Ernest Skalski: Noc listopadowa

01.12.2019

Emilia Plater na czele…

Ostatnio jakoś tak bardziej kojarzy mi się z urodzinami wnuczki niż z podporucznikiem Wysockim i podchorążymi z Łazienek. A Arsenał, gdzie w tę noc powstańcy zdobyli broń, to dla mnie w pierwszej kolejności restauracja „U kucharzy”. Chyba nie spełniam obowiązującego standardu patrioty.

Do porządku przywołał mnie dzisiejszy – już przedwczorajszy, w TĘ noc nie skończyłem – dodatek historyczny „Rzeczpospolitej”. Paweł Łepkowski i Leszek Szymowski piszą tam o Powstaniu Listopadowym jako o zmarnowanej szansie na wybicie się Polski na niepodległość. Leszek Szymowski powołuje się na znanego historyka Jerzego Łojka, który był przekonany o tej szansie i bronił tego przekonania, gdzie tylko mógł.

Pamiętam jedną taką ostrą dyskusję z nim, w zgromadzeniu omawiającym, wydaną wówczas po raz drugi, książkę Tomasza Łubieńskiego „Bić się czy nie bić”. A była to dość specyficzna sytuacja. Rok 1980, równo półtora wieku po wybuchu tego powstania i kilka tygodni po podpisaniu Porozumień Sierpniowych, sukcesie, który podnosił nastrój, dodawał odwagi. Logicznego związku między tymi wydarzeniami nie było, lecz dominowało przekonanie, że odwaga popłaca i ogólnie rzecz biorąc, że warto się bić.

Autor, krótko przed tym mój redakcyjny kolega, nie zajmował jednoznacznego stanowiska, a przedstawiał tak liczne argumenty, że zwolennicy każdego założenia mogli coś znaleźć dla siebie. Po prawie czterech dekadach niczego nowego nie da się chyba powiedzieć.

Słuchałem, pamiętam, o tych szansach i wiedziałem, absolwent z 1957 r. – historii Moskiewskiego Państwowego Uniwersytetu, że nie było żadnych. Kadłubowe państewko-protektorat, czyli Królestwo Kongresowe, miało niewielką, lecz doskonałą armię, dowodzoną przez oficerów z praktyką napoleońskich, a nawet wcześniejszych kampanii. Gdyby ci generałowie, którzy z oporami dali się skłonić do dowodzenia, dowodzili tak jak umieli a nie tak jak się im nie chciało, mogliśmy zapewne wygrać kampanię 1831 roku i to byłby koniec. Wojnę musieliśmy przegrać. Rosja miała tak samo dobrą armię z dowódcami, mającymi za sobą te same kampanie, w których – po drugiej stronie – walczyli Polacy, lecz mogła ta armia być bez porównania większa od naszej. I miała Rosja cara Mikołaja, co znaczyło, że tej armii bezwzględnie użyje.

Car Mikołaj I

Marks może przesadził, pisząc, że Mikołaj I ma horyzont umysłowy kompanijnego feldfebla. Po prostu Cesarz Rosji i Król Polski był prostolinijnym człowiekiem zasad. A te zasady to bezwzględnie egzekwowana absolutna władza monarchy w Rosji i w całym Świętym Przymierzu. Z poddanymi się nie pertraktuje i nie układa, tylko się im rozkazuje. Konstytucyjność Królestwa Polskiego bardzo go uwierała i ograniczał ją jak tylko mógł. Ta konstytucyjna sień imperium – mawiano w Petersburgu – mogła być gorszącym przykładem i wielu ważnych osobistości mogło się cieszyć z okazji, jaką stała się polskaja miatież. Mikołajowi jego plany tłamszenia Kongresówki chyba by się udały, ale może i nie. Ułatwiliśmy mu to zadanie w „dniu krwi i chwały”, który nie stał się „dniem wskrzeszenia”.

Bezwarunkowa kapitulacja w zamian za darowanie win to było wszystko co Mikołaj łaskawie mógł oferować zbuntowanej Warszawie. I to, jeśli szybko. „Warszawa jedna twojej mocy się urąga, Podnosi na cię rękę i koronę ściąga” Po tym mieliśmy przechlapane. Sejm Królestwa składał się również z króla. Decyzja podjęta bez niego nie była prawomocna, a on był strażnikiem praw.

Nawet najbardziej absolutny władca nie może narazić się wszystkim liczącym się w państwie i Mikołaj musiał pamiętać o swoim ojcu, Pawle I. A przy sprawie polskiej obudził się duch wielkorosyjskiego patriotyzmu, nawet w oświeconej publice, która z pewnym dystansem odnosiła się do rosyjskiej rzeczywistości z samodzierżawiem. Puszkin, przyjaciel Mickiewicza i Dekabrystów, w patriotycznym porywie napisał dwa paszkwilanckie wiersze. Car, który w dowód łaski podjął się bycia cenzorem poety, polecił je szybko opublikować.

