26.07.2019
Rówieśnikom dla pamięci, młodszym ku przestrodze

Wszystko, co w tym czytadle nie jest niebieskie i nie jest kursywą, zostało napisane pięć lat temu, na 70-lecie Manifestu PKWN, 22 lipca 2014. Wówczas nie wyrobiłem się na czas z napisaniem całościowego eseju. Na obecną, 75. rocznicę, pochłonięty bieżączką, też nie zdążyłem z poprawnie napisanym esejem, a planowanie tekstu na okrągłą osiemdziesiątą rocznicę wydaje mi się ryzykowne. Ładuję więc, jak leci. Kursywą dopisuję to, co mi teraz przychodzi do głowy, a na niebiesko zabarwiam swoje dawne publikacje, które mi jakoś pasują do rozliczenia z tym fragmentem polskiej historii, a zarazem, wciąż „większej połowy” mojego życia.
A i tak nie zdążyłem na datę 22.07.2019. Wybaczcie.
Uprzedzam, będzie to dłuuuugie. Ale to o historii, więc nie ma pośpiechu z czytaniem. I nie trzeba całości czytać ciurkiem. To zbiór felietonów, a nie systematyczny wykład, nie poważna rozprawa z logiczną strukturą materiału i solidnym aparatem naukowym. Tego, na szczęście, nie brakuje.
Całość, lata 1944 – 1989, były przedmiotem badań i publikacji znanych historyków, żeby wymienić takich jak: Andrzej Walicki, Andrzej Paczkowski, Andrzej Friszke, Jerzy Eisler, Marcin Zaremba, Antoni Dudek, Paweł Machcewicz i inni. Ich wiedza nie przekłada się jednak na potoczne wyobrażenie o tym, co określamy jako PRL. W tym, co określa się jako polityka historyczna uprawiana przez IPN-owski nurt polskiej prawicy, cały ten okres traktowany jest tak jakby bez przerwy, do samego końca rządzili i gnębili naród Bierut z Bermanem i Mincem.
Przesłonięta przez siedemdziesiątą rocznicę Powstania siedemdziesiąta rocznica Manifestu Lipcowego przeszła cicho. Tak też przechodzi teraz siedemdziesiąta piąta. I słusznie. Tego akurat dnia w roku 1944, nic się ważnego nie stało. Wybrano tę datę, by napisany w Moskwie dokument móc przedstawić jako powstały w Chełmie, na pierwszym skrawku Polski, który nie miał przejść do ZSRR.
Właściwie to mamy aż dwie ikony tego okresu. Nawiązują nawet do prawdziwych, lecz różnych faktów, wykorzystywanych bardzo swobodnie. Owszem, powstają prace naukowe o najnowszej historii, toczą się poważne spory, lecz te prawdziwe i fachowe kursują w dość wąskim kręgu. A nieuki, szarlatani i hochsztaplerzy, nawet z tytułami, mają o wiele większe wzięcie, chociaż nie aż takie jak rekonstruktorzy, którzy pokazują jak, nie było naprawdę.
Wejście smoka

Pierwsza ikona: krwawy reżim, narzucony przez obcą armię, która nas najechała, podtrzymywany w ciągu czterdziestu pięciu lat przez garstkę zdrajców-kolaborantów. I naród, który przeciw temu reżimowi walczył, lecz bez naszego papieża nie był go w stanie obalić. „Tyz prowda” – w kategoriach wprowadzonych do obiegu przez księdza profesora Tischnera – ale daleko niecała prawda.
Dojrzewa już trzecie pokolenie urodzone po wojnie. I nie dziwi, że dla większości ludzi, którzy jej nie pamiętają, jest ona schematem kształtowanym przez aktualne nasilenie propagandy polityczno-historycznej. Propagandę tę jednak prowadzą politycy, historycy, dziennikarze, którzy nie wiedzą, czy nie chcą korzystać z wiedzy, jak było naprawdę. Ich oceny wyglądają tak, jakby nie zdawali sobie sprawy, że siedemdziesiąt lat temu armia sowiecka wkraczała do Polski, walcząc z Niemcami. Że gdy stanęła na Wiśle, to już przestał funkcjonować Majdanek, a w Auschwitz jeszcze pół roku pracowały komory gazowe i krematoria. I taki Zychowicz pisze, że „nie należało pomagać Stalinowi”
Sadowiąca się władza, choć z mandatu Sowietów, choć wredna, była jednak polska i następowała po latach okupacji niemieckiej. Że chociaż podczas okupacji była Delegatura Rządu RP i była Armia Krajowa, to jednak realną władzę decydującą o życiu i — jak najdosłowniej — o śmierci, sprawowali niemieccy okupanci. Dominującym uczuciem przy końcu wojny była pomimo wszystko – ulga. Oraz w przeważającej mierze – radość. To pamiętam. Terror sowiecki i nowej władzy nie był powszechny, nie stwarzał, w przeciwieństwie do okupacji niemieckiej, zagrożenia wolności i życia dla wszystkich.
Na tym tle uderza trafność wiersza Józefa Szczepańskiego: „Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci, byś nam Kraj przedtem rozdarłszy na ćwierci, była zbawieniem witanym z odrazą …” Co równie trafnie, lecz krócej, sformułował pod adresem „wyzwolicieli” wieloletni redaktor magazynu „Polsza”, Jerzy Pomianowski: ocaliliście, ale nie wyzwolili!
Przeoczyłem, w czasie rzeczywistym, konferencję w Jałcie. Już się była skończyła, gdy znaleźliśmy się w Krakowie, wczesną wiosną 1945 roku. Jeszcze przed końcem wojny. Byłem rozpolitykowanym dziesięciolatkiem, czytałem gazety, słuchałem radia i rozmów dorosłych, ale nie pamiętam, bym wtedy o Jałcie czytał czy słyszał. Lecz już nie przeoczyłem czterdziestolecia Jałty. W roku 1985 w dwóch podziemnych oficynach wyszła moja „Jałta. 40 lat później”. Z nazwiskiem. Na jednym z wydań, było, że „bez wiedzy i woli autora” I zaraz napisałem i wydałem „Interesy Polaków”. Z grubsza to samo, ale krócej i trochę inaczej ujęte. Z „Jałty” przytaczam jedną swoją opinię, której dziś bym nie zmienił:
Gdyby jednak na sytuację Polski po 1945 roku spojrzeć z punktu widzenia Dmowskiego w roku 1914, można by mówić o spełnieniu najśmielszych jego ówczesnych oczekiwań. Polska zostaje państwem zależnym od Rosji, lecz jej daleko posunięta autonomia, skryta jest za formalną niepodległością i zewnętrznymi atrybutami suwerennego państwa. Polska jest przede wszystkim zjednoczona, stanowi jednolity organizm etniczny. Jedne swe historyczne ziemie utraciła, lecz odzyskała inne. Przesunięcie to – abstrahując od związanych z tym sentymentów – jest raczej korzystne. Terytorium kraju jest zwarte i jednolite etnicznie, nie grozi Polakom wynarodowienie. Kościół, po wielu perypetiach, jest właściwie niezagrożony. Chłop, acz nie bez strat, zachowuje swą ziemię. Nie byłoby to pociechą dla pokolenia znającego prawdziwą niepodległość, nie jest nią też dla ludzi, którzy spędzili życie w realnym socjalizmie i boją się, że jeszcze będą w nim żyli długie lata. Ale w wielopokoleniowym procesie „wybijania się na niepodległość” wygląda to inaczej. Nie utrzymaliśmy wprawdzie pozycji z lat 1918–39, ale też nie daliśmy się odepchnąć daleko od celu, jakim jest suwerenność.
Dla jasności pozwolę sobie powtórzyć to, co pisałem wielokrotnie w wielu miejscach; w skali historii i w skali świata, jeśli mierzyć czasem trwania, zasięgiem, liczbą ofiar i tworzeniem na siłę utopii społecznej i gospodarczej, komunizm był/jest większym – jeszcze większym ! – nieszczęściem od nazizmu. Polska była ofiarą obu totalitaryzmów, ale dla nas akurat niemiecka okupacja w ciągu sześciu lat okazała się większym – jeszcze większym ? A tak ! – nieszczęściem niż prawie pół wieku sowieckiej dominacji i rodzimy realny socjalizm.
Dodam coś jeszcze do tej utopii, która przestała nią być, kiedy zaczęto ją realizować, kiedy słowo ciałem się stało. To był/jest boczny, wypaczony, ślepy tor cywilizacji. Państwa funkcjonujące jak feudalne folwarki, z poddanymi, a nie obywatelami. Niewydolne ze swej natury. System jakby z kompleksem Downa; taki organizm szybko rośnie, wiadomo, jaki jest i jak marnie kończy. Jeśli chodzi o tyranię i okrucieństwo, to komunizm ma konkurentów. Ale żaden inny system nie wywracał do góry aż w takim stopniu ładu gospodarczego i społecznego.
Był wybór?

