Stanisław Obirek: „Płuczki” Pawła Piotra Reszki

– to również opowieść o nas,
ale niekompletna

17.03.2020

Każdy powrót w rodzinne strony jest dla mnie naznaczony nostalgicznymi wspomnieniami. Chętnie do nich wracam, czasem o nich piszę.

Jest jednak jeden wymiar tych wspomnień, który przeszywa mnie dreszczem. Też o tym wielokrotnie pisałem. Zwłaszcza w tekstach związanych z Zagładą polskich Żydów. W tym również Żydów mojego rodzinnego miasteczka Narola, w którym do wojny mieszkało… no właśnie: wszelkie próby dowiedzenia się czegoś o narolskich Żydach przypominają poszukiwania zaginionej Atlantydy. Może specjaliści coś o tym wiedzą, ale skąpo się tą swoją wiedzą dzielą.

Mówiąc wprost: w moim rodzinnym Narolu, poza ogrodzonym miejscem kirkutu nic się nie zachowało, więc jak na razie nie ma pomysłu, jak przywrócić pamięć o żydowskich mieszkańcach. Nie ma o nich żadnej informacji ani w Wikipedii, ani na oficjalnej stronie gminy. Owszem, w angielskiej wersji Wikipedii jest mowa o znanych mieszkańcach Narola: jest to dwóch Żydów-lekarzy Mojżesz Kohn, który w 1648 roku uciekł z Narola przed masakrą, jaką mieszkańcom Narola urządziły wojska Chmielnickiego i jego syn Tobiasz, urodzony w Metzu, również słynny medyk. Jest też mowa o rodzinie rabinackiej Shapira.

Przed laty spotkałem narolskich Żydów w Nowym Jorku, ale po tym pierwszym jedynym spotkaniu kontakt się urwał. Wiadomo, że większość zginęła w pobliskim obozie zagłady w Bełżcu, mieścił się właśnie tam, we wsi oddalonej zaledwie 8 kilometrów od Narola.

Po raz pierwszy pisałem o tym obozie w książeczce zbiorowej wydanej przez Uniwersytet Jagielloński w 2003 roku, a zatytułowanej Dlaczego należy uczyć o Holocauście? Dwa lata później ukazała się też jej wersja angielska. Mój krótki esej zatytułowałem „Długi cień Bełżca”.

Te wszystkie „zajmowania” się Bełżcem ożyły, gdy wziąłem do ręki książkę Pawła Piotra Reszki Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota. Wiedziałem, że to będzie dla mnie bolesna lektura. Podchodziłem do niej jak do jeża; ostrożnie i nieufnie. Wiedziałem, że takie publikacje mają fatalny wpływ na miejscowych. Tak było z książką Sąsiedzi Jana Tomasza Grossa czy z publikacjami Joanny Tokarskiej-Bakir, poświęconymi trwaniu antysemickich przesądów w okolicy Sandomierza. Wiedziałem, że tak samo będzie z książką Reszki. Wzburzy mieszkańców Bełżca i Sobiboru, bo głównie o tych dwóch miejscowościach jest w niej mowa, a właściwie o znajdujących się tam miejscach po obozach zagłady polskich i europejskich Żydów.

Taka reakcja jest do przewidzenia z tego prostego powodu, że mieszkańcy opisanych miejscowości poczują się oskarżeni jeszcze raz za niepopełnione winy. Tak przynajmniej o sobie myślą, a tych, co szukali żydowskiego złota, zawsze traktowali jako wstydliwy margines. Oni przechowują w pamięci własny strach przed Niemcami, Ukraińcami, komunistami i sam Bóg wie jeszcze przed kim.

Strach żydowski jest im obcy. Zresztą Żydów zawsze traktowali jako obcych, bo takich ich przez wieki nauczyła ich katolicka wiara. Nie tylko jako obcych, ale wręcz jako wrogów, zdrajców, ślepych na zbawienie, jakie przyniósł jedyny zbawiciel Jezus Chrystus. A przecież Żydzi zachowali się jak zdrajcy, są przecież synonimem Judasza, zdrajcy nad zdrajcami. Tak słyszeli niemal każdej niedzieli z katolickiej ambony, a już zwłaszcza w Wielki Tydzień, gdy rozmyślali nad męką ich Zbawiciela. Wiadomo, kto go zamordował, Żydzi przecież. A to, że od czasu do czasu spotykały ich nieszczęścia, to przecież było zupełnie zasłużoną karą Bożą.

