18.05.2020

W tych dniach zajmuję się okresem stalinizmu w Polsce. Moim przewodnikiem jest książka Andrzeja Werblana (ur. 1924) pod takim właśnie tytułem. Ale nie tylko „Stalinizm w Polsce” (mam przed sobą 2 wydanie z 2009 roku z ciekawymi uzupełnieniami w porównaniu z pierwszym wydaniem z 1991 roku) jest moim źródłem.
Werblan napisał na ten temat sporo, teraz w okresie pandemii trudno do niektórych materiałów dotrzeć, ale sporo jest dostępnych online. Jest też świadkiem epoki. Pamięta czasy nie tylko Gomułki, ale też Bieruta i Bermana, z którymi współpracował. Rozmowy z nim są bardzo pouczające. Werblan szczególnie blisko był związany z Gomułką, jednak nie jest wobec niego bezkrytyczny i stwierdza wprost, że „miał skłonności do patriarchalnej, umiarkowanej dyktatury”. Jednak najciekawsze w jego tekstach jest kryterium oceny ówczesnych aktorów. Jest nim stopień uwalniania się od wszech panującego bałwochwalstwa wobec Stalina. Im więcej lukru i serwilizmu wobec generalissimusa, tym marniejsza ocena.
Staram się zrozumieć tamten czas. Pomaga mi też „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza, który próbuje wejść w umysły przyjaciół ulegających nowej wierze. Wiele książek Andrzeja Walickiego właśnie uwolnionych i dostępnych w Internecie dzięki uprzejmości portalu Polona są nader użyteczne.
W tym wszystkim najważniejszy dla mnie jest stosunek Polaków do Rosjan i odwrotnie. Tutaj nader użyteczna jest niezwykła wprost książka napisana wspólnie przez uczonych polskich i rosyjskich. Białe plamy-czarne plamy. Sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach 1918-2008, red. Adam Daniel Rotfeld, Anatalij W. Torkunow, (Warszawa: Polski Instytut Spraw Międzynarodowych 2010).
Powołana w 2002 roku, z woli rządów obu państw Grupa do Spraw Trudnych stworzyła wspólny tom pt. Białe plamy-czarne plamy. Sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach 1918-2008. To zbiór szesnastu rozdziałów napisanych przez historyków polskich i rosyjskich, którzy przedstawili, na zasadzie zwierciadlanego odbicia, polskie i rosyjskie spojrzenie na najtrudniejsze problemy wspólnej historii.
Ale jeszcze bardziej ciekawią mnie pisarze zarówno polscy zafascynowani Rosją, jak i rosyjscy zafascynowani Polską. Jako przykład wymienię Iosifa Brodskiego, który tłumaczył polskich poetów jak Gałczyńskiego, Norwida, Harasymowicza i Miłosza. Brodski mówił, że Polska miała stać się częścią jego życia, „częścią mojej świadomości”. W 1993 roku, odbierając tytuł honoris causa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, Brodski dziękował polskiemu narodowi „za zniszczenie największego zła, jakie dotychczas nawiedziło ludzkość: systemu komunistycznego”. Ciekawe jak Rosjanin postrzega Polaków.
Tak naprawdę nie interesuje mnie ani Stalin, ani stalinizm. Chcę zrozumieć, co się działo w czasie, gdy przyszedłem na ten świat. A więc rok 1956. Myślę, że wtedy naprawdę skończył się stalinizm, czyli totalitarne zniewolenie polskiego społeczeństwa. Więc miałem szczęście, bo otrzymałem wykształcenie wolne od nachalnej propagandy, a zdanie o tym, co mi mówiono, mogłem sobie wyrobić sam. Do Rosjan nigdy nie byłem uprzedzony, mimo że w domu żywe były tradycje dziadka, żołnierza Piłsudskiego, który w połowie lat dwudziestych wrócił półżywy z sowieckiej niewoli. Od zawsze fascynowała mnie kultura rosyjska, a pierwszym obcym językiem, jaki poznałem, był właśnie rosyjski. To oczywiście nie jest porównywalne ze zmianą systemu w 1989 roku, ale to była realna zmiana.
Kiedyś Marcin Kula pisał o „religiopodobnym komunizmie”. Dzisiaj chyba ciekawie wyglądałoby studium poświęcony „komunizmopodobnym katolicyzmie”. W roku 2020, a zwłaszcza w dniu 18 maja polski Kościół katolicki triumfuje. Ma u swoich stóp media narodowe i rząd, który od pięciu lat składa mu nieprzerwany hołd.
