2012-11-29. Nazywamy je sałatkami, ale właściwie te, które proponuję, są surówkami. Oczywiście, warto je przyrządzać z mało znanych warzyw i owoców, ale przecież nie tylko! Lubimy wszak także warzywa swojskie, o smakach sprawdzonych. Można je podawać na różne sposoby: od tradycyjnych, tak, jak się jadło u Mamy czy Babci, po oryginalne, bardziej współczesne lub choćby – własnego pomysłu.
Oto dobrze znana, poczciwa kiszona kapusta. Jest znakomitym zimowym źródłem witamin. Z czasów PRL-u było znana odpowiedź I sekretarza PZPR Władysława Gomułki wygłoszona do kogoś, kto napomknął, czy