Nadzieja w beznadziei (9)

18.06.2020 

1934. Kolejny rok stalinowskiej zarazy. Za wiersz o dyktatorze — poeta Osip Mandelsztam skazany jest na zesłanie. On, jego żona Nadieżda i my, czytelnicy tej przerażającej opowieści, jesteśmy w pociągu, który wiezie nas na Syberię. 86 lat później,  w świecie innej zarazy, którą z tamtą łączy tylko bezradność, z fragmentów  książki „Nadzieja w beznadziei” układam monodram dla aktorki Teatru Dramatycznego w Warszawie, Anny Moskal. 

W chwili, gdy weszłam do wagonu i zobaczyłam przez okno naszych braci, świat rozpadł się dla mnie na dwie polowy. Wszystko, co było dawniej, gdzieś przepadło; przede mną otwarła się przyszłość pozbawiona kontaktu z przeszłością. Stan ten polegał na przeświadczeniu, że zmierzamy ku nieuchronnej zgubie.  Jedno z nas miało może przed sobą godziny życia, drugie — tydzień, może nawet rok, ale koniec mógłby być tylko jeden;  koniec wszystkiego, bliskich przyjaciół, Europy, matki. Kompleks europejskich myśli, uczuć i wyobrażeń, w którym żyłam do tej pory, przestał istnieć. Jeszcze do niedawna czułam niepokój o bliskich, o wszystko, co było dla mnie ważne. Teraz znikł niepokój i strach. Strach to przecież błysk nadziei, to pasja życia, potwierdzenie własnego istnienia. Straciwszy nadzieje, tracimy i uczucie strachu — nie ma o co się bać.

Konwojowana przez trzech żołnierzy, w ciemnym wagonie — opuściła mnie nawet rozpacz. Są momenty, kiedy ludzie niemieją w zdziwieniu, które tak paraliżuje, że tracimy nawet zdolność do wycia. Chyba właśnie to zdziwienie, zwiastun zupełnego otępienia, uchylenia wszystkich miar, norm i wartości, ogarniało ludzi trafiających „tam”. To, co się „tam” z nimi działo, co podpisywali i mówili, do czego się przyznawali, gubiąc wraz ze sobą innych — nie da się wyjaśnić wyłącznie torturami i strachem. Zastanawiałam się, czy człowiek bity i deptany powinien krzyczeć. Może lepiej zastygnąć w masce diablej dumy i odpowiedzieć dręczycielom wzgardliwym milczeniem. I doszłam do wniosku, że krzyczeć trzeba. W tym żałosnym wyciu, które czasami nie wiedząc skąd, dobiega do niemal dźwiękoszczelnych cel, słychać resztki ludzkiej godności i wiary w życie, Tym wyciem człowiek pozostawia na świecie swój ślad i ogłasza innym ludziom jak żył i umarł. Jeżeli nic więcej nie pozostało — trzeba wyć; milczenie jest przestępstwem wobec ludzkości. Ale właściwie, cóż to się ze mną stało? Racjonalnie rzecz biorąc — co strasznego było w tym wyjeździe do małego miasteczka nad Kamą, gdzie mieliśmy podobno spędzić trzy lata?  Czemu to Czerdyń miał być gorszy od Małojarosławca, Strunina, Kalinina, Mujnaku, Dżambułu, Taszkentu, Uljanowska, Wierei, Tarusy czy Pskowa, po których bezdomna tułałam się po śmierci Osipa?  Czy był powód do wariowania i oczekiwania końca świata? A jednak był. Teraz kiedy powróciła do mnie zdolność wycia — mówię to z pełnym przekonaniem. Wydaje mi się, że właśnie ta wspaniała organizacja naszego wyjazdu z bezpłatnym biletem i tragarzami, uprzejmym blondynem w cywilu, który odprowadziwszy mnie, zasalutował, życząc nam szczęśliwej drogi — była straszniejsza, wstrętniejsza i bardziej zwiastowała koniec świata niż prycze, więzienia, kajdany i chamskie wrzaski żandarmów i dręczycieli.  Wszystko odbyło się elegancko i gładko, bez jednego niegrzecznego słowa, i my dwoje, konwojowani przez trzech wiejskich chłopaków, pędziliśmy, unoszeni nieznaną i nieprzepartą siłą dokądś na wschód, na zesłanie i na osiedlenie, gdzie jak  mi raczono oświadczyć, ktoś miał być z wysokiego rozkazu zachowany przy życiu;  oświadczono mi to w dużym i czystym gabinecie śledczego — specjalisty od literatury, w którym może właśnie odbywa się torturowanie Chińczyka, też pewnie mającego żonę.

