Nadzieja w beznadziei (11)

05.07.2020

Cudem zwolnieni z syberyjskiego zesłania, Nadieżda i jej mąż – poeta Osip Mandelsztam, otrzymali prawo wybrania sobie miejsca na trzyletnie, „dobrowolne” zesłanie. Wybrali Woroneż. Poniżej dalszy ciąg mojego monodramu „Nadzieja w beznadziei” opartego na wspomnieniach Nadieżdy Mandelsztam:

Przyjechaliśmy do Woroneża gdzie wpuszczono nas dlaczegoś do hotelu. Nie dostaliśmy w prawdzie pokoju, a tylko łóżka w męskiej i kobiecej sali. Mieszkaliśmy na różnych piętrach, więc ciągle biegałam po schodach, niepokojąc się o stan zdrowia Mandelsztama. Po kilku dniach dostałam gorączki i zorientowałam się, że to początek złapanego gdzieś po drodze tyfusu. Oznaczało to długie leczenie w szpitalnym baraku, a tymczasem miałam przed sobą Osię, wyskakującego przez okno. Lekarz naczelny zatrzymawszy się przy moim łóżku, powiedział jakiemuś inspektorowi, że jestem ciężko chora i „podlegam Moskwie”. W późniejszych latach mojej tułaczki po Związku Radzieckim jawni i tajni pracownicy bezpieczeństwa informowali mnie niejednokrotnie, że „podlegam Moskwie”. Myślałam, że najlepiej byłoby nikomu nie podlegać, ale nie wiedziałam jak to zrobić. Uderzająca była łatwość, z jaką Mandelsztam śmiał się ze swojej choroby, jak szybko odciął od siebie fragment życia z maligną i przywidzeniami. Niezadowolony z kiepskiego obiadu, powiedział mi w niespełna trzy miesiąc po przyjeździe do Woroneża: „Nadziu, nie mogę jeść tego świństwa, przecież nie jestem już wariatem”.

Lekarka oddziałowa powiedziała mi, że jej mąż – agronom, odsiaduje swój obozowy wyrok. Pojechał wraz z innymi wiejskimi inteligentami – oskarżony o zatruwanie studzien. To nie koszmarna fantazja, to fakt. Mąż salowej Niury pracował w młynie. Pewnego razu wyniósł dla głodnej rodziny garść mąki. Na mocy specjalnej ustawy skazano go na pięć lat. Skarżąc się na swe nieszczęścia i nędzę, salowe często dojadały resztki z talerzy zakaźnie chorych.

Wyszłam ze szpitala z ogoloną głową. Osia nazwał mnie katorżniczką. Woroneż roku 1934 okazał się ponurym, wygłodniałym miastem. Po jego ulicach snuli się nie całkiem zlikwidowani ekskułacy i chłopi, którzy uciekli z kołchozów. Ludzie ci stali koło sklepów zajmujących się wolną sprzedażą chleba i wyciągali ręce; zdążyli już widać zjeść zapasy wywiezionych z własnych wsi suchych skorek.

Z baraku chorych na tyfus Osia zabrał mnie do „swojego pokoju”. Była to oszklona weranda w na wpół zrujnowanej willi woroneskiego kucharza. Willi nie upaństwowiono w nagrodę za zasługi właściciela, który kierował najbardziej ekskluzywną z „zamkniętych” restauracji. Ten chory, zmęczony, pozbawiony apetytu staruszek, gnieździł się w jednym pokoju swojej willi, Pozostałe pokoje zajmowali lokatorzy płacący groszowe, urzędowe komorne. W domu kucharza żył oszalały z głodu starzec Mitrofan, który marzył o posadzie nocnego stróża. Swoje niepowodzenia przypisywał imieniu. „Myślą, że jak Mitrofan – to z cerkwi i wyrzucają na zbity łeb”, mówił. Staruszek mógł mieć rację: w centrum miasta stal na wpół zburzony sobór świętego Mitrofana. Po naszym wprowadzeniu Mitrofan się powiesił.