Pytałem o to starszego o dwa lata studiów kolegę, profesora Eugeniusza Duraczyńskiego. Absolwenta historii uniwersytetu w Moskwie. Jego działka to wojenna emigracja polityczna, polskie; rząd i wojsko na obczyźnie, sprawa polska, polityka ZSRR. Napisał nawet monografię o Stalinie. Podziela on przekonanie, że w historii nie ma całkowitej pewności na temat tego, co by było, gdyby było. Ma natomiast pewność, że ze strony polskich legalnych władz nie było poważnej próby uratowania kraju przed powojennym losem. I nie mogło być, bo było to związane z akceptacją Linii Curzona, czyli granicy ustalonej między Hitlerem i Stalinem.
W roku 1963, w Wilnie, usłyszałem od Litwinów, że zazdroszczą Polsce tego, iż nie jesteśmy jedną z republik ZSRR. To była naprawdę kolosalna różnica. Myśmy z kolei zazdrościli Finlandii, że choć uzależniona od ZSRR w polityce zagranicznej i gospodarczo, pozostaje jednak demokratycznym państwem, ze wszystkim tego prerogatywami. Byłem krótko w Finlandii w roku 1968 i, naprawdę, było się tam w Europie, na Zachodzie.
Po Stalingradzie i po Kursku, rozgrywającym we wschodniej połowie Europy był Stalin. Churchill i Roosevelt dali mu wolną rękę w listopadzie 1943 roku, na konferencji w Teheranie. Uważał on, że nie może odstąpić od granicy, na której został napadnięty przez Niemcy. (Trochę, Białystok i okolice, jednak oddał, a podobno rozważał zostawienie Polsce Lwowa, co miała mu wyperswadować Wanda Wasilewska) Byłbym skłonny przychylić się do opinii, że Finlandii Stalin odpuścił, bo nie leży ona na głównym europejskim szlaku Wschód – Zachód. Być może więc nieustępliwość rządu RP była mu nawet na rękę. Do rozwiązania, które nastąpiło w końcu wojny, szykował się na wszelki wypadek, już w roku 1942, kiedy pozbył się armii Andersa. W roku 1943 już po Stalingradzie, a jeszcze przed Kurskiem, wykorzystał Katyń dla zerwania stosunków z polskim rządem i zaczął tworzyć zalążek swojego rządu w postaci Związku Patriotów Polskich i swojego wojska, pod dowództwem Berlinga.
Działo się! Już w następnym roku, 22 lipca, można było datować Manifest PKWN. Siedemdziesiąt pięć lat temu zaczynało się to, co skończyło lat temu trzydzieści. Nie jest moim zamiarem umniejszanie wydarzenia, jakim był koniec PRL. Też jakoś byłem przy tym w „Gazecie Wyborczej”. Lecz trudno się powstrzymać od zestawienia początku w ogniu wojny światowej z końcem tego tworu, w sierpniu 1989 roku, kiedy Kiszczak przymierzał się do sformowania kolejnego rządu PRL.
Polska Zjednoczona…, występując jako Parlamentarny Klub Lewicy Demokratycznej, zastrzegła sobie w Sejmie 173 mandaty. Zjednoczonemu Stronnictwu Ludowemu przydzieliła ich 76, a Stronnictwu Demokratycznemu – 27. Razem 276, pełnia władzy. Obywatelski Klub Parlamentarny miał mandatów 161, zdobywając wszystkie w przewidzianej kontraktem trzydziestopięcioprocentowej puli na wolne wybory. A po rozmowach prowadzonych z upoważnienia Lecha Wałęsy przez Jarosława Kaczyńskiego z przewodniczącymi; ZSL, Romanem Malinowskim i SD, Jerzym Jóźwiakiem, oba te ugrupowania, wespół z OKP, tworzą większość i decydują się na powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego, proponowanego przez Wałęsę. Sejm kontraktowy zaczyna funkcjonować jak normalny parlament i zaczyna demontować PRL!
„Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy!” – to Władysław Gomułka. Kazimierz Barcikowski, skądinąd gołąb w kierownictwie partii: „Towarzysze, nie zdobyliśmy władzy przez kartkę wyborczą i nie przez kartkę ją oddamy”. A jednak… krwawe wejście smoka i w niecałe pół wieku później, wypełznięcie zaskrońca. Po czterdziestu pięciu latach naród mógł już dokonać wyboru.
„Obóz socjalizmu i pokoju” był już wtedy mocno zużyty, jego ostoja Związek Sowiecki był w kryzysie, a PRL wyraźnie w stanie schyłkowym. A co najważniejsze, w aparacie władzy dawno już nie było śladu po płomiennych komunistach, naszych Robespierrach i Dzierżyńskich. Dominowali oportuniści. I dlatego aparaty resortów gospodarczych nie sabotowały reform Balcerowicza, uchwalanych już przez kontraktowy Sejm. Ale trudno było oczekiwać, by ten Sejm uchwalił i ten aparat przeprowadził dekomunizację, czyli swe polityczne samobójstwo.
„Solidarność”, mając już faktyczną władzę i realizując przemiany ustrojowe, musiałaby zrobić chińską rewolucję kulturalną. Rozpieprzyć wszystko w imię czystości moralnej, zainicjować głęboki konflikt i długotrwały podział ? I wcale nie musiałaby wygrać tej konfrontacji, której nikt w społeczeństwie nie potrzebował i nie chciał. A inflacja rosła i wynosiła już 640 procent – ponad dwieście razy więcej niż dziś, dług zagraniczny równy był dwóm trzecim ówczesnego PKB. A o układanie się z wierzycielami mógł występować tylko spokojny kraj.
Ważny szczegół. Parę dni temu rozmawiałem z Jackiem Ambroziakiem, ministrem – szefem Urzędu Rady Ministrów (teraz to kancelaria premiera) w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. W roku 1981 obaj pracowaliśmy w Tygodniku Solidarność, w którym naczelnym był Mazowiecki. Jacek brał udział w rokowaniach Okrągłego Stołu, również w tych w Magdalence. Był przy tworzeniu koalicji OKP z ZSL i SD, która, ku memu zaskoczeniu — była pomysłem Kaczyńskiego! Wałęsa ją zatwierdził i zlecił wykonanie. Kiedy więc historia będzie oceniać Jarosława Kaczyńskiego, to pomniki, place, ulice będą mu się należały za to, czym teraz woli się nie chwalić.
I już zupełny detal. Lech Kaczyński został w Magdalence sfotografowany za stołem, z kieliszkiem w ręce. Nasz z Jackiem wspólny znajomy sugerował, że mógł ten kieliszek, owszem, wznosić i nawet przytykać do ust, lecz nie wypijał. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. – Widziałem, wypijał – mówi Jacek.
De profundis

Komunizm, komuniści, to zło tkwi w każdym państwie, tak jak komórki nowotworowe w zdrowym organizmie, czekając na jego osłabienie. I nie dochodzi to zło do władzy w kraju, kiedy jest w nim z grubsza wszystko w porządku. Podobnie jak inne odmiany totalitaryzmu. Faszyzm we Włoszech, nazizm w Niemczech. Potrzebuje klęski; wojny, kryzysu na wielką skalę. Ale i w takich warunkach komunizm nie miałby szans w Europie – poza Albanią i Jugosławią – gdyby nie… „A tego wszystkiego byś nie miał, gdyby nie Armia Czerwona”, jak w innym kontekście wiernopoddańczo pisał Gałczyński.
W momencie zakończenia wojny było nas w Polsce o 9 milionów mniej niż w Drugiej Rzeczpospolitej, z czego dwie trzecie straciło życie. Jedna trzecia majątku narodowego była w ruinie, a gospodarka i życie społeczne znajdowały się w stanie prawie całkowitej dezorganizacji.
Reakcja narodu była taka sama jak po najeździe tatarskim, rajdach husytów, Potopie, oraz zniszczeniach i przemieszczeniach I wojny światowej i wojny z bolszewikami. Nadrzędnym imperatywem dla ludzi stała się odbudowa mniej więcej normalnej egzystencji, niezależnie od tego, co myślano i mówiono o nowej władzy. A tylko ona, skoro innej nie było, mogła zorganizować odbudowę kolejnictwa i wszelkiej infrastruktury, aparatu oświaty, służby zdrowia i … wymiaru sprawiedliwości. I owszem! Rozbuchana była przestępczość kryminalna, powstały ogromne zaległości w sprawach cywilnych. I do tego realnie wykonywana władza musiała zorganizować zagospodarowywanie Ziem Odzyskanych – takie było przez lata nazewnictwo – a w tym masowe przesiedlenia. Na tym odcinku nawet struktury podziemne akceptowały współpracę z władzą i nie przypadkowo I Sekretarz PPR, wicepremier Władysław Gomułka zrobił się jednocześnie ministrem ziem odzyskanych, by jakoś poprawić swój – dziś byśmy powiedzieli – image.
Miliony ludzi przemieszczały się w różnych kierunkach. Ruch Polaków z Kresów na Ziemie Odzyskane, a z nich Niemców do Niemiec nie był jedyny. Wracały setki tysięcy z obozów niemieckich i sowieckich, z frontów, które nie były porównywalne z obecnymi misjami w Iraku i w Afganistanie. (I jakoś nikt nie miał głowy do leczenia „urazów stresu bojowego” – jest taki oddział w szpitalu MON, na Szaserów w Warszawie) ni traumy poobozowej. Trzeba było na nowo urządzać się życiu, nadrabiać stracone lata. Powszechna niechęć do nowej władzy nie przejawiała się w powszechnej chęci stawiania zbrojnego oporu. Początkowo obecność zbrojnego podziemia była powszechnie odczuwalna. Wywoływała bardzo różne uczucia. Nienawiść, strach, irytację, zrozumienie, sympatię. Lecz nawet ona nie przekładała się na czynne poparcie leśnych, a tym bardziej na napływ ochotników do lasu. Po straszliwej wojnie, serii klęsk, po stratach i cierpieniach, brakowało chętnych na udział w beznadziejnym przedsięwzięciu, nawet jeśli skądinąd uważało się je za słuszne. Coraz mniej jednak tak uważało. Również w lasach.
