12.08.2019

Chętnie dołączyłem do wezwań zacnych osób publikujących na łamach SO, żeby swoim pisaniem nikogo nie zniechęcać do wzięcia udziału w nadchodzących wyborach. Podpisuję się zatem pod opinią, że WSZYSTKO JEST JESZCZE MOŻLIWE. Wybory parlamentarne A.D. 2019 będą i każdy obywatel posiadający prawo wyborcze może (ale nie musi) wziąć w nich udział. Opozycja wciąż może liczyć na wygraną i sprawy w kraju mogą (ale nie muszą) przyjąć nowy, lepszy dla przyszłości Polski obrót. Tyle teorii.
Praktyka polityczna ujawnia nieco inną rzeczywistość. Termin wyborów został już ogłoszony, czyli do wyborów demokratycznych dojdzie, ale równość szans startujących partii została bardzo mocno nadwyrężona. W porównaniu do 2015 roku żyjemy dzisiaj w innym państwie, czyli katolickim państwie Prawa i Sprawiedliwości, w którym reguły gry są zmieniane w trakcie rozgrywki w dowolny sposób, odpowiadający potrzebom rządzącej partii. Nie jest to dyktatura, w której inaczej myślący są prześladowani i fizycznie likwidowani. Nie jest to bezpośrednia powtórka z PRL, z masowymi wiecami pod hasłem „Naród z Partią”. To nowa forma, w której eksperymentuje się z mechanizmami oddziaływania na ludzką świadomość i emocje, ale to akurat nie dziwi, bo twór jest nowy i wciąż ma cechy tymczasowości.
Nowa forma ustrojowa pomyślana jest zapewne w taki sposób, żeby zachować najlepsze (dla zarządzania) cechy dyktatury z niezbędnymi atrybutami kultu państwa i jedności plemiennej, i jednocześnie nie mordować obywateli, dając im możliwość rozwoju ekonomicznego, bezpieczeństwo socjalne i namiastkę poczucia współdecydowania o własnym losie (wybory).
To twórcze rozwinięcie koncepcji faszyzmu i późniejszego narodowego socjalizmu lat 30. i koncepcji ludowego państwa PRL z pominięciem poważnych wad tych systemów, które doprowadziły do ich upadku. Wiemy skądinąd, że Jarosław Kaczyński otwarcie mówił o swoim mocno krytycznym poglądzie na temat demokracji już w czasach studiów politologicznych. Nie znam źródeł, które wskazywałyby na jego sympatię dla liberalizmu czy komunizmu. Pozostaje logiczny wniosek, że od młodych lat był on zafascynowany faszyzmem (naturalnie w znaczeniu politologicznym, a nie popularnym). Zakładam rzecz jasna, że mamy do czynienia z racjonalną i pozytywną motywacją, a nie z nagą żądzą władzy, czy podświadomym mszczeniem się na społeczeństwie za śmierć brata.
Żyjemy więc w czasach przejściowych nie wiedząc, czy eksperymenty ustrojowe udadzą się, czy nie. Inni też eksperymentują, ale to akurat żadna pociecha. Początkowo ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że w obecnej sytuacji, jako krytycy władzy, prezentujemy postawę konserwatysty, który nie chce zmiany i od obecnej „dobrej zmiany” woli już, żeby „było jak było” ale za chwilę przyszła refleksja, że my przecież nie mamy problemu ze zmianą jako taką. Mamy prawo oczekiwać zmiany takiej, jaka wynika z naszych racjonalnych poglądów i znajomości świata i historii.
Mówiąc krótko, nie jesteśmy konserwatystami, tylko postępowcami, którzy nie chcą się zatrzymywać w świecie Kaczyńskiego i którzy szukają kolejnych, lepszych rozwiązań, które na pewno się pojawią. Wcześniej, czy później. Jeżeli oczywiście projekt Kaczyńskiego znajduje się na głównej ścieżce rozwojowej, a nie jest to boczna, ślepa uliczka.
Racjonalna ocena sytuacji podpowiada, że potrzebny będzie plan B, na wypadek, gdyby nasze poszukiwania zostały mocno skomplikowane zrealizowaniem projektu Kaczyńskiego po wygranych jesiennych wyborach. Oczywiście NIC NIE JEST JESZCZE PRZESĄDZONE.
Może opozycja wygra wybory? Może PiS nie uzyska większości konstytucyjnej nawet po utworzeniu koalicji z PSL, chociaż to akurat marne pocieszenie? Może państwo Kaczyńskiego stanie się awangardą nowoczesności i zrozumiemy, że nasze odmienne od jego projektu wizje muszą poczekać jeszcze co najmniej 50 lat?
