27.05.2019

Jeśli utwór wielkiego poety rosyjskiego realizowany jest przez wielkiego reżysera niemieckiego na scenie Teatru Polskiego, to mamy ochotę pomyśleć o traktacie z Rapallo (1922 rok), który dał obydwu krajom możliwości współpracy wojskowej przeciwko krajowi trzeciemu.
Polska nie zawsze była przedmiotem polityki mocarstw i popychadłem. W okresie cara Godunowa i jego „smuty”, czyli zamętu była jej podmiotem. Maryna Mniszchówna, żona obydwu Dymitrów Samozwańców, nosiła koronę carską. Władysław IV stał już na stopniach carskiego tronu. Mogło dojść do Unii Polsko-Rosyjskiej a skończyło się na zajęciu Kremla przez wojska Aleksandra Gosiewskiego, które przegnali po dwu latach powstańcy księcia Pożarskiego i kupca Kuźmy Minina, a prezydent Putin podniósł rocznicę tego wydarzenia do rangi święta armii rosyjskiej, dzięki czemu świat dowiedział się, że jedynymi w historii wojskami, które zajęły Moskwę, były wojska polskie.
Rosyjsko-polsko-niemieckie sprawy – chciał, nie chciał – muszą zająć myśli w antrakcie spektaklu Petera Steina według Puszkina na scenie narodowej, zwłaszcza że reżyser – jak powiedział to po premierze dyrektor Andrzej Seweryn – zna bardzo dobrze historię Polski i miasta Warszawy. Przygotowując „Godunowa”, Stein zastanawiał się nad koncepcjami teatru rosyjskiego, niemieckiego i polskiego. Do spektaklu zastosował wnioski płynące z analizy metod Aleksandra Tairowa. U obydwu tych twórców wypowiedź teatralna jest równoległymi strumieniami sygnałów językowych, plastycznych, muzycznych, świetlnych, ale i znaczeniowych. Blisko stąd do postimpresjonistycznego aktorstwa Seweryna, który musiał zdawać sobie sprawę z tego, że „Borys Godunow” według dramatu poetyckiego Puszkina skomponowany przez Modesta Musorgskiego wywarł wielki wpływ na kompozycje Debussy’ego. Stein zaznaczył także obecność Brechta w swoim myśleniu o teatrze, wprowadzając na finał do oklasków zespół techniczny Teatru Polskiego jako równoprawną z aktorami grupę twórców spektaklu.
Imponująca machina teatralna, którą uruchomił, przywodzi na myśl słowa Leona Schillera, jednego z twórców Teatru Polskiego i polskiego: „Teatr mój widzę ogromny”. Andrzej Seweryn paraduje po scenie w stroju carskim, który wygląda jak ten, który miał na sobie Nikołaj Giaurow śpiewający pół wieku temu Borysa Godunowa w La Scali. Ale „Godunow” Puszkina jest operą bez muzyki. Tekst utworu przełożył Seweryn Pollak, poeta rówieśny Tuwimowi, lecz pozbawiony kongenialnego talentu translatorskiego. Uczyniono z tego cnotę. Opracowanie przekładu czyni z tekstu język komunikacji zwyczajnej, w której nie słychać ani frazy, ani melodii puszkinowskiej poezji. Polityka zabija poezję.
Seweryn, grając postać tytułową, próbował scalić wszystkich autokratów koronowanych czy obdarzonych mandatem wyborczym. Trzeba przypomnieć, że Godunow pochodził nie z dynastii namaszczonej, lecz z wyboru. Wynieśli go na tron bojarzy-oligarchowie. Stein dał Sewerynowi pograć w jego pierwszej dłuższej sekwencji solowej, gdzie ujawnił się wielki artyzm aktora, który przeprowadza ducha swej postaci od Ryszarda III do nieistniejącego bohatera, co umiera z powodu wyrzutów sumienia. Delirium władzy nie zna takiej postaci poza Godunowem Puszkina (Steina i Seweryna).
Ostatni raz widzieliśmy w Polsce spektakl realizowany z podobnym rozmachem w czasach PRL. Nie grano jednak wtedy Godunowa, gdyż jedną z postaci dramatu jest żebraczyna i włóczęga o nazwisku Chruszczow.

Krzysztof Mroziewicz
Dziennikarz, pisarz, dyplomata
Ur. 20 lutego 1945 w Słupicy koło Jedlni. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego; studiował na Wydziale Matematyki i Fizyki oraz w Instytucie Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. Ambasador RP w Indiach w latach 1996-2000.
