08.08.2019

O walce z biurokracją mówi się od dawna… Ale rezultaty są wątpliwe. Fakt, udało się uruchomić e-sądy, które rozwiążą, ułatwią wiele spraw. Parę pomysłów przepchnęła komisja „Przyjazne Państwo”, ale – to wszystko kropla w morzu potrzeb…
Wydaje się więc, że potrzebujemy:
- po pierwsze przyjrzeć się skali zjawiska i docenić wagę zagrożeń, które ono niesie;
- po drugie musimy zadać sobie pytania o przyczynę,
- po trzecie potrzebujemy rozejrzeć się w świecie jak sobie z takimi problemami dawano radę,
- by wreszcie pokusić się o wytyczenie planu działania..
Powiedzmy wyraźnie – sytuacja Polski wcale nie jest różowa. O ile tempo wzrostu naszego dochodu narodowego wygląda korzystnie (choć już nie tak bardzo) w porównaniu z tempem wysokorozwiniętych krajów europejskich, to nie jest to tempo rozwoju, które pozwoliłoby dogonić czołowe kraje. Japonia, której się to udało, przez całe lata sześćdziesiąte miała średnie tempo rozwoju na poziomie 10%. Takie tempo rozwoju powinno być naszą ambicją i celem – jeśli chcemy znaleźć dla siebie dobre miejsce w międzynarodowym podziale pracy.
A wygląda on tak, że (oprócz usług, które są realizowane na miejscu, których nie można importować), to innowacyjne wysokorozwinięte kraje dokonują wynalazków – a w tej dziedzinie, jeśli spojrzymy na liczbę patentów Niemcy biją nas 100 razy, a Finowie 300; nawet Czesi są dwa razy lepsi. Kraje o niskich kosztach siły roboczej je produkują i eksportują. Gdzie w tym podziale znajdzie się Polska, jeśli w ostatnim roku opuściło ją 120.000 osób – z natury dynamicznych, przedsiębiorczych?
Po pierwsze więc musimy sobie uświadomić, że wszechmocna i nieogarniona biurokracja to nie tylko bezpośrednie koszty jej utrzymania: płace, budynki, komputery, samochody… To też ogromny dług publiczny zaciągany na poczet przyszłych emerytur i świadczeń socjalnych owych biurokratów. To też kwestia ściągania z rynku pracy setek tysięcy ludzi, którzy swą pracą mogliby przyczyniać się do powiększania majątku narodowego, a nie do jego przeżerania…
Najgorsze jest to, że rozbuchana, absurdalnie nieefektywna biurokracja PARALIŻUJE POLSKĄ GOSPODARKĘ. Niewładność państwa, połączona z siłą gałęziowych grup nacisku powoduje wielostronne, tragiczne skutki…
Nieefektywność biurokracji ma proste skutki dla naszej strategii ochrony środowiska – znałem przedsiębiorcę, który wybudował elektrownię wiatrową, ale nie pozwolono mu jej uruchomić; inny, bardziej staranny, użera się z urzędami już dwa i pół roku, a końca nie widać…
W Polsce widzimy, że wybudowanie stodoły może trwać – jak w przodujących krajach – kilka miesięcy, ale uzyskanie pozwolenia na nią trwa półtora roku…
Samorządy lokalne szukają sposobów na przyciągnięcie do siebie inwestorów. By potem zmusić ich do bezsensownego gonienia w piętkę przez wiele lat, zmusić do marnowania energii i pieniędzy, miast pozwolić im na tworzenie miejsc pracy.
Firmy państwowe trzymają rosnące zastępy biurokratów, ciągnące na dno nawet te przedsiębiorstwa, które mogłyby efektywnie pracować z korzyścią dla pracowników, siebie i budżetu państwa…
Agendy rządowe, robiące często wątpliwej użyteczności pracę rozwijają się w zastraszającym tempie. Opowiadano mi: „wie Pan, za komuny pracowałem w Kuratorium Oświaty – były tam cztery osoby… I nie zawsze było tam co robić… A teraz pracuje tam dziesięć!”
Przerost biurokracji mnogość często wzajemnie sprzecznych przepisów pociąga za sobą pogardę dla prawa i poczucie, że jego omijanie jest jedyną sensowną życiową strategią. Na spotkaniu jednego z think-tanków dyrektor bardzo dobrej niezależnej szkoły (termin brr… „niepublicznej” nie może przejść mi przez gardło) chwalił się „musiałem ominąć lub złamać dziesiątki przepisów”… I dostał brawa…
Rozrost biurokracji powoduje, że ludzie, przerażeni administracyjnymi wymogami boją się otwierać własne firmy – albo przygnieceni nimi likwidują je, pracując (jeśli tylko mogą) w szarej strefie.