A może po prostu większość Polaków ma gdzieś nasze wizje i nasze zaangażowanie? Może oni chcą, żeby Kaczyński dokończył swój projekt, który przyniósł dotychczas tak wiele korzyści? Może wręcz żądają tego? Jak wtedy mamy zdefiniować nasze role społeczne w świecie, w którym stanowimy niewielką lekceważoną mniejszość, i z którym się fundamentalnie nie zgadzamy?
Liberalna demokracja tworzyła miejsce do życia dla innych światopoglądów. Polska PiS z wyraźnym trudem godzi się obecnie na ich istnienie, ale mam silne przeczucie, że zechce je usunąć z przestrzeni publicznej i tylko czeka na dogodną chwilę.
Co mamy zatem zrobić? Szykować głowy do posypania popiołem, czy pakować walizki? A może w końcu powinniśmy się wszyscy skrzyknąć i założyć nową partię polityczną, z mocnym umocowaniem w świecie ze względu na osobiste kontakty międzynarodowe? Nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby pozyskać jakieś granty na opracowanie od podstaw nowego modelu polskiego patriotyzmu i nowych wzorców narodowych, czyli kontrpropozycji wobec „nowego Polaka-katolika” à la Kaczyński.
Nowa atrakcyjna wizja rozwoju ekonomicznego i społecznego Polski też by nie zaszkodziła. W końcu nie ma pewności czy twórcy dotychczasowych opracowań i analiz nie przecierają ze zdumieniem oczu na widok dzisiejszego społeczeństwa, nie do końca rozpoznając przedmiot swoich niegdysiejszych badań.
Pilnie potrzebujemy planu B. Na wypadek, gdyby plan A – wygrania wyborów parlamentarnych – nie zadziałał. Plan B i tak będzie potrzebny, nawet jeśli plan A zadziała. Może stać się podwaliną nowego, przyszłego planu A.
Arkadiusz Głuszek

To, czy przywódca partii ma sympatie faszystowskie, nie wydaje mi się najważniejsze. Ważniejsze, że elektorat jest mało uświadomiony i mało zorientowany i dlatego podatny na propagandę.
Wybór PiS nie jest w elektoracie połączony ze świadomością tego co ta partia zamierza i może zrobić. Trzymając się faszystowskiego porównania: ludzie w Niemczech, popierający Hitlera, nie mieli świadomości co złego nazizm zrobi z Niemcami, ani że pakują się w wojnę światową i we wszystko co się z wojną wiąże.
Podatność na propagandę nie zmieniła się, ani nie wzrosła polityczna świadomość ludzi, a nowe zdobycze techniki powiększają możliwości oddziaływania na ludzi.
Na plany B było dość czasu. Przecież opozycja to są politycy, którzy zdają sobie sprawę z sytuacji, ale niewiele zrobili przez cztery lata. Nie powstała też żadna porywająca wizja ani żadna partia gotowa tę wizję realizować i pociągnąć za sobą ludzi.
Nie jest też tak, że przegrana zmusza ludzi do ocknięcia się i zmobilizowania. Przypomnę co mówił przed ostatnimi wyborami Krystian Legierski, działacz. Powiedział że warto zagłosować na PiS, bo jak PiS będzie rządzić to ludzie się przekonają co to za wredna partia i szybko ją zrzucą i na zawsze ona zniknie.
Samo się nic nie robi.
Mamy słabe partie opozycyjne i słabo zorientowany elektorat. Co w takim razie robić?
Polecam radę, jakiej udzielił swemu ludzkiemu przyjacielowi Ardżunie bóg Kriszna. Powiedział mniej więcej tak:
– Masz wpływ na to co robisz, ale już nie na skutki swego działania, więc rób wszystko co możesz jak najlepiej i nie przejmuj się skutkami.
Bardzo mi się podoba ten tekst z kilku powodów. Po pierwsze już pod koniec czerwca obiecałem sobie nie krytykować opozycji, nie siać ani pesymizmu, ani defetyzmu jak wówczas czyniło to wielu publicystów w mediach głównego nurtu. Na szczęście dzisiaj trochę się uspokoili. (W rezultacie kilka tekstów do których się zabierałem nie spełniało tych kryteriów, zatem nie mają prawa ujrzeć światła dziennego.) Popieram także taką postawę Autora – nie ma co dokładać nowych kłód pod nogi siłom prodemokratycznym; te które są starczą z nawiązką.
Po drugie tekst stawia więcej pytań niż udziela odpowiedzi i to jest stanowisko, które także i mnie wydaje się racjonalne. Jest zbyt wiele niewiadomych i rozwój sytuacji w dowolną stronę wydaje się otwarty; co więcej – możliwy.
