Jerzy Łukaszewski: Europejska niepogoda

20.09.2020

Na początek chciałbym oświadczyć, że nie jestem specjalistą od polityki międzynarodowej. Od takich tematów mamy tutaj lepszych znawców. Dlatego to, co poniżej proszę potraktować wyłącznie jako rozważania osoby prywatnej widzącej świat taki, jaki pozwolą mu zobaczyć media, nie zawsze do końca rzetelne i obiektywne.

O tyle to istotne, że pozwoli być może zrozumieć stosunek tzw. przeciętnego Polaka do świata poza jego krajem, który to stosunek wyrabia on sobie na podstawie medialnych głównie doniesień.

Po wielokroć w rozmowach prywatnych nie możemy ze znajomymi nadziwić się, że dojna zmiana pomimo ewidentnych kłamstw, krętactw, a nawet ordynarnych i nieukrywanych przestępstw w sondażach niezmiennie dostaje ok. 40% głosów naszego światłego, jak nam się wydaje, społeczeństwa.

Ki diabeł?

Jednym z ciekawszych pól, które warto poobserwować są reakcje tegoż społeczeństwa na świadomie i celowo zaogniane przez nasz rząd stosunki z Unią Europejską. Obawiam się, że nawet wysokiej klasy specjalista miałby problem, by wytłumaczyć mi, dlaczego tak wielki procent polskich obywateli albo nie reaguje na te antyeuropejskie zaczepki, albo je wręcz popiera.

Teoretycznie większość Polaków mających świadomość sytuacji każdego z nas przed wstąpieniem do UE i tejże po akcesji powinna zrównać z ziemią każdego, kto to nasze członkostwo podważa lub naraża na niebezpieczeństwo jego zakończenia. A przecież tak się nie dzieje!

Dotąd śmieszyły mnie idiotyczne w mojej ocenie pohukiwania różnych korwinowców i innych nawołujących do „wyzwolenia się spod dyktatury lewackiej Unii”. Tak jak pretensje naszych rządzących, że UE „wtrąca się w sprawy państwa członkowskiego”.

Na użytek rozmów ze znajomymi stosowałem porównanie do sportu. Polska dobrowolnie wstąpiła do klubu piłkarskiego, a teraz ma pretensje, że ją krytykują, kiedy na boisku chce grać w koszykówkę. Bo tak to mniej więcej wygląda.

W „normalnym życiu” takiego zawodnika klub zwyczajnie wysłałby na trawkę z życzeniami sukcesów w koszykówce. W stosunkach międzynarodowych rzecz jest jednak bardziej skomplikowana.

Nie twierdzę, że Unia to ideał, którego krytykować nie można i nie ma za co.

Tyle że trzeba pamiętać czym ona jest, jak i po co powstała. Wtedy marzenia o ideale zostaną zastąpione przez zdrowy rozsądek, jeśli on dla kogoś jeszcze cokolwiek znaczy.

W ogromnym skrócie UE miała być projektem zapobiegającym wojnom na naszym kontynencie i to w sposób realny, nie odwołując się do tak modnych u nas historycznych resentymentów.

Wojny jak świat światem wybuchały nie wtedy, kiedy jeden król skrzywił się na drugiego lub wywalił ozór na jego żonę, ale wtedy kiedy żywotne interesy jednego kraju, głównie ekonomiczne, stawały naprzeciw interesom drugiego i nie dawało się ich pogodzić w jakiś względnie zadowalający sposób.

Kiedyś wysnułem nawet hipotezę, że taki konflikt zdecydował o powstaniu państwa polskiego. Legendarny Popiel rządzący Goplanami posiadającymi na swej ziemi solanki skutecznie odcinał sąsiadujących Polan od tego bogactwa (sól w tamtym czasie bywała traktowana jak pieniądz) czym narażał sąsiadów na zastój rozwojowy (ogólnie mówiąc). Któryś z władców Polan nie widząc innego wyjścia postanowił rozstrzygnąć spór zbrojnie i udało mu się. Popiel, czy jak tam się nazywał władca Goplan zniknął raz na zawsze z historii świata, zaś Polanie rozochoceni sukcesem i wzmocnieni zdobytym bogactwem (teraz stać ich było na wyposażenie większej drużyny zbrojnej) rozpoczęli ekspansję na ziemie sąsiadujących plemion doprowadzając ostatecznie do powstania Polski. O Goplanach nie pamięta dziś już prawie nikt.

Ten schemat powtarza się w historii tysiące razy po dziś dzień.

