na wzór Węgier, czyli zakazu handlu w niedzielę.

Na początek ogłupiono totalnie niemal całe społeczeństwo, wmawiając mu, że celem tej  decyzji jest ulepszenie i wzbogacenie bytu suwerenów oraz ogromne zwiększenie jakości życia. Do pomocy rządowi w tej działalności wezwano trzech najlepszych w Polsce ekspertów, z zawodu działaczy związków zawodowych, dbających dzień i noc o interesy zwykłych członków. Liderów związkowych znano też jako głównych specjalistów od urządzania pikników na ulicach stolicy oraz palenia ognisk z opon samochodowych pod gmachami naczelnych urzędów państwowych. Na wszelki wypadek, pod projektem ustawy podpisał się także Episkopat i w tym momencie rząd uznał, że już wszyscy obywatele są entuzjastami całego pakietu tego idiotycznego zakazu.

Trzej eksperci jako główny pretekst zakazu wymyślili mianowicie konieczność zapewnienia kasjerkom pracującym w galeriach i hipermarketach wolnych niedziel, a rząd z wielką energią poparł taki wypoczynkowo-religijny program rodzinny. Niestety bardzo wielu — nawet wykształconych ekonomicznie i politycznie — komentatorów dało się wpuścić w kanał i uwierzyło w te bzdury, których pojedyncze przyczyny i cała sytuacja były zupełnie inne, a dowody leżały na stole i wszyscy mieli do nich dostęp. Gdyby bowiem naprawdę chodziło o rzeczywisty wypoczynek dla wszystkich pracowników handlu pracujących w niedziele (a nie niewielkiej proporcjonalnie grupy paru tysięcy osób, pracujących przez cały tydzień w zagranicznych wielkopowierzchniowych hipermarketach oraz dyskontach, spośród 4 milionów osób pracujących zatrudnionych we wszystkich rodzajach licznych usług, a nawet produkcji), to można było bez żadnego wysiłku dokonać niewielkich zmian w kodeksie pracy, na wzór innych sektorów usługowych np. publicznego transportu czy gastronomii i innych usług. Przecież od wielu lat na całym świecie, a także w Polsce, ludzie regularnie pracują w niedziele lub mają wolne dni w systemie zmianowym. Absurdalnym paradoksem okazała się więc długa lista dopuszczająca do handlu tandetne, pozbawione przez brak powierzchni atrakcyjnych towarów i minimalnego wyboru sklepiki, w myśl której wszyscy właściciele i pracownicy małych sklepów i wszelkich targowisk mieli podbijać wolny rynek i pokonać hipermarkety. Nie mieli oni przecież zakazu pracy w wolne niedziele, ale nie zachęcano ich ani do udziału w nabożeństwach, ani wycieczek w „pięknych okolicznościach przyrody”, bo wszyscy wiedzieli, że właśnie oni pracują najciężej i najdłużej w ciągu dnia i miesiąca, jednak nie mając ani potężnego kapitału, ani nowoczesnego „know-how” i zaplecza w europejskim hurcie, nigdy nie będą w stanie konkurować z supernowoczesnymi korporacjami z zagranicy.

***

Wszystko zaczęło się jednak prawie rok wcześniej, jeszcze zanim urzędnicy i ultraignoranci ze związków zawodowych zaczęli demolować nowy rynek detaliczny metodą obcinania psu ogona po kawałku. Właśnie wtedy jakiemuś wysoko postawionemu, lecz nie podpisanemu konserwatywnemu reformatorowi wolnego rynku przyszło do głowy, że zamiast już częściowo obecnego zachodnioeuropejskiego modelu wielkich supernowoczesnych sieci handlowych należy nad Wisłą, Odrą i Bugiem zbudować tysiące przaśnych handlowych skansenów — takiej supercepelii z nielicznymi supersamami, w stylu PRL. Na kolejnej naradzie politycznej uznano, że handel jest strategicznym sektorem gospodarczym i prawa wolnego rynku przestrzegane we wszystkich państwach Unii nas nie dotyczą. Najważniejszy bowiem jest patriotyzm asortymentowy, a nie jakieś ośmiorniczki.

Rządowy pomysł wyprowadzania Polski z Unii zaczął się więc od „ustawy antysklepowej”, czyli specjalnego podatku dla obcych sklepów wielkopowierzchniowych, głównie galerii i „malli”. W ten prosty sposób władza walcząca o suwerenność handlową z zachodnim kapitałem dążyła do wyprowadzenia wrażych hipermarketów i galerii z kraju bazarowego handlu w „szczękach” i na „ręczniakach”, jednocześnie błagając Unię i inne kraje o nowe inwestycje przemysłowe, możliwie wysokich jakości i technologii. Ale po interwencji Unii, która zaprotestowała przeciwko nierównemu traktowaniu swoich przedsiębiorców handlowych na polskim rynku i wygrała sprawę, zamieciono ustawę sklepową tam, gdzie zwykle i rozpoczęła się nowa „wojna o niedziele” pod pozorem zapewnienia odpoczynku dla handlowców.