Polski przemysł win butikowych – który w wielu krajach daje setki ciekawych miejsc pracy i wzbogaca lokalne oferty turystyczne został łatwo zniszczony prostym zabiegiem –musiały one codziennie wysyłać raporty do Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.
Polska biurokracja potwornie spowalnia dopasowywanie się oferty przedsiębiorców do oczekiwań rynku, co powoduje, że projekt, który mógł odnieść sukces w roku 2008, po realizacji wszystkich wymagań w 2011 okazuje się klapą i nie tylko nie produkuje miejsc pracy, ale i zniechęca niedoszłego przedsiębiorcę. Oraz wszystkich świadków owego wydarzenia.
Przykładami niech będą wymagania zawodowe – i wspieranie innowacji. W Australii, by pracować w biurze pośrednictwa handlu nieruchomościami, potrzebny jest… trzymiesięczny kurs, który można zrobić mając jedynie maturę. W Polsce są do tego potrzebne studia podyplomowe – a więc 5 lat studiów + rok studiów i półroczne praktyki…
Programy wspierania innowacji jako jedną z kategorii mają „innowacje, które na lokalnym rynku są nie dłużej niż rok”. Ale w praktyce cykl „od pomysłu do przemysłu’” (jeśli w ogóle mamy szczęście na wsparcie się „załapać”) często trwa dłużej niż rok – zwłaszcza jeśli doliczymy czas oczekiwania na ogłoszenie naboru.
Musimy sobie uzmysłowić, że podawany w wieloletnich prognozach wskaźnik liczby pracujących (w domyśle podatników) jest wskaźnikiem obarczonym istotnym błędem. Wynika on z faktu, że cała budżetówka, jak i pracownicy samorządów opłacani z naszych podatków jedynie formalnie sami są podatnikami. W rzeczywistości płacone przez nich podatki zataczają koło od budżetu, przez kasę z powrotem do budżetu – samorządowego czy centralnego… Jeśli zabraknie pieniędzy od rzeczywistych płatników podatków, to nie starczy pieniędzy na płace dla administracji – ani na chlebek, ani na podatki, które ona płaci.
Tragikomiczną sytuację mamy tam, gdzie najpierw nadmiar przepisów niszczy gospodarkę, a potem wielkim wysiłkiem propagandowym i finansowym usiłujemy ją naprawiać.
Tak zagęszczenie przepisów zdusiło żłobki i przedszkola, które potem wielkim wysiłkiem i wielkimi kosztami próbujemy reaktywować. Jakże znamienne było opowiadanie jednego z kandydatów w kampanii wyborczej, jak to do powstającego przedszkola przyszła kontrola Sanepidu, i orzekła, że okien jest za mało, a potem przyszła przeciwpożarowa i orzekła, że okien jest za dużo…
Powiedzmy wyraźnie – tylko odbiurokratyzowanie i zdynamizowanie całej gospodarki może dać szansę na pokonanie zagrożeń związanych ze zmianami demograficznymi, emigracją i narastającym długiem publicznym. Bo nasze dzieci, zmuszane do płacenia naszych rachunków wybiorą Europę Zachodnią, gdzie bezrobocie jest niższe, a płace wyższe…
Przyczyny
Zwalczenie biurokracji jest centralnym problemem polskiej gospodarki. Musimy go podjąć.
Ale musimy sobie uświadomić, gdzie dotychczasowe rozwiązania padały, musimy zrozumieć, dlaczego dotychczasowe rozwiązania się nie sprawdzały.
Jedna przyczyna to fakt, że próby rozwiązań często odnosiły się do objawów naszej choroby, a nie do jego przyczyn. Jednym ze starszych prób rozwiązań problemu nadmiernego kontrolowania przedsiębiorstw była idea przepisu, że w jednym dniu nie może być w firmie więcej niż jedna kontrola. Wyobraźmy więc sobie – do firmy zwalają się naraz trzy kontrole, pierwszy wchodzi, a reszta? Czekać ma na ławeczce w parku? A może więc problem jest w tym, że mamy zbyt wielu kontrolujących?
