Wszyscy jesteśmy sędziami (2)

15.08.2020

Marzyński

Wracam do jednego z listów telewidzów z archiwum „Wszyscy jesteśmy sędziami” (1960- 1964), serii programów prowadzonych przeze mnie wspólnie z niezapomnianym Witoldem Zadrowskim. Widzę w nim rzeczywistość Polski Ludowej opisaną w dramacie trzech osób. Rzecz dzieje się w Zawierciu w roku 1959. W miejscowej hucie szkła pracuje Krystyna T. żona milicjanta. Zakochuje się w niej z wzajemnością o 15 lat od niej młodszy kolega z pracy — 16-letni Janusz K. W czasie tego romansu umiera nagle mąż Krystyny, która zostaje oskarżona o otrucie go. Przed sądem staje również Janusz K., oskarżony o współudział w tym przestępstwie.

Wyrok w imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Dnia 5 grudnia 1960 roku.

Sąd wojewódzki w Katowicach, rozpoznawszy sprawę Krystyny T., urodzonej 15.XI.1932 roku w Zawierciu, oskarżonej o to, że w zamiarze pozbawienia życia swego męża Janusza T. , dodała arszeniku do używanej przez niego w celach leczniczych sody oczyszczającej, w wyniku czego Janusz T. zmarł w następstwie śmiertelnego działania tej trucizny, to jest o czyn z art. 225 #1 k.k. oraz Janusza K. urodzonego 20.III.1943 roku w Zawierciu, oskarżonego o to, że udzielił pomocy Krystynie K.,. przez dostarczenie jej arszeniku, to jest o czyn z art. 27 k.k./ 225 #1 punkt Xa.

Krystynę T. uznaje za winną zarzucanego jej czynu i skazuje ją na karę dożywotniego więzienia i utratę praw obywatelskich na zawsze,

Janusza K. uznaje za winnego zarzucanego mu czynu i skazuje go na 10 lat więzienia.

W aktach, które przysłał nam Janusz K., jest jego list do Sądu Najwyższego , odwołujący się od tego wyroku.

Proszę Wysokiego Sadu, ponieważ zeznania moje podczas śledztwa i przewodu sądowego w sprawie zamordowania Janusza T. były niezbyt jasne, co wynikało z mojego nerwowego usposobienia i załamania się przeze mnie psychicznie i duchowo, proszę, aby poniższe zeznania zostały przyjęte jako jedyny wariant tej przykrej dla mnie sprawy.

Urodziłem się 20 marca 1943 roku w Zawierciu. Ojciec mój był pracownikiem umysłowym, matka tkaczką. Po śmierci ojca w 1946 roku matka wyjechała na ziemie zachodnie, pozostawiając mnie pod opieką babci. Spowodowało to w moim życiu dokuczliwy brak miłości lub przyjaźni. Matka powróciła w roku 1952 chora na gruźlicę i znękana życiem, nie mogąc już mnie otoczyć matczyną miłością. W 1956 roku po wielkich cierpieniach zmarła, nie przygotowując mnie do życia w dojrzałości. Żeby ratować budżet, babci musiałem przerwać szkole podstawową i szukać pracy.

Miałem 16 lat, gdy zacząłem pracować w hucie szkła w Zawierciu. Poczułem się samotny, opuszczony przez wszystkich w tym labiryncie, którym jest życie. Zacząłem szukać przyjaciela, który mógłby być mi wszystkim: matką, ojcem, bratem, kolegą, względnie przyjaciółki, która mogłaby darzyć mnie miłością. Zobaczyłem kobietę, która wyróżniała się nie tylko urodą, ale sposobem zachowania się, ale dowiedziałem się, że jest mężatką i że mąż pracuje w szeregach Milicji Obywatelskiej. To spowodowało, że przestałem o niej myśleć. Ale gdy po jakimś czasie spojrzałem na nią, uczucie znów zakiełkowało w moim sercu. Pewnego dnia Krystyna podeszła do mnie i powiedziała: – Pan mi przeszkadza w pracy, patrząc się tak na mnie. Odpowiedziałem, że nie będę już na nią patrzał, na co ona: – Tego nie powiedziałam.

Przy końcu sierpnia 1959 roku wychodząc z huty za Krystyną, po przezwyciężeniu nieśmiałości, podszedłem do niej i idąc z nią około pół kilometra, prowadziłem rozmowę. Po skręceniu w moją ulicę Krystyna uczyniła to samo. Zapytałem ją: – Tutaj mieszkam, czy pani chciałaby mnie odwiedzić? Odpowiedziała: – Nie, tylko chciałam przejść kolo pana domu, a jutro przejdziemy koło mojego.

