18.10.2020
To wcale nie jest oczywiste. Najnowsze wyniki Pew Research Center wskazują na jedno: wyborcy Donalda Trumpa i Joe Bidena są wyjątkowo podzieleni. Nie to jest jednak zaskakujące, ale podział poszczególnych grup wyborców. W tych dniach New York Times publikuje druzgocące wręcz analizy mijającej kadencji prezydenta Trumpa. Nie sposób nie przyznać im słuszności, są bowiem znakomicie uzasadnione. To oczywiście odzwierciedla myślenie redakcji i zapewne większości czytelników. Można się zastanawiać czy jest to grupa wystarczająco liczna, by zdecydować o wyniku wyborów.
Wracając do wspomnianego centrum warto rzucić okiem na załączone tabelki wskazujące na poszczególne grupy wyborców. Jedno jest oczywiste: Istnieją duże różnice między zwolennikami Trumpa i Bidena w wielu aspektach głosowania i procesu wyborczego. Kopiuję tę tabelkę to jest w istocie wymowna.

Najbliższe dwa tygodnie będą na pewno obfitować w swoisty festiwal prognoz. Już nawet pojawił się znany politolog bułgarski, który stwierdził, że to Covid-19 zdecyduje o wynikach wyborów, których jego zdaniem zwycięzcą będzie Biden. Chciałbym podzielać ten entuzjazm, podobnie jak bliskie są mi analizy ekspertów NYT.

Niestety, motywacje wyborców, a i niezbyt logiczny system liczenia głosów w USA każe być wstrzemięźliwym wobec podobnych proroctw. Wystarczy wspomnieć jak pewną kandydatką w 2016 roku była Hilary Clinton.
Tak więc pozostaje czekanie i wsłuchiwanie się w racje obu skłóconych coraz bardziej ze sobą stron sporu politycznego. Dla mnie oczywiście ciekawy jest czynnik religijny, który w ciekawym świetle stawia wyborców Trumpa. Niezmiennie popiera go 78% białych protestantów ewangelikalnych i tylko 9% czarnych protestantów. Głosy białych katolików są dość równo rozłożone (52% za Trumpem i 44 za Bidenem). Ciekawie rozkłada się liczba zwolenników obu kandydatów wśród ateistów: 11% za Trumpem, 83% za Bidenem.

Tak więc sprawa wcale nie jest jednoznaczna.


Powstaje jeszcze co najmniej jedna kwestia. Jak wygrana któregokolwiek z kandydatów wpłynie na postawy wyborców tak zwycięzcy, jak i pokonanego?
Świadomie używam terminologii wojennej, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że w USA trwa poważny kryzys demokracji o dalekosiężnych i wyniszczających konsekwencjach. To, co dzieje się na ulicach wielu amerykańskich miast, nosi znamiona wojny domowej, z ofiarami przemocy na tle politycznym włącznie. Zatem, czy zwycięzcy zechcą zakopać tomahawki? Czy przegrani pogodzą się z faktami, odwieszą broń automatyczną na kołki i przyjmą do wiadomości demokratyczny werdykt wyborczy? A może tak jak po wyborze Obamy, gdy znaczna część Południa stwierdziła, iż kraj jest na dnie, skoro czarny mógł zostać wybrany prezydentem, podziały jeszcze się zaognią?
Hillary Clinton jest politycznym trupem, ale pogłoski o jej urozmaiconych gustach seksualnych nie wzięły się przecież znikąd. Nie chodzi o to, czy jest lesbijką, lecz o sam fakt, iż orientacja seksualna kandydata na prezydenta może być dla wielu amerykańskich wyborców kwestią rozstrzygającą, tak samo, jak kolor skóry. Mówi to znacznie więcej o Ameryce, niż wszystkie błazenady Trumpa razem wzięte. Z kolei on sam też nie spadł Amerykanom z księżyca, bo to przecież sól ziemi.
Podsumowując, starcie Trump vs Biden prawdopodobnie wykracza poza standardy brutalnej walki politycznej, nosząc wszelkie znamiona walnej konfrontacji skrajnie odmiennych wizji USA, ich historii, znaczenia, przyszłości.
