Moje przygody z prawem
Moje przygody z prawem to nieustanne wzloty i upadki. Na początku, gdy dokonywałem wyboru kierunku studiów w oparciu o mgliste przekonanie, że po takim wydziale będę mógł robić rozmaite rzeczy i że ten wybór jeszcze niczego nie przesądza, oczywiście nie myślałem, a raczej wręcz nie chciałem zostać prawnikiem. Miałem nieskończone 18 lat i bardziej mnie interesowała historia, ale wszyscy wmawiali we mnie, że to nie najlepiej rokujące studia na odnalezienie się w zawodowej przyszłości. I uległem.
Właściwie do dzisiaj nie jestem pewny, czy nie należało wtedy upierać się jednak przy swojej pasji i fascynacji, z którą traktowałem historię, ale ten wątek muszę już niestety uznać za przebrzmiały, bo nie jestem go w stanie na obecnym etapie zmienić. Uczucie, że coś jest nie tak z prawem, dręczyło mnie i nie dawało spokoju przez wiele lat. Prawo traktowałem jako dziedzinę niesłychanie sformalizowaną, sztywną, mało naukową wreszcie. Cóż to za odkrycia naukowe i prawdy, których zasięg czasowy jest zawsze określony i nie wykracza poza określone ramy tekstu napisanego przez prawodawcę? Na techniczność reguł nakładała się logika formalna, która także- dodajmy – nie zawsze dawała sobie radę z poprawnością, a może dwuznacznością prawniczych sylogizmów. Studiowanie i uprawianie prawa w PRL u było prawdziwym wyzwaniem, bo na gmach w miarę solidnych zasad i reguł nakładała się jeszcze w sposób nieubłagany ideologia, zaśmiecająca młode umysły i zacierająca prawdziwe oblicze starych, czcigodnych konstrukcji.
Minęło sporo czasu, zanim zacząłem spoglądać na prawo z innej nieco perspektywy, bardziej przyjaznym okiem, dostrzegać jego siłę i walory intelektualne. Na pewno przyczyniła się do tego postawa moich profesorów, mistrzów, ludzi, którzy wprowadzali mnie stopniowo w świat prawa, pokazywali kierunek i obszary, których nie byłem w stanie samodzielnie wykryć. Wybrałem jako specjalizację prawo prywatne, co było zdecydowanie bardziej podyktowane sprzeciwem wobec ideologii, którą przesączona była w dużo większym stopniu cała sfera prawa publicznego, niż jakimś szczególnym zainteresowaniem kierowanym do tej dziedziny prawa. Dopiero na seminariach z prawa prywatnego prowadzonych przez profesora Tomasza Dybowskiego zacząłem rozumieć sens sporu o prawa i interesy i poczułem siłę prawa jako instrumentu osiągania określonych, bardzo różnych celów, ale przy zachowaniu jego metod, podstawowych reguł i zasad, przyjętej hierarchii norm. Zrozumiałem, na czym polega umiejętność i walor wykładni prawa, i jak wiele zależy od kultury, wiedzy, erudycji, wyobraźni, szerokości spojrzenia samego interpretatora.
W mojej katedrze starano się, aby prawo było oddzielone od ideologii i broniło się przed nią za wszelką cenę. Pamiętajmy, że uniwersytecka kultura nauczania prawa, najczęściej jeszcze w oparciu o stare, przedkomunistyczne przedwojenne wzorce zakładała, że prawo to budowa cywilizacyjna, wznoszona cegła po cegle, w oparciu o fundamenty tkwiące w prawie rzymskim i narastająca stopniowo, w każdej epoce wzbogacana o nowe elementy, ozdobniki, rzeźby i konstrukcje architektoniczne. Z tymi doświadczeniami zacząłem lubić i doceniać prawnicze umiejętności. I na tym się kończył mój pierwszy (chyba najtrudniejszy) etap przygód z prawem. Ale na tym się nie skończyły moje poszukiwania tego, jak definiować prawo, jego funkcje i cele podstawowe, jego sens i rolę cywilizacyjną, jego status jako nauki. Każdy z nas poszukuje swojego Graala i dla mnie poszukiwanie odpowiedzi na te pytania, to poszukiwanie mojego Graala. Czy prawo jest rzeczywiście, jak często sam mawiałem, sztuką piękna i słuszności – ius est ars boni et aequi ?
Im lepiej rozumiałem, czym mogłoby być prawo (lub raczej – czym powinno być prawo), tym większe miałem rozterki i dylematy: za oknem dostrzegałem rzeczywistość przaśną, szarą, odbiegającą mocno od tego, czego sam nauczałem studentów naszego uniwersytetu. Czy można być prawnikiem w kraju, w którym dominacja ideologii nad prawem była aż nadto widoczna? W prawie prywatnym infiltracja ideologicznych elementów, choć znacznie mniejsza niż w innych dziedzinach, wydawała się jednak szczególnie niebezpieczna, bo deformująca istotę konstrukcji tworzonych dla innej rzeczywistości, dla prawdziwego rynku i dla wolnych obywateli. Co z wolnością umów, jeśli istnieje przymus zawierania umowy, co z własnością, jeżeli prawdziwym właścicielem jest państwo i tylko państwo, co z regułami słuszności, jeżeli w zderzeniu interesu państwa i jednostki tylko ten pierwszy uzyskuje zawsze przewagę?