A bardzo szybko zaczęli się pojawiać beneficjenci nowego systemu. I to na masową skalę. Każda władza zawsze znajduje chętnych do uczestnictwa w jej aparacie. Ale nie tylko o nich chodziło.
Inteligencja wyszła z wojny zdziesiątkowana. Mordowali ją celowo obaj okupanci, ginęła na frontach i w podziemiu, a po wojnie wielka jej część nie chciała i nie mogła wrócić do kraju. Ktoś musiał zastąpić tych ludzi i była to droga szybkiego awansu dla tych, którzy nie widzieli dla siebie takiej perspektywy przed wojną.
Tu dygresja, wydaje się, nieodzowna. Możemy, nie popełniając błędu, jednym zdaniem powiedzieć, że w latach 1795 – 1918 Polska nie miała suwerennego państwa i była rządzona przez zaborców. A przecież w międzyczasie jakoś funkcjonowały; Księstwo Warszawskie, Królestwo Kongresowe, Rzeczpospolita Krakowska, autonomia galicyjska. Zapewne więc okres 1944 – 1989 da się opisać jednym ogólnym zdaniem. Jednakże nie naruszając ogólnej negatywnej oceny tego okresu, należy w nim wydzielić różne okresy, przy czy czym różnice między nimi były dla żyjących podówczas ludzi różnicą między życiem i śmiercią. Dosłownie.
Otóż w tym pierwszym okresie, do 1947 roku, włącznie, była to dyktatura okrutna i bezwzględna, lecz jeszcze nietotalitarna. Nie było mowy o socjalizmie i komunizmie jako o celu. Miała być demokracja. Nie wymuszano ideowych deklaracji, nie było kultu Stalina, nie słyszano jeszcze o realizmie socjalistycznym, nie atakowano otwarcie Kościoła, raczej nawet kokietowano go, zapowiadano, że kołchozów w Polsce ma nie być, prywatną inicjatywę zachęcano i jednocześnie żyłowano w ramach walki ze spekulacją, lecz nie było jeszcze niszczącej ją programowo bitwy o handel.
W takich warunkach nawet przedwojenni inteligenci, biorąc się do koniecznej wszak pracy, jeszcze mogli uważać, że tylko odbudowują kraj, a nie deklarują się politycznie i nie budują nowego ustroju. Nie pracowali dla władzy, której nadal nie szanowali i nie lubili. Zaczadzenie ideologiczne, osławione „ukąszenie heglowskie” u jednych i zwykły oportunizm u innych, to następowało po 1947 roku, gdy było jasne, że już klamka zapadła. Trzeba też pamiętać o licznych rzeszach zajmujących wakujące inteligenckie stanowiska. Ci ludzie też mogli nowej władzy nie lubić, lecz wiedzieli, że jej zawdzięczają swój awans.
W tych latach, w okresie stanowienia nowej władzy, która się lubiła nazywać demokratyczną i ludową, była ona najbardziej opresyjną, zamordowała najwięcej ludzi, zostawiając trochę warunków, pozwalających żywić złudzenia, że da się jakoś spokojnie żyć. A po latach, na nieformalnym spotkaniu w stanie wojennym, usłyszałem trafne sformułowanie świeżego opozycjonisty, Władysława Bieńkowskiego. Jeden z najbliższych współpracowników Gomułki w PPR, w czasie wojny i zaraz po niej, też więziony za prawicowe odchylenie, zauważył, że po wojnie, ludzie myślący, że znaleźli się w systemie politycznym, który się im nie podobał — dla wielu taka była ich sytuacja również w drugiej RP — nagle się ocknęli w zakonie o niezwykle surowej regule.
Mechanizmy

Nie zamierzam streszczać tu czterdziestu pięciu lat historii. Ale mało kto dzisiaj wie, że nazwa PRL – Polska Rzeczpospolita Ludowa obowiązywała dopiero od wprowadzenia konstytucji, 22 lipca 1952 roku. Wcześnie była tak jak przed wojną i teraz, Rzeczpospolita Polska. Aparat władzy lubił nazywać swoją domenę Polską Ludową. Wydaje się, że stosunkowo nieźle pasuje realny socjalizm. Pod socjalizmem, jak i pod komunizmem, rozumie się w świecie różne rzeczy, a co realny, to realny. Czyli to, co było w Polsce do 1989 roku.
Jak się zwał, tak się zwał. Istotne, że miało to być już na zawsze. W czasie okupacji niemieckiej mieliśmy świadomość, że toczy się wojna światowa, że zmienne są jej koleje, a od pewnego czasu wiedzieliśmy, że Niemcy muszą ją przegrać. I będzie inaczej, choć nie wiadomo jak. Pod koniec lat czterdziestych już było zaplanowane, jak ma być „zawsze”, zgodnie z żelaznymi prawami historii, które zna, rozumie i wykonuje „Partia pogromca faszyzmu, Partia przewodnik mas” (z hymnu PZPR) wraz z całym obozem socjalizmu i pokoju, ze Związkiem Radzieckim na czele.
Po sfałszowanym referendum w roku 1946, po sfałszowanych wyborach w roku 1947, po ucieczce Mikołajczyka i wasalizacji PSL-ZSL oraz po wchłonięciu PPS przez PPR pod szyldem PZPR w roku 1948, bitwa o władzę była skończona.
Przełamawszy opór i umocniwszy się, władza przestała się maskować. Przyznała się do swego nieudolnie skrywanego początkowo komunistycznego rodowodu i do komunizmu jako celu do ociągnięcia. Rewolucja, zgodnie z historyczną prawidłowością, zaczęła też pożerać własnych ojców. Terror, który początkowo, przy pozorach dobroduszności władzy, zwalczał faktycznych i wyobrażonych przeciwników, teraz mógł dosięgnąć każdego, z najbardziej absurdalnych powodów. Plotka, pomówienie, niedostateczna gorliwość, podejrzana nadgorliwość. Więziono, torturowano i zabijano mniej niż w poprzednim okresie, ale już każdy miał powód, aby się bać. Społeczeństwo starano się utrzymać w stanie napięcia, wzmożenia ideowego, wręcz histerii.
Było to coś jak dyktatura jakobińska, tyle że mierzona nie miesiącami, a latami. Bo wszelka rewolucja powtarza pewien typowy mechanizm. Dyktatura Cromwella, dyktatura jakobinów, wojenny komunizm w Rosji podczas wojny domowej i wreszcie w Polsce okres przed Październikiem ’56, to czas, kiedy nowa władza brutalnie terroryzuje swój naród, żeby trwale zniszczyć dotychczasowe wartości i porządki, złamać wszelki opór, zastraszyć na długo i móc wprowadzać swój ład. Zmiany muszą być tak radykalne, żeby podczas żadnej późniejszej restauracji nie był do odtworzenia status quo ante. W Anglii przy drugim podejściu Stuartów i we Francji przy recydywie Burbonów już nie było miejsca na autentyczny absolutyzm.
Rewolucyjny stan burzy i naporu — poza ZSRR i ChRL — raczej się nie utrzymuje przez dekady. Grozi destrukcją materii, którą ta władza rządzi i jest niebezpieczny dla aparatu, z którego łatwo się trafia na gilotynę czy pod ścianę. Stan podtrzymywanego napięcia, prędzej czy później, przechodzi w nudny rytuał. Władza nieco folguje, wycofuje się z niektórych skrajności. Ludzie czują ulgę, daje się jakoś żyć, na zasadzie żydowskiej kozy wyprowadzanej z ciasnego mieszkania. Zgodnie z tą regułą w latach 1954 – 1956 następują zmiany. W ZSRR i w Polsce wzmożone przez XX Zjazd sowieckiej kompartii z referatem Chruszczowa o zbrodniach Stalina. W Polsce to kompleks wydarzeń określanych jako Październik, przez duże P. Ludzie, którym przyszło żyć i działać już po roku 1956, mieli do czynienia nie z tym komunizmem, którego kwintesencją było NKWD z Jeżowem, Czerwoni Khmerzy z Pol Potem, czy nawet Bierut z Bermanem i Mincem.
Zaczynał się dzień jak co dzień realnego socjalizmu, który urozmaicony różnymi wydarzeniami, trwał aż do lata 1989 roku.
Mając nową elitę z awansu i nauczywszy się, po buntach robotniczych w ‘56 i ‘70, utrzymywania jakiegoś modus operandi z masami pracującymi, system mógł się trzymać, dopóki nie wyczerpał nieodwołalnie swoich resursów. To nastąpiło i stało się widoczne w roku 1976, po Radomiu i Ursusie. I to już jest najnowsza historia.