PS Na marginesie, ciekawe czy gdyby jakimś cudem znalazły potwierdzenie krążące od lat plotki na temat preferencji seksualnych Prezesa, to miałoby to jakikolwiek wpływ na rozwój politycznej narracji w Polsce? Wydaje się, że tak, lecz z drugiej strony homoseksualiści grzmiący z ambon o konieczności moralnego oczyszczenia, pojmowanego jako wolność od LGBT, to nic nowego. Powszechnie wiadomo, iż Juliusz II zmusił Buonarrotiego, który nie uważał się za malarza, do podjęcia prac w Kaplicy Sykstyńskiej, m.in. łamiąc opór artysty sugestiami o możliwych konsekwencjach donosów natury obyczajowej. Kościół potrafi zatem przymknąć niejedno oko na doktrynę, gdy w grę wchodzą pieniądze, pycha i splendor – wykazuje więc znacznie większą elastyczność, niż szeroko pojmowane elektoraty.
To bardzo ważne pytania i ma Pan absolutnie racje, że tu mamy do czynienia z konfrontacją różnych światów. Na pewno paliwem dla wielu zwolenników Trumpa jest doświadczana pogarda (inna sprawa czy tylko subiektywnie przez nich) ze strony przemądrzałych i wszystkowiedzących absolwentów tzw. dobrych uniwersytetów i brak u tych drugich świadomości tego faktu.
Nie mogę się zgodzić z przedstawieniem tych wyborów jako walki Synów Światłości z Synami Ciemności. Mętlik panuje w głowach większości wyborców, zarówno w USA jak i gdzieś indziej. Sztaby kandydatów apelują do potencjalnych wyborców, grając na ich wyobrażeniach i upodobaniach. Podobnie u nas postąpił parę lat temu Giertych, gdy startował na senatora. Miał dwa rodzaje ulotek – w jednych był światłym demokratą a w drugich podkreślał że był wicepremierem w rządzie Kaczyńskiego (te drugie rozdawał pod kościołami).
Czasem lepiej się nie domyślać dlaczego ludzie głosują za danym kandydatem.
To też jest ciekawy wątek: podobno w 2016, podkreślano ateizm Sandersa, żeby jego kosztem zwiększyć szanse Clinton ( The Independent, 22.07.2016):
„The Democratic National Committee – a supposedly neutral organisation – apparently hatched a plan to try and undermine Bernie Sanders’ campaign against Hillary Clinton by getting someone to claim he was an atheist.
The Sanders campaign for months complained that people in the DNC were biased in favour of the establishment candidate, Ms Clinton. The campaign even sued the DNC to allow it access to its voter database.”
https://www.independent.co.uk/news/people/wikileaks-emails-democratic-officials-plotted-expose-bernie-sanders-atheist-a7151476.html
https://wyborcza.pl/1,75399,20447796,od-skandalu-zaczyna-sie-konwencja-demokratow-w-filadelfii.html
Sądząc z sondaży sprawa jest przesądzona, (zaskoczenia nie można wykluczyć). Jak będzaie się różnił Biden z kampanii od Bidena prezydenta? Na ile będzie więźniem lewego skrzydła partii. Pytań jest więcej, ale te wydaja się teraz najważniejsze.
Ciekawym pomysłem byłoby gdyby senator Kamala Harris, która jest chyba jedynym wyrazistym politykiem w tych zawodach przedstawiła sprawny program reformy ubezpieczeń zdrowotnych i zmiany w polityce klimatycznej podczas gdy Joe zająłby się pozytywną wizją świata.
Dla Wall Street jest to prawie win-win: zapowiadane przez Bidena subsydia w sektorowy rozwój gospodarki równoważy bardziej liberalna lecz jednocześnie globalnie protekcjonistyczna polityka Trumpa.
To bardzo ciekawe, ale moim zdaniem w wyborach ważniejsi są wyborcy niż wybierani, stąd wydało mi się ciekawe przywołenie tabelek. Radziłby sie im uważnie przyjrzeć wiele z nich można wyczytać.
Naprawdę wybór prezydenta w USA robi się tym ważniejszy, im bardziej dociera do nas skala zagrożeń przed jakimi stanęliśmy jako ludzkość. Klimat do tej pory wydawał sie największym wyzwaniem. Tymczasem skutki pandemii, która własnie rozpędza się na całym świecie, mogą spowodować, że ta katastrofa zdrowotna, spowoduje tak silną katastrofę ekonomiczną, że implikacje kryzysu światowego moga być dzisiaj nieprzewidywalne.
*
I nie jest ważne czy wyborcy Trumpa wierzą, że biali światli Amerykanie ze statusem uniwersyteckim nimi pogardzają czy nie. Wątki godności, pogardy zarówno w USA jak i w Polsce są przedmiotem manipulacji spin-doktorów i niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Ludzi naprawdę solidnie i dobrze wykształceni są zbyt rozumni aby gardzic kimkowliek, nienawidzić czy odmawiać innym praw obywatelskich.