Następnego dnia pojechałem rowerem na jej ulicę. Czekała na mnie z córką na ręku i powiedziała, że ma mi coś ważnego do powiedzenia i że w pracy napisze do mnie list. W hucie dostałem od Krystyny kartkę, w której uczyniła mi wyznanie miłosne. Ponieważ z reguły jestem nieśmiały względem kobiet, powiedziałem jej, żeby przeszła koło mojego domu o 16-tej to dam jej listowną odpowiedź.

Wręczyłem jej list, w którym napisałem, że ją kocham. Od tego dnia zaczęły się listy i spotkania. Krystyna często poruszała temat jej życia. Wyjaśniła mi, że w związek małżeński wstąpiła bez żadnych uczuć. Mówiła, że mąż pije wódkę i często ją bije, że nie ma serca do dzieci i że dalsze współżycie z nim będzie dla niej pasmem cierpień. Powiedziałem jej, że jeżeli nie może z nim być, to niech weźmie rozwód, ale ona na to, że mąż nigdy nie da jej rozwodu, bo bardzo ją kocha. Słowa te dały mi dużo do myślenia: jak można kochać kobietę i zarazem ją bić?

Podsunąłem jej drugie rozwiązanie: po prostu odejdź od niego. Odpowiedziała, że mąż będzie jej szukał przez milicję i zmusi ją do powrotu. Na jednym ze spotkań Krystyna wyznała, że chciałaby męża pozbawić życia przy pomocy środków farmaceutycznych, które zmiesza z jedzeniem i jeżeli ją naprawdę kocham, to jej w tym pomogę. Nie mogłem wierzyć, że Krystyna jest zdolna do czegoś takiego. Miłość przytakiwała temu, ale sumienie moje człowieka o prawym charakterze i nieskazitelnej duszy, wzięło górę. Tłumaczyłem jej, że nie może pozbawić życia ojca swoich dzieci, który jest młody i może je przez długie lata wychowywać. Ale ona znów powołała się na moją miłość do niej i zażądała, żebym poszedł do lekarza i powiedział, że cierpię na chroniczną bezsenność i przyniósł jej jakiś mocny środek nasenny. Usta moje znów pod wpływem miłości powiedziały dobrze, ale w myślach postanowiłem, że nigdy tego nie uczynię, primo: sumienie nie pozwala mi na to, secundo: takie coś się wykryje, tertio: nie pragnąłem jego śmierci.

Zacząłem jej tak perswadować: – Krysiu, powiedzmy, że nie wykryją tej zbrodni, będziesz wolna, będę mógł z tobą zamieszkać, ale musimy z czegoś żyć, a ja bez żadnego wykształcenia nie zapracuje dużo, na dwie zmiany nie możemy pracować, bo ja muszę uczyć się dalej. a u matki dzieci nie zostawisz, lepiej zrobimy, jeżeli zagramy w totolotka, może wygramy, a wtedy obejdzie się bez morderstwa, damy twojej mamie pieniądze za zajmowanie się dziećmi, a sami zaszyjemy się w jakiejś małej mieścinie. Krystyna zgodziła się. Odetchnąłem z ulgą. Co tydzień wysyłaliśmy kupony totolotka, ale z tygodnia na tydzień nadzieja nasza malała.

O naszym romansie wiedział mój majster, który znał męża Krystyny. W końcu października zaproponował, żebyśmy go wspólnie odwiedzili. Zgodziłem się, bo byłem ciekawy jak Krystyna prezentuje się w pieleszach domowych. Przy kieliszku posiedzieliśmy od 15 do 22. Przez ten czas zdążyłem polubić męża Krystyny, był człowiekiem inteligentnym i miłym w obyciu. Ale Krystyna nie zapomniała o swoich planach; gdy mąż dał nam do oglądania swój nienaładowany pistolet, a ja żartobliwie skierowałem lufę w jego kierunku, spojrzałem na Krystynę, która skinęła głową.

Nazajutrz dowiedziałem się, że mąż na ulicy uderzył ją w twarz. Czyżby domyślił się? W połowie listopada Krystyna powiedziała, że dłużej już nie wytrzyma: skończy z nim albo ze sobą. Znów próbowałem ją od tego odwieźć. Ale Krystyna postanowiła, że jutro weźmie z huty arszenik. Nie brałem tego poważnie. Myślałem, że mówiła to pod wpływem przejściowego gniewu.