Nie inaczej było z Zagładą. Więc czego się ci wszyscy mądrale, przeważnie zresztą przyjeżdżający z zagranicy, czepiają, dlaczego ich ciągle oskarżają? A przecież jest rzeczą oczywistą, że to my byliśmy zawsze ofiarami losu, to my Polacy, a dokładniej polscy katolicy (niekatolicy to przecież nie do końca Polacy) cierpieliśmy najwięcej. A już na pewno tymi Polakami nie byli Żydzi, bo to przecież jakaś inna rasa, nie tylko inna religia.

A poza tym, jak wiadomo, oni zawsze mają szczęście i w dodatku wzajemnie się popierają. A Polakom, to jak mogą, to zawsze zaszkodzą; a wiadomo przecież, że mogą. To przecież widać na każdym kroku. A już na pewno tam w Warszawie wiadomo, kto rządzi.

Może trochę przesadzam, ale tylko trochę. Tak do dzisiaj myśli porządny polski katolik, a swoje przekonanie utwierdza, słuchając najbardziej wiarygodnego radia i telewizji. A zdarza się, że i ksiądz proboszcz swoje doda. Nierzadko i biskup.

Wreszcie przeczytałem Płuczki. Przeczytałem też kilka recenzji i relacji ze spotkań z autorem. Podobnie jak mój kolega mieszkający w Bełżcu uważam, że Paweł Reszka dotarł do wielu osób i wykonał solidną robotę. Kolega tam mieszka, dużo wiedział na ten temat, ale to, co przeczytał, zmieniło zupełnie jego wyobrażenie na temat procederu, jakiego dopuszczali się okoliczni mieszkańcy na terenie byłego obozu zagłady Żydów w Bełżcu.

Kolega świeżo po lekturze podzielił się ze mną na gorąco wrażeniami. Napisał:

Treści zawarte w książce są dla mnie niemałym szokiem. Szokiem jest dla mnie m.in. to, że ludzie wtedy byli zdolni do tego, żeby łopatami rozczłonkowywać zwłoki, ale też to, że po dużym upływie czasu nie są w stanie wzbudzić głębszej refleksji i wykazać jakiegoś ubolewania.

Jakby w poczuciu, że za mało napisał, dodał: „Smutne, szokujące i przygnębiające fakty opisuje Reszka”. Podobnie pisał w „Tygodniku Powszechnym” Andrzej Stasiuk, a w rozmowie z „Wyborczą” podobnymi odczuciami dzielił się ks. profesor Alfred Wierzbicki.

Nie mam na ten temat nic więcej do powiedzenia. Ta książka siedzi we mnie jak drzazga, by przywołać tytuł innej równie poruszającej książki Mirosława Tryczyka, który nie może poradzić sobie z wiedzą na temat Holocaustu i polskiego w nim udziału.

Ja też zmagam się z tą mroczną prawdą. Wcale nie jest mi lżej, gdy wiem, że moja rodzina nie była uwikłana ani w mordowanie Żydów, ani w poszukiwaniu żydowskiego złota. Owszem żywy jest w rodzinnych przekazach fakt, że wraz z rodzeństwem mojej mamy Cecylii przez rok bawiło się z nimi żydowskie dziecko, które wujek przyniósł w worku z zagranicy (przez wieś Jędrzejówka przechodziła wtedy granica sowiecko-niemiecka). Wszyscy wiedzieli, co za to grozi, ale nikt ich nie zdradził. Po roku po dziecko przyszła matka i ślad po nich zaginął. Nie wiadomo, czy się uratowali, czy pochłonęła ich pożoga.

Takie wspomnienie ułatwia mi myślenie o Zagładzie jako o wspólnej tragedii. Czytam na ten temat wszystko, co wpadnie mi w rękę. Opracowania naukowe, wspomnienia, księgi pamięci. Sam też na ten temat już kilka tekstów napisałem. Mogę też dodać, że i w Sobiborze byłem; zdumiał mnie kontrast między spokojem i pięknem otaczającego obóz lasu i bezmiar tragedii, jaki tam się rozegrał w czasie Szoa. Jedna z moich studentek przed laty, zapewne po wykładzie na temat Holocaustu, zwróciła się do mnie z tematem obóz Zagłady w Sobiborze. Wybór tłumaczyła tym, że jest mieszkanką tego miasteczka i chce lepiej zrozumieć, to co tam się stało. Również na jego temat przeczytałem wszystko, co dało się przeczytać, podobnie na temat obozu bełżeckiego. Pamiętam jakie ogromne wrażenie wywarł na mnie esej Jana Błońskiego z 1987 roku „Biedni Polacy patrzą na getto” opublikowany w „Tygodniku Powszechnym”. Choć, jak się później dowiedziałem, sam nie miał w tym współudziału, pisał o polskiej współwinie. A i ja, choć urodzony wiele lat po wojnie też tę współwinę odczuwam.