***

Tak się złożyło, że kiedy władza ogłosiła swój zakłamany plan, ze szczególnym uwzględnieniem galerii, hipermarketów i dyskontów, na początku października 2017 roku przedstawiłem mój pogląd na ten pomysł na łamach Studia Opinii w tekście pod tytułem „Monty Pyton po naszemu”. Skojarzenie z Monty Pytonem wydało mi się idealne, gdyż takiego bałaganu w skali całego kraju, jaki spowodowała ustawa, likwidująca  normalny powszechnie dostępny handel detaliczny, nie zrealizowano chyba w żadnym znanym kraju i tylko kabaret Latającego Pytona mógł tu być porównany.

Nie przewidziałem jednak dalszego rozwoju sytuacji i powstania w Polsce pewnej instytucji, żywcem przeniesionej z kabaretu, o której pisałem, że jest niepowtarzalna. Na początku 2018 roku, niemal równolegle do otwarcia dwu niedziel handlowych w miesiącu, powstało bowiem nieznane do tej pory w historii gospodarczej naszego kraju, a także wielu innych państw, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, które aż prosi się o porównanie ze znanym Ministerstwem Śmiesznych (lub Głupich) Kroków. Niektórzy czytelnicy mogą wnieść wprawdzie zastrzeżenia, czy przedsiębiorczość (jako działalność głównie handlową) powinno się łączyć z najnowszą technologią, ale sądzę, że nie doceniają możliwości naszego ministerstwa. Mogłoby ono zbudować na przykład ogólnopolską internetową sieć typu 5G, dostarczającą do mieszkań klientów ekstra świeże i najwyższej jakości pakiety ulubionych polskich przysmaków: kiszonej kapusty i ręcznie wyprodukowanych w niewielkich prowincjonalnych manufakturach, estetycznie zapakowanych w polski grafen — kiszonych ogórków . Pomysł taki przyszedł mi do głowy po zapoznaniu się z niezwykle kreatywnym raportem, wyprodukowanym przez ekspertów MPiT na temat przyszłości handlu w niedziele.

Jak wiadomo z mediów, narasta obecnie opór przeciwko kontynuacji wycinania handlowych niedziel z kalendarza w następnym roku i już 70 procent konsumentów badanych przez Ibris wypowiada się przeciw zakazom, za powrotem do wolnych zakupów o poprzednich standardach dnia i godziny, podczas gdy rok temu taką opcję popierało zaledwie 40 procent. Jednakże MPiT jest tak zachwycone faktem, że obroty „zrewaloryzowanego” handlu były najwyższe od dziesięciu lat i nie zakończyły się armagedonem, że się opiniami konsumentów zupełnie nie przejęło. Warto jednak zauważyć, że po prostu nowoczesny sektor wielkopowierzchniowy oraz dynamiczny sektor dyskontów i niezwykły sukces, jaki osiągnęły stacje benzynowe, był wynikiem zastosowania mnóstwa najnowocześniejszych metod marketingu oraz bardzo efektywnych promocji i wyprzedaży, wprowadzenia na półki licznych nowych produktów i szerokiej podaży nieznanych do tej pory asortymentów — wreszcie intensyfikacji sprzedaży w piątki i soboty, co odbiło się zresztą poważnym pogorszeniem komfortu obsługi klientów w ogonkach i tłoku podczas zakupów, etc.

Jednym słowem zaprogramowane przez władze zadanie doprowadzenia do upadku zagranicznych sklepów mimo szczerych wysiłków jeszcze się nie udało, jednak w żadnym stopniu nie wpłynęło na zmniejszenie celowego dokuczania klientom galerii, ich pracownikom i ich właścicielom. Jednocześnie wyraźnie pogorszyły się warunki pracy pracowników czasowych, np. studentów, co opisał wybitny ekonomista, profesor Marian Noga z Wrocławia.

Ale najbardziej zaskakujący był fakt, że eksperci z MPiT ekscytując się wyłącznie skutkami finansowymi, nie zainteresowali się zupełnie opiniami konsumentów ani specjalistów i ekspertów handlowych, bo przecież celem nowoczesnego handlu jest przede wszystkim podnoszenie poziomu zadowolenia i wygody klientów, aby pozyskać ich na stałe. Dowodzi tego fakt, że najczęściej cytowaną puentą z Raportu MPiT było stwierdzenie, że w świetle przeprowadzonych analiz MPiT nie rekomenduje wprowadzenia zmian w obecnym modelu dochodzenia do pełnej likwidacji handlu w niedziele, a jedynym dowodem, że autorzy raportu orientują się jednak, że handel detaliczny jest usługą dla konsumentów, a nie odwrotnie, jest zdanie: resort zaznaczył, że „niezbędne jest jednak przeprowadzenie pogłębionych badań ograniczenia na małe sklepy oraz skutków dla jakości życia Polaków”.

W tym momencie właściwie trudno coś dodać, poza pytaniem: czy zdaniem Ministerstwa tego ogromnego sukcesu administracji nie należałoby wzmocnić zamknięciem w najbliższych latach lub miesiącach wszystkich sklepów krajowych także w soboty i piątki? Prawdopodobnie jeszcze bardziej podniosłoby to jakość życia we wszystkich dziedzinach.

Na razie jednak wszystko wskazuje, że Raport niedługo pójdzie pod dywan.

avatar


Janusz Dąbrowski

Dr nauk ekonomicznych

Dziennikarz, publicysta, b. wykładowca wyższych uczelni. Niegdyś członek zespołu słynnego „Życia i Nowoczesności”.

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com