Agnieszka Wróblewska: Godność

02.08.2020

Czy kluczem do naszej wojny plemiennej może być urażona godność?

Photo by stevepb on Pixabay

W grudniu 1970 roku kręcąc się służbowo po Stoczni Szczecińskiej, nie wiedziałam jeszcze, że strajki, w których zginą ludzie, wiszą tu na włosku. Podziwiałam rzadko spotykane wtedy zjawisko – robotników ożywionych wyborami delegatów związkowych. Dla mnie, peerelowskiego dziennikarza, udział w takim ożywionym zebraniu był nie lada atrakcją – zamiast banałów, do jakich przywykłam, na temat kłopotów z wykonaniem planu i brakiem części zamiennych, zebrani tłumnie robotnicy działu montażu z ożywieniem domagali się wyboru własnych, a nie zatwierdzanych delegatów do zarządu zakładowego. Chodziło o ludzi swoich, a więc innych aniżeli ci, których miał spisanych na kartce wydziałowy sekretarz partii.

Uszy piekły mnie z podniecenia; uważałam, że oto na moich oczach rodzi się prawdziwa demokracja. Poszłam, ciągle podniecona, pożegnać się z sekretarzem partii, który umożliwił mi udział w tym otwartym zebraniu i oznajmiam mu radosną nowinę, że oto klasa robotnicza wybiera sobie przedstawicieli bez oglądania się na opinie partii. Sekretarz spojrzał na mnie z uśmiechem, wyciągnął rękę na pożegnanie i głosem pobłażliwego tatusia powiedział spokojnie: – „niech sobie wybierają, niech sobie wybierają”.

Przypomina mi się to zdarzenie uparcie, ilekroć widzę tajemniczy uśmiech wicemarszałka sejmu Ryszarda Terleckiego, kiedy dziennikarze „niesłusznych mediów” zadają mu niesłuszne pytania. Niech sobie protestują, niech sobie żądają, niech sobie pokrzyczą – a nam to nic nie szkodzi.

A przecież, jak historia dowodzi, nie tylko tamten pobłażliwy sekretarz wierzył, że nic mu nie zagraża. Bezkarność jest nieodrodnym dzieckiem władzy, która nie musi się liczyć z wyborcami, bo wybory ma „pod kontrolą”. Jedynowładztwo partyjne PRL-u rodziło wiele wynaturzeń, między nimi lekceważący stosunek do t.zw. prostego człowieka. T.zw. prosty człowiek był bohaterem każdego referatu partyjnego — a w pracy i życiu codziennym „kopał się z koniem”, jeżeli nie miał t.zw. dojścia do kogoś, kto może sprawę załatwić.

I „prosty człowiek” znów jest na topie.

W relacji z wielkiego strajku gdańskiego w 1980 roku Ryszard Kapuściński pisał o kobietach, które przyszły z innego zakładu, żeby przyłączyć się do stoczniowców, nie w sprawie podwyżki, ale dlatego, że kierownik traktuje je po chamsku. „A przecież mamy swoją godność” — mówiły. „Godność”, taki był motyw przewodni autora ówczesnej relacji. „Kto stara się sprowadzić ruch Wybrzeża do spraw bytowych – pisał – ten nie zrozumiał, że tu chodzi o coś więcej – o tworzenie nowych stosunków między ludźmi”.

Długą drogę przeszliśmy od tamtych strajków, mamy demokrację, ale historia funduje nam kolejne zakręty i czkawką odbijają się tamte spory – ostatnio nawet dwa plemiona podzielonej Polski walczą o tablicę, na której stoczniowcy z dumą spisywali wtedy swoje rewolucyjne postulaty. Plemię zadowolonych z tego, co Polska osiągnęła po upadku komuny, dumnych z członkostwa w Unii Europejskiej i sukcesu, jakim było wyjście z peerelowskiej ruiny — z plemieniem przekonanych, że wielkiego sukcesu nie było, bo na upadku komuny skorzystali ci, którzy się pierwsi dorwali do władzy.