Polscy i rosyjscy generałowie zdążyli się poznać osobiście. Jedni i drudzy mieli dość wojennych doświadczeń i nie chcieli rozkręcać tej wojny, wiedząc jak musi się skończyć. Rosyjska świadomość historyczna sięga daleko, jeśli w XXI wieku wykorzystuje się udział – fakt, że nie chwalebny – Polaków w wielkiej smucie na przełomie wieków XVI i XVII. W rosyjskiej armii kultywowano pamięć roku 1794. Rzeź Pragi miała być karą za to jak parę miesięcy wcześniej lud Warszawy pod wodzą Kilińskiego potraktował rosyjskich żołnierzy, w tym leżących w lazarecie. (W uniwersyteckim wykładzie mieściła się informacja, że przed wejściem na Pragę Suworow wydał rozkaz… zakazujący wszelkiej przemocy).

Zatem nie należało Rosjanom zadawać zbyt wielkich strat. Generał Jan Krukowiecki „…zdrajca co oddał Warszawę” wyprowadził z niej wojsko, by feldmarszałek Iwan Paskiewicz, hrabia Erywański, przełamawszy opór na szańcach przedmiejskiej Woli przejął miasto, w którym później przez ćwierć wieku, z tytułem Książę Warszawski, urzędował jako namiestnik monarchy.

Z Łojkiem była trudna dyskusja. Imponował wiedzą o przedmiocie. Był biegłym mówcą, takim z pewnością siebie, jaką daje głębokie przekonanie i wyczucie poparcia audytorium. Publika, wciąż jeszcze w stanie posierpniowej euforii, chciała słuchać, jakie mieliśmy szanse, a ich karygodne zmarnowanie jakby podbudowywało obecnych. Myśmy naszych szans nie zmarnowali. Rosja była mało ciekawa. Gdyby tylko nie nasze błędy… Nie czułem się na siłach, aby polemizować z Łojkiem.

Książkę Łubieńskiego wydaje się raz po raz. Nie pamiętam, w której o niej dyskusji, trafiłem na wypowiedź profesora Andrzeja Nowaka, znającego dobrze historię Rosji. Wytykał, że powszechne opinie o powstaniu, oparte na polskich materiałach, nie są pełne – ani sensowne (to ja) – bez uwzględnienia tej drugiej, czyli rosyjskiej, strony.


Polski Prometeusz. Obraz Horace Verneta jako alegoria upadku powstania listopadowego (domena publiczna)

A jak się już uwzględnia… Będzie dygresja. Obszerna, bo się wkurwiłem. Wielki Książę Konstanty to u Leszka Szymowskiego („Rzeczpospolita” 29.07.2016, Każdy kto daje temu konfabulantowi łamy prosi się o nieszczęście) przemiennie: carski namiestnik, gubernator i generał-gubernator. U Pawła Łepkowskiego to wojenny gubernator Królestwa Polskiego. A Konstanty, rodzony brat Mikołaja, owszem, był faktycznym wielkorządcą Królestwa, będąc „tylko” naczelnym dowódcą jego wojsk. Zaś namiestnikiem był, do śmierci w roku 1826, generał Józef Zajączek, który niechlubnie zakończył piękny życiorys. Nie przez objęcie stanowiska, lecz przez postępowanie na nim. Po nim był vacat, a funkcję pełniła Rada Administracyjna, faktyczny rząd. Zaś warszawski generał-gubernator, z podległymi mu gubernatorami prowincjonalnymi, nastał dopiero w roku 1874, gdy likwidowano wszelką odrębność administracyjną Priwislenskowo Kraja.

Jak go zwał tak go zwał…? Nie. W tekście na poważny temat w poważnej gazecie obowiązywać powinna precyzja.

I jeszcze Szymowski: „Konstanty… nie został carem, bo jego ojciec – car Paweł I – przyznał koronę młodszemu z braci – Mikołajowi”.

Zamordowany w roku 1801 Paweł niczego nikomu nie przyznawał. Carewicz Mikołaj to był rocznik 1796. Cesarzem został wówczas najstarszy syn Pawła, urodzony w roku 1777, Aleksander I. Czwórka jego dzieci, dwóch synów i dwie córki, mogła wiele znaczyć w Rosji, lecz nie mogła dziedziczyć tronu. Następcą był więc Konstanty, rocznik 1779. Gdy w roku 1823 ożenił się z Polką, hrabianką Joanną Grudzińską, która mogłaby być tylko morganatyczną małżonką monarchy, zrzekł się prawa do tronu, na rzecz kolejnego brata, Mikołaja. Lecz kiedy Aleksander umarł w grudniu 1825 roku, Mikołaj zaproponował Konstantemu, by jednak został carem, a ten odmówił i pozostał w Warszawie. Z Księżną Łowicką, który to tytuł otrzymała Joanna. W Noc Listopadową uratowała Konstantego przed zamachowcami.