Problem drugi to naruszenie zasady „nikt nie może być sędzią we własnej sprawie”. Propozycje ograniczenia przepisów trafiały nieodmiennie – wcześniej czy później – do resortów, odpowiedzialnych za ich tworzenie i egzekucję. Urząd taki – odruchowo – czy to w obronie wcześniejszych decyzji swoich kolegów, czy to w obronie miejsc pracy, czy też z najlepszych intencji utrzymania owych regulacji bronił. Psychologia zna termin „dysonansu poznawczego” – jeśli np. coś od dawna robię, to chcę (by się z tym dobrze czuć) uważać, że tak było, jest dobrze. I nic nie należy zmieniać…
Dalej, wpływowi ludzie, od dygnitarza począwszy, po wójta małej gminy są pod ciągłą presją krewnych, znajomych, przyjaciół, by pomogli, załatwili dziecku czy znajomemu pracę… uwzględniając tragiczny poziom rozumienia podstawowych praw ekonomii nie można wykluczyć, że wielu z nich ma poczucie, że robi coś dobrego „tworząc miejsca pracy”.
Wreszcie, bywa to świadome bronienie status quo – swojego stołka, czy choćby swoich wpływów, bo jak mam 20 podwładnych, to mogę mieć większą pensję, niż gdy będę miał ich tylko trzech… I wreszcie… Wiele przepisów (fachowcy twierdzą, że prawie wszystkie) daje możliwość różnej interpretacji, np. opóźniania procesu inwestycyjnego przez mnożenie wymagań. I przedsiębiorca jest zmuszony do szukania sposobów na „zdobycie przychylności” takiego urzędnika…
Są wreszcie trzy fundamentalne przyczyny, dla których biurokracja tak jak jest pojmowana obecnie nie może, nie może (!) być efektywna. Stara rzymska zasada mówiła, że „urzędnik jest mówiącym przepisem, a przepis niemym urzędnikiem”. Zakładała ona — i takie jest do tej pory myślenie prawników i wszystkich im ulegających — że przepisy mają być możliwie precyzyjne, za każdym razem doprecyzowane, dające z góry odpowiedź na każdą możliwą sytuację…
Problem jednak w tym, że takie podejście jest nie tylko trudne, ono jest niemożliwe, powtórzmy: niemożliwe do realizacji. Wynika to z tego, co nauki ścisłe („science”, a nie „akademia”) powiedziały nam o naturze rzeczywistości. Po pierwsze więc nasze możliwości poznania rzeczywistości są same w sobie ograniczone – mówi o tym zasada Heisenberga. Jak się fizyka mikrocząstek ma do praktyki administracji – przez prostą regułę: nie wszystko daje się ustalić; wszystko, po wzięciu pod dostatecznie dużą lupę, w jakichś drobnych szczegółach może się okazać dużo trudniejsze do analizy, niż się wydaje.
Wydaje się np., że nie ma rzeczy bardziej zero-jedynkowej niż płeć. Albo jesteś mężczyzną, albo jesteś kobietą. I co tu filozofować?. A tymczasem można mieć organy męskie i czuć się kobietą, można mieć kobiece i czuć się mężczyzną. A bywa też i tak, że już bezpośrednio po porodzie lekarz ma duży kłopot z ustaleniem płci noworodka…
Z astronomii wiemy, że wszechświat się rozszerza. Rozszerza się też nasz świat, nieskończony podobno. Tak samo rozszerza się ciągle świat naszych spraw – wchodzą nowe technologie, nowe produkty. I nie sposób z góry wszystkiego przewidzieć – nowych form dokonywania przestępstw, wszystkich substancji, których do legalnego obrotu nie chcielibyśmy dopuścić…
Z wyników badań w obszarze podstaw matematyki wynikł fascynujący, a bardzo mało znany szerszej publiczności rezultat – Wielkie Twierdzenie Gődla. Mówi ono — przekładając jego konsekwencje na język praktyki gospodarczej i prawnej — że jeśli system rozważań jest dostatecznie skomplikowany (dokładniej — zawiera w sobie co najmniej zbiór liczb naturalnych), to można, zgodnie ze wszelkimi, wcześniej przyjętymi założeniami sformułować w jego języku dwa wzajemnie sprzeczne twierdzenia.
Twierdzenia te, zebrane razem powodują, że:
- Rzeczywistość ciągle się zmienia, więc nie sposób jest regulować wszystkiego, co się zdarzy w nieprzewidywalnej przyszłości;
- Rzeczywistość jest niemożliwa do poznania w najdrobniejszych detalach, więc zawsze, ZAWSZE zostaną jakieś nierozwiązane kwestie;
- Wreszcie, gdybyśmy nawet zebrali wszystkie możliwe informacje, to i tak nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego posługując się nawet najbardziej wyrafinowanym systemem wnioskowania.
Paweł J. Dąbrowski

Zgadzam się z diagnozą, ale powołanie się na zasadę
Heisenberga świadczy o tym, że sam autor też nie uniknął pokusy skomplikowania spraw tam, gdzie warto je upraszczać 🙂
A o prawach Parkinsona szanowny autor nie słyszał?