Arkadiusz Głuszek: Czy mamy plan B?5 min czytania

()

12.08.2019

Chętnie dołączyłem do wezwań zacnych osób publikujących na łamach SO, żeby swoim pisaniem nikogo nie zniechęcać do wzięcia udziału w nadchodzących wyborach. Podpisuję się zatem pod opinią, że WSZYSTKO JEST JESZCZE MOŻLIWE. Wybory parlamentarne A.D. 2019 będą i każdy obywatel posiadający prawo wyborcze może (ale nie musi) wziąć w nich udział. Opozycja wciąż może liczyć na wygraną i sprawy w kraju mogą (ale nie muszą) przyjąć nowy, lepszy dla przyszłości Polski obrót. Tyle teorii.

Praktyka polityczna ujawnia nieco inną rzeczywistość. Termin wyborów został już ogłoszony, czyli do wyborów demokratycznych dojdzie, ale równość szans startujących partii została bardzo mocno nadwyrężona. W porównaniu do 2015 roku żyjemy dzisiaj w innym państwie, czyli katolickim państwie Prawa i Sprawiedliwości, w którym reguły gry są zmieniane w trakcie rozgrywki w dowolny sposób, odpowiadający potrzebom rządzącej partii. Nie jest to dyktatura, w której inaczej myślący są prześladowani i fizycznie likwidowani. Nie jest to bezpośrednia powtórka z PRL, z masowymi wiecami pod hasłem „Naród z Partią”. To nowa forma, w której eksperymentuje się z mechanizmami oddziaływania na ludzką świadomość i emocje, ale to akurat nie dziwi, bo twór jest nowy i wciąż ma cechy tymczasowości.

Nowa forma ustrojowa pomyślana jest zapewne w taki sposób, żeby zachować najlepsze (dla zarządzania) cechy dyktatury z niezbędnymi atrybutami kultu państwa i jedności plemiennej, i jednocześnie nie mordować obywateli, dając im możliwość rozwoju ekonomicznego, bezpieczeństwo socjalne i namiastkę poczucia współdecydowania o własnym losie (wybory).

To twórcze rozwinięcie koncepcji faszyzmu i późniejszego narodowego socjalizmu lat 30. i koncepcji ludowego państwa PRL z pominięciem poważnych wad tych systemów, które doprowadziły do ich upadku. Wiemy skądinąd, że Jarosław Kaczyński otwarcie mówił o swoim mocno krytycznym poglądzie na temat demokracji już w czasach studiów politologicznych. Nie znam źródeł, które wskazywałyby na jego sympatię dla liberalizmu czy komunizmu. Pozostaje logiczny wniosek, że od młodych lat był on zafascynowany faszyzmem (naturalnie w znaczeniu politologicznym, a nie popularnym). Zakładam rzecz jasna, że mamy do czynienia z racjonalną i pozytywną motywacją, a nie z nagą żądzą władzy, czy podświadomym mszczeniem się na społeczeństwie za śmierć brata.

Żyjemy więc w czasach przejściowych nie wiedząc, czy eksperymenty ustrojowe udadzą się, czy nie. Inni też eksperymentują, ale to akurat żadna pociecha. Początkowo ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że w obecnej sytuacji, jako krytycy władzy, prezentujemy postawę konserwatysty, który nie chce zmiany i od obecnej „dobrej zmiany” woli już, żeby „było jak było” ale za chwilę przyszła refleksja, że my przecież nie mamy problemu ze zmianą jako taką. Mamy prawo oczekiwać zmiany takiej, jaka wynika z naszych racjonalnych poglądów i znajomości świata i historii.

Mówiąc krótko, nie jesteśmy konserwatystami, tylko postępowcami, którzy nie chcą się zatrzymywać w świecie Kaczyńskiego i którzy szukają kolejnych, lepszych rozwiązań, które na pewno się pojawią. Wcześniej, czy później. Jeżeli oczywiście projekt Kaczyńskiego znajduje się na głównej ścieżce rozwojowej, a nie jest to boczna, ślepa uliczka.

Racjonalna ocena sytuacji podpowiada, że potrzebny będzie plan B, na wypadek, gdyby nasze poszukiwania zostały mocno skomplikowane zrealizowaniem projektu Kaczyńskiego po wygranych jesiennych wyborach. Oczywiście NIC NIE JEST JESZCZE PRZESĄDZONE.

Może opozycja wygra wybory? Może PiS nie uzyska większości konstytucyjnej nawet po utworzeniu koalicji z PSL, chociaż to akurat marne pocieszenie? Może państwo Kaczyńskiego stanie się awangardą nowoczesności i zrozumiemy, że nasze odmienne od jego projektu wizje muszą poczekać jeszcze co najmniej 50 lat?

A może po prostu większość Polaków ma gdzieś nasze wizje i nasze zaangażowanie? Może oni chcą, żeby Kaczyński dokończył swój projekt, który przyniósł dotychczas tak wiele korzyści? Może wręcz żądają tego? Jak wtedy mamy zdefiniować nasze role społeczne w świecie, w którym stanowimy niewielką lekceważoną mniejszość, i z którym się fundamentalnie nie zgadzamy?

Liberalna demokracja tworzyła miejsce do życia dla innych światopoglądów. Polska PiS z wyraźnym trudem godzi się obecnie na ich istnienie, ale mam silne przeczucie, że zechce je usunąć z przestrzeni publicznej i tylko czeka na dogodną chwilę.

Co mamy zatem zrobić? Szykować głowy do posypania popiołem, czy pakować walizki? A może w końcu powinniśmy się wszyscy skrzyknąć i założyć nową partię polityczną, z mocnym umocowaniem w świecie ze względu na osobiste kontakty międzynarodowe? Nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby pozyskać jakieś granty na opracowanie od podstaw nowego modelu polskiego patriotyzmu i nowych wzorców narodowych, czyli kontrpropozycji wobec „nowego Polaka-katolika” à la Kaczyński.

Nowa atrakcyjna wizja rozwoju ekonomicznego i społecznego Polski też by nie zaszkodziła. W końcu nie ma pewności czy twórcy dotychczasowych opracowań i analiz nie przecierają ze zdumieniem oczu na widok dzisiejszego społeczeństwa, nie do końca rozpoznając przedmiot swoich niegdysiejszych badań.

Pilnie potrzebujemy planu B. Na wypadek, gdyby plan A – wygrania wyborów parlamentarnych – nie zadziałał. Plan B i tak będzie potrzebny, nawet jeśli plan A zadziała. Może stać się podwaliną nowego, przyszłego planu A.

Arkadiusz Głuszek

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. PIRS 28.10.2019
  2. slawek 28.10.2019
  3. PK 28.10.2019