W roku 1974, po Rewolucji Goździków w Portugalii, wśród licznych materiałów opisujących obalony reżim Salazara i Caetano uderzyła mnie relacja o niepokornym tygodniku i jego redaktorze, zatrzymywanym i nawet bitym przez policję. Jasia Główczyka, naczelnego tygodnika „Życie Gospodarcze”, w którym podówczas pracowałem, nikt nie zatrzymywał i nie bił, chociaż wykazywał się sporą niezależnością myślenia. Gdyby jednak z tą niezależnością, prezentowaną głównie na zebraniach redakcyjnych, przesadził w publikacjach, to Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk – cenzura – przesłałby do Biura (później Wydziału) Prasy KC PZPR wykaz zbyt wielu zatrzymanych materiałów z naszego pisma. Nasz naczelny to było stanowisko w najwyższej nomenklaturze, Sekretariatu KC, który wobec Jasia wyciągnąłby wnioski; od delikatnego zwrócenia uwagi do usunięcia ze stanowiska.
Wcześniej pracowałem w kierowanym przez Eligiusza Lasotę dziale zagranicznym marnego dziennika „Głos Pracy’’. Wcześniej, Eligiusz — Ilek — jako naczelny tygodnika „Po prostu” stał się postacią historyczną, jednym z dwóch — obok Lechosława Goździka, sekretarza organizacji partyjnej fabryki samochodów na Żeraniu — przywódców i symboli Października 1956. W następnym październiku drogi Gomułki i „Po prostu” rozeszły się. Lasota przestał w nim być naczelnym, a pismo wkrótce zamknięto, przy burzliwych demonstracjach studentów i rozprawy z nimi milicji. Ilka usunięto z partii, zostawiając jednakże w Sejmie, dokąd jako jej sztandarowy kandydat zdążył trafić. Nie został wrogiem ludu, agentem obcych wywiadów. Tolerowano go na drugorzędnym stanowisku w drugorzędnej gazecie.
Reżimy autorytarne: Salazara, Pinocheta, Putina, trzymają się przemocą lub wiarygodną groźbą jej użycia w stosunku do podmiotów, które są jakoś niezależne, odrębne, potencjalnie opozycyjne. W reżimie totalitarnym nie ma lub nie powinno być takich podmiotów. Władza, jej aparat, stara się być i staje się, w jakim stopniu to się udaje, podmiotem jedynym, wszechogarniającym. Pisma, czy szerzej; środki przekazu są elementami w strukturze władzy, oceniane przez pryzmat ich sprawności i przydatności. Podobnie cała lub prawie cała gospodarka, nauka, kultura, służba zdrowia, jak i służba bezpieczeństwa, przy całej różnicy między tymi dwiema służbami.
W tej luksusowej dla siebie sytuacji władza, która zademonstrowała przemoc i okrucieństwo na wejściu, już nie musi być taka okrutna na co dzień. Odruchowo – bo przecież nikt tego nie formułował – stosuje radę, którą dał rządzącym Machiavelli; objąwszy władzę, wymordować przeciwników realnych i potencjalnych. A gdy się już tego dokona, poddani stwierdzają, że władza złagodniała i daje się przy niej żyć. I w drugiej połowie lat pięćdziesiątych powstał w Polsce taki układ: władza daje żyć, społeczeństwo pozwala rządzić. Okazuje to, stawiając się na pochody i wybory i nie buntując się, dopóki władza nie narusza warunków niepisanej umowy. Takim złamaniem warunków było pogarszanie się warunków życia, najczęściej przypieczętowane kolejną podwyżką cen na żywność, głównie na mięso. Wówczas następowały bunty. Lokalne; Poznań 1956, Wybrzeże 1970, Radom i Ursus 1976.
Władza i społeczeństwo, mające odrębne i przeciwstawne interesy, stale, w zasadniczy sposób skonfliktowane, trwają w swoistym klinczu, wypracowując jakiś modus vivendi et operandi. Na trwałą sprzeczność między opresyjną władzą i społeczeństwem składają się dwa podstawowe spory o Chleb i o Wolność. Nie wszyscy w społeczeństwie są w jednakowym stopniu zainteresowani tym dwoma dobrami. Odwołując się do archaicznych już wówczas, ale czytelnych terminów; „ludzie pracy” w większym stopniu domagają się Chleba, a „warstwy oświecone” – Wolności.
Okresy względnej stabilizacji nie są okresami harmonii. Napięcie trwa cały czas, pod wpływem różnych bodźców nasila się i słabnie. Wszakże sprzeczności się kumulują i dochodzi do spięcia, wybuchu, buntu.
Władza musi zareagować. Oddzielnie spacyfikować lub rozładować, wpierw jedno, a potem drugie. Później następuje kolejny okres względnego spokoju. Zdając sobie sprawę, czy przeczuwając takie zaognienie, władza nieraz je przyśpiesza i prowokuje, by rozegrać to w sprzyjających dla siebie okolicznościach. Najważniejsze, z jej punktu widzenia, to nie dopuścić do skumulowania obu konfliktów.
Marzec ’68 był wyraźnie sprowokowaną rozgrywką o Wolność. W latach sześćdziesiątych popaździernikowa „mała stabilizacja” już przestawała satysfakcjonować. Narastało rozczarowanie marnym poziomem życia, zwłaszcza po pewnym uchyleniu kurtyny dzielącej nas od Zachodu. Gomułka, w odbiorze społecznym, nie był już wybawicielem z opresji stalinizmu, a stawał się irytującym zrzędą. W aparacie władzy parła w górę ferajna drugiego garnituru, skupiająca się w ruchu czy frakcji tzw. Partyzantów, pod przywództwem ministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara. Nurt nacjonalistycznego komunizmu podmywał pozycje komunizmu internacjonalistycznego, czyli po prostu, starych działaczy.
A z drugiej strony narastał protest inteligencji, domagającej się Wolności. W praktyce – poluzowania rygorów. Klub Krzywego koła i inne zgromadzenia dyskusyjne. List „34” walczących o wolność słowa, rewizjonistyczny list Kuronia i Modzelewskiego do partii, ferment na niektórych uczelniach. W tych warunkach zapowiedź zdjęcia ze sceny „Dziadów” z podaniem terminu ostatniego spektaklu, była, świadomą chyba prowokacją.
Tę rozgrywkę o Wolność władza wygrała. O Chleb walczono wcześnie, w wyżej wspomnianych buntach, a w roku 1968 klasa robotnicza na wiecach potępiała „syjonizm”. Wiadomo było, co za tym się kryje, więc nie wykluczone, że szczerze.
Już wkrótce był Grudzień ’70. Podwyżka cen sprowokowała – świadomie? podświadomie? – robotników Wybrzeża do walki o Chleb. Walczący o Wolność byli już wcześniej spacyfikowani. Dopiero w roku 1976, oba nurty sprzeciwu zaczęły się łączyć ze sobą.
Oskarżeni

Twój — tu nieistotne czyj to był — artykuł to sama prawda, tylko prawda, ale nie cała prawda. Obejmujesz tylko część; ważną, lecz nie najważniejszą, kolaboracji z bezbożnym komunizmem. Piszesz o ludziach, którzy zdradzili, jak Jaruzelski. Czyli o wychowanych w duchu humanizmu, katolicyzmu, patriotyzmu, polskości. (Niepotrzebne skreślić) Można tu wymienić takie osoby jak Iwaszkiewicz, Słonimski, Gałczyński, Borowski, Tuwim, Andrzejewski. Tacy, którzy mogli podpaść pod opis „Umysłu Zniewolonego”. Byli też oficerowie AK, którzy zostawali oficerami UB, nie po to, by chronić tam dawnych kolegów. Wprost przeciwnie, chcieli się wykazać gorliwością.
Czysty cynizm to było rzadkie zjawisko. Klasyka to Cyrankiewicz i Urban, mój wieloletni kolega w dawnych czasach. Taki cynizm wymaga inteligencji. I choć może fanatyk jest wewnętrznie uczciwszy, to bardziej jest niebezpieczny. Cynik daje większe szanse przeżycia. A teraz już bez nazwiska. Znany reporter na zebraniu redakcyjnym, w roku 1968, oskarżył „o syjonizm” kumpla, którym od lat pijał i dziwkował. Zapytany, w towarzyskich okolicznościach, odpowiadał, że musi zmienić samochód.
Ludzie jakoś sublimują swoje działania. I te usprawiedliwiające motywy często bywają prawdziwe, choć przeważnie nie do końca. I nie wykluczają równoległego istnienia bardziej przyziemnych motywów. Iwaszkiewicz swoją kolaborację tłumaczył walką o pokój, której Stalin był …. wielkim chorążym. Dla Słonimskiego to było dobrodziejstwo inwentarza w postaci kultury, ogarniającej masy. Faktycznie ogarniała, co oczywiście nie usprawiedliwia UB i Informacji w wojsku. A przecież na początku ktoś musiał dokończyć wojnę z Niemcami, rozprawić się z UPA…
No i co sądzić o nauczycielach, lekarzach, inżynierach? A jeśli lekarz zostawał ordynatorem, czy dyrektorem szpitala ? To już była nomenklatura…
Z elitarnych — w skali przedwojennego społeczeństwa — środowisk wywodzili się również ludzie, którzy z definicji powinni być przeciwnikami systemu. Nie zostawali jego akolitami, jak ci wyżej wymienieni, lecz jakoś się w nim sadowili. A może swym zachowaniem stanowili usprawiedliwienie dla innych. Nazwiska; Plater, Radziwiłł, Czartoryski, Czetwertyński, Tarnowski, Komorowski, Ledóchowski, wszyscy „z tych”, ludzie, z którymi zetknąłem się. W większości byli aktywni, radzili sobie raczej lepiej niż gorzej.
