Marek Jastrząb: Zaloty królewicza Zagryzka

24.12.2019

Królewna stała się panną do wzięcia. Co się tyczy jej rodziny, to pewnego dnia przestała istnieć, a pozostałą częścią dworu owionęła plotka, że zalecać się do niej postanowił Zagryzek, krewki tetryk, sflaczały lowelas i znany fanfaron. Był z niego dosyć wiekowy młodzian, który obiecywał przy świadkach, że spuści manto każdemu, kto by mu się ośmielił przeszkodzić w konkurach. Wszyscy jednak wiedzieli, jak fatalnie pudłuje z bandoletów i niemrawo wywija bambusową szablą, nikt więc zdrowy na rozumie nie miał ochoty wierzyć w jego przechwałki. Mimo to zadufany w sobie Zagryzek wsiadł na pomyloną szkapę i z animuszem w gąsiorku wyruszył na podbój serca królewny.

*

Dużo by mówić, ile miał przygód, ale mówić o tym nie warto, bo już po kilku tygodniach trafił do pałacu bram. Był zmordowany od dźwigania kobyły, która co prawda nie umiała mówić, ale za to pięknie rżała ludzkim głosem.

Wycieńczony, dowlókł się do głównej stodoły dworzyszcza, gdzie lokaj w akselbantach, zamiast uniżenie prosić go na pokoje, dał mu talara i oznajmił:

– rad jestem poczciwcze, żeś zawitał w moje skromne progi, wszelako daremnie ponosiłeś mozoły, albowiem tu jadła, napitku, ni tym bardziej barłogu nie uświadczysz. Ducha jednak nie trać, gdyż zarutko pod lasem sterczy szklana góra, a na tej górze karczma. Gdy tam dojdziesz, obrok mieć będziesz, a i szkapa też sobie odsapnie.

Już się zamachnął, by drzwi zatrzasnąć, kiedy Zagryzek rzekł:

– słuchaj no, ropuchu niemyty, jestem Zagryzek, a więc nie byle sroka, toteż prowadź mnie do królewny, bo inaczej przeflancuję ci ucho lewe na prawą stronę i będą cię brali za trędowatego.

Rozsierdzony lokaj wziął się pod boki, półgębkiem zarechotał, a na jego twarz wystąpiły cętki. Z wyraźną wzgardą zlustrował zaświnione szaty Zagryzka, w przeczyste niebo wzrok wbił, na koniec parsknął:

Dosłysz mnie choć raz dziadu wredny! Jeżeli chodzi o królewnę, to ona już nie jest królewną, a pomywaczką srebrnych statorów, które miłościwie zezwalamy jej pucować. Jako była władczyni, mieszka w karczmie na szklanej górze. Skończył się nam feudalizm i od dwóch dni mamy republikę, a ja zostałem jej najjaśniejszym prezydentem. Doszły mnie wieści, że pozbawili cię tronu, berła i wszystkich termoforów, ale nie frasuj się: na razie nie są to wiadomości sprawdzone, tylko jakieś niesprawdzone słuchy. Szwankują mi donosiciele, ponieważ republika, to u nas ustrój niemowlęcy i w asortymencie tajnej policji mam niedobory. Starzy szpicle nie mają powodu służyć mi aż do śmierci, a nowych się jeszcze nie dorobiłem.

Prezydent kichnął w rękaw i prawił dalej tak:

Ja tu z tobą gadu-gadu, ale czy jest sens narzekać z tobą, skoro z ciebie kacyk? W koperczaki się zachciało na stare lata? Prorokuję ci tedy, że wkrótce za banitę brany będziesz i w żadnym przyzwoitym pałacu miejsca nie zagrzejesz.

Zagryzek wszelako nie miał zamiaru martwić się przy fagasie. Monarszą głowę swoją władczo podniósł na znak, iż co do losu żywi inne przekonania, wyminął go, wziął szkapę na barana i ruszył do karczmy na górze, ale że góra była szklana, śliska i niedostępna, szkapa zaś ciężka, Zagryzek stwierdził, że zanim dojdzie do karczmy, ducha wyzipie.

niech to dunder świśnie – krzyknął.

I dunder rzeczywiście świsnął jak na zamówienie.

Królewicz zdumiał się.

Na wszelki wypadek odmówił trzy pacierze za spokój duszy dundra.

Poskutkowało; ucichło i w całej przyrodzie było jak na zamówienie: ptaki ujadały sopranami, strumyk wił się i szemrał po parowach, a góra z królewną stała sobie tak niziutko, jak pragnął, więc z łatwością wlazł na nią i do drzwi karczmy zapukał.

Te natychmiast otworzyły się zapraszająco, lecz królewicz nikogo nie ujrzał, więc pomyślał sobie tak:

Mój ty dunderku roztomiły, pomogłeś mi się tu wgramolić, pomóż więc, bym był jak ongi, przystojny, młody i miał królestwo, a zmówię za ciebie ze trzy następne pacierze .

Kiedy skończył modlitwę, powiał solidny wiatr: karczma w pałac się zamieniła, a dawniejszy prezydent trzepał pokłonami kobierzec. Zagryzka pod kolana ucapił i zaniósł do sali tronowej, gdzie szykownej urody panna, przeczarowana z garkotłuka na królewnę, witać go poczęła zawzięcie.

Co sobie naobiecywali, jaka między nimi wybuchła sympatia, siła by gadać. Dość, że wkrótce odbyło się ich huczne weselisko i ja na nim byłem i beczki z miodem taszczyłem.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. szerszeń 2019-12-25
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com