^
Ktokolwiek wygra wybory w USA będzie miał bardzo mały margines swobody politycznej. W USA rządzi swojego rodzaju stabilna oligarchia finansowa, a politycy muszą respektować jej wymagania. Przypomnijmy sobie co sie stało z J.F.Kennedym kiedy próbował wkroczyć w kompetencje FED.
To zdaje się tylko jedna z teorii spiskowych dotyczących zabójstwa JFK i nigdy nie wyjaśnionych wobec licznych przypuszczeń. Ma Pan rację, że to niepoznawalny świat polityki, i jeszcze jest Kongres i Senat.
KIedyś sporo studiowałem konstrukcję systemu USA. Celowo piszę o systemie jako całości, nie rozrózniając na razie jego części. Po tych lekturach i wieloletnich obserwacjach uważam, że system w USA działa mniej więcej tak:
– istnieje supremajcja oligarchii finansowej (reprezentującej najazamożniejsze korporacje czy rodziny w USA, nakjwiększe koncentracje kapitału – emanacją tej oligarchii jest cały system FED w powiązaniu z różnymi ciałami reprezentującymi biznes) supremacja nie jest ordynarną dominacją a wieloaspektowym, skutecznym i bardzo zakamuflowanym systemem zwierzchnictwa właśnie,
– system polityczny jest autonomiczny, a supremacja oligarchii finansowej temperuje skrajności, czyli zmniejsza ryzyko szaleństw politycznych, supremacja oznacza także pierwszeństwo w realizacji interesów tej oligarchii przez system polityczny,
– system społeczny znajduje sie pod wpływem zarówno w/w supremacji jak również pod wpływem systemu politycznego – obydwa te zwierzchnictwa dbaja o to aby system społeczny był w równowadze.
Trzeba pamiętać, że w punkcie wyjścia oligarchai finansowa i system jako całośc nie są światami zamknietymi – sa otwarte na zmiany, ewoluuja i rozwijają się. Wolność bogacenia się, wolność nauki, rozwoju technologii i szereg innych wolnosci jest częścia amerykańskiego systemu – jego cechą konstrukcyjna dzieki czemu cały system znajduje sie w stanie dynamicznej równowagi.
Jest kwestią otwartą czy system amerykański dochodzi do granic swojej wydolności jako sprawnie działająca całość czy ma się świetnie a to co obserwujemy to tylko kolejne stany wytrącania równowagi aby system powrócił do równowagi na wyższym poziomie.
Pan się zna a ja sobie na Netflixie filmy o Stanach oglądam, są fajne np. Schooter albo Designated Survivor, a ostatnio widziałem The West Roberta Redforda – między innymi o wpływie Amerykańskich Kolei na Indian, pewnie teraz jakiś Google też ma jakiś wpływ.
I słusznie – ja też czasami oglądam. Z racji wieku i upodobań zdecydowanie częściej oglądam stare filmy fabularne z USA – lata od 30tych aż do późnych 70-tych.
Mnie także interesują stare filmy. Wymieniłem te z motywem zamachu na Prezydenta.
Prezydentem zostanie raczej Biden. Równie interesujące jest która partia przejmie kongres. Sondaże wskazują bardziej na demokratów. Pytanie jest następujące: Jak będzie wyglądała polityka wewnętrzna i zagraniczna zdominowanego przez demokratów kongresu? Czy USA zaczną się czepiać Polski, Węgier i innych krajów nieprzestrzegających praworządności? Co zrobią z pandemią? I chyba najważniejsze – co z reformą ubezpieczeń zdrowotnych? Najbliższe miesiące przyniosą odpowiedzi na te pytania. Pozostaje jeszcze jedno, mianowicie jak nowy prezydent (lub nowy-stary) poradzi sobie gdyby musiał się zmierzyć z zdominowanym przez oponentów kongresem.
Tu zgadzam się z Ayaan Hirsi Ali – Ameryka ma nadal silne instytucje blokujące całkowitą dominację przez jedną stronę. Nie chciałbym musieć wybierać międzay tymi dwoma panami. Trump ma osobowośc toksyczną, Biden nie ma żadnej. Dla socjologa jest tu ciekawostka – w Stanach bardzo wzrosła lękliwość przed ujawnianiem swoich poglądów, co może rzutować na bardzo mylące wyniki sondaży.
No więc jednak Biden!
To początek trudnej drogi powrtotu do normalności!
Cztery lata szaleństwa za nami, czas po nich posprzątać!!!