Nadzieja w beznadziei (16)

02.08.2020

W ostatnim odcinku mojego monodramu, który na podstawie książki Nadieżdy Mandelsztam „Nadzieja w beznadziei” piszę dla aktorki Anny Moskal, wielki poeta rosyjski Osip Mandelsztam ginie w gułagu pod Władywostokiem. Po latach Nadieżda odwiedza wdowę po innym  skazanym w procesach stalinowskich  lat 30  intelektualiście.

Wysiedliśmy na stacji Czerusti,  gdzie czekały już na nas sanie z owczymi futrami. Doszliśmy do wniosku, że jesteśmy przyjmowani jak honorowi goście.  Marzec był chłodny, w lesie potrzaskiwały sosny. Dano nam najpierw pokój w głównym budynku, ale panował tam wieczny hałas, więc przeniesiono nas do małego domku, który zwykle służył jako czytelnia.  Nie zwracając na nas uwagi, pacjenci, głównie robotnicy zakładów przemysłowych, jak zwykle w takich miejscach, zajmowali się flirtem. Naczelny lekarz sanatorium opowiedział nam, że uprzedzono go o przybyciu Mandelsztama i polecono stworzyć odpowiednio warunki. W czasie naszego pobytu otrzymywał telefony z zapytaniem jak się czuje Osia.  Informował nas o tym ze zdziwieniem, sądząc, że trafiła tu jakaś ważna figura. Nas utwierdzało to w przekonaniu, że nastąpiła korzystna zmiana. Osia kilkakrotnie chciał pojechać do miasta, ale lekarz twierdził, że ani na sankach, ani na ciężarówce nie ma miejsc „Czyśmy przypadkiem nie wpadli w pułapkę?” —  powiedział Osia, ale zaraz o tym zapomniał. 

Na początku kwietnia przyjechała do sanatorium dość inteligentna panienka, która podeszła do Osi i zaczęła z nim rozmawiać. Panienka miała również „karalność”; rodzice wykupili jej miejsce w sanatorium, żeby odpoczęła. Wyraziliśmy nasze współczucie i zdziwieniem, że taka młoda, a już odwaliła swoje pięć lat! W rozmowie pojawił się temat śledczego, który żądał, aby panienka wymieniła nazwisko autora jakiegoś wiersza, ale ona odmówiła i zemdlała. „Jaki wiersz?” — spytał Osia.

Panienka wymamrotała, że znaleziono w jej szufladzie niedozwolony wiersz, ale ona nie wymieni nazwiska autora.  Innymi razem zapytała Mandelsztama, kto interesuje się jego poezją i u kogo leżą jego wiersze? „U Aleksego Tołstoja”, zażartował Osia i powiedział jej jakiś wierszyk, na co ona zajęczała: „Jak pan się odważył coś takiego napisać?”. Panienka zamierzała spędzić w Samatysze dwa miesiące, ale niespodziewanie zadzwonił do niej z Moskwy tatuś i  pozwolił wrócić tuż przed pierwszym maja. „A jeśli to szpiclówka?” — powiedziałam. „Czy to nie wszystko jedno?”, odpowiedział, „przecież jestem im teraz już niepotrzebny”. Dziś nie mam wątpliwości, że panienka była w delegacji służbowej, a lekarzowi kazano nie wypuszczać Mandelsztama  z sanatorium. Tymczasem w Moskwie rozstrzygały się jego losy. 

Pewnej  nocy przyśnił mi się zły sen: ikony.  Obudziłam się zapłakana. „Czego się teraz bać?” — powiedział Osia — „wszystko złe mamy już za sobą”. I zasnęliśmy znowu. Nad ranem zbudziło nas ciche pukanie do drzwi. Osia wyszedł otworzyć, Do pokoju weszło dwóch ludzi w mundurach i naczelny lekarz. Osia zaczął się ubierać, a ja włożyłam szlafrok i usiadłam  na łóżku. „Kiedy wystawiono nakaz?” — spytał Osia. „Przed tygodniem” — odpowiedział milicjant i dodał  — „Ale co zrobić? Za dużo roboty, przy święcie wszyscy odpoczywają, a  my musimy pracować”. Ocknąwszy się z otępienia, zaczęłam składać rzeczy i usłyszałam zwyczajowe: „Po co tyle? Przecież nie będzie u nas długo — przesłuchają  i wypuszczą”.  Nie było żadnej rewizji; po prostu wytrząśnięto zawartość walizki do przygotowanego zawczasu worka. W pewnym momencie powiedziałam: „Mieszkamy w Moskwie, na Naszczikinskim, tam są nasze papiery”.  W Moskwie niczego już nie było; chciałam odwrócić uwagę od pokoju w Kalininie, gdzie ukrywałam archiwum Osi.  „Odprowadź mnie na ciężarówce do Czerusti”, powiedział Osia. „Nie wolno”, powiedział milicjant.

