15.02.2020

wybory prezydenckie nie budzą we mnie szczególnych emocji. mam swoje sympatie polityczne, ale nie będę ich tutaj wyjawiał. jeżeli ktoś domyśli się, kto moim zdaniem winien być prezydentem (bo przecież nie jest mi to obojętne, już choćby ze względu na rodzinę i przyjaciół) to niech domyśla się na własny rachunek. z sympatii politycznych można zwierzać się w przyjacielskiej pogawędce. dziennikarstwo nie polega na przyjacielskiej zażyłości ze wszystkimi czytelnikami w gromadzie i każdym z nich indywidualnie. bardzo pięknie sformułował to maciej łukasiewicz (zm.2005) w przesłaniu do czytelników, gdy został redaktorem naczelnym „rzeczpospolitej” (z którą byłem związany przez 12 lat):
obowiązkiem gazety jest patrzenie władzy na palce. każdej władzy, również tej, którą się lubi
nic dziwnego, że maciek musiał później zrzec się funkcji, na którą został wybrany.
wspominam o tym, bo już dzisiaj mało które medium stawia sobie taki cel, a może się zdarzyć, że po sądownictwie przyjdzie kolej na media i taka właśnie funkcja mediów zostanie uznana za przestępstwo z w drodze uchwalonej przez sejm noweli do KK, opatrzonej podpisem prezydenta.
w przeciwieństwie do wielu moich kolegów wiem, kto nim zostanie i nie muszę poddawać głębokiej i solidnej objętościowo analizie jakichś tam wypowiedzi polityków wszystkich możliwych możliwych opcji. z mojego punktu obserwacyjnego widać wyraźnie, że cała ta paplanina zostanie szybko zapomniana. po co więc marnotrawić energię na długie dociekania. nie znamy kandydatów.
na czele tej listy stoi obecny prezydent. na pozór wszędzie roi się od niego, ale równie dobrze mogłoby go nie być, bo jego działalność sprowadza się do wykonywania cudzych poleceń i propagowania posunięć politycznych nieswego autorstwa, co myśli on naprawdę (zakładając, że w ogóle) jeszcześmy się nie dowiedzieli. może nawet sam zdaje sobie z tego sprawę, więc intelektualna i charakterologiczna nijakość zagłuszana jest wrzaskiem, w którym dominują zwroty w rodzaju: jestem zdania, że, postanowiłem, podjąłem decyzję.
kiedy mówi o niedokończonej walce z komunizmem, zwłaszcza w kontekście zmian w sądownictwie, kreuje się na bohatera, który dźwiga na swoich barkach trudy tej wciąż jeszcze niezakończonej jakoby batalii. z jego dorobku myślowego po objęciu urzędu najbardziej utkwiły mi w pamięci dwie frazy: „jestem człowiekiem niezłomnym” i „nie jestem prezydentem wszystkich polaków”.
jak na dorobek intelektualny pięcioletniej bez mała kadencji niezbyt dużo, ale sporej części wyborców po dziś dzień wystarcza wrzask. można najwidoczniej powiedzieć dowolną bzdurę, byle tylko stanowczym i pewnym siebie tonem.
inni kandydaci są jeszcze mniej znani. a poza tym dochodzi niepewność. czy warto postawić na jedyną kandydatkę, bo nie wiadomo czy ta dama z dobrymi manierami zdoła pokonać krzykacza wspieranego przez cały aparat państwa.
obiekcje towarzyszą też pozostałym rywalom obecnego prezydenta. czy na przykład obyczajowość jeszcze innego kandydata nie zaszkodzi wizerunkowi polski?
jeszcze jeden z listy co o nim właściwie wiemy?
wszystko to sprawia, że jestem jednym z najlepiej poinformowanych przewidywaczy finału wyścigu do fotela prezydenta.
ktokolwiek by zwyciężył, będzie i tak jednym (jedną) z listy personae non znate

natan gurfinkiel
dziennikarz
Polski i duński dziennikarz: publicysta i radiowiec.
Stały felietonista „Studia Opinii”.
Mieszka w Kopenhadze.

Jedyny realny damski przeciwnik dudy byłaby pawłowicz. Jak on by wrzasnął „kto tu rządzi”, to ona by mu rzuciła chór wujów i garść drobnych kurwiczków. I się zamachnęła. Wtedy on by tylko zajęczał : „No co, zapytać się nie można ?”
A kiedyś, jak mnie jeszcze bawiło przewidywanie, zapisywałem je , wkładałem do koperty i pieczętowałem, dawałem na przechowanie Domicelli. Często zapominaliśmy, ale to i dobrze, bo z tych moich dziesięciu, czy coś takiego, sprawdziły się tylko dwie, i jedna z nich z sześcioletnim opóźnieniem. (ta amerykańska interwencja w Iraku).