Zwracam na taki rozkoszny bełkot uwagę, bo od wielu już lat popularyzatorzy historii często nie mają pojęcia o czym piszą. Coś gdzieś przeczytają i przepisują, dodając od siebie dywagacje, w których to, co ich zdaniem powinno się zdarzyć, podają jako historyczne fakty. I to w czasach, kiedy nawet nie trzeba odrywać tyłka od fotela, ażeby wszystko sprawdzić. Tak jest nawet w poważnych mediach. Takich jak „Rzeczpospolita”.

Nie powstrzymam się przed powtórzeniem tu czegoś, czego PT. Czytelnicy SO nie przeczytali lub przeczytawszy, zapomnieli. W „Polityce” jakaś pani pisała o wybitnych monarchiniach. Przy Katarzynie II poinformowała, że w patriarchalnej Rosji władza kobiety była zaskoczeniem. Myślący autor zainteresowałby się czy aby nie było Pierwszej, skoro była Druga. A była. A jeszcze wcześniej jako regent, rządziła Rosją księżniczka Zofia. Po Katarzynie I rządziła cesarzowa Anna. Katarzynę II sprowadziła do Rosji rządząca w niej cesarzowa Elżbieta.

Wracamy do Listopadowego. Zdałem sobie już trzydzieści dziewięć lat temu sprawę, że jego ocena zależy od sumy poglądów oceniających. I od osobistego stosunku. Późny wnuk powstańca, który zginął broniąc pod generałem Sowińskim szańców Woli, może zeń czuć dumę, kształtującą insurekcyjną postawę. Nie będzie jej podzielać matka powstańca, który stracił życie na tejże Woli, w pierwszych dniach sierpnia ’44. W roku 1980 jeszcze żyło trochę tych matek.

To porównanie uznałem za tak sugestywne, że sięgałem poń parokrotnie w ciągu czterech dekad i nie zarzekam się, że go nie powtórzę. Jednocześnie jednak, wiedząc, że nic nie składa się z samych zalet i samych wad, starałem się znaleźć pozytywne elementy przegranych powstań, by jakoś uzasadnić to gloria victis. Trudne to było. Uczestnicy przegranych powstań nie głosili ich chwały i zwalczali próby podejmowania kolejnych. Podejmowali je ludzie następnego pokolenia, którzy nie odczuli klęski na własnej skórze, a cenili męstwo ojców i czuli ciężar aktualnego położenia. Nie przyjmując do świadomości, że to ojcowie je w jakimś stopniu sprowokowali. Synowie byli przekonani, że będą lepsi.

Konfederacja Barska, Powstanie Kościuszkowskie, Powstanie Listopadowe, rok 1846 w Galicji, rok 1848 w zaborze pruskim, Powstanie Styczniowe. Jeden zryw przekazywał spóźniony zapłon następnemu. Potrzeba wolności i duch irredenty trwał. Praktycznie w niewielkiej aktywnej części narodu, lecz w świadomości wszystkich. Czy warto było? To już kwestia wiecznej dyskusji.

Po III rozbiorze nie było żadnych form polskiej państwowości. Napoleon nie tylko z Francji, z Polski też pobrał daninę krwi, lecz za tę cenę mieliśmy Kongresówkę – o wiele lepiej niż nic – i Rzeczpospolitą Krakowską. Po Powstaniu Styczniowym musiały przejść dwa pokolenia, by odrodził się ruch niepodległościowy. Bez niego nie byłoby II RP, a kraj byłby tak samo zrujnowany przez wojnę i tak samo około siedmiuset tysięcy Polaków zginęłoby w armiach zaborczych, walcząc w wielu miejscach przeciwko sobie. Więc chyba warto było się bić, gdy – na co stawiał Mickiewicz – sprawa polska stawała się częścią wielkiej wojny w Europie. Listopadowe nie miało tej szansy, a nie wiadomo czy by Królestwo Kongresowe dotrwało z własnym państwem i wojskiem do Wojny Krymskiej.

P.S. No i smrodek dydaktyczny na zakończenie. Od Powstania Warszawskiego minęły już trzy pokolenia. Z młodzieży powstańczej została już niewielka grupka jeszcze starszych niż ja. Minie czwarte pokolenie i już nikt nie będzie pamiętał wojny i okupacji, powstania, przedwojennej i powojennej Warszawy. Historycy będą wiedzieli jak było, a zdania i tak będą mieli odmienne. W narodzie zostanie folklor powstańczy. Mały powstaniec, „sanitariuszki morowe panny”. Tak samo, jak bez większego sensu pozostały po Nocy Listopadowej: nieudany pożar na Solcu, nocne mgły w Łazienkach, nieudolni spiskowcy w Belwederze, okrzyki „Do broni!” i zatrzaskiwane okiennice, zdobycie Arsenału oraz wymarsz, z koszar na Nowym Mieście czwartego pułku piechoty liniowej.


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com