Marek Jastrząb: Trwożliwa odwaga

03.05.2020

Cezar Tyberiusz, zwolennik rozpasanych uciech, zgorzkniały samotnik otoczony wianuszkiem karierowiczów, ufał tylko sobie. Z powodu chorobliwej podejrzliwości, namiętnie i często i namiętnie zmieniał totumfackich. Dla kaprysu tłumaczonego pragmatyzmem, strategią, wyższą koniecznością lub racją stanu wyznaczał im rolę albo znienawidzonych wrogów, albo kochanków.

Jednak przeważnie dostrzegał wokół siebie więcej spiskowców niż przyjaciół. Od metra człowieczych imitacji w ludzkiej skórze. Od groma chętnych do wysiudania go z posady imperatora.

Tenże starożytny rzezimieszek wyznaczył Kaligulę na swojego następcę, a postanowił tak dlatego, że ów młodzian odznaczał się wredniejszym charakterem, niż on. Tuszył, iż w porównaniu ze szczylem wyjdzie po śmierci na dorodnego aniołka i doczeka się powszechnego uwielbienia. Że wdzięczny naród zafunduje mu pomnik. Lecz kiedy zmarł, wdzięczny naród odetchnął z ulgą.

Jego spadkobierca, Kaligula, rzymski czubek pełniący funkcję dzierżymordy, był to facet, który w małoletnim wieku, na zimno i dla draki zamordował swojego ojca. Tak samo wyzuty ze skrupułów, jak ohydnej pamięci Tyberiusz, gardził otoczeniem. I jak jego poprzednik, doprowadzał poddanych do samobójczej śmierci, a ich rodziny do nędzy.

Był z niego typ niezrównoważonego faceta z aspiracjami odwrotnie proporcjonalnymi do umiejętności. Typ znany z podręczników psychiatrycznych i zakładów z gumowymi klamkami. Typ krewkiego satrapy mianujący konsulem własnego konia. Obłąkańca walczącego z bogami, w tym z władcą morza – Neptunem.

Traktowany na serio, z początku kochany przez Rzymian, bo w pierwszym odruchu podstępnego serca zajął się rozrzutnością. Rozdawnictwem nieswoich dóbr i szastaniem państwowych pieniędzy.

Czynił zaś to z wyrachowania. Cynicznej kalkulacji. W ramach bilansu. Oceny zysków i start. Czyli w celu zaskarbienia sobie przychylności tłumu.

Lecz jego szlachetne postępki były chwilowe. Obliczone na krótki dystans. Na odległość służącą umocnieniu władzy. Bo gdy upewnił się, że nic jej nie zagraża, rozrzutność uległa kasacji: została zastąpiona odbieraniem i bezustannym mnożeniem podatków. Tu aż prosi się o współczesną dygresję: odbieranie nazywa się łupiestwem i jest to proceder stary jak świat. Grabież należy wszak do wyposażenia każdego państwa udającego raj.

*

Tak się dziwnie składa, że od jakiegoś czasu przebywam w państwie urządzonym przez wariata. Lecz pobyt w środowisku skażonym brakiem sensu nie martwi mnie zanadto, gdyż podobne męczarnie przechodzą miliony ludzi, a jako szeregowy osobnik nie jestem wyjątkiem godnym ubolewania.

Głupków sprawujących władzę znamy co niemiara. Choćby z historycznych przekazów. Trzeci z listy moich nieocenionych wariatów to ulubiona paskuda: towarzysz Józef Stalin, rezun wielu milionów ludzi, twórca zakładów niewolniczej pracy dla obywateli swojego kraju. Czwarty jest aż nadto trafny: to przykład austriackiego pacykarza, Adolfa Hitlera, a trafny jest, bo żywy do dziś.

Z przekazów tych dowiadujemy się, że wszystkich zamordystów paraliżował strach. A gdy już wiemy, co sprawia, że godzimy się z wyznaczonym sobie losem, losem przyszłych kolaborantów i wazeliniarzy in spe, gdy wiemy, co zmusza nas do okazywania braku odwagi, co umożliwia maskowanie lęku o bliskich, pozorami zdrowego rozsądku, zaczynamy rozumieć, w czym grzęźniemy.

Powoli, majestatycznie i obłudnie przystępujemy do rozumienia sensu zgryźliwego spostrzeżenia Kisiela o urządzaniu się w dupie i jest nam przykro, że nie potrafimy temu zaradzić. Że nie umiemy przeciwstawić się czekającemu nas bagnu.

Instalujemy się w nim, gdyż chcemy żyć za darmo i radować się z byle czego. Nie widzieć, nie słyszeć, jak piszczy bieda, jak topią się kontynenty, jak po naszych marzeniach hulają orkany i świszcze zepsute powietrze, jak susza wpycha się do kranów.

I w tym miejscu przychodzi mi do głowy, że o partii odważnej w papkinowskim stylu mówił przed wiekami niezapomniany Jarosław Haśek. A przychodzi, bo nasza dzielna opozycja zachowuje się tak, jakby stała się wymyśloną przez niego partią umiarkowanego postępu w granicach prawa.

W granicach czego? Przecież jeżeli wariat wypowiada się na jakikolwiek temat, dopatrywanie się sensu w tych wypowiedziach, poszukiwanie w nich racjonalnych przesłanek świadczy o tym, że wnikający w nie, niczym nie różni się od kulawego na głowę.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Jerzy Łukaszewski 2020-05-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com