Andrzej Koraszewski: Różne drogi poznawania świata

23.09.2020

Bari przygotowujący się do wyprawy na połów ryb. Zdjęcie: Fiona Watson
Bari przygotowujący się do wyprawy na połów ryb. Zdjęcie: Fiona Watson

Człowiek to dziwne zwierzę. Zaczyna poznawać świat organoleptycznie, a potem jest rozdarty między empirią i objawieniem. Im dalej, tym gorzej, bo autorytet i empiria nieustannie wchodzą sobie w drogę. Świadectwo własnych zmysłów bywa mylące, autorytety rodzicielski, wodzowski, księży, nauczycielski i inne czasem prostują nasze wnioski z osobistego doświadczenia, a czasem myśli plączą. Różnie z tymi autorytetami bywa, więc i bunt jest w cenie. Chcemy zrozumieć otaczający nas świat, a ciekawość i chęć poznania splata się czasem z sensem życia. Mądrości przodków bywają niemądre, a przekazywane są często jako boskie zgoła objawienie, co może z logosu czynić parodię.

Z szympansem mamy wspólnych przodków. Z którym? Czy bliższy nam jest Pan troglodytes, czy raczej Pan paniscus? Nie da się tego rozstrzygnąć, bo oddzieliliśmy się od obu żyjących gatunków szympansa, zanim te rozpadły się na dwa gatunki. Zasadnie twierdzi się czasem, że jesteśmy trzecim gatunkiem szympansa, krótko mówiąc Pan sapiens. Kłopot wszelako, bo rozumność nasza ma poważne ograniczenia również z powodu pokrętnych dróg poznania. Mniemamy o sobie, że jesteśmy niesłychanie racjonalni i podejrzewamy naszych bliźnich o notoryczną irracjonalność. Człowiek całkowicie irracjonalny wymagałby całodobowej opieki, gdyż samodzielnie nie przetrwałby tygodnia, całkowita racjonalność jest utopią, gdyż wymagałaby wszechwiedzy i wyprania z emocji. Człowiek to szympans inteligent, który myśli, że myśli więcej niż myśli, zaś nasze myśli są z konieczności mieszanką doświadczeń stadnych zwanych kulturą, korygowanych punktowo przez wiedzę falsyfikowaną, będącą lepszą lub gorszą nauką. Nasza racjonalność jest zawsze podejrzana, a to nie tylko jest nieprzyjemne, ale może również źle wpływać na porządek społeczny.     

Ciekawym przyczynkiem do poplątanych dróg ludzkiego poznania jest historia opowiadana przez Gabriela Andrade, wykładowcę, który naucza w Wenezueli. Andrade ma wielu studentów z indiańskiego plemienia Bari, w którym panuje głębokie przekonanie, że kobieta zachodzi w ciążę tylko w wyniku stosunków z kilkoma mężczyznami. To przekonanie jest powszechne w kilku plemionach indiańskich Wenezueli i jest doskonale znane i opisane przez antropologów.  (1)       

Przekonanie, że sperma wielu mężczyzn pozwala na uformowanie się embrionu, prowadzi do uznania ojcostwa przez kilku mężczyzn, a tym samym do opieki nad kobietą i dzieckiem przez kilku mężczyzn, co przy surowych warunkach, w jakich żyją te plemiona, okazuje się niesłychanie korzystne, radykalnie wzmacniając szanse przeżycia dziecka do dorosłości.

Antropolodzy są oczywiście zafascynowani tym fenomenem, uznając te wierzenia za swego rodzaju adaptację. Kiedy jednak kultury zaczynają się zlewać — dochodzi do kolizji między funkcjonalnymi, ale ewidentnie fałszywymi przekonaniami, a naukowo dowiedzionymi faktami, które, obalając mit, podważają spoistość kultury.

Jak dotąd Gabriel Andrade nie miał większych wątpliwości. Jeśli Indianin z plemienia Bari dotarł do uniwersyteckich studiów, musi zaakceptować prawdę, nawet jeśli ta prawda burzy fundamenty jego plemiennej kultury. Studenci protestowali, burzyli się, dyskutowali, ale wiedzieli, że na egzaminie obowiązuje podręcznikowa wiedza.