Los połączył mnie z Mandelsztamem 1 maja 1919 roku. Rozstaliśmy się 1 maja 1938, kiedy wyprowadzili go z pokoju. Nie zdążyliśmy sobie nic powiedzieć.  Przerwano nam w pół słowa i nie dano się pożegnać.

W Moskwie poszłam do brata i powiedziałam: „Zabrali Osię”. Mandelsztam często powtarzał, że u nas lapie się bezbłędnie: niszczy się nie tylko człowieka, ale jego myśli.  Po kilku tygodniach moja paczka wysłana do gułagu pod Władywostokiem wróciła z napisem: „nie dostarczono z powodu śmierci adresata”.

Miałam kiedyś w ręku książeczkę o wymierających  gatunkach ptaków i zrozumiałam. że wszyscy moi przyjaciele i znajomi są właśnie takimi ptakami.  Pokazałam Osipowi parkę nieistniejących już papug, a on od razu zrozumiał, że to my. Jeden z takich  ptaków, Dymitri Sergiejewicz Usow, skazany na zesłanie z grupą autorów Słownika Języka Rosyjskiego, powiedział mi, że Mandelsztam był z pochodzenia nie Żydem, lecz Asyryjczykiem i pokazał mi asyryjski motyw w jego wersie:  I słońc słonecznika groźnych prosto w oczy odwrócenie. Inny ptak, Brodaty  człowiek z zadyszką, tak samo, jak Mandelsztam wystraszony i tak samo niczego się nie bojący, umierał w taszkienckim szpitalu i prosił, żebym przyszła się z nim pożegnać, a ja się spóźniłam.

Niech mi wybaczy ten grzech, choćby za to, że ozdobiłam jego ostatnie dni  wierszami ubóstwianego przez niego Mandelsztama. Alicja Osowa pochowała swego wielkoluda na taszkenckim cmentarzu, przygotowała też sobie mogiłkę przy nim i zaczęła dożywać resztę dni w śmiertelnie dla siebie niebezpiecznym,  środkowoazjatyckim  klimacie. 

Pojechałam do niej. Zbliżając się stopniowo ku schyłkowi życia, kulawa Osowa biegała po pokoju i wyczarowywała przytulną atmosferę z resztek wyszczerbionej porcelany, porwanych i pamiętających jeszcze czasy pańszczyzny włóczkowych  pledów i kupki mężowskich książek.  Ulubiony kubek nazywali oboje „szczygłem” i pozwalali z niego  pić tylko tym, którzy wiersz Mandelsztama o tym tytule, znali na pamięć. Podczas długoletniego  palenia w piecu, szorowania garnków i mycia podłóg,  Usowa ciągle troszczyła się o swój manicure, a także o swój długi, szpakowaty warkocz.  Męczyła ją myśl, że jeśli nie „zachowa własnego oblicza” to Usow może jej nie poznać na tamtym świecie; robiła wszystko, żeby wyglądać na jego powitanie tak samo pięknie, jak w noc rozstania. Jej usta władały darem autentycznej, arystokratycznej wymowy, w związku z czym Usow twierdził, że powinna być uznana nie za zwykłą, ale honorową Żydówkę.

Pewnego razu  Usową spotkał pewien młody uczony i długo wypytywał o mnie i oto, czy przechowuję papiery Mandelsztama.  Przybiegła do mnie i przekazała radę  uczonego: natychmiast wszystko spalić. „Bzdura — powiedziałam — ani mi to w głowie, jeśli przyjdą  i zabiorą, to co innego, ale sama niczego nie zniszczę”.  Nie dożyła  śmierci Stalina,  ale będąc, podobnie jak ja, niepoprawną optymistką, nie traciła nigdy nadziei, że on kiedyś umrze. 

Na nieszczęście mojej wiary i mojego optymizmu nie podziela prawie nikt.  Ludzie, umiejący oddzielać dobro od zła oczekują nowego napływu nieszczęść i klęsk. A jednak łowię symptomy nowego stosunku do świata.  Jest ich mało.  Są prawie niezauważalne. Ale są.  Byliśmy świadkami triumfu zła i podeptania wartości humanistycznych, ale jestem  przekonana, że stoimy przededniu zwycięstwa humanizmu.

Kto z nas ma rację?  Życie to pokaże, a może już trochę pokazało.

Pewnego razu Osia zapytał mnie: co czyni człowieka inteligentnym?

„Uniwersytet?”

„Nie”.

„Gimnazjum?”

„Nie”.

Jako moment rozstrzygający określił stosunek człowieka do poezji. Tu mieści się kapitał naszych wartości. Wiersze budzą myśli i sumienia. „Czemu tak się dzieje, nie wiem” — powiedział Mandelsztam — „ale jest to faktem”. Po raz ostatni  oddaję mu głos: 

A kto odwiąże łódź, gdy łódź odpływa? 
A kto usłyszy cień obuty w futra? 
Kto w półśnie żywy przemógł kiedyś strach? 
Nam co zostało? Tylko pocałunki, 
A tak włochate niby pszczoły małe, 
Co umierają, gdy wylecą z ula. 
A szemrzą wciąż w przejrzystym gąszczu nocy, 
A lecą pośród drzew Tajgetu sennych, 
A żywią się lucerną, czasem, miętą. 
A teraz weź ten dziki  mój podarek, 
Suchy naszyjnik z małych martwych pszczół, 
A one w słońce przemieniły miód.