Ta sytuacja nie służy ani religii, ani polityce. Jeden z portali poprosił mnie o napisanie artykułu jubileuszowego o Janie Pawle II. Właśnie się ukazał w dwóch wersjach językowych. Pozwalam sobie skierować uwagę zainteresowanych na ten tekst, który podobno już wzbudził zainteresowanie czytelników:
Na tej samej stronie jest też tekst znanego hagiografa polskiego papieża George’a Weigla. Porównanie obu tekstów może być ciekawe.
W tych dniach nie sposób uciec z hagiograficznego przekazu wszechobecnego. Już nie wystarczy cudowne narodzenie młodego Lolka Wojtyły, sporo uwagi poświęcają media jego świętym (a jakżeby inaczej) rodzicom. Gdzie się pojawił, odmieniał środowisko, choćby to był tylko rok (1948-1949) posługi młodego wikarego we wsi Niegowić.
Pewnie pod koniec XXI wieku ludzie będą się zastanawiać, dlaczego w dziejach naszego kraju regularnie wracają okresu kultu jednostki. Te jednostki się zmieniają, ale kult jest równie szkodliwy niezależnie od tego, czy dotyczy zbrodniarzy, czy świętych.


Jak zawsze, rozsądnie, z taktem i kulturą.
I nie potrzeba spuszczać ze smyczy sfory polskich gończych.
Dlaczego wraca kult jednostki? Najprościej byłoby odpowiedzieć : bo zaspokaja czyjąś potrzebę. Nie tyle tej „jednostki” co bałwochwalców. Tyle, że tu trzeba bardzo głębokiej analizy by stwierdzić u kogo i po co taka potrzeba występuje.
Zawsze mnie zastanawiała jedna rzecz w polskiej historii: podczas kiedy na zachodzie feudalizm szedł w kierunku wypracowywania jak największych zysków, co musiało pociągając za sobą „zluzowanie” pańszczyźnianego gorsetu, w Polsce po Konstytucję 3 maja szło wszystko w kierunku zrobienia a chłopa niewolnika. I to pomimo przykładu Pomorza gdzie stosowano system zachodni, czego efektem było to, że właściciele dóbr na kiepskich gruntach osiągali większe zyski niż polscy magnaci na ukraińskich czarnoziemach. Widać chęć absolutnego panowania nad drugim człowiekiem była większa niż pieniądze. Wychowano dziesiątki pokoleń w tym modelu, może to wraca?
Może w istocie chodzi o absolutne panowanie i chęć poddania sie takowemu. Jednak mnie sie wydaje, że chodzi o ucieczkę od odpowiedzialności i niechęć do wysiłku mentalnego. Marazm, trwanie w bezruchu, ot co. A wszystko święci pobłogosławią i nie trzeba nic robić!
Niewykluczone, że te dwie tendencje po prostu się kiedyś spotykają i wtedy zachodzi zjawisko kultu jednostki. Przecież „wolność to odpowiedzialność”, a nie każdy to dobrze znosi.
Graniczący z bałwochwalstwem kult Jana Pawła II jest bardziej pochodną polskich kompleksów (i podszytych nimi aspiracji) niż potrzebą silnego autorytetu. Dowodnie świadczyłoby o tym powszechne rozmijanie się rodaków z jego nauczaniem, jeśli w ogóle można mówić o rzetelnej znajomości tegoż, nawet wsród duchownych.
Tego rodzaju kult jednostki to raczej kult spersonifikowanj w JP2 idei Wielkiego Narodu niż kult autorytarnego dyktatora, jakim był Stalin (i tylko w tym sensie z tym ostatnim analogiczny).
Graniczący z bałwochwalstwem kult Jana Pawła II jest raczej pochodną polskich kompleksów (i podszytych nimi aspiracji) niż potrzebą silnego autorytetu. Dowodnie świadczyłoby o tym powszechne rozmijanie się rodaków z jego nauczaniem, jeśli w ogóle można mówić o rzetelnej znajomości tegoż, nawet wsród duchownych.
Tego rodzaju kult jednostki to kult spersonifikowanej (w JP2) idei Wielkiego Narodu, a nie kult autorytarnego przywódcy/dyktatora, jakim był Stalin (i tylko w tym pierwszym sensie analogiczny).