Do niedawna – pisze Gabriel Andrade – nigdy nie miałem problemów z moim bezkompromisowym stanowiskiem. Teraz jednak sprawy zaczynają się zmieniać w instytucjach edukacyjnych Ameryki Łacińskiej. W związku z traumatyczną kolonialną historią Ameryki Łacińskiej, rządy w tym regionie promują multikulturową edukację. Argumentacja jest prosta: kolonializm wyrządził ogromne szkody w psychice rdzennych ludów i trzeba to zmienić. Sprawiedliwości musi stać się zadość, a to musi znaleźć swoje odzwierciedlenie w edukacji. To zakłada dekolonizację programów przez zmniejszenie koncentracji na zachodnich kanonach i poświęcenie większej ilości godzin nauczania przekazywanej ustnie rdzennej literaturze, sztuce i tym podobne.

I dobrze, ale okazuje się, że ta dekolonizacja programów idzie znacznie dalej, że podobnie, a może raczej wzorem krajów bardziej rozwiniętych, owa dekolonizacja zakłada akceptację innych (lokalnych) dróg poznania rzeczywistości. Znaleźli się nawet intelektualiści perorujący o „kognitywnej sprawiedliwości”. Przekonujący do współistnienia w szkołach i na uczelniach różnych form wiedzy.(2)              

Andrade przywołuje rzuconą wiele lat temu żartobliwą propozycję Richarda Dawkinsa, żeby w szkołach teoria o tym, że to bocian przynosi dzieci, traktowana była na równych prawach z teorią propagowaną przez medycynę.  

To, co do niedawna traktowane było jako uderzający przykład absurdu, zaczyna być ze śmiertelną powagą wprowadzane w życie. W nowej rzeczywistości nauczyciele akademiccy spotykają się z oczekiwaniami ze strony administracji państwowej, że będą uwzględniać w programach religijne wierzenia ludów rdzennych, nawet jeśli są one całkowicie sprzeczne z nauką. Co zakłada, że student z plemienia Bari, który na egzaminie stwierdzi, że kobieta może zajść w ciążę tylko w wyniku stosunków z kilkoma mężczyznami, musi otrzymać zaliczenie. Autor przypomina, że podobny folklor wkrada się również na uniwersytety kanadyjskie i amerykańskie.      

Jak dotąd zarówno moi koledzy, jak i ja mogliśmy stawiać opór, nie wiem jednak jak długo nauczycielom w Wenezueli (i w całej Ameryce Łacińskiej) będzie się to udawało. Coraz więcej populistycznych polityków w tym regionie nawołuje do indigenismo i w salach wykładowych gorączkowa wrzawa się podnosi. Ci sami politycy, którzy dawniej wyśmiewali gringos za samo rozważanie dopuszczenia do nauczania w szkołach religijnych fanatyków uczących, że Ziemia ma sześć tysięcy lat, a ludzie żyli obok dinozaurów, teraz flirtują z ideą, by w ramach walki z postkolonializmem nauczyciele akademiccy zaakceptowali ludowe wierzenia jako epistemologię równorzędną z naukowymi teoriami.

Gabriel Andrade pisze, że idea „kognitywnej sprawiedliwości” obraża podstawy logiki i przywołuje zasadę niesprzeczności Arystotelesa – „niepodobna, ażeby coś zarazem było i nie było”. Albo prawdą jest, że jeden mężczyzna całkowicie wystarcza do zapłodnienia kobiety (a jeśli było ich więcej, to możliwe jest ustalenie, który z nich jest faktycznie ojcem dziecka), albo medycyna się myli i wszystkie dzieci poczęte są dzięki stosunkom z wieloma mężczyznami. Biurokraci mogą jednak postanowić, że prawdą jest jedno i drugie.  