Dowód osobisty odebrano Mandelsztamowi w czasie aresztowania w Moskwie. Jedynym dokumentem jak posiadał, było zaświadczenie z Czerdynia, na którego podstawie otrzymywaliśmy bilety w kasach wojskowych. Oddaliśmy to zaświadczenie po przyjeździe do Woroneża i otrzymaliśmy nowe, które umożliwiało czasowe zameldowanie – na kilka miesięcy. Nasi nowi opiekunowie nie wiedzieli jakiemu rodzajowi zesłania podlegaliśmy. Były dwie odmiany: z przydziałem i bez. Mając przydział, trzeba było regularnie meldować się w policyjnym okienku. W Czerdyniu Osia robił to, co trzy dni. Jeśli nie ma przydziału, to istnieją warianty dopuszczające lub zabraniające jeżdżenia po terenie obwodu. Jesienią wezwano Osię do policji i okazało się, że jest to najlżejsze z możliwych zesłań – z dowodem, który trzeba co trzy miesiące przedłużać. Na tydzień przed wygaśnięciem terminu, Osia zaczynał zbierać potrzebne zaświadczenia: że nie jest włóczęgą i jest gdzieś uczciwie zameldowany, że ma miejsce pracy. To ostatnie zaświadczenie było największym problemem: skąd je wziąć? Trzeba było je wypraszać w miejscowym oddziale Związku Pisarzy. Zaczynało się od szeptów, bieganiny i ponurych spojrzeń: a co będzie, jak się okaże, że jest złym pisarzem? Zwracali się więc do instancji partyjnych o pozwolenie na wydanie zaświadczenia, że Mandelsztam rzeczywiście zajmuje się literaturą. Po każde zaświadczenie trzeba było chodzić przynajmniej dwa razy: najpierw prosić, potem odbierać.

Któregoś dnia przyjechał do Woroneża na występy – nasz znajomy poeta Jachontow. Kiedyś w Moskwie, Osia ćwiczył z nim czytanie kartek żywnościowych, dających prawo otrzymywania produktów w zamkniętym sklepie dla pisarzy. Czytali chórem na zmianę: mleko … mleko … mleko … ser… ser…mięso… mięso. Teraz przeszli na dowody osobiste. Jachontow czytał swój dowód z wieloznacznymi i groźnymi intonacjami: na podstawie czego wystawiony … przez kogo … znaki szczególne … zameldowanie … Władze nie pochwaliłyby takich żarcików, na szczęście instrukcje niczego podobnego nie przewidywały. Na scenie w Woroneżu Jachontow wykonywał monolog „Poeci podróżują”, cytując fragmenty wiersza Majakowskiego, z których wynikało, że poeci mogli jeździć za granicę tylko przy władzy radzieckiej. Wstawił też do montażu Majakowskiego „Wiersz o radzieckim paszporcie”, i wyciągając z kieszeni swój dowód, potrząsał nim patrząc na Mandelsztama, ten zaś wydobywał z kieszeni własną, nowiutką książeczkę i obaj wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Ludzie słuchali tego z absolutną obojętnością; nikt wówczas nawet nie podejrzewał, że ludzie radzieccy mogą jeździć za granicę. Leniwie rozchodząc się po niezrozumiałym wieczorze, mówili:   „we łbach im się poprzewracało”.