Dziennikarz sportowy, Lech Cergowski, z którym jeździłem na nartach. AK, powstaniec warszawski. Z ojcem, wybitnym oficerem oraz z bratem, spędził kilka koszmarnych lat w kazamatach UB. Był liczącą się postacią w dziennikarstwie sportowym, wyjeżdżał na Zachód bez problemów, kiedy to coś znaczyło. Pogodny, towarzyski, unikał wszelkich opinii politycznych, kiedy już mówiono całkiem swobodnie. W dobrych stosunkach ze wszystkimi, na wszystkich stanowiskach. Dopiero jego pogrzeb w latach osiemdziesiątych stał się patriotyczną demonstracją.
Żeglowałem z innym powstańcem, Andrzejem Czałbowskim. Z zamożnej, kulturalnej rodziny. Dziennikarz. W późniejszych latach był kimś ważnym w telewizji. Stanisław Chełstowski, mądry i sympatyczny. Zastępca naczelnego w „Życiu Gospodarczym”, kiedy tam pracowałem. Patriotyczna rodzina. Też powstaniec warszawski. Zaraz po wojnie rozpoznawał kolegów, ekshumowanych z prowizorycznych grobów, na skwerach, w podwórkach, na ulicach. Wtedy zdecydował; trudno, będzie, jak musi być, ale żeby się nie powtórzyło, żeby nikt już nie musiał ginąć.
Do wszystkich takich ludzi nie pasuje określenie: rezygnacja, emigracja wewnętrzna. A kolaboracja? Jeśli użyjemy polskiego słowa: współpraca, to termin przestaje być pejoratywny ex definitione. Pytania: jaka współpraca/kolaboracja? Z kim? Kiedy? To ostatnie pytanie też jest istotne, bo aczkolwiek system przez wszystkie lata pozostawał sobą, to się zmieniał. Październik w odbiorze bardzo wielu ludzi był wstrząsem większym niż rok 1989, bo dla wielu — powtarzam, sorry — była to istotnie różnica między śmiercią i życiem.
Ale przecież byli autentyczni, przedwojenni komuniści. Oni początkowo stanowili jądro systemu i to z nimi kolaborowano. Było ich mało już przed wojną. Większość, w tym tych ważniejszych, wymordował Stalin, trochę zabili Niemcy, ale ta pozostała grupka odgrywała kluczową rolę w budowie nowego ładu. Wspomogła ich grupa komunistów wydalonych z Francji, którzy nie mieli pojęcia o realiach kraju, byli zaskoczeni, że masy pracujące nie są entuzjastami komunizmu. Znałem jednych i drugich. Ci ludzie nikogo nie zdradzili. Oni przystąpili do realizacji idei, która w ich mniemaniu była słuszna i sprawiedliwa. Czy to rozgrzesza z popełnianych zbrodni ? Moim zdaniem nie powinno, choć może by stanowiło okoliczność łagodzącą.
Przez rok 1963/64 pracowałem w miesięczniku, w którym redaktorem naczelnym był przedwojenny komunista. Lata 1934 – 44 spędził w sowieckim łagrze. Mówił, że gdyby go posadzili w roku 1937, jak innych, to by go rozstrzelali. I ten człowiek, po latach, każdy dzień zaczynał od wstępniaka w „Prawdzie”, jak przystało sowieckiemu komuniście. Ale tam to był świeży numer, a mój szef miał spóźniony o parę dni. To był jednak his master’s voice.
Ze mną w klasie uczył się JR. Jeden z tych, przy których Stalin był prawicowym odchyleńcem. Energiczny, zdolny. Był potem profesorem od jakiejś techniki — ponoć miał autentyczny dorobek — organizatorem nauki, lecz także robił karierę partyjną i był bardzo ważną figurą w KC. I dopiero z publikacji wystąpień na spotkaniu intelektualistów polskich z Gorbaczowem dowiedziałem się, że jego ojciec został rozstrzelany w ‘37 roku. Syn głosił chwałę Systemu, będąc jego ofiarą. Te Hioby komunizmu musiały go naprawdę traktować jako wiarę. Ale czy w tym zaczadzeniu nie było szczypty oportunizmu i zaprzaństwa?
Część tych, którzy przyjechali z Rosji, to byli Żydzi. Ta narada u Bermana, gdzie on poucza, jak Żydzi mają zawładnąć Polską, to nic innego jak dalszy ciąg „Protokołów Mędrców Syjonu”. Ci ludzie, nie zapierając się swego pochodzenia, chcieli wyjść z drugiej, czy trzeciej kategorii przedwojennych obywateli. Syn prowincjonalnego krawca czy szewca, obsługującego oficerów miejscowego garnizonu, wkładał teraz mundur pułkownika i oficerki. „Nie masz Greczyna ani Żyda” – realizował internacjonalistyczny komunizm, zanim pokazał swoje antysemickie oblicze.
Tak jak Jaruzelski wyrastał w rodzinie patriotycznej i religijnej, tak młode pokolenie tej formacji wyrastało w komunistycznym światopoglądzie. Najwięcej było ich w Warszawie, w szkole na Parkowej, ale u mnie na Wiktorskiej też była znacząca grupka. Ich losy potoczyły się różnie, ale z tej grupy wyłaniali się kolejno dysydenci okołopaździernikowi, komandosi ‘68, korowcy. Nie wszyscy wyzwolili się do końca z odium lewicowości, lecz jeśli nawet, to stali się lewicowcami mieszczącymi się w cywilizowanym spektrum. Kuroń pozostał lewicowcem do śmierci. Gdy z nim mówiłem, w ogóle nie reagował na antyegalitarne argumenty. Na jego obronę dodam, że on naprawdę lubił realnych ludzi, a nie abstrakcyjną ludzkość.
Moim zdaniem ta grupa odegrała znaczącą rolę w długim okresie, kiedy nie było żadnej innej opozycji. List do Partii Kuronia i Modzelewskiego dziś się może wydawać żałosnym kwileniem, ale wtedy to była bomba. Podobnie jak „list 34”, czy list biskupów polskich do niemieckich. Byliśmy nie tylko najweselszym, ale i niepokornym barakiem w obozie. Najbliższe skojarzenie, choć naciągane, to: „…jedna Warszawa mocy twej urąga, podnosi na cię rękę…” Z tego nurtu wyłaniał się później mainstream wczesnej opozycji — KOR.
Beneficjenci

Jak rozważać odpowiedzialność ludzi, bez których system nie mógłby się utrzymać, którym się on coraz mniej podobał, ale dla których był już czymś zastanym i normalnym?
Mówimy o elitach, które działały na rzecz systemu. Wszelako wymienione powyżej grupy, choć były bardzo istotne, nie wystarczyłyby dla jego zbudowania i utrzymania się, gdyby nie miał on masowej podstawy w nawet niechętnym mu społeczeństwie. Już po ‘68 roku rozmawiałem z RW, popularnym i znaczącym wówczas reporterem TV i dokumentalistą. On się zgadzał, że rzeczywistość to syf. Uważał jednak, że gdyby nie Polska Ludowa, to on, syn dwuhektarowego analfabety z Lubelszczyzny najpewniej przejąłby status ojca. Hiszpania, z którą od lat z upodobaniem zestawiam z Polską, startowała po wojnie z niewiele lepszej sytuacji, ale bez socjalizmu i bardzo nas wyprzedziła cywilizacyjnie.
Symbolem statusu i elegancji pozostawał jeszcze długo o wojnie, nawet znoszony, przedwojenny garnitur z bielskiej, a jeszcze lepiej z angielskiej, wełny, lecz dla milionów ludzi sytuacja życiowa stawała się lepsza nie tylko w porównaniu z okupacyjną, lecz również z tą sprzed trzydziestego dziewiątego roku.
Przedwojenna Polska była krajem ogromnego strukturalnego bezrobocia w miastach i na wsiach i biedy na niewyobrażalną dziś skalę. Przy końcu wojny bieda była per saldo większa, lecz szybko zaczęło się okazywać, że nie ma bezrobocia.
Przedwojenna klasa robotnicza też była zdziesiątkowana przez wojnę, a nowy ustrój degradował ją przy programowej apoteozie. W pierwszych latach broniła się, wybuchały strajki, później starannie przemilczane. Lecz szybko została ona zdominowana przez napływ milionów pracowników z przeludnionych wsi i przez tych miastowych, którzy dawniej nie mogli liczyć na stałe zajęcie. Dla nich był to awans życiowy: materialny, społeczny i kulturalny. Nie wydaje się by ci ludzie kiedykolwiek – jeśli nie liczyć tak zwanego aktywu robotniczego, czyli wszelkiego autoramentu działaczy – stali się entuzjastami nowego systemu. Nie byli jednak oparciem dla konspiracji i dla zbrojnego podziemia.
