24.05.2020

Moje wspomnienie pośmiertne (mój Boże, to już sześć lat!) o Tadeuszu Różewiczu zakończyłem tak: „Panie Tadeuszu, będziemy w naszych rozmowach o Panu pamiętać, Pańskie wiersze będą żywe na zawsze”. Trochę było w tym okolicznościowej egzaltacji (byłem do Poety bardzo przywiązany), ale tylko trochę.
Z perspektywy lat muszę przyznać, że poezja Różewicz nabiera mocy. Zwłaszcza w okolicznościach tak dziwnych, jak te dzisiejsze, gdy polityka zeszła na psy a religia stała się źródłem nieustannej irytacji.
Pozostały wiersze i listy. Na szczęście te pierwsze są przez wydawców ciągle przypominane, a te drugie, dzięki niezmordowanej Krystynie Czerny wydobywane z przepastnych archiwów przyjaciół Poety lub z depozytów państwowych. Dziś słów kilka o wierszach, na listy jeszcze przyjdzie czas.
Te przypomnienia, to najnowszy tom to Credo, który chciałbym bardzo polecić uwadze każdego, komu bliska jest tak poezja. Ale chciałbym też przypomnieć jeden wcześniejszy tom, którego nigdzie nie mogłem dostać (biblioteki zamknięte, a księgarnie twierdzą, że to było dawno wydane i nie jest już osiągalne) to Nauka chodzenia z 2007 roku. Oba tomiki jak klamrą spinają trzynaście lat działalności wydawniczą Biura Literackiego, które wytrwale Różewicza wydaje i promuje. Słusznie. Dzięki takim upartym działaniom można sięgać po to, co nie przemija wraz z wrzawą wokół nagród. To strawa dobra na każdy czas, a zwłaszcza na nasz dziwny czas schorzeń wielorakich.
Zacznę od Nauki chodzenia, bo ten tom chodzi za mną, od kiedy go po raz pierwszy przeczytałem. Pewnie dlatego, że i mnie wtedy nie było łatwo i uczyłem się chodzić bez podpórki instytucji, a może raczej wbrew niej. Bo przecież od tamtego czasu to prawdziwy katolicy nie mogą mi podarować zdrady i zaprzaństwa, które zaczęło się moim odejściem z zakonu i Kościoła (wtedy myślałem, że tylko z zakonu, ale szybko się okazało, że tego nie można rozdzielić). No więc zacząłem się uczyć chodzić na nowo.
Różewicz jest w tej nauce bardzo pomocny i przydatny. Oto kilka kroków z tej nauki. Przede wszystkim zrozumiałem, to co Poeta napisał w wierszu, z tomu Wyjście z 2004 roku, zatytułowanym „serce podchodzi do gardła”. Pisał: „Bóg zostawił mnie w spokoju/ rób co chcesz jesteś dorosły/ powiedział”. To proste stwierdzenie, którego korzenie sięgają roku 1945, zabrzmiało dla mnie jak nakaz chwili, choć oczywiście znałem jego wersję wcześniejszą, sformułowaną przez Augustyna w jego Wyznaniach – „kochaj i rób, co chcesz”. Jednak Augustyn był kościelnym urzędnikiem i nie wyobrażał sobie tego „robienia co chcesz” poza Kościołem. Owszem dość dokładnie przydzielał role i w tym życiu i po śmierci. Różewicz wydaje się zupełnie niezainteresowany rozdawaniem ról.
Jednak jak się rzekło, najważniejszy okazał się wiersz tytułowy, pisany w latach 2002-2004. Pewnie dlatego, że kiedyś przed laty mocno przeżyłem tom pism Dietricha Bonhoeffera, opublikowany przez Annę Morawską Chrześcijanin w Trzeciej Rzeszy w 1970 roku. Wtedy zafascynowała mnie przede wszystkim tragiczna śmierć pastora Bonhoeffera dosłownie na miesiąc przed zakończeniem wojny (został powieszony 9 kwietnia 1945). Poeta czytał Bonhoeffera po niemiecku. Nieprzypadkowo początek wiersza zaczyna się od cytatu oryginału wiersza napisanego przez Bonhoeffera w więzieniu Tegel w lipcu 1944: „Langgestreckt auf meiner Pritsche starre ich auf die graue Wand”.