Któregoś dnia w czasie przerwy w pracy siedziałem z nią jak zwykle na ławce. W pewnym momencie wstała i poszła w kierunku magazynku z chemikaliami. Po kilku minutach powróciła z kopertą, którą włożyła do torebki. Domyśliłem się, że w tej kopercie był arszenik, który używa się na hucie. Powiedziała, że będzie mężowi dosypywać go do jedzenia. Nie wiedziałem, jak arszenik działa, ale miałem już tego dość, powiedziałem jej, żeby mnie zostawiła i wróciła do swojego małżeńskiego życia. A ona swoje: – Nie mogę z nim żyć, nienawidzę go, jeżeli odejdziesz to bądź pewny, że będziesz miał mnie na sumieniu. Po tej rozmowie postanowiłem, że najlepszym wyjściem z tego impasu będzie moja śmierć.

Zacząłem się dopytywać kolegów na temat kropli nasercowych. Przypuszczałem, że jeżeli zażyje ich większą ilość to spowoduje to śmierć. Czekałem do niedzieli, gdyż miałem nadzieję, że może wygrana w totolotka zmieni radykalnie sytuację. Niestety znowu nic. Około 22 wlałem zawartość butelki do szklanki, wypiłem i czekałem na śmierć. Po upływie kilku minut poczułem, że coś dziwnego się ze mną dzieje. Począłem po raz ostatni rozmyślać nad sprzecznościami mojego losu. Następne myśli nie miały już żadnego punktu zaczepienia. Rano obudziłem się zdziwiony, że żyję.

Krystynie wręczyłem list opisujący moje przeżycia tej nocy, a ona na to: – On już kona, a ty takie głupstwa robisz. Nie wierzyłem w prawdę tych słów. Ale ona twierdziła, że jest w szpitalu i jest z nim bardzo źle. Wieczorem mi powiedziała: – Nikt już mnie nie będzie prześladował. Zmarł o 11-tej rano. Zapytałem, czy zmarł śmiercią naturalną. Odpowiedź była negatywna. Ogarnęło mnie uczucie trwogi. Co z nią będzie jak to wykryją?

Od tego czasu nasze stosunki uległy popsuciu. Pod koniec lutego Krystyna przez kilka dni nie była w pracy. Nieobecność tłumaczyła pójściem do lekarza, żeby usunąć owoc naszej miłości. Na pytanie, dlaczego to zrobiła, odpowiedziała, że nie mogła dopuścić do przyjścia na świat tego dziecka. Myślę jednak, że okłamywała mnie, że była to pozostałość po mężu.

Reasumując jest pewne, że ja arszeniku nigdy Krystynie T. nie dawałem, a mimo że ją bardzo kochałem, śmierci jej męża nigdy nie pragnąłem. Dlatego proszę Wysoki Sąd o uniewinnienie mnie z niesłusznego zarzutu i przywrócenie mi utraconej wolności dając mi możliwość dalszego kształcenia się i służenia Ojczyźnie.

Sprawa przeciwko Krystynie T. i Januszowi K. nigdy nie trafiła do programu WSZYSCY JESTEŚMY SĘDZIAMI. Rozważył ją ponownie Sąd Najwyższy i do takiego doszedł wniosku:

Wyrok w imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Dnia 16 stycznia 1962 roku. Sąd Najwyższy w Warszawie po rozpoznaniu sprawy Krystyny T. oskarżonej z art. 225 #1 k.k. i Janusza K. oskarżonego z art. 27 k.k. z powodu rewizji założonej przez oskarżonych. utrzymuje w mocy zaskarżony wyrok w części dotyczącej Krystyny T. i uchyla tenże wyrok w części dotyczącej oskarżonego Janusza K.

Gdyby 60 lat temu doszło do debaty telewizyjnej, mam wrażenie, że ludowi sędziowie utrzymaliby ten wyrok

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Więcej w Wikipedii

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Cykl: Wszyscy jesteśmy sędziami

Wszyscy jesteśmy sędziami (3)

20.08.2020 16-letni Janusz K., uniewinniony wyrokiem Sądu Najwyższego od zarzutu pomocy  kochance Krystynie T. w zatruciu arszenikiem jej męża, milicjanta Janusza T.,…
Czytaj dalej

Wszyscy jesteśmy sędziami (2)

15.08.2020 Wracam do jednego z listów telewidzów z archiwum „Wszyscy jesteśmy sędziami” (1960- 1964), serii programów prowadzonych przeze mnie wspólnie z niezapomnianym Witoldem Zadrowskim.…
Czytaj dalej

Wszyscy jesteśmy sędziami (1)

11.08.2020 60 lat temu, w lutym 1960 roku, pojawił się w polskiej telewizji program, w którym  obywatele mogli oceniać procesy karne, poprzednio osądzone…
Czytaj dalej
Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com