Żniwo duże, a robotników mało. Po wojnie była masa roboty, a zabrakło milionów tych najpotrzebniejszych, którzy zginęli lub zostali na emigracji. Przez lata miało się do czynienia z wszelkiego rodzaju fachowcami i ludźmi na wszelkich stanowiskach z awansu, jak się mówiło. W latach sześćdziesiątych już się zaczęła blokada awansu ze wsi, przedmieść i małych miasteczek. Ale w Planie Trzyletnim (1947 – 1949) i Sześcioletnim (1950 -1955) zostanie robotnikiem, który ma stałą pracę i nie boi się bezrobocia, było jeszcze takim awansem.
Dla prawdziwych przedwojennych robotników ich sytuacja była degradacją. To mi się potwierdzało, gdy w 1958 roku, jako nocny depeszowiec „Sztandaru Młodych” zacząłem pracować w Domu Słowa Polskiego z przedwojennymi towarzyszami sztuki drukarskiej — tak się jeszcze sami tytułowali — i gdy w latach siedemdziesiątych, pracując w „Życiu Gospodarczym”, rozmawiałem z robotnikami, którzy startowali jeszcze przed wojną. Tacy jak oni strajkowali zaraz po wojnie, ale to już była niewielka grupa. Robotnicy w ogromnej większości to byli niedawni chłopi — „…a na razie kasza” z „Poematu dla dorosłych” Ważyka. A chłopi, którzy zostali na wsi, po roku 1956 przestali się bać kołchozów i jakoś sobie zaczęli radzić.
Dzień jak co dzień PRL

Równolegle z grozą PRL coraz częściej pojawia się jego komediowy obraz, odwołujący się do filmów Barei i „Rejsu”. Pralka Frania, samochody Syrenka i maluch, szczęśliwy nabywca papieru toaletowego puszący się girlandą rolek na papierowym sznurku. Wszystko się zgadza, ale te śmieszne obrazki życia codziennego przesłaniają istotę tego, czym była nieszczęsna Polska Ludowa. „Za czym kolejka ta stoi ?” – pamiętacie ten dramatyczny song, śpiewany przez Krystynę Prońko w Karnawale Solidarności, w roku 1981? Nikomu nie było do śmiechu, słuchając tych słów, w których zawierała się rozpacz, z powodu życia marnowanego w kolejkach. I to niezależnych od meandrów minionego ustroju, od jego kolejnych etapów, okresów błędów i wypaczeń, kolejnych odnów związanych ze zmianami pierwszych sekretarzy partii. Ustrój wciąż był ten sam, chociaż nie taki sam.
Uwaga, PT. Czytelnicy, przerwa na wstawkę. W latach osiemdziesiątych, dla miłego grosza, napisałem i wydano mi dwa kryminały. „Zlecenie” i „Skok” . Pod pseudonimem Andrzej Strzelczyk. Bynajmniej nie z powodu wstydu, bo były na profesjonalnym poziomie. Dbałem, chyba przesadnie, o swój wizerunek publicysty, wówczas w prasie podziemnej i „Tygodniku Powszechnym” i wydawało mi się, że kryminał jakoś do niego nie pasuje. Dlaczego przytaczam te fragmenty — wyjaśniam pod nimi.
„— Uczciwa praca ?! — wybucham. — Znasz może, Rafał, uczciwą pracę dla fachowca po studiach, który się nie boi roboty i nie ma dwóch lewych rąk ? Ale taką, żeby w dziesięć lat po dyplomie nie mieszkał w koszmarnym mrowiskowcu, żeby się nie gniótł z rodziną w skorodowanym maluchu, który ma limit benzyny na trzysta trzydzieści kilometrów miesięcznie, żeby mógł pojechać raz z rodziną nad Morze Czarne i nie musiał handlować?
…. — Poczekaj, Rysiek — przerywa mi Rafał — bo ja mam pytanie za więcej punktów. Znasz może taką pracę, dla takiego samego fachowca, żeby mógł mieszkać nawet w mrowiskowcu, ale tylko z żoną i dzieckiem, a nie u teściów i żeby nie musiał przed każdym pierwszym pożyczać na wieczne nieoddanie od starych? Już nie powiem, żebym mógł uskładać te ćwierć miliona, by kupić takiego trupa jak twój maluch i pojechać nim z rodziną, chociaż pod namiot.
…— Teraz robię to za pieniądze… Byłam nawet przykładną małżonką przez parę lat. Potem żyłam z innym człowiekiem. Ta profesja to ostatnie trzy, cztery lata… Mnie nie przeszkadza. Rysiek, jak ktoś mi wspomina, że jestem dziwka. A że zarabiam więcej niż pęczek profesorów zwyczajnych, to jestem dumna. Nie ja im wyznaczałam uposażenia, a swoją stawkę wypracowuję sama… Z tyłu ktoś na nas zatrąbił i Lena ostro ruszyła. Pomyślałem, że jej gablota ma dobrego kopa jak na diesla. Chciałem spytać, czy to turbo, ale mi jakoś nie wypadało.
— A ty nie masz wozu czy benzyny, że łazisz piechotą po tym zadupiu ?
— Benzyny. Ale wozu też jakbym już prawie nie miał.
— Rozumiem. Sama to przeżywałam parę lat temu… No, pryskaj, stary, bo zaraz zielone…
Zamykam za sobą drzwi… już słychać jakiś przeraźliwy, zachrypnięty klakson. To trąbi poszarzały na gębie z wściekłości, nieciekawy facet w średnim wieku, za kierownicą rozpadającego się ze starości malucha. Śmieję się rozbawiony, zwłaszcza że facetowi, który chciał ostro wystartować… gaśnie silnik i teraz na niego trąbią, kiedy z wściekłością i rozpaczą usiłuje zapalić. I wtedy zdaję sobie sprawę, że przecież to jestem również i ja, w swoim wozie, ze swoją codzienną frustracją.
Wysiadam na końcowym przystanku, więc już jakby odrobinę wypoczęty po tłoku, który się rozładowuje w czasie przejazdu przez osiedle Targówek. I wtedy zawsze przeżywam wahania: przeciąć bilet czy nie ? Tak jakoś byłem wychowywany, by zawsze płacić, przecinać, okazywać. Odtąd jednak normalny kosztuje dziewięć, przyspieszony osiemnaście, a pośpieszny aż dwadzieścia siedem złotych, coś się we mnie buntuje. Postanawiam sobie, że przynajmniej za jazdę w bydlęcych warunkach nie płacę. Tym bardziej że kanary w takim tłoku nie pracują. Kiedy jednak robi się luźno …? Niestety, jazda autobusem także powoduje we mnie frustrację. Zakończenie — nie mniejszą…
Półkolem, stoją wielkie szare bloczyska. Setki okien, tysiące ludzi. Po trzech latach dopiero zacząłem już z przystanku bezbłędnie rozróżniać swoje mieszkanie. Pstrokacizna balkonów. Każdy coś tam dobudowuje na swoim, innym kolorem jakiejś szmaty przetyka pręty. Z bliska widać wielkie, szare, tak zwane żerańskie cegły, wszystkie ułożone krzywo i niechlujnie. Jakieś powykręcane, przekrzywione, wysunięte albo wepchnięte w głąb. Niby to nieważne, bo kiedyś przykryje się je tynkiem, lecz domy stoją już ósmy rok. A jak w końcu zaczną tynkować, to przez rok będę miał rusztowania za oknami i zachlapane szyby.
Mijam swojego malucha, który będzie tu już stał chyba do końca kwartału. W baku jest mniej więcej pięć litrów i trzeba je zachować na jakiś nagły przypadek. Dodzwonić się bowiem stąd, z automatów przy drzwiach wejściowych do bloków, trudno. Zwłaszcza w niedzielę, gdy są już zapchane monetami. Na pierwsze podanie o telefon, poparte jeszcze przez uczelnię, przyszła odpowiedź, że „nie wcześniej niż po roku 1985”. Na drugie, z listem dyrektora „SCIENTII” , w którym sam wypisałem (szef tylko podpisał), jakie straty poniesie nauka i gospodarka, jeśli nie będę miał telefonu, odpowiedziano, że „rozpatrzy się po roku 1990, jeśli będą możliwości techniczne”. Mam dziś parę telefonów do załatwienia, lecz teraz przy automacie kolejka na 30 – 40 minut, widać sąsiedni zepsuty. Zejdę wieczorem.
Przez chwilę myślę , czy nie mam czegoś kupić do domu, ale i tak Zocha mnie po coś wygoni, gdy na osiedlu są największe kolejki.
Do brudu i niechlujstwa klatki schodowej i windy już się jakoś przyzwyczaiłem. Choć przeraża mnie taki sam brud i niechlujstwo, gdy wchodzę do nieswojego bloku. Tym razem winda akurat nie zepsuta, tylko na dole kolejka do niej. Wszyscy akurat wracają.
…wchodzę i zaraz pytam, co trzeba kupić… Wychodzi, że mam do odstania w spożywczym, przy kiosku warzywnym i w „Ruchu” albo w mydlarni.