KONIEC

 A tak śpiewał Jacek Kaczmarski — po rehabilitacji Osipa Mandelsztama:

Po Archipelagu krąży dziwna fama, że mają wydawać Ośkę Mandelsztama.
Dziwi się bezmiernie urzędnik nalany: Jakże go wydawać? On dawno wydany! 
Powstał mały zamęt w pamięci strażników: Którego Mandelsztama? Mamy ich bez liku! 
W oczach urzędników rośnie płomień grozy, bo w szwach od poetów pękają obozy. 
Patrzy z góry Osip na te wyspy krwawe i gorzko smakuje swą spóźnioną sławę. 
Bo, jak to być może, że ziemia go kryje, gdy w gazetach piszą, że Mandelsztam żyje!?

Pisze do mnie Anna Moskal:

Marianku, ten tekst jest moją nadzieją na to, że po epidemii nie będę mówiła „przed covidem byłam aktorką”. My nie będziemy grać do stycznia, bo dyrektor boi się kosztów ozonowania Dramatycznego.  Co z tego, że możemy mieć próby, kiedy starsi aktorzy boją się o zdrowie?  Nadieżdę będę robić w wolnej chwili, kiedy nie będę miała szkoleń biznesmenów online czy szkoły teatralnej, z czego  teraz żyję.

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Więcej w Wikipedii

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Wszystkie odcinki monodramu
NADZIEJA W BEZNADZIEI

Marzyński

Nadzieja w beznadziei

16.05.2020 Pod niebem wirusa wracam do dawno przeczytanych książek. Dzisiaj w nocy była świetnie przetłumaczona przez mojego zmarłego przyjaciela, Andrzeja Drawicza, opowieść o życiu (1891-1938) zakatowanego…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (2)

19.05.2020 Codzienny spacer dookoła wyspy w Miami Beach.  Tu będziemy się chronić do końca maja, z nadzieją, że w Bostonie, dokąd wracamy, zmniejszy się liczba…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (3)

21.05.2020 Zanim wrócę do nadziei, przytoczę odpowiedź na moje refleksje o „Zabawie w chowanego”,  dziennikarki wrocławskiej „Gazety Wyborczej”, znanej mi od jej dzieciństwa Madzi, nazywającej mnie…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (4)

25.05.2020 Ja do Ani Moskal, aktorki monodramu „Nadzieja w beznadziei”:  Anka, ja będę przeplatał Nadieżdę moimi refleksjami o zarazie. Jedną z moich obserwacji jest to,…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (5)

27.05.2020 Każda konstrukcja dramatyczna jest końcem w poszukiwaniu początku. Szukając zachęty do czytania, często zaczynam książkę od tyłu, szczególnie gdy wiem, jak w przypadku „Nadziei…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (6)

30.05.2020 W Paryżu jestem już od pół wieku, wyjechałem wkrótce po marcu 68, bo nie mogłem znieść tej ohydy, pisze nasz przyjaciel, polsko-francuski prawnik, Kuba…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (7)

08.06.2020 Korona jest trzecią zarazą w moim życiu. Pierwszą była zagłada polskich Żydów. Tylko moja matka, jej siostra i brat, siostra ojca i ja,…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (8)

12.06.2020 Dalszy ciąg mojego monodramu: „Wiersz o Stalinie, za który mój mąż oddał życie, nigdy nie został opublikowany”, wspomina Nadieżda Mandelsztam. Zastanawiałam się komu, poza rodziną,…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (9)

18.06.2020  1934. Kolejny rok stalinowskiej zarazy. Za wiersz o dyktatorze — poeta Osip Mandelsztam skazany jest na zesłanie. On, jego żona Nadieżda i my, czytelnicy…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (10)

21.06.2020 Za napisanie latem 1934 roku wiersza krytykującego Stalina, rosyjski poeta Osip Mandelsztam i jego żona Nadieżda, zesłani zostali  na Syberię, do małego miasteczka…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (11)

05.07.2020 Cudem zwolnieni z syberyjskiego zesłania, Nadieżda i jej mąż – poeta Osip Mandelsztam, otrzymali prawo wybrania sobie miejsca na trzyletnie, „dobrowolne” zesłanie.…
Czytaj dalej
Marzyński

Nadzieja w beznadziei (12)

11.07.2020 Wśród  książek czytanych  w areszcie domowym  Covid-19  jedna wywarła na mnie niezatarte wrażenie. Są to wydane w Polsce 40 lat temu — wspomnienia Nadieżdy…
Czytaj dalej
Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com