A jednak szybko zrozumiałem, że prawo, zwłaszcza prawa prywatne, jeżeli natrafiało na mądrych, dobrze wykształconych i dysponujących odpowiednią wyobraźnią interpretatorów, potrafiło zamienić się w finezyjny instrument przetwarzania rzeczywistości i niekiedy bardzo skuteczny środek ochrony indywidualnych interesów. Tak jak pisarze i dziennikarze, twórcy w czasach komunistycznych, którzy osiągali swój cel przez posługiwanie się metaforą, analogią historyczną, specyficzną symboliką, prawnicy przesuwali granice ochrony słusznych interesów i osiągali relatywnie bardzo wiele poprzez kunszt, precyzję i solidność konstrukcji np. w dziedzinie ochrony konsumentów, odpowiedzialności producenta, odpowiedzialności państwa czy ochrony dóbr osobistych.
Dzisiaj można z przekonaniem powiedzieć, że sfera ochrony praw osobistych była wręcz substytutem ochrony praw podstawowych jednostek w miejsce nieistniejących gwarancji konstytucyjnych. To był czas dobrej, solidnej dogmatyki prawniczej, swoistego prawniczego pozytywizmu, który zawężając z pełną świadomością pole wykładni zapewniał jednocześnie mocny grunt dla zasady pewności i przewidywalności prawa, tworząc barierę dla infiltracji ideologii. Cóż to był za paradoks, zrozumiały tylko w kontekście tamtego czasu, formalizm podejścia w stosowaniu normy, dyktowany imperatywem skuteczniejszego chronienia praw jednostek! Warto o tym przykładzie pamiętać dyskutując dzisiaj o naturze wykładni i zaletach wykładni funkcjonalnej.
Mój dzisiejszy stosunek do prawa, do jego funkcji, celów i także pojmowania wykładni jako drogi dochodzenia do słusznego prawa, w ogromnej mierze określa moje doświadczenie sędziowskie w okresie ponad 20 lat – zarówno w Trybunale Konstytucyjnym, jak i Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. Na tle tych bowiem doświadczeń odnajduję odpowiedź na pytania, które stawiałem sobie wcześniej.
Znacznie lepiej zacząłem rozumieć, że prawo ma być instrumentem realnym i efektywnym do poszukiwania sprawiedliwości i zapewnienia równowagi na tle kolizyjnych, krzyżujących się interesów. Prawo rangi konstytucyjnej dawało do ręki prawdziwe narzędzia do osiągania takiego celu, pod warunkiem umiejętnego i mądrego używania tego narzędzia, eliminowania pokusy arbitralności i nadmiernej swobody wykładni Na tym poziomie mieć trzeba na uwadze cele i zadania, do których zmierza porządek prawny jako taki. Zasady i wartości znajdujące się na szczycie systemu prawa pozwalają na spojrzenie z góry, ogarnięcie całego systemu. Takie podejście narzuca wręcz poszukiwanie rozwiązań, które odnajdują nowe treści w ramach starych, zdawałoby się zużytych konstrukcji, umożliwiają poprzez ich ewolucje i systematyczny proces dopasowywania znacznie skuteczniejszą ochronę praw jednostek. To jest zadanie dla każdego prawnika fascynujące i wymaga jednocześnie zachowania pokory i samoograniczenia, by nie wpaść w pułapkę woluntaryzmu.
Moje doświadczenia wynikające z orzekania w Trybunale Sprawiedliwości są w jakimś stopniu zbliżone. Wykładnia prawa europejskiego jest z natury rzeczy funkcjonalna, mocno podporządkowana zadaniu, którym jest zapewnienie efektywnego funkcjonowania całego porządku prawnego prawa unijnego, przy jednoczesnym respekcie i zachowaniu priorytetu zasad ogólnych, wartości oraz praw podstawowych. Znakomicie to ilustruje orzecznictwo w ostatnich latach dotyczące rządów prawa i niezawisłości sędziowskiej, w którym ujawnia się prawdziwa siła promieniowania wartości fundamentalnych UE dla funkcjonowania całego porządku prawnego.
Dzisiaj narzędzia, które stwarza mądre i z wyobraźnią odwoływanie się przez sędziów do najważniejszych zasad i wartości konstytucji oraz do instrumentów wynikających ze stosowania prawa unijnego, mogą być, jak się okazuje, najbardziej skutecznym sposobem ochrony tego, co określamy mianem państwa prawa. Dostrzegamy to obecnie z całą ostrością. Obrona zasad rządów prawa w sferze praktycznego stosowania prawa przez sędziów stała się de facto najważniejszym i najskuteczniejszym instrumentem gwarancyjnym polskiej demokracji, gdy osłabieniu ulegają inne, niedawno jeszcze uznawane za niezniszczalne, instytucje. Tak interpretowane i rozumiane prawo staje się szczególnie istotnym łącznikiem z przestrzenią prawną Unii Europejskiej.
Korzystam w tym momencie z okazji, by wyrazić swój podziw i wdzięczność sędziom polskim za ich postawę.
Wracając do wątku bardziej osobistego – moich „zmagań z prawem” – muszę stwierdzić, że jestem prawdziwym beneficjentem zmian i transformacji, które dawały szansę na testowanie w tak różnych okolicznościach i zmieniających się dekoracjach różnych metod podejścia do prawa i jego wykładni: od czystej dogmatyki i swoistego pozytywizmu prawniczego do wykładni akcentującej aksjologię konstytucyjną, europejską – obie wsparte na szanowaniu wspólnych zasad i wartości, które muszą być zachowane w naszym systemie europejskim. Dzisiaj rozumiem znacznie lepiej, że oba te podejścia mogą być komplementarne w stosunku do siebie, a respekt dla klasyki prawniczej i dobrej dogmatyki nie przekreśla możliwości poszukiwania prawa słusznego.