W Woroneżu chętnie wynajmowano pokoje zesłańcom, ponieważ zawsze groziło im zesłanie dalej, a gospodarz, jeśli mu się lokator nie spodobał, mógł się do tego przyczynić. Następny nasz pokój znajdował się w centrum. Gnieździło się tam różne tałatajstwo; kilkakrotnie urządzano nocne obawy na samogoniarzy. Nasza sąsiadka, młoda prostytutka, przepadała za Mandelsztamem, ponieważ poeta kłaniał się jej na ulicy, i często przybiegała do nas z wiadrem, żeby wymyć podłogę, nigdy nie prosząc o zapłatę. Przychodziła też stara Żydówka, wychowująca trzech małych wnuków, żaląc się na gospodarza, że pisze donosy do różnych instytucji, oskarżając ją o uprawianie prostytucji; staruszka zasłaniała się wiekiem – któż by ją zechciał? – i rozmiarem pokoju, w którym wnukowie spali pokotem na podłodze. Pewnego dnia wezwano nas do policji i pokazano jeden z jego donosów, który głosił, że w nocy odwiedził nas jakiś podejrzany typ, a następnie dała się słyszeć strzelanina. Nocny gość, poeta Jachontow, potwierdził, że siedział u nas do rana, na czym też sprawę zakończono. Gospodarz nie mógł się jednak z nami pogodzić i obrzydzał nam życie. Miał zwyczaj zachodzić do naszego pokoju, trzymając za ogon żywą mysz; na progu witał się z nami uprzejmie i ze słowami „Państwo pozwolą, że podsmażę”, szedł do maszynki elektrycznej. Maszynką głęboko pogardzał, uważając ją za inteligencką fanaberię, jeden z przejawów burżuazyjnego stylu życia, z którym obywatel radziecki powinien walczyć tak jak z kułactwem. Z sąsiedniego pokoju dobiegały jego żarty o inteligenckich nerwach: „jak im podsmażę kota, to dopiero się przestraszą”.

W ciągu trzech woroneskich lat zmieniliśmy pięć pokoi. Ostatni pokój w maleńkim, zapadłym w ziemię domku teatralnej krawcowej, okazał się rajem, snem o utraconej przeszłości, nagrodą za tułaczkę. Krawcowa mieszkała z matką, którą nazywała babcią i synkiem Wadikiem. Jej mąż, szewc, zmarł przed kilku laty i aktorzy miejscowego teatru, którzy reperowali u niego obuwie, urządzili żonę w teatrze. Szewc był partyjny, więc załatwiono synowi rentę sierocą. Rodzina żyła kartoflami, poza tym babcia trzymała w szopie kilka kur. Krawcowa była prostą, życzliwą i dobroduszną kobietą. Dla nas dobroć była cechą anachroniczną, a dobry człowiek czymś w rodzaju mamuta. To, czego uczyła nasza epoka – walka klasowa, demaskacje i szukanie podłoża każdego czynu – sprzyjało kształtowaniu wszystkich cech, prócz dobroci. Dobroduszności trzeba było teraz szukać w zapadłych kątach, dokąd nie dotarł jeszcze zew czasu.

Przyszłe pokolenia nie zrozumieją czym było w naszym życiu mieszkanie. Ludzie są przypisani do swoich mieszkań. Kto mógłby porzucić swoja drogocenną, ukochaną przestrzeń mieszkalną o wymiarach dwunastu metrów kwadratowych? U nas mieszkania przekazuje się w spadku jak rodowe zamki, dwory i posiadłości. Mężowie i żony, którzy znienawidzili się nawzajem, teściowie i zięciowie, dorośli synowie i córki, byle służące wczepione w swoje dawne służbówki – wszyscy byli związani mieszkaniami. Kobiety kupowały waciaki i szły w takim przebraniu do pracy jako sprzątaczki w domach studenckich, a gdy przydzielano im jakąś komórkę – tam się zagnieżdżały, znosząc przez lata wymyślania i pogróżki kierowników.

Nam, jeden jedyny raz, dzięki Bucharinowi, dano w Moskwie własny kąt – facjatkę na szóstym piętrze w domu dla pisarzy. Pół roku potem Mandelsztam został aresztowany, ale mieszkania nam nie odebrano. Naciskany przez pisarzy, przewodniczący naszego komitetu blokowego jeździł do NKWD z prośbą o usunięcie mojej staruszki matki – z mieszkania zesłańca i wprowadzenie tam prawdziwego radzieckiego pisarza. Ale cud jeszcze działał i blokowy otrzymał odmowę; przy czym poproszono go o poinformowanie spragnionych przeprowadzki pisarzy, że nie trzeba być większym katolikiem niż papież.

Dcn

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Więcej w Wikipedii

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com