Wszak dla Różewicza to nie tragizm życia jest ważny, ale poszukiwanie i pytanie o to, jak żyć? Trudno zresztą podejrzewać by urodzony w 1921 roku poeta, który wojnę przeżył „w lecie”, i którego poezję można określić jako poezję „po Auschwitz”, był poruszony akurat tą śmiercią. Był z nią oswojony i doskonale wiedział, jak pisał w wierszu poświęconym pamięci Paula Celana „Der Tod ist ein Meister aus Deutschland”. Nie, to nie śmierć Pastora (nawet jeśli jest tak absurdalna, bo wyrok wykonano tuż przed zakończeniem wojny) jest ważna, ale jego nauki.
To pouczenie o Bogu nieobecnym. Jednak ta nieobecność nie oznacza rozpaczy czy tęsknoty za Bogiem, ale wymaga dojrzałości. Pisze w Nauce chodzenia Różewicz, a właściwie wkłada te słowa w usta Bonhoeffera, od którego chce się uczyć: „trzeba się z tym zgodzić/ że Bóg odszedł z tego świata/ nie umarł!/ trzeba się z tym zgodzić/ że jest się dorosłym/ że trzeba żyć/ bez Ojca”.
To była nauka, jaką usłyszał Poeta od Pastora czytającego swój wiersz. Ale nie tylko. Również symboliczny pomnik, który pojawił się we Wrocławiu w kwietniu 1999 przy kościele św. Elżbiety, zainspirował Różewicza do dalszych rozważań. A ściślej rzecz ujmując, ten pomnik to zarys pomnika, tułów pozbawiony głowy i rąk, a jednak promieniujący zagadkowym światłem: „parzyłem na Światło na jego pomniku/ bez głowy, bez ramion/ a może Bóg wystraszył się/ i opuścił Ziemię?/ zamiast odpowiedzieć na moje pytanie/ położył palec na ustach”.
Owszem jest w tym wierszu mowa o Chrystusie i jego naśladowaniu (Bonhoeffer jest autorem klasycznej książki poświęconej właśnie problematyce naśladowania – Nachfolge z 1937 roku, która jest uważana za klasyczne ujęcie tego tematu). Wszak dla Poety Pastor ma jedno pouczenie: „skreśl słowo »piękno«”. Myślę, że to ciekawe zwieńczenie nauki chodzenia, a może i pisania poezji.
Są w tomie Nauka chodzenia inne wiersze, nad którymi wielokrotnie się zatrzymywałem: „ostatnia rozmowa”, „kamień filozoficzny”, a zwłaszcza „słowo”. Noszę je w sobie i pozwalam, by mnie pouczały, jak żyć i po co.
Tom credo jest wydaniem pośmiertnym. Można powiedzieć słowem wybranym i dobranym przez wydawcę Tadeusza Różewicza, Jana Stolarczyka, któremu Poeta powierzał swoje utwory już od lat. To jemu zawdzięczamy „czerwoną serię” Utworów zebranych wydawanych przez Wydawnictwo Dolnośląskie. A od roku 2007 Stolarczyk otoczył opieką redaktorską wszystkie tomy, jakie ukazały się w Biurze Literackim.