Książka Reszki niepokoi i drażni; i dobrze. Zapewne nie było autorowi łatwo wsłuchiwać się w te makabryczne opowieści przy braku elementarnej wrażliwości moralnej opowiadających. Książka prowokuje też trudne pytania na temat polskiego katolicyzmu — tego, co ludzie wynoszą z tej kościelnej edukacji. Przynajmniej ci, w których opowieści się wsłuchujemy dzięki autorowi Płuczek.

Jako czytelnik nie mogę się opędzić od jednego pytania: jak to w ogóle było możliwe? Czy naprawdę człowiek może tak nisko upaść? Otóż może i teraz już to wiemy. Z tą wiedzą nie będzie nam łatwiej żyć.

To mała pociecha, że o Bełżcu można też snuć inne opowieści. Ale jedną chciałbym mimo wszystko przywołać, choćby z tego powodu, że jest mało znana. Wspomniałem o niej w moim eseju pomieszczonym we wspomnianej książce Dlaczego należy uczyć o Holocauście? Jednak życie dopisało do tamtej opowieści ciąg dalszy. Nie żyje już mój przyjaciel Henryk Luft, którego poznałem dzięki proboszczowi z Bełżca księdzu Bogdanowi Ważnemu (proboszcz w Bełżcu w latach 1998-2007). To on mi opowiedział, jak wiele Henryk Luft zrobił i robi dla parafii i dla szkoły. Od niego dowiedziałem się, że ten urodzony pod Lwowem polski Żyd, który cudem uratowany z obozu śmierci w Bełżcu, chętnie tutaj wraca.

Gdy się poznaliśmy z Henrykiem, dość szybko się zaprzyjaźniliśmy. Choć niechętnie opowiadał o swoich wojennych przeżyciach, to chętnie rozmawiał o polskiej literaturze, a nawet o polskim Kościele.

Jego zdaniem to bardzo ważna instytucja i szczerze mi odradzał odejście z zakonu jezuitów. W końcu zgodził się z moimi racjami i nadal regularnie spotykaliśmy albo w Polsce, albo w Izraelu. Chciał odzyskać polskie obywatelstwo. Nawet próbowałem mu w tym — niestety nieskutecznie — pomóc. Racji, które nam podał urzędnik prezydenta Komorowskiego, nie godzi się przywoływać, gdyż są kompromitujące. Kilka lat temu Henryk zmarł. Jednak przekazał mi historię swojego ocalenia, która wiąże się z dwiema mieszkankami Bełżca właśnie. Niestety muszą pozostać anonimowe. Nie udało nam się dotrzeć ani do jednej, ani do drugiej, ani do ich rodzin.

Oto co opowiedział mi Henryk Luft, należący do tych nielicznych szczęśliwców, którym udało się stamtąd zbiec. Swoją historię opowiada bez poczucia krzywdy czy żalu, w jego relacji przebija głębokie uczucie wdzięczności:

Ze Lwowa przyjechaliśmy nad ranem, udało mi się wyśliznąć z wagonu, razem ze mną dwóch innych wyrostków. Oni pobiegli w jedną stronę i zostali zastrzeleni na miejscu, mnie się udało. Zapukałem do okna. Otworzyła mi starsza kobieta, dała chleba i ciepłego mleka. Pokazała, jak dojść do Rawy Ruskiej – tam mieliśmy krewnego aptekarza. Po drodze spotkałem chłopa z furmanką, na pytanie, czy daleko do Rawy, powiedział – wsiadaj. Obudziłem się przy tych samych torach kolejowych w Bełżcu. Kazał mi po prostu zejść z wozu i pojechał. Cudem nadeszła kobieta z dwiema bańkami mleka, złapałem za jedną i idę. Na pytanie ukraińskich policjantów odpowiedziała – to nasz. To mnie uratowało. Długo by opowiadać. Ale po co do tego wracać.

Henryk Luft wracał do Bełżca wiele razy, szukał domu, który ocalił mu życie, ale tam wszystko się zmieniło. Pamiętam, że wspomagał szkołę, dzięki jej dyrektorowi nieistniejące już gimnazjum otrzymało imię Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Henryk bardzo wspierał tę inicjatywę. W 2004 roku, po otwarciu Muzeum spotkał się z tamtejszą młodzieżą, aby ją zachęcać, by była dumna ze swojego kraju i jego bogatej kultury. Również z tego, że w czasie Zagłady mieszkali w Bełżcu ludzie, dzięki którym żyje.

avatar

Stanisław Obirek

Profesor

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita. Ur. 1956
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. Yac Min 2020-03-17
    • Arkadiusz Głuszek 2020-03-17
  2. Obirek 2020-03-18
  3. lola lola12 2020-03-18
  4. Edi 2020-04-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com