O to, żeby ten drugi wariant historii najnowszej wszczepić do świadomości mas, zadbał Jarosław Kaczyński, zbierając u swojego boku zastępy rycerzy z arsenału zawiedzionych ambicji.

Manipulacja faktami historycznymi to było „małe piwo przed śniadaniem” i nie na tym PiS zdobył najwięcej głosów w wyborach. Jak pokazały wyniki najlepiej „zarabia się” kupując za pieniądze głosy tam, gdzie jest klientela przyjazna przekupywaniu. Prowadzone niedawno badania socjologiczne wykazały sporą grupę wyborców PiS, którzy nie wierzą ani w spiskowe teorie o jakimś „układzie”, ani w zamach smoleński czy geniusz Jarosława Kaczyńskiego. Po prostu głosują na tych, którzy obiecują więcej.

Ten styl uprawiania polityki nie ma rzecz jasna nic wspólnego z godnością, na której tak zależało gdańskim robotnicom, kiedy dołączały do strajku powszechnego. Przeciwnie, raczej jest to gwałt na obywatelskiej godności. Kiedy premier Morawiecki wyciągał tabliczki z wypisaną premią za głosy wyborcze, prowadził pokazową lekcję cynicznego przekupstwa, bo ten propagandowy gest kierował do potencjalnych wyborców swojego ugrupowania.

Godność niejedno ma imię. Robotnice w 1980 roku przyłączyły się do strajku w stoczni, bo czuły się poniżone przez partyjnych peerelowskich szefów. Głos dzisiejszego wyborcy, który uważa, że należy wyrazić wdzięczność w wyborach tym, którzy mu więcej obiecują ma taką samą wagę, jak tego, który bardziej sobie ceni inne wartości. Uznając demokrację uznajemy przecież jej wszystkie blaski i cienie. A poza wyborcami, którzy kartkę wyborczą traktują jak bon na „szlachetną paczkę”, jest wśród wyborców PiS także wielu takich, którzy poczuli się lepiej, kiedy zostali przez tę partię dowartościowani. Przyłączyli się do pisowskiej retoryki nie dlatego, że zostali kupieni, a dlatego, że poczuli się u siebie. Tam, gdzie zaakceptowano ich takimi, jacy są, razem z wartościami, jakie wyznają.

Nie czują się „kupieni” jak o nich mówi opozycja, raczej poczuli się ważni.

Opozycja im mówi – patrzcie kogo popieracie, cwaniaków dwulicowych, którzy udają świętych, modlą się pod figurą, a diabła mają za skórą i kombinują jak więcej zarobić. A wyborca ugłaskany w swojej godności woli słuchać innego tłumaczenia – szczują na nas, bo chcą wrócić do swoich brudnych interesów.

Kto sprowadza poparcie dla pisowskiej retoryki do podziękowania za prezenty, nie docenia faktu jak wiele znaczy dla człowieka, który czuje się niedowartościowany w społecznej hierarchii widok przywódców kraju, którzy podobnie jak on klękają na mszy kościelnej. I nawet jeżeli opozycja krzyczy, że nie są oni tacy święci jak modlą się pod figurą, że robią interesy na boku i ukrywają swoje majątki – nic to. Przecież każdy człowiek ma jakieś słabości.

Godność miała swój wymiar wtedy, w przełomie Sierpnia 80 i ma swoją polityczną wagę także dzisiaj. Dlatego w pogardliwym dzieleniu społeczeństwa na inteligentną elitę i plebejski PiS nie wolno zapominać jak ważną rolę w naszej powojennej historii nadal odgrywa poczucie godności.

avatar

Agnieszka Wróblewska

Dziennikarka

Ur. 16 grudnia 1933 roku w Warszawie. Ukończyła Wydział Dziennikarski UW, pracowała m.in. – w „Sztandarze Młodych”, „Kobiecie i Życiu”, „Przeglądzie Technicznym”, „Gazecie Wyborczej”.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com