Tak więc jego „Posłowie” dołączone do tomu credo ma wyjątkową wartość. Jest to bowiem głos niejako z wnętrza tej poezji. Pisze Stolarczyk: „W późnych wierszach Tadeusza Różewicza rozpoznajemy taki sam stan niepewności ontologicznej i wolę tworzenia przestrzeni dla życia jak w chwili debiutu. Oskarżają człowieka, broniąc go równocześnie przed nim samym, przed jego skłonnością do zła”. A dzieje się to na różne sposoby. Wielokrotne już opisane przez literaturoznawców i wpisane w szersze konteksty literackie, filozoficzne, teologiczne, a nawet post sekularne. Jednak najistotniejszy ich wymiar daje się określić słowem, użytym przez Stolarczyka, który pisze o „budowaniu arki” poprzez demistyfikację: „Demistyfikuje (często satyrycznie i zjadliwie) obezwładniające umysł wzorce kultury, ideologiczne wmówienia, »bylejakość« obyczaju i języka, wszelkiej maści »ideje« produkowane przez religie, polityków, reklamy itd., a powielane przez nowoczesne media w skali, w jakiej rozmnażają się wirusy”. O tak, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek możemy tę skalę mnożenia się wirusów ocenić. Jest ona przerażająca. Przy czym nie chodzi tu tylko o koronawirusa.
Jestem przekonany, że Tadeusz Różewicz byłby uradowany tomem credo z wielu powodów. Zapewne podobałaby mu się jego pastelowa okładka z dyskretnie zarysowanym kształtem drzewa i sylwetką starej kobiety (pomieszczony w tomie „Opowiadanie o starych kobietach” to jeden z najbardziej przejmujących poematów!) jak też ledwie widoczne bryły wieżowców zapewne sprowokowałby wspomnienia niezapomnianych wizyt u przyjaciela Ryszarda Przybylskiego w jego warszawskim blokowisku. Ale również dobór „konfesyjnych wierszy” uznałby za trafiony. Pamiętam, jak poczynając od mojej pierwszej próby zaproszenia Poety do wzięcia udziału w redakcyjnej ankiecie „Czym jest dla mnie życie duchowe?”, gdy otrzymałem od niego negatywną odpowiedź w lipcu 1998 roku („nie uda mi się w terminie odpowiedzieć na temat, który dla mnie jest bezterminowy”) przy okazji różnych spotkań bądź rozmów telefonicznych, sprawdzał, czy czytałem tom, który właśnie się ukazał. Był nimi wyraźnie ucieszony. Dotyczyło to również kolejnych tomów wydawanych przez Biuro Literackie.
Ale przecież to nie jest tylko diagnoza kondycji człowieka i świata tak „w ogóle”. Różewicz jest boleśnie konkretny. Mówi o sobie, o własnej niemożności nazwania rzeczy, ale też o mnie, jego czytelniku. Dlatego tak chętnie do niego wracam i zachęcam innych do podobnego wczytania się w tę prawdę o nas wszystkich.
Przede wszystkim dlatego, że Poeta wyszedł z tych zmagań zwycięsko a ich zapis (choć fragmentaryczny)pozwala na nowo uwierzyć zarówno słowu, jak i temu, który je zapisał. I jedno i drugie udało się odkleić od fałszu i ideologicznego zacietrzewienia. Dlatego potrzebujemy poezji Różewicza jak świeżego powietrza. Paradoksalnie dzięki pandemii koronawirusa zdaliśmy sobie sprawę, że to powietrze może do nas wrócić i jest naprawdę życiodajne (podobno więcej ludzi umierało z powodu zanieczyszczeń powietrza, niż umiera z powodu koronawirusa).
Tak więc powietrze oczyszczone daje życie; podobnie oczyszczona z „cywilizacyjnego śmietnika” poezja Różewicza pozwala na nowo cieszyć się nowoodkrytym znaczeniem słów. Czyż można wymagać więcej od poezji?



Dziękuję za przypomnienie o Tadeuszu Różewiczu, Profesorze!
Ostatnio mam coraz silniejsze wrażenie, że właśnie poezja i czytanie dobrych poetów, daje możliwość odnowienia słów i ich znaczenia. Mówiąc metaforycznie: istnieje paląca potrzeba obmycia i restauracji w strumieniu poezji, słów, zbrukanych i zniszczonych przez aktualny dyskurs polityczno – medialny.