Ponieważ z wielu względów został uznany za niewłaściwy i z samego założenia zawierający element krzywdy ludzkiej, postanowiono mu zapobiec. Tego można było dokonać tylko w jeden sposób – stworzyć organizację, której zadaniem byłoby łagodzenie konfliktu interesów poszczególnych państw, znajdowaniem kompromisowego wyjścia z sytuacji, gdy ten konflikt interesów nabrzmiewał do niebezpiecznych rozmiarów.

Cokolwiek powiedzieć – projekt w tym zakresie wydaje się udany.

Niestety, wystarczy dramatycznie inne podejście do tego tematu przez grupkę barbarzyńców, a projekt może zakończyć swój żywot z ewidentną stratą dla ludzkości jako takiej. Tyle że barbarzyńcy, których charakterystyczną cechą jest kompletny brak wyobraźni bądź też sprzedający tę wyobraźnię za chwilowy zysk tu i teraz, a nieumiejący/niechcący myśleć o tym projekcie z perspektywy jego części składowej (zamiast tego usiłują wmówić ludziom, że problem przedstawia się jako „oni przeciw nam, my przeciw nim”) są tego świadomi i mimo to „idą tą drogą”. Nie wróży to dobrze przyszłości.

Unijny projekt nie brał lub brał za mało pod uwagę różnic historycznych poszczególnych krajów, a co za tym idzie – wykształconej przez te różnice mentalności ludzkiej w krajach członkowskich. Stąd niekonsekwencje w działaniu dające pole do popisu tupeciarzom usprawiedliwiających każde odstępstwo od zasad, na jakich działa ten „klub piłkarski” tym, że „inni robią tak samo”. Podejście gówniarzowate. Przypomina małego Jasia, który usprawiedliwia się tym, że „Wacuś też nie odrobił zadania domowego”.

Z jednej strony to prawda, nie z samą Polską Unia ma dziś problemy, wystarczy spojrzeć choćby na Bułgarię. Tyle że takie rozumowanie, to nic innego jak „równanie w dół”, które obserwujemy nie w samej tylko polityce. Także na co dzień w stosunkach międzyludzkich.

I to dopiero jest groźne!

Z postawy „ja, mnie, moje” wynika wszystko inne. To prawda, że dobrze pojęty egoizm był i jest motorem postępu (kolokwialnie rozumianego), ale pod warunkiem, że ma narzucone jakieś granice, działają na niego jakieś hamulce.

Obserwując naszą scenę i społeczną, i polityczną mam czasem wrażenie, że te ograniczenia już nie działają. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć sondaże dające przyzwolenie na chamstwo, buractwo i przestępstwo w pełnym blasku dnia?

Rządzący w imię własnych, chwilowych interesów wprowadzili „czajkowszczyznę” do naszego życia społecznego. Celowo uszkodzili oczyszczalnię ścieków, które teraz swobodnie płyną przez kraj nie znajdując żadnej tamy i zasmradzając każdą niemal dziedzinę życia.

Tego się już tak łatwo nie zatrzyma i nawet odejście od sterów ekipy odpowiedzialnej za te zanieczyszczenia nie zakończy problemu.

Co wobec tego ma zrobić Unia? Wyrzucić niesfornego „zawodnika”, to przyznać się do klęski całego projektu. Ktoś może stwierdzić, że to ona jest odpowiedzialna za klęskę, bo najwyraźniej projekt nie potrafił załagodzić wszystkich różnic między krajami, nie wytłumił konfliktu interesów. Konfliktu świadomie i cynicznie wywoływanego także przez naszych barbarzyńców przy aplauzie sporej części społeczeństwa.

Co dalej?

Grozi nam powtórka z przeszłości? Wszystko na to wskazuje.

Za czasów studenckich znalazłem w antykwariacie pracę doktorską Jakuba Warszawskiego z 1923 roku, w której wyczytałem o kilku tysiącach traktatów pokojowych w dziejach ludzkości zawierających formułę, iż trwać będzie „po wsze czasy”.

Żaden nie dotrwał.

Żaden klub piłkarski, żaden traktat, żadna organizacja – nie są wieczne. O to, by żyły i spełniały swoje zadanie trzeba dbać na co dzień. Także egoistycznie, z myślą o swojej własnej spokojnej przyszłości.

Może się mylę, ale myślę, że tylko chory psychicznie człowiek świadomie buduje sobie burzliwą przyszłość.

Staje na krawędzi wodospadu Niagara, krzycząc do nadpływających fal: – I co mi zrobicie?!

A przecież wszyscy doskonale wiedzą co się stanie.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com