Po trzecie wreszcie, ważna jest dyskusja o tym co robić teraz i co robić po wyborach, niezależnie od ich wyniku. Autor proponuje plan B niezależnie od wyniku wyborów i to także jest ważna deklaracja – na pewno warto o czymś takim rozmawiać, a po uzgodnieniu kierunków – pracować nad tym.
*
A propos kilku kwestii poruszonych w artykule. Co do młodzieńczych i obecnych fascynacji JK – nie mam własnego zdania. Ciekawe światło na tę kwestię rzuca Ludwik Dorn w rozmowie z red. Sroczyńskim. W tym zakresie jego wiedza może być dobra. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,53222,25058923,dorn-widze-pis-jako-pierwotniaka-ma-parzydelka-nibynozki.html To co mówi Dorn także może być wskazówką ewentualnego ciągu dalszego, jeżeli po wyborach przetrwa obecna konstelacja polityczna. Jeżeli Dorn się nie myli, to w razie czego czeka nas narastajacy bałagan i chaos wynikający z ciągłych dążeń do centralizacji i koncentracji władzy, na tle braku elementarnych kompetencji zarządczych samego JK i jego otoczenia.
*
Kierunek proponowany przez JK i PiS to na pewno nie jest główny nurt rozwoju cywilizacji, a zdecydowanie ślepy zaułek. Taką ścieżką wędruje Rosja Putina, Białoruś Łukaszenki a efekty są opłakane. Węgry Orbana i Turcja Erdogana, postanowiły to sprawdzić na własnej skórze i nie wiemy czy uzyskają cokolwiek lepsze wyniki. W jakimś sensie brexit i pomysł elit brytyjskich na ich bytowanie poza UE też wynika z podobnych przemyśleń, ale to osobny temat. Jak dotąd jedyny kraj w którym podobny eksperyment się udaje przez 30 lat to CHRL, ale chiński kontekst polityczny, cywilizacyjny i kulturowy jest nieporównywalny z Europą.
*
Doceniam, jak sądzę niezamierzone, wątki satyryczne w artykule: „Może państwo Kaczyńskiego stanie się awangardą nowoczesności i zrozumiemy, że nasze odmienne od jego projektu wizje muszą poczekać jeszcze co najmniej 50 lat?” Z przyczyn biologicznych JK nie ma przed sobą takiej perspektywy życiowej (sądzę, że nie ma nawet 20-letniej perspektywy), a bez niego projekt ma siłę intelektu panów marszałków parlamentarnych, źe przez grzeczność nie wspomnę ich nazwisk; zaznaczę tylko że obydwa są na literę K. Nawet jeżeli PiS zdobędzie władzę na kolejną kadencję, to rozbudzone oczekiwania i roszczenia elektoratu nie będą w stanie być zaspokojone z wielu przyczyn. Pierwsze problemy pojawią się już w obszarze dotacji z UE, bo wiele państw jest przeciwnych finansowaniu niepraworządnego reżimu. I albo władze grzecznie wrócą do praktyk konstytucyjnych albo kasy nie będzie. Wówczas pierwsi zaczną protestować zwolennicy manny z nieba. Nie będę dalej spekulował, ale scenariusze są wyłącznie złe.
*
Perspektywa konieczności planu B bardzo do mnie przemawia i to niezależnie od wyniku wyborów. Polska stoi przed koniecznością rozwiązywania dwojakiego rodzaju problemów, które systemy polityczne III RP i obecny odsuwały i odsuwają od siebie. Pierwsze to problemy uniwersalne, cywilizacyjne dotyczące całej ludzkości – produkcja energii i emisja CO2 , a wraz z nimi zatrucie środowiska, co wiaże się ze zmianami klimatu, brakiem wody i produkcją żywności. Drugie to problemy lokalne, polskie a wśród nich m.in. dramat demograficzny, katastrofa służby zdrowia, zapaść edukacyjna, oraz niewydolność innych usług publicznych – wymiaru sprawiedliwości, bezpieczeństwa publicznego i wielu innych. Dodatkowo konflikt plemienny koncentruje się na nienawiści społecznej ignorując konieczność współpracy na rzecz rozwiazywania tych wielu problemów. Istotą tego konfliktu jest także podsycanie wojny plemiennej przez część hierarchii i kleru katolickiego. Reasumując – z mojego punktu widzenia plan B dotyczy takiego ułożenia rzeczywistości społecznej a takze politycznej w Polsce, aby Polska w ogóle miała jakąkolwiek przyszłość, w przeciwieństwie do sytuacji obecnej.
Nie podobają mi się odniesienia do faszyzmu, różne są sposoby wbijania igły w splot nerwowy.