…nie ma gorącej wody. Wyłączyli na coroczny dwutygodniowy przegląd, a nie włączyli jeszcze po trzech tygodniach i nie wiadomo kiedy włączą. To zresztą i tak pestka, bo w przyszłym roku czeka nas wymiana rur i kaloryferów w całym domu, co mnie przynajmniej zwalnia od myśli o tym, że pora pomalować mieszkanie.
… Ryczy hydrofor, trzaskają drzwi od windy, z otwartych okien dobiega kakofonia telewizorów i muzyki młodzieżowej. Matki wrzeszczą do dzieci, bawiących się na dworze, dzieci wrzeszczą do matek i między sobą. A do tego piekielnie gorąco. Mimo że siedzę w samych gatkach, ociekam potem. Wszystkie nasze okna wychodzą na zachód, a więc po pracy — piekło. Betonowe klatki, przez większość roku nie do ogrzania, latem parzą i duszą przy szeroko otwartych oknach, przez które — mimo że to nie sezon ciepłowniczy — wchodzi smród i pył z elektrociepłowni Żerań.
Z okien po drugiej, wschodniej stronie budynku widać nie nazbyt gęstą zieleń i wciśnięte w nią bieda-wille Zacisza”.
Powyższe realia, bynajmniej nie wymyślone, były mi potrzebne dla uwiarygodnienia narracji w ostatniej, jak wkrótce się okazało, dekadzie PRL. Doskonale wiem, że taki, a nawet gorszy, standard można zobaczyć i opisać i dziś. Tyle że bez maluchów, czyli fiatów 126 i bez limitu benzyny. Wtedy jednak był to standard klasy średniej, wykształconych specjalistów. Tych, od których zawsze zależy poziom cywilizacyjny kraju.
Dlaczego akurat Targówek? Bywałem tam w związku z podziemną działalnością wydawniczą. Tam też, w ciasnym mieszkanku takiego bloku, byłem na jednej z licznych, odbywanych wówczas w różnych gronach, dyskusji. Młody ekonomista, Leszek Balcerowicz, miał pomysły na zrobienie czegoś sensownego z gospodarką, gdyby władza zmądrzała. Dopiero jako były wicepremier mieszkał w jednym ze wspomnianych domów Zacisza.
W opisywanych warunkach nie umierano z głodu, był jakiś dach nad głową. W bez porównania gorszych pracowało się zaraz po wojnie. Był jednak wtedy powszechny i przemożny imperatyw odbudowy. Potem bohatersko budowało się cywilizację prądu, węgla i stali, kiedy Zachód już był na kolejnym etapie. Elektroniki, informatyki, która w naszym obozie, jako cybernetyka, była burżuazyjną — z rosyjskiego — łżenauką.
W latach osiemdziesiątych wszyscy już mieli dosyć. Kiedy dla docenta, inżyniera, lekarza powodem satysfakcji było zdobycie – tak wtedy mówiono o kupnie, jeśli ktoś nie pamięta – chudej szynki, to co można było myśleć o jakichkolwiek aspiracjach cywilizacyjnych kraju.
Podzwonne

Ostania dekada PRL powtarzała w skrócie dynamikę całego okresu realnego socjalizmu, od grozy pierwszych dni i tygodni po trzynastym grudnia, po dość bezradne lawirowanie władzy w ostatnich miesiącach jej dekady. W żadnym wypadku nie wolno deprecjonować zła stanu wojennego, ale należy pamiętać, że zło jest stopniowalne. Mógłby coś o tym powiedzieć Władysław Bartoszewski, więzień kolejno; Auschwitz, UB w najstraszniejszym okresie i ośrodka dla internowanych w stanie wojennym.
Po wprowadzeniu stanu wojennego mawiałem, że kto wówczas nie rzuci legitymacji partyjnej, ten niebawem będzie musiał ją zeżreć — nie przebierało się w słowach. Ale potem uznałem, że najdotkliwszą kara dla czerwonego będzie udział w prawdziwie wolnych wyborach. I wyszło na moje. W roku 1991 — postkomunistyczny wtedy bez dwóch zdań — Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał 11,99 procent głosów i 13 procent mandatów w Sejmie. Suwerenny naród w wolnych wyborach dokonał dekomunizacji, posyłając pogrobowców PRL na margines polityczny. Wkrótce, już w demokracji, niedawni sekretarze, członkowie egzekutyw stawali się partią władzy. Posłami w prawdziwym parlamencie, ministrami, prezesami spółek skarbu państwa.
I dlatego aparaty resortów gospodarczych nie sabotowały reform Balcerowicza, uchwalanych jeszcze przez kontraktowy Sejm. Ale trudno było oczekiwać, by ten Sejm uchwalił i ten aparat przeprowadził dekomunizację, czyli swe polityczne samobójstwo. „Solidarność”, mając już faktyczną władzę i realizując przemiany ustrojowe, musiałaby zrobić chińską rewolucję kulturalną. Rozpieprzyć wszystko w imię sprawiedliwości dziejowej i czystości moralnej, zainicjować głęboki konflikt i długotrwały podział? I wcale nie musiałaby wygrać tej konfrontacji, której nikt w społeczeństwie nie potrzebował i nie chciał. A inflacja rosła i wynosiła już 640 procent — około dwustu razy więcej niż dziś — dług zagraniczny równy był dwóm trzecim ówczesnego PKB. O układanie się z wierzycielami mógł występować tylko spokojny kraj.
Zanim nastąpił ten DZIEŃ PO, protestowałem wewnętrznie, czytając profesora Walickiego, który przekonywał, że system był totalitarny w pierwszym okresie, a potem, aż do końca, już tylko autorytarny. Teraz, z perspektywy myślę, że stopniowo system się stawał mieszany. Szczegóły sobie tym razem darujemy. O ile jednak obraz peerelu, krwiożerczego do ostatniej minuty, podbudowuje jakoś dzisiejszą prawicę, o tyle jego rozrywkowy wizerunek służy już głównie komercji.
Obraz niemalejących do samego końca okropieństw PRL podbudowuje samopoczucie i poprawia image tych, którzy przeciw niemu walczyli w jego ostatnim ćwierćwieczu. Niezależnie od ich aktualnej opcji politycznej. Ale szczególnie przydatne są Prawu i Sprawiedliwości i szerokiemu nurtowi, który da się określić jako IPN-owski. A w miarę jak miniony system staje się coraz bardziej miniony, rośnie liczba i odwaga wciąż walczących z nim bojowników.
Może kiedyś okres 1944-1989 zajmie w powszechnej świadomości takie miejsce, jakie dzisiaj zajmuje Potop. Oddalone nieszczęście, które nikogo osobiście nie dotyka. Lecz zanim to nastąpi, przez jakiś czas, w miarę tego, jak prawdziwy obraz tego okresu będzie się oddalał wraz z pamięcią żyjących w nim, będzie to przydatne narzędzie polityczne.
Młodszych natomiast może zadziwiać miniony świat, tak jak kiedyś nas zadziwiała wieś w „Chłopach” Władysława Reymonta czy dwór w „Trędowatej” i „Ordynacie Michorowskim” Heleny Mniszek. A dla starszych jest to świat, który mógł się podobać, lub nie, w którym wiedziano, że obok, w Europie świat jest o wiele lepszy, lecz tutejszy był światem zastanym i sądzonym na zawsze. W nim trzeba było jakoś żyć i urządzać się lepiej niż gorzej. Jaki ten ustrój był, taki był, ale mięso – niechby kartkowe – było miększe, ludzie mówili głośno i wyraźnie i mieli dla siebie więcej czasu, schody były nie takie wysokie, a potencja…ho, ho ! Coś się w nim przecież robiło dla siebie i innych, coś osiągnęło. Było, minęło, ale nie wszystko trzeba opluwać, co nieco można wspominać z rozbawieniem i z rozrzewnieniem.
Ten pół prywatny obraz jest dość popularny i nie stoi już za nim zwarty obóz polityczny. Sieroty po PRL już w dużej części wymarły. Ale nawet w pierwszej dekadzie III RP, gdy następcy PZPR i ZSL rządzili jako koalicja SLD — PSL, tylko co miniony ustrój funkcjonował w powszechnym obiegu, na zasadzie: tak, ale. Tak jak w PRL rodziła się – i trwa do dzisiaj – nostalgia za idealizowanym obrazem II RP, tak dziś mamy to samo w odniesieniu do realnego socjalizmu. Z mniejszą siłą przebicia niż wizja niezmiennej przemocy, cierpienia i walki. Za tą tragiczno-heroiczną ikoną wciąż stoi zwarty nurt polityczny.
Mogliby chociaż poczekać, aż wymrzemy wszyscy, którzyśmy świadomie przeżyli te czterdzieści pięć lat Polski — z nazwy — Ludowej!

Ernest Kajetan Skalski
Ur. 18 stycznia 1935 w Warszawie) – dziennikarz i publicysta,
z wykształcenia historyk.

