Zbigniew Szczypiński: Chichot polskiej historii

24.08.2019

Trochę na przekór temu, co dominuje na stronie.

Podzielając w pełni potrzebę reagowania na to, co tu i teraz — potrzebę pilnego śledzenia dalszych wątków afery w Ministerstwie Sprawiedliwości i działającej tam zorganizowanej grupy przestępczej, pilnego przyglądania się wynikom kolejnych sondaży poparcia dla partii politycznych, wczytywania się w apele byłych współpracowników premiera Mazowieckiego — proponuję chwilę refleksji nad trochę szerzej rozumianą sytuacją polityczną, w jakiej się znaleźliśmy.

Chcę nawiązać tu do licznych głosów, mówiących o możliwym zwycięstwie obozu Zjednoczonej Prawicy w wyborach październikowych i perspektywie domknięcia układu, zbudowania państwa nowego autorytaryzmu. Państwa rządzonego przez wodza, państwa jednorodnego narodu Polaków-katolików, państwa jednej partii i ewentualnie kilku stronnictw sojuszniczych. Państwa, w którym wola polityczna wodza jest ponad prawem, kształtującego swoją przeszłość tak, aby była ona zgodna z jego polityką historyczną. Państwa, które stosuje swój aparat do walki z politycznymi przeciwnikami. Państwa, osłabiającego nasze uczestnictwo w Unii Europejskiej zgodnie z celami wielkich światowych mocarstw.

To nie jest pełna lista zagrożeń, jakie niesie wygrana Jarosława Kaczyńskiego w nadchodzących wyborach. Nie jest pełna, ale wystarczy, aby się przerazić.

W wielu tekstach kreślących możliwość dalszego rządzenia przez obecną ekipę „dobrej zmiany” podkreślany jest wątek powrotu do tego co było, do rządów „słusznie minionej” formacji sprzed lat. Do czasów PRL.

Takie skojarzenia są naturalne i uprawnione. W sprawowaniu władzy, w postulowanym modelu państwa PiS uderza podobieństwo do rządów wiadomej partii i jej I sekretarza, do „budowania jedności moralno-politycznej Polaków”, do hasła „partia z narodem — naród z partią”, do wykrzykiwania Wiesław, Wiesław (albo Gierek, Gierek) a obecnie Jarosław, Jarosław (z dodatkiem — Polskę zbaw).

Tych kilka przykładów wystarczy — naprawdę wraca co było. To, co trzydzieści lat temu wielki zryw Polaków, ich własną decyzją, wykorzystującą sprzyjającą historyczną chwilę odprężenia za naszą wschodnią granicą i rządy Gorbaczowa, odesłał do lamusa historii.

Trzeba jednak sobie uprzytomnić trudne fakty. Fakty to rzecz uparta, dżentelmeni się o nie jednak nie spierają. Dżentelmeni fakty znają, spierać się mogą jedynie o ich interpretację.

System polityczny PRL powstał po II wojnie światowej, po zwycięstwie sojuszników koalicji antyhitlerowskiej, w której Związek Radziecki z Józefem Stalinem był ważnym koalicjantem. Polskę wyzwoliła Armia Radziecka idąca na Berlin. Na najważniejszych konferencjach międzynarodowych wielcy tamtego świata podzielili europejski kontynent tak, że Polska znalazła się w radzieckiej sferze wpływów.

To nie naszą decyzją staliśmy się częścią obozu nazywającego siebie socjalistycznym, stojącego w konflikcie z obozem państw kapitalistycznych. To w wyniku takiego przebiegu i zakończenia największej jak dotąd wojny, na terenach ziem polskich stacjonowała Armia Radziecka a Wojsko Polskie było jej sojusznikiem.

Krótko mówiąc – tamten system zainstalowały nam mocarstwa, ustalające na konferencjach nowy porządek powojennego świata.

Okres lat 45 – 89 w Polsce nie był jednorodny. Lata 1945 – 1947 to lata malej wojny domowej, miękkiego instalowania nowego systemu władzy, okres swoistej mimikry głównych aktorów tamtej sceny politycznej. Piszę o mimikrze w pełni świadomie – Prezydent Bolesław Bierut, Prezydent Rzeczpospolitej Polski (Polska Rzeczpospolita Ludowa to nazwa późniejsza) udawał katolika i uczestniczył w kościelnych uroczystościach traktowany przez władze kościoła jako głowa państwa.

Po 1948, do października 56 to czasy stalinowskiego reżymu, zakończone śmiercią Stalina i polskim październikiem z powracającym do władzy Władysławem Gomułką (to ten od Wiesław, Wiesław).

Okres po 1956 to polska droga do socjalizmu z kolejnymi zakrętami i wszystkimi polskimi miesiącami: marcem 68, grudniem 70 i sierpniem 80. To czas funkcjonowania ustroju zainstalowanego przez obcych; czas, w którym odbudowano kraj ze zniszczeń wojennych, czas wielkiej transformacji gospodarczej i zmiany struktury państwa z rolniczo- przemysłowej na przemysłowo-rolniczą. Wymagało to wielkiej pracy, oznaczało to wielkie migracje ze wsi do miast, oznaczało to awans społeczny dla milionów.

Tamten ustój odrzuciliśmy jednak w wyborach czerwcowych 1989 rokuy. Przez trzydzieści lat budowaliśmy nowy; wchodziliśmy w nowe sojusze, zmienialiśmy Polskę.

I teraz, po prawie trzydziestu latach, w wyniku wyborów z 2015 roku, które ukształtowały scenę polityczną taką, jaką mamy tylko dlatego, że koalicja lewicy nie przekroczyła wymaganego dla koalicji progu 8%, Jarosław Kaczyński ma możliwość samodzielnego rządzenia i budowania satrapii z nim samym jako satrapą.

Jest jednak ogromna różnica w logice dziejów. System poprzedni — narzuconej nam władzy — który trwał ponad czterdzieści lat i skończył się bezkrwawo w sprzyjającym nam momencie historycznym, może oto zostać zastąpiony współczesną karykaturalną kopią — państwa opartego na autorytarnej władzy i pełnym populizmie. I może stać się to w wyniku decyzji Polaków wyrażonej w głosowaniu, przy urnach wyborczych.

To więcej niż żart historii, więcej niż jej chichot.

Dlatego też, póki toczy się gra, gra o wszystko, trzeba działać, każdy na swoim miejscu, na skalę swoich możliwości.

Jeszcze nic nie jest przesądzone, jeszcze może być normalnie.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com