Nadzieja w beznadziei (4)

25.05.2020

Ja do Ani Moskal, aktorki monodramu „Nadzieja w beznadziei”: 

Anka, ja będę przeplatał Nadieżdę moimi refleksjami o zarazie. Jedną z moich obserwacji jest to, że kapitalizmowi z wywieszonym ozorem  przyda się lekki odpoczynek, demokracja i inicjatywa ludzi ożyją, do pieniążków trzeba będzie niestety wrócić, bo socjalizmowi  też nie wychodzi.  

Na to Ania:   

Też myślę,  że „normal” nie było normal i nie ma co wracać do pędu i obłędu, w którym żyliśmy. Mnóstwo ludzi poznało w kwarantannie swoje dzieci,  swoje żony i mężów… ha ha…

Oddaje znów głos Nadziei Mandelsztam.

Nadieżda

O końcu życia mojego męża wiedziałabym niewiele, gdyby nie człowiek, który trafił do tego samego co Osip transportu więźniów do Władywostoku i przeżył. Według jego slow Osip cały czas leżał, nakrywszy głowę kocem. Miał ze sobą jakieś resztki pieniędzy i co jakiś czas konwojenci kupowali mu na stacjach bułki. Taką bułkę Osip rozłamywał na dwie części i dzielił z którymś z więźniów, ale nie tknął swojej połowy, nim — przez szczelinę spod koca — nie dostrzegł, że tamten już zjadł swoją część.  Dopiero wtedy siadał i zaczynał jeść. Prześladował go strach przed otruciem i morzył się głodem, nie tykając wydawanej więźniom polewek. 

Osip

Transport przybył do Władywostoku w połowie października 1938. Obóz okazał się niesłychanie przeludniony i przybyszów nie było gdzie podziać. Umieszczono ich między dwoma rzędami baraków, pod gołym niebem. Wokół ustępów siedziały gromady półnagich ludzi, wyłapujące na swych łachmanach  wszy. Ale epidemia tyfusu jeszcze się nie zaczęła.. Po kilku dniach nowicjusze stawali przed komisją. Na Kołymie prowadzono wielkie roboty, do których trzeba było silnych ludzi, a niełatwo było takich znaleźć w tłumnie ludzi wymęczonych więzieniem, nocnymi przesłuchaniami i uproszczonymi, jak to nazywano, metodami śledztwa. Nie zakwalifikował się mój informator, który miał złamaną nogę. 

Na razie było słonecznie i nikt nie pchał się pod dach. Ale gdy zaczęły się deszcze, miejsce w baraku można było zdobyć tylko silą i na każdym kroku wybuchały wojny. Ludzie bardziej przedsiębiorczy cenili strychy, bo było na nich luźniej i oddychało się łatwiej.  Co prawda zimą trzeba było je opróżniać, żeby nie zamarznąć, ale nikt nie myślał o przyszłości. Na jednym z takich strychów siedziało pięciu kryminalistów.  Mogło się tam znaleźć trzykrotnie więcej ludzi, ale kryminaliści deskami zabili drzwi.  Pewnego rana jeden z nich zaprosił  mojego informatora, żeby zaszedł na strych i posłuchał wierszy. 

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com