Piotr Stokłosa: Nieograniczeni

03.07.2020

Wreszcie otwarta! Jej zamknięcie odczuwałem wręcz jak fizyczną dolegliwość. Zamknięta granica, kolejne bolesne doświadczenie faktu, że wolność jest jak powietrze. Jego istnienie dostrzegamy dopiero wtedy, gdy zaczyna go brakować. Niemożność udania się do drugiej części miasta, czyli Czeskiego Cieszyna, była jak swędzące miejsce gdzieś na środku pleców, do którego nie potrafimy dosięgnąć ręką. Niby nic groźnego, a nie do wytrzymania.

Parę dni temu, gdy z przejść zniknęli już czescy policjanci, poczułem się jakbym odzyskał drugie płuco i znowu mógł oddychać pełną piersią. Bo Cieszyn przez te parę miesięcy był właśnie jak rozpołowiony organizm, który po długich latach zrastania się znowu został rozdarty wzdłuż dawno zapomnianej blizny. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, to proszę sobie wyobrazić, że jego miasto zostaje nagle podzielone wzdłuż rzeki lub jakiejś ulicy i owszem, wolno mu dalej przebywać w jego lewobrzeżnej lub północnej części, lecz nie można wstąpić do drugiej.

Dzisiaj przysiadłem na ławeczce w pobliżu kładki sportowej łączącej oba brzegi Cieszyna i patrzyłem przez chwilę na rodziny z dziećmi spacerujące tam i z powrotem. Zarówno rodzice urodzeni już w wolnej Polsce, jak i ich pociechy, w większości młodsze niż polska bytność w Schengen, rozgadani i roześmiani przechodzili obok tablic „Granica Państwa” i „Státní hranice”, traktując je z równą obojętnością, jak równie nieistotne w tym momencie znaki zakazu wjazdu czy parkowania. I dobrze, pomyślałem sobie, tak właśnie być powinno.

Bo chociaż minęło kilkadziesiąt lat, ciągle mam przed oczami parę scen z dzieciństwa, gdy po raz pierwszy przekraczałem granicę. Pamiętam jak dziś, że była ciemna noc, reflektory samochodu oświetlały mroczne zakręty drogi i nagle w ich blasku pojawił się tajemniczy napis „Zona”. Dzisiaj wiem, że był to tylko początek strefy ograniczonej prędkości, ale wtedy to słowo brzmiało niezwykle groźnie i tajemniczo, kojarząc się z jakąś tajemniczą strefą, w której lądowało UFO i do której wstęp mają tylko stalkerzy jak z powieści „Piknik na skraju drogi” Strugackich.

A potem, jakby wizja lądowania UFO faktycznie się ziściła, zza zakrętu wyłoniły się tajemnicze rozświetlone reflektorami konstrukcje , które znowuż przywodziły na myśl lądowanie kosmitów w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” Spielberga. Kilka minut później psy obwąchujące samochód i światła latarki prześlizgujące się po naszych twarzach. I jeszcze te pytania wygłaszane ze spokojną obojętnością człowieka świadomego swojej władzy: „Po co? do kogo? co wieziecie?”. I nasze uniżone odpowiedzi okraszone oślizłym, przymilno-porozumiewawczym uśmiechem. Żeby puścił, żeby nie sprawdzał, żeby przypadkiem nie znalazł jakiejś brakującej pieczątki, żeby przymknął oko na tę dodatkową butelkę, którą wieziemy w prezencie dla wujka.

Więc gdy teraz widzę te beztroskie młode rodziny, które bez żadnego dreszczyku emocji zbliżają się do granicy a potem równie obojętnie ją przekraczają, to po prostu się cieszę. Bo to co z perspektywy mojego dzieciństwa było jakąś utopią, teraz jest normalnością. I niech tak już zostanie.

Piotr Stokłosa

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com