W wagonie nie od razu zrozumiałam, co się dzieje z Mandelsztamem. Powiedział, że był gotowy na rozstrzelanie: „Przecież u nas rozstrzeliwują z bardziej błahych powodów”.  Dowód brzmiał całkiem racjonalnie. Nigdy nie mieliśmy wątpliwości, że jeśli władza dowie się o tym wierszu, to autor zostanie zabity. „Wielkoduszne, trzyletnie zesłanie”, powiedział Osip, „dowodzi, że rozprawę odłożono do bardziej stosownej chwili”.  Twierdził, że zguba jest nieuchronna i miał rację;  trzeźwa analiza prowadziła do takiego wniosku. Więc tylko kiwałam  głową, kiedy mi szeptał: „Nie wierz im”.  No pewnie!  Kto by im wierzył!  Starszy konwojent, jego imiennik, Osia, który eskortując mnie do ubikacji, wybałuszywszy poczciwe baranie oczy, powiedział:  „Uspokój go, u nas za pieśni nie rozstrzeliwują… ” Lud nazywa wiersze pieśniami;  Osia domyślił się tego z naszych rozmów. Jego zdaniem u nas rozstrzeliwano tylko szpiegów, dywersantów i szkodników. Co innego kraje burżuazyjne, tam, twierdził Osia, jeżeli człowiek napisze jakiś niewłaściwy wierszyk, to wyprawią go na tamten świat bez gadania. Kobieta, która przynosiła mi mleko, westchnęła kiedyś: „Nam to przynajmniej czasem podrzucą śledzi, cukru, czy nafty… a w krajach kapitalistycznych? Tam człowiek przepadnie z kretesem!”.  Studenci wierzą do tej pory, że powszechne nauczanie możliwe jest tylko w socjalizmie, a „tam” naród grzęźnie w analfabetyzmie i ciemnocie.

Pierwszą przesiadkę mieliśmy w Swierdłowsku. Czekaliśmy na dworcu przez wiele godzin; przy czym konwojenci nie odchodzili nie tylko od Mandelsztama, ale i ode mnie.  Chciałam wysłać depeszę — nie wolno.  Podejść do kiosku z gazetami — nie wolno.  Kupić chleba — nie wolno.  Siedzieliśmy więc od rana do późnego wieczora na drewnianej dworcowej ławce z dwoma uzbrojonymi wartownikami. Przy najmniejszym naszym ruchu wartownicy przybierali groźne miny i chwytali za pistolety… Mogliśmy obserwować nieprzerwany potok wchodzących i wychodzących ludzi. Ich pierwsze  spojrzenia  padały na nas, ale zaraz po tym każdy odwracał głowę.  Czy na Uralu przyzwyczajono już się do takich widowisk, czy po prostu bano się zarazy?  Pocieszałam się myślą, że surowi Uralczycy po prostu boją się na nas patrzeć i że każdy z nich po powrocie do domu opowie szeptem ojcu, żonie albo matce o dwojgu ludzi, kobiecie i mężczyźnie, których trzech konwojentów gna dokądś, na Północ. Przez całą noc starałam się złowić czyjeś spojrzenie, ale bez skutku.

Wieczorem wsiedliśmy do wąskotorówki Swierdłowsk — Solikamsk. Dwaj żołnierze stali przy nas całą noc, a trzeci odganiał od nas pasażerów. Były już białe noce;  przelatywały koło nas uralskie lasy, pagórki i stacje. Osip zachłannie patrzył przez okno. Była to trzecia czy czwarta noc bez snu.  Od pierwszej nocy, kiedy zauważyłam, że Osip nie śpi, lecz siedzi na ławce skrzyżowawszy nogi i wsłuchuje się w coś z napięciem, zrozumiałam, że jest chory. „Słyszysz?”, spytał, złowiwszy mój wzrok. Słyszałam tylko stukot kół i chrapanie pasażerów. Wsłuchiwał się w coś, a od czasu do czasu oznajmiał mi, że katastrofa się zbliża i że trzeba uważać, żeby nie dać się zaskoczyć.  Zrozumiałam, że nie tylko oczekuje  kolejnej  rozprawy, ale i tego, że dokona się ona lada chwila, teraz, tutaj, w drodze… „W drodze?” – pytałam. „A czemu nie?”, odpowiadał, „myślisz, że nie są do tego zdolni?” W swoim szaleństwie starał się „uprzedzić” śmierć, zginąć nie z rąk tych, co rozstrzeliwali.  Dziwne, że my wszyscy, normalni i nienormalni, nigdy nie porzucamy tej nadziei;  samobójstwo wydaje się nam ostatnią bronią, którą trzymamy w odwodzie i wierzymy, że nigdy nie będzie za późno jej użyć. Myśl o tym pocieszała mnie przez całe życie i kilkakrotnie, w różnych ciężkich okresach naszego życia, proponowałam mu wspólne samobójstwo. Ale on zawsze się temu sprzeciwiał:  „Skąd wiesz, co będzie potem, życie to dar, którego nikt nie śmie odmawiać. I dlaczego wbiłaś sobie do głowy, że powinnaś  być szczęśliwą?” Temat ten niejednokrotnie powracał, ale Osip mówił: „Zaczekaj… Jeszcze nie teraz… Zobaczymy”. A tymczasem iluż to ludzi obiecywało sobie nie oddać się żywymi w ręce policji i zostawało zaskoczonych w ostatniej chwili…

