10.03.2020

Kiedyś, a działo się to w czasach młodości, należałem. Jakże by inaczej, kiedy obowiązek nakazywał nieść sztandar i opowiadać się za nim, gdzie popadnie. Uczestniczyłem więc wszytkimi zmysły i wszytkimi kopyty. Po ludowemu, z energicznym przytupem, pasjonacko i z fanfarami; bez oglądania się na plujących mi w oczy.
Lecz gdy zniesiono komunizm, nie musiałem się wypisywać, bo nie było z czego.
Tak czy owak, minęły lata i namówiono mnie na kandydowanie. Wstąpiłem w szeregi i od tej pory znowu byłem po linii, na bazie i z ramienia. Nie jakiś tam bezimienny wypierdek lub z łaski Bożej literacina, ale oficjalna figura, prawie mąż stanu i przyszły Zbawca Narodu.
Zostałem wybrany i już na drugi dzień zeszliśmy się u Kleofasa. Tu dodam, że Kleofas był jednym z wielu z niewidocznymi dokonaniami, zasługami, orderami nadanymi mu nie wiadomo przez kogo i za co.
Uchodził za najstarszego dysydenta w naszej wsi. Za świetnego oportunistę. Najlepszego kanonada z całej partii mającego uprawnienia do zasiadania i piastowania.
Z racji wieloletniej praktyki w zawodzie profesjonalisty, darzono go powszechnym szacunkiem i co by powiedział, spotykało się z furiacką aprobatą. Mało tego: nawet kiedy gadał trzy po trzy, czynił to tak przekonująco i z takim ogniem krasomówczej perswazji, że nikt nie odważał mu się zaoponować. A gdy przyłapano go na wciskaniu kitu, potrafił wybrnąć z opresji: udowodnić swoją wersję prawdy, a przy okazji zrobić mielone z adwersarzy.
Toteż kiedyśmy oprzytomnieli z radości, zaczęliśmy burzę mózgów. Otworzyliśmy kuferek z projektami przyszłych zmian w kulturze i postanowiliśmy odkuć się za lata poniewierki. Wtedy narodził się pomysł, aby unieważnić tych, co nas postponowali, skazując na jakiś nisze i marginesy. W imię sprawiedliwości dziejowej dotychczasowi luminarze poszli w odstawkę, a MY – zaistnieliśmy na proscenium.
*
Ze śpiku wyrwał mnie głos:
– Te, Wacek, obudź się, brachu! Tera twoja kolej – szturchnął mnie Ignac, kolega–delegat z krzesła obok. Znałem go trochę nie za bardzo, bo kojarzyłem go tylko z ustawek i defilad po meczu. Ale odkąd wszedł, dał się poznać z czcigodnej strony. Kontaktowy, wielomówny, z uśmiechem zainstalowanym na wieki.
Jak owsik kręcił się i bywał tu i tam, tędy i owędy, a to w kuluarach, a to w Sali Obok Windy. Widywano go na schodach przy wyjściu ewakuacyjnym, gdzie mieściła się nasza pakamera, słowem – aktywista.
Na tle innych wyróżniał się niebagatelną postawą. Prawie zwalisty, nieznacznie utyty, w okularkach na druciku, miły, dostępny, tu zagada, tam coś powie, że boki zrywać. Na komisjach aktywny. W sumie łebski gość.
– Daj czadu – zachęcił mnie, jakby z góry przewidywał, że gdy zabiorę głos, będzie pociesznie. Lecz nie było. Było za to buczenie, gwizdy i jazgot, bo zanim doszedłem do trybuny, facet z opozycji nie wiadomo dlaczego nazwał mnie fajfusem.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Śliczne 🙂
Rzeczywiście śliczne. Ale nie jesteś sam. Moja nieznośna pamięć przywołała mi w ułamku sekundy „Członkostwo” naszego nieobecnego ale niezapomnianego Andrzeja Waligórskiego.
Ja,już to przezywałem później i nie byłem aż tak „rewolucyjny”,zaliczyłbym się raczej do „prześmiewców” racjonalnych,ale to chyba z powodu środowiska dojrzewania…