Przerwa na wydarzenia

14.06.2020

„Słucham wystąpień Dudy z Opola i tak się zastanawiam” pisze do mnie przyjaciel z Wrocławia,

czy my aby w tym samym kraju żyjemy? Nagle okazuje się, że tradycyjne polskie rodziny są zagrożone, bo oto jakieś LGBT usilnie z nimi walczy. Parę dni wcześniej od wiceministra Kowalskiego dowiaduję się, że właściwie bardzo dobrze się stało, iż nie wpuściliśmy do Polski uchodźców, bo musieliby dostać jakieś lokum, a dlaczego mielibyśmy pozbawiać swych mieszkań kobiety w ciąży, matki z dziećmi czy niepełnosprawnych. Aż nie chce się wierzyć, że są jeszcze ludzie, do których taki przekaz trafia, którzy takie poglądy podzielają. Nad ich głowami unosi się duch głębokiej wiary, katolicyzmu i związanego z nim umiłowania bliźniego swego, w myśl którego katolicy biorący udział w procesjach to nie ludzie, a ideologia. Czy muszą aż tak obnosić się wszędzie z tą swoją wiarą w Boga?

Drogi Dawidzie, moje USA też się takie robi. Gdy to piszę, w Seattle, gdzie mieszka nasz syn Bartek, młodzi ludzie okupują miejski park, nazywając go „autonomiczną republiką”. Mój prezydent — troglodyta (wyczerpały mi się już wszystkie pomyje, jakie w naszym domu wylewa się na jego głowę), uprzedza gubernatora stanu Washington i burmistrza Seattle, że jeżeli tego świństwa nie zlikwidują, to on sam się tym zajmie. Na szczęście — z wyjątkiem wojny domowej — władzy federalnej nie udało się nigdy stłumienie samorządu stanowego. Trump dobrze o tym wie, a piszczy o tym w Internecie tylko po to, żeby zadowolić swoich wyborców w listopadzie.

Gdy ogląda się młode twarze, okupujące ten park w Seattle i czyta ich transparenty przeciwko brutalności policji, rasizmowi prezydenta, niekontrolowanemu bogaceniu się górnego procenta Amerykanów, domagające się powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, bezpłatnej nauki na uniwersytetach stanowych, drogi do obywatelstwa dla młodych ludzi, którzy jako małe dzieci z rodzicami przekroczyli nielegalnie granice — potwierdza się, że Trump nie wie, w jakim żyje kraju. Amerykański oszołom nie jest sam na świecie: wtórują mu prezydent Brazylii, a w Europie dwóch dyktatorków, Orban i Kaczyński. Na tle tej czwórki Putin, a nawet pewien ajatollah, prezentują się zupełnie nieźle.

Jesteśmy w dołku amerykańskiej demokracji: zaraza, która wepchnęła kraj w bezrobocie, kryzys polityczny, w którym, obie partie tylko w jednym się zgadzają: ratować ekonomię. Demokraci wyciągają z budżetu miliardy dla pracowników, a Trump, przełykając tę gorzką pigułkę (głosy na demokratów), ciągnie miliardy dla pracodawców, którzy znów obrosną szmalcem. Obie strony mają nadzieję, że bezgraniczne dojenie z chińskich pożyczek dla skarbu państwa, ze stopą procentową bliską zeru, nie doprowadzi do katastrofy finansowej.

Znasz powiedzenie „im gorzej, tym lepiej”. Na tej zasadzie zakopany po uszy we wspomnieniach Nadieżdy Mandelsztam „Nadzieja w beznadziei”, których nowy fragment (moja adaptacja na scenę) przeczytasz w następnym blogu — podtrzymuję swój optymizm,

Mamy dość!DO WYBORÓW

DNI

Idziemy i robimy swoje.

Print Friendly, PDF & Email