Krzysztof Mroziewicz: Orbán

29.11.2019

Francuska dziennikarka Amélie Poinssot znająca Polskę i Węgry napisała analizę porównawczą systemów władzy w obydwu krajach, Co ma Viktor Orbán w głowie, z której wynika, że ma to samo, co Jarosław Kaczyński, tylko trochę więcej.

Różnica wynika stąd, że Orbán zna dobrze angielski, zna osobiście przywódców Europy i dobrze czuje się w salonach Brukseli. Jest ponadto politykiem, który uważa się za przywódcę, jeśli nie całej Europy Środkowej to przynajmniej Figury Wyszehradzkiej, czego nikt jeszcze panu Kaczyńskiemu nie powiedział.

Żeby populizm (termin amerykański z połowy XIX wieku oznaczający ideologię partii, która stanęła między Republikanami i Demokratami) zakwitł na dobre, lider musi być nie tylko przywódcą narodu, ale również politykiem na miarę regionu. To akurat – jeśli chodzi o region – w żadnym z dwu przypadków nie zachodzi z powodu stosowania przez Orbána taktyki Artura Jaya Finkelsteina i jego asystenta George’a Birnbauma. Ci dwaj amerykańscy spin-doktorzy zalecają zdefiniowanie wroga, a jeśli go nie ma – stworzenia go przez nominację.

Na Węgrzech z powodów historycznych nie jest to trudne. Węgrzy wywieźli do Auschwitz 450 tysięcy swoich Żydów, sygnatariusze układu z Trianon odcięli od macierzy dwie trzecie terytorium. Na Węgrzech mieszka wielu Romów, którzy nie myślą o asymilacji a są imigrantami sprzed wieków. (Zresztą i sami Węgrzy są imigrantami. A kto nimi nie jest?).

Ale najgroźniejsi wrogowie, których zresztą istnienie Unia Europejska dopuszcza, to liberałowie i lewicowcy.

Z liberałów i „lewaków” nazywanych tak z pogardą robi się użytek także w Polsce, określając ich hurtem „komunistami”, choć w PRL z powodu prywatnego rolnictwa, drobnego rzemiosła, Kościoła i tradycji kulturowych komunizmu być nie mogło.

Metoda Filkensteina wymaga znalezienia wroga, a potem takiego pociągnięcia (Pawłowicz, Piotrowicz), żeby opozycja zawyła z wściekłości. Ale to jest metoda bezpieczna tylko wtedy, gdy autokrata obejmie władzę na zawsze, czyli nigdy.

Na Węgrzech robi się to delikatniej niż w Polsce. Tam wrogiem współczesnym jest Soros. Naiwność tej nominacji wynika z przeświadczenia, że Soros, mimo bezczelnych ataków Orbána, pozostanie lojalnym członkiem wspólnoty węgierskiej. Orbán już nie pamięta, że atak Sorosa na funta brytyjskiego zachwiał gospodarką Zjednoczonego Królestwa. Gracz ten, gdyby chciał, mógłby w pojedynkę zniszczyć gospodarkę Węgier Orbana.

Doktrynę Filkensteina szef partii Fidesz stosuje elastycznie. Na początku swej kariery pamiętał jeszcze o wojskach radzieckich, które zmasakrowały powstanie węgierskie w roku 1956. Teraz ten temat w rozmowach premiera Węgier z prezydentem Putinem nie występuje. I odwrotnie – Adam Michnik był bohaterem i wzorem Orbana lata temu. Dziś nazwisko Michnika nie przechodzi Orbánowi przez gardło.

Elita władzy w Polsce zidentyfikowała już wrogów w domu. Są to „komuniści i złodzieje”. Dodano do tego genderLGBT, nie wiedząc, że we wszystkich kulturach z wyjątkiem staro-żydowskiej homoseksualizm traktowany był na równi (a może czasem i wyżej) z orientacją hetero. Szuka się teraz wroga za granicą z tej samej głupoty. A dyplomacja polska nie wie, a jeśli wie, to argumentu tego nie używa, że przewodnictwo Ksawerego Pruszyńskiego w komisji ONZ do spraw podziału Palestyny spowodowało powstanie Izraela.

Analiza porównawcza pani Poinssot na zestawieniu wrogów się nie kończy. Mowa jest jeszcze o trybunałach konstytucyjnych, sądach, korupcji i konstytucji, ale po szczegóły odsyłam do publikacji bardzo atrakcyjnym graficznie nakładem Fundacji Oratio Recta.

avatar

Krzysztof Mroziewicz

Dziennikarz, pisarz, dyplomata


Ur. 20 lutego 1945 w Słupicy koło Jedlni. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego; studiował na Wydziale Matematyki i Fizyki oraz w Instytucie Dziennikarstwa i Nauk Politycznych.  Ambasador RP w Indiach w latach 1996-2000.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com