Kiedy żyłem w PRL, przymiotnik „ludowa” strasznie mnie drażnił. Teraz już nie, bo moje spojrzenie złagodniało (może dlatego, że nie pamiętam stalinizmu), a nawet zaczynam bronić tych czasów, słysząc nieprawdopodobne bzdury wypowiadane przez patriotycznych trzydziestolatków. Czy PRL ludowy był tylko z nazwy? Chyba jednak nie tylko z nazwy. Oczywiście był niedemokratyczny (w sensie wolnych wyborów), mniej lub bardziej autorytarny itd. – wiadomo. Niemniej jednak wprowadził „lud do śródmieścia”, zapewnił autentyczny awans społeczny i zawodowy (punkty za pochodzenie), dziedzic i chłop folwarczny stali się pojęciami z odległej i niezrozumiałej przeszłości, a klasa robotnicza była siłą, z którą władza jakoś, podkreślam słowo jakoś, musiała się liczyć. O różnicy w zarobkach wykwalifikowanego robotnika i wykwalifikowanego nauczyciela nie wspomnę. Pisze o tym zresztą autor artykułu. W takim znaczeniu Polska była rzeczywiście, nie z nazwy, ludowa.
Dziękuje Panu Redaktowoi Skalskiemu – fajny tekst. Specjalnie napisałem „fajny”, żeby poddać się pewnemu klimatowi emocjonalnemu tamtych czasów. Moja pamięć systematyczna zaczyna się w połowie lat 60-tych; mniej więcej od 12-13 roku życia. Pamiętam oczywiście wiele migawek z okresu wcześniejszego, ale systematycznie znacznie później.
Całe moje wcześniejsze dzieciństwo spędziłem we wschodniej Wielkopolsce, w rodzinie wielopokoleniowej, przed wojną mocno zaangażowanej politycznie i społecznie, gdzie przez większość roku w wielkim domu bywało sporo gości i niekończące sie rozmowy o II RP, wojnie i okupacji. Dziecko ma bardzo plastyczną pamięć i niektóre wydarzenia i opowiadania pamiętam z detalami do dzisiaj.
*
Kiedy z rodzicami zamieszkałem w wielkim mieście był wrzesień, początek roku szkolnego 1963/1964 i zacząłem chodzić do nowej, wielkomiejskiej szkoły. Nowe koleżanki i koledzy, nowi nauczyciele, surowy reżim szkolny (pamiętam jak wychowawczyni lała nas po łapach drewnianymi linijkami lub drewnianymi piórnikami) i nagle w tej groźnej i surowej szkole szok. Powszechny ból, żałoba i płacz po śmierci zastrzelonego pod koniec listopada 1963 roku ….Prezydenta JF Kennedy’ego. Ci sami nauczyciele, ta sama surowa dyrekcja, wszyscy znani mi potem z akademii okolicznościowych na rzecz PRL, tym razem wylewali solidarnie krokodyle łzy po śmierci przywódcy USA. Wtedy nie używało się określenia komunizm na ustrój PRL – raczej socjalizm. Naprawdę nauczyciele w podstawówce a potem w ogólniaku byli w większości przedwojenni a ich „miłość” do realnego socjalizmu była podobna do miłości psa do kota. Tę „miłość” zaszczepili mojemu pokoleniu i kolejnemu także.
*
Właściwie późniejsze czasy pamiętam bardzo podobnie jak Redaktor Skalski. To co mnie osobiście i wielu ludziom w moim środowisku bardzo przeszkadzało przez wiele lat w okresie przed rokiem 1980-tym to powszechna demoralizacja szerokich kręgów społecznych. Ciągłe deficyty towarów, kolejki, brak rąk do pracy, marnotrawstwo, kartki – to dla nas wszystkich był najbardziej oczywisty obraz rzeczywistosci. Najgorsza była jednak bezradność milionów rozumnych, wykształconych ludzi, którzy niczego nie mogli zmienić na lepsze. Mogli stawać na głowie, a logika systemu i tak blokowała wszelkie inicjatywy. Ze strachu przed rewolucją po 1976 roku władze zezwoliły na bogacenie sie prywatnych producentów drobiu tylko po to, aby głodni konsumenci nie zjedli komunistów (czytaj – rzadzących kacyków). I to chyba był najbardziej eksplodujący czynnik zrywu rewolucji 1980 roku – sprzeciw wobec bezilności. Po 16 miesiącach wolności zapadła noc stanu wojennego.
*
Schyłek komuny 1982-1989 przezyłem w środowisku akademickim jako nauczyciel, gdzie uciekliśmy w bardzo ciekawe rozważania naukowe, które m.in. przewidywały upadek komunizmu… ze wzgledów gospodarczych. Nie myliliśmy się, chociaż nie przypuszczalismy jak szybko upadnie reżim. Prawda, że nie docenilismy spustoszenia gospdarczego jakie w ZSRR wywolał wyścig zbrojeń z USA Reaganowskimi, oraz fatalna wojna w Afganistanie.
*
Po 1989 roku postulaty dekomunizacji o których wspominał Autor, nie mogły sie powieść z wielu powodów. Generalnie nie można po ugodzie politycznej i kompromisie niszczyć partnerów. To nie przeszło dzieki czemu system byl i – przy wszystkich zastrzeżeniach – nadal jest stabilny. Wszelkie zapędy „wieszania komunistów” były i nadal są śmieszne. Zwłaszcza zgłaszane przez tych, którzy przed 1989 r. ze strachu siedzieli u mamy w szafie, lub nie było ich na świecie. Warto pamietać, że ostatni ideowi komunisci „wyginęli” w Polsce najdalej do końca lat 70-tych XX wieku i wszelkie wojny dotyczyłyby przede wszsytkim oportunistów, a to jednak nie to samo co komuniści. Zresztą po roku 1989 dawni ludzie władzy PRL byli często bardzo konstruktywnymi i wartosciowymi politykami demokratycznej Polski. Dzisiejsi spóźnieni antykomuniści, w wieku ok. 30 lat nawet nie za bardzo wiedzą przeciw czemu prostestują. Tak oto historia zamienia się w groteskową narrację polityczną; podobnie na poły groźną i groteskową jak cała formacja rządząca.
Powtórzę za przedmówcą: fajny tekst. Ale chciałbym wnieść małe sprostowanie. Uważam, że pierwsze 15-20 roczników urodzonych po wojnie miało jeszcze szansę usłyszeć o niej bezpośrednio z rodzinnych przekazów. Tak też było w moim przypadku, kiedy jeszcze mały brzdąc bawiący się pod stołem, siłą rzeczy słyszałem wspomnienia dorosłych o ich różnych wojennych epizodach. Do dziś ten przekaz jest dla mnie bardzo żywy. Ale siłą rzeczy świadków tamtych czasów ubywało, a kolejne pokolenia uczyć się mogły o tym już tylko z podręczników, o których rzetelności z czasów komuny trudno powiedzieć dobre słowo. Nie dziwota więc, że te czasy, ale i późniejsze (stan wojenny) traktują jak historię o żelaznym wilku.
O tekście powiedzieć można krótko – rzetelny. Prawda, z jednego (własnego) punktu obserwacyjnego, ale innego nie mamy. Dopiero co zastanawiałem się jak dobierane są przez młode pokolenie opowieści o systemie, który produkował niemal wyłącznie braki. Jak opowiedzieć o tym, że w tym systemie funkcjonowali ludzie, którzy nie byli idiotami, ale nie byli w stanie wyjść poza ramy systemu, jak wyjaśnić, że nikt nie był w stanie być w opozycji na 100 procent, bezmiar nienawiści polskich komunistów do ZSRR, czy fakt, że pierwszych pradziwych komunistów spotkałem dopierow w Szwecji. Odległa historia tak łatwo zmienia się w bajkę o żelaznym wilku. Czasem przypominam sobie jak w dzieciństwie słuchałem opowieści o Europie trzech cesarzy i wiem, że warto prezentować co było kiedyś, prostować przekłamania, ale nie ma szans, na odkłamanie tego wszystkiego. Obawiam sie, że taka jest natura rzeczy i niczego nowego nie odkrywam.
W imieniu Z. Szczypińskiego:
Chciałbym dołączyć do tych wszystkich głosów wyrażających podziękowania dla red Skalskiego. To świetny, publicystyczny tekst, jak z najlepszych lat redaktora. Chciałbym — tak od siebie — dodać, że w pełni podzielam jego oceny faktów, zdarzeń i procesów tamtych lat. To też były lata mojego życia, pamiętam je tak samo.
Jedyna uwaga dotyczy nazewnictwa, używa redaktor Skalski terminu – realny socjalizm. Lepszą, moim zdaniem, nazwą na tamten system jest – państwowy socjalizm. Pojęcie realnego socjalizmu wywołuje skojarzenia nieco surrealistyczne, realny / nierealny. System władzy w PRL to był system państwowego socjalizmu. Z socjalizmem nie miał nic wspólnego, za to z rolą państwa – bardzo wiele. I tu mamy paralele do współczesności, do rozpędzających się rządów „dobrej zmiany”
Ale najważniejsze – to jest naprawdę dobra synteza lat PRL, z tymi które ją poprzedzają – 45 / 47, lat małej wojny domowej, potem okresu stalinizmu zakończonego polskim październikiem i wydarzeniami 56 roku i tym wszystkim, co składało się na kolejne miesiące i lata politycznych przełomów. Naprawdę świetny tekst – kazałem przeczytać go wszystkim młodym ludziom, z którymi pozostaję w kontakcie i relacjach zwierzchnictwa wynikającego z mojego wieku i doświadczenia. Wielkie dzięki dla red Ernesta.
Zbigniew Szczypiński