Wsadzono nas do ciężarówki. Jechaliśmy leśną drogą;  ciężarówkę  wypełniali robotnicy. Osip przestraszył się na widok jednego z nich: brodacza w czerwonej koszuli z toporem w ręku. „Egzekucja będzie w stylu Piotra Pierwszego” – szepnął do mnie. Czerdyń ucieszył nas swoją malowniczością i staroświeckością. Przywieziono nas do budynku  policji  śledczej i przekazano wraz z dokumentami komendantowi. Starszy konwojent Ośka wyjaśnił, że przywiózł ważnego ptaszka, którego kazano koniecznie zachować przy życiu, i starał  się  to wbić do głowy komendanta, człowieka o wyglądzie strażnika więziennego, jednego z tych, którzy rozstrzeliwali i torturowali, a następnie za okrucieństwo, to jest asystowanie przy czymś, co nie powinno mieć świadków, wysyłani byli na głuchą prowincję. Ośka, którego o to prosiłam w pociągu, przekonał komendanta, żeby po wysiłku podróży, umieścił nas w szpitalu. 

W dużej pustej sali postawiono prostopadle do ściany dwa skrzypiące łóżka. Pilnując swego wypędka, nie spałam przez pięć nocy, aż znużona ustawicznością białej nocy, pogrążyłam się  trwożnym półśnie i przez przejrzystą zasłonę widziałam jak Mandelsztam, skrzyżowawszy nogi, siedzi w rozpiętej marynarce na chwiejnym łóżku i wsłuchuje się w ciszę.  I nagle coś się zmieniło.  On znalazł się przy oknie, a ja przy nim, wystawił nogi na zewnątrz i zaczął się zsuwać  w dół. Parapet był wąski; desperacko wyciągnąwszy ręce, wczepiłam się w jego marynarkę, ale wyślizgnął się  z rękawów i runął w dół. Usłyszałam  głośne klapnięcie i krzyk… Marynarka została mi w rękach. Z krzykiem pobiegłam szpitalnym korytarzem, oto schodach i na dwór. Za mną rzuciły się siostry. Znaleźliśmy go na kupie  ziemi przekopanej pod klomby, leżał zwinięty w kłębek. Klnąc na czym świat stoi, poniesiono go na górę.  Wymyślano przede wszystkim mnie, za to, że go nie dopilnowałam. Przybiegła potargana i bardzo rozzłoszczona lekarka i szybko go zbadała. Powiedziała, że zwichnął sobie prawy bark;  reszta była w porządku.