Oczywiście antropolodzy mają rację, że fałszywe mity mogą być społecznie funkcjonalne. W tym konkretnym przypadku idea konieczności wielokrotnego zapłodnienia przez różnych mężczyzn dostarcza nie tylko wielokrotnej przyjemności seksualnej, ale spełnia również niesłychanie ważną funkcję ubezpieczenia społecznego. (Najbardziej seksowny ZUS, o jakim słyszałem). W rzeczywistości dopuszczając taką „kognitywną sprawiedliwość” do głosu nie tyle naprawiamy krzywdy wyrządzone przez kolonializm, ile dokładamy nowe krzywdy do starych, utrudniając nowymi metodami dostęp do prawdziwej wiedzy.       

Czy ten konflikt między ideologią a nauką będzie się nasilał, czy jednak rozsądek zwycięży, tego oczywiście nie wiemy. Widzimy jednak w wielu miejscach na świecie to samo zjawisko – skrajnie lewicowe i skrajnie prawicowe siły gwałtownie prą do unieważnienia idei Oświecenia i powrót do miłych ich sercom mitów. Trzeci szympans jest znów na rozdrożu i wyraźnie ciągnie go na bezdroża.    

W 2005 roku Richard Dawkins i Jerry Coyne napisali wspólny artykuł dla brytyjskiego „Guardiana” pod tytułem One side can be wrog. W pierwszym akapicie pisali:

To brzmi rozsądnie, prawda? Taka skromna propozycja. Dlaczego nie mamy pokazywać „dwóch stron” i pozwolić dzieciom, żeby same wybrały? Jak powiedział prezydent Bush: „Pytacie mnie, czy ludzie powinni być wystawiani na różne idee. Moja odpowiedź brzmi – tak”. Na pierwszy rzut oka określenie „dwie strony” rozgrzewa serca nauczycieli takich jak my.

Chodziło jednak o wprowadzenie do szkół teorii inteligentnego projektu. A więc idei rażąco sprzecznych z nauką. W tym czasie w Polsce niebawem tekę ministra edukacji miał objąć Roman Giertych, o którego osiągnięciach na tym stanowisku „Przegląd” w 2007 roku pisał:

Minął rok urzędowania ministra edukacji z Ligi Polskich Rodzin. Jaką szkołę zdążył nam przez ten czas zafundować? Narodową, wyznaniową, nietolerancyjną, homofobiczną, zacofaną, z zastraszonymi nauczycielami i uczniami.

Dziś w naszej edukacji, po niesławnej Annie Zalewskiej, ster rządów w polskiej oświacie przejął Dariusz Piontkowski, którego nazwisko wywołuje dziwne drgawki na twarzach nauczycieli. Programy szkolne są dużo bardziej narodowe, bardziej wyznaniowe, bardziej homofobiczne i bardziej zacofane. Liczba godzin przeznaczonych na naukę religii rośnie, a na naukę biologii maleje. Zwiększa się nauczanie o „drugiej stronie”.

Dawkins i Coyne pisali:

Wezwanie do równowagi było często studzone stwierdzeniem, że kiedy dwie sprzeczne opinie prezentowane są z równą namiętnością, prawda niekoniecznie znajduje się pośrodku. Jest możliwe, że jedna strona jest po prostu w błędzie.

Kiedy strona będąca w błędzie ma silne poparcie polityczne, może się okazać, że wychowujemy pokolenie ludzi święcie wierzących w niestworzone brednie.       

P.S. Polskie media właśnie donoszą, że fundacja Rydzyka otrzymała ponad 13 mln złotych z Funduszu Sprawiedliwości. Wygląda to na fundusz „kognitywnej sprawiedliwości”.

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.

Więcej w Wikipedii


Przypisy

  1. Beckerman S, Lizarralde R, Ballew C, Schroeder S, Fingelton C, Garrison A, Smith H. The Bari partible paternity project: Preliminary results. Current Anthropology. 1998 Feb;39(1):164-8.
  2. Visvanathan, Shiv. The search for cognitive justice. http://www.india-seminar.com/2009/597/597_shiv_visvanathan.htm
Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com