Po  skoku z okna było tak, jak kiedyś sam napisał w wierszu: Skok — i jestem znów normalny. Nieogolony, zapuściwszy biblijną brodę, Mandelsztam wpatrywał się we wszystko skupionym spojrzeniem. Nie bał się, podobnie jak on zarośniętych chłopów, którzy kręcili się po szpitalnych korytarzach. Chłopom ropiały wrzodzianki zapuszczone z nieludzkich warunków przesiedlenia i z dźwigania ciężarów ponad siły. Szczupła kobieta z twarzą 19-wiecznej rewolucjonistki, zesłana i pracująca w szpitalu jako siostra gospodarcza, mówiła, że gotowa jest za tych chłopów oddać życie. Nami też się przejęła;  domagała się, żebym na zimę kupiła walonki, bo potem ich nie będzie i zakrzątnęła się wokół działki, bo inaczej się nie przeżyje. Miejsce na działkę zesłańcom wyznaczano, ale pokój trzeba było wynajmować.  Razem z nią zaszliśmy do pewnego krótkonogiego człowieka, który nieźle się urządził:  odgrodził sobie kąt kotarami, zbił półki i zastawił je od góry do dołu, dziełami Marksa i Engelsa. Za tymi kotarami mieszkał z żoną i oboje co trzy dni meldowali się u komendanta. Ostrzegali nas, żebyśmy z komendantem mieli się na baczności i jak najmniej mu się pokazywali. „Zawsze ufa swojemu instynktowi klasowemu”, mówił krótkonogi, „nigdy nie wiadomo co mu ten instynkt podpowie”. Prosili, żebyśmy pogodzili się z losem i nie tracili resztek pieniędzy na depesze do Moskwy. Wszyscy zesłańcy, wstrząśnięci niewiarygodnością, tego, co ich spotkało, zarzucali władze depeszami i protestami. Odpowiedzi nie otrzymał jeszcze nikt.  „Może zelżeje”,  powiedzieliśmy  byłemu marksiście. „Ale co znowu” – odpowiedział – „Dopiero teraz się zacznie”.  Nie uwierzyłam mu, przecież nie może być wiecznie tak jak teraz.  Nikomu nie chce się żegnać własnych złudzeń. 

Nocowaliśmy w szpitalu — i przestałam już się bać otwartego okna, chociaż halucynacje słuchowe Osipa, nie ustały. „Czyj to język, czyje słowa słyszysz?”, pytałam go. Nie mógł tego dokładnie określić.  Może tych, którzy prowadzili go korytarzami więziennymi na nocne przesłuchania. Czasami mrugali do siebie i prztykali palcami — ten gest oznaczał rozstrzelanie. Słyszał ostre, męskie głosy, które go straszyły, oceniały jego zbrodnię i wyliczały wszystkie możliwe kary; obrzucały go przekleństwami i zarzucały, że doprowadził do zguby tylu ludzi, którym przeczytał swoje wiersze. Głos wyliczał nazwiska tych ludzi jako oskarżonych w przyszłym procesie i apelował do sumienia tego, kto naraził ich na zgubę. Miał to być proces o zmowę przeciwko Stalinowi. „Czym można takie zachowanie wyjaśnić, jeśli nie spiskiem?”, pytał retorycznie osławiony Christofowicz, który całym swoim wyglądem, spojrzeniami i intencjami głosu, dawał do rozumienia, że przesłuchiwany jest zerem, niczym, wyrzutkiem społeczeństwa. W mojej obecności powiedział Mandelsztamowi, że odczuwanie strachu jest dla poety pożyteczne. „Przecież sami mówiliście,  że strach sprzyja powstawaniu wierszy”. Albo: „Takiemu to a takiemu, wyznaliście, że wolelibyście mieszkać nie w Moskwie, a w Paryżu”, mówił śledczy, wymieniając zmyślone nazwisko, dodając: „Będąc pisarzem burżuazji i klas ginących, musicie się  do nich wyrywać”. Szczególnie interesowało go, co było bodźcem do napisania wiersza o Stalinie. Mandelsztam wprawił go w osłupienie nieoczekiwaną odpowiedzią;  powiedział, że najbardziej ze wszystkiego nienawidzi faszyzmu. Śledczy piorunował, krzyczał, pytał, w czym Mandelsztam widzi u nas faszyzm, ale — rzecz zadziwiająca — zadowolił się wymijającymi odpowiedziami i nie dążył do żadnych uściśleń. Osip zapewniał mnie, że w zachowaniu śledczego kryła się dwuznaczność i że przebijała z niego nienawiść do Stalina. Nie wierzyłam mu, ale gdy dowiedzieliśmy się, że Christofowicza też rozstrzelano, skłoniło nas to do refleksji. 

Gdzie przebiega w czasach takich jak nasze granica między normalnością a nienormalnością psychiczną? Osip potrafił zbudzić się w środku nocy i powiedzieć, że Achmatową aresztowano i właśnie jest prowadzona na przesłuchanie. „Dlaczego tak myślisz?” „Tak mi się wydaje”. Chodząc po Czerdyniu, szukał w parowach trupa Achmatowej, która  napisała w swoim wierszu:  Tam za kolczastym drutem, w samym sercu tajgi mrozem skutej,  cień mój dziś na przesłuchanie wiodą.

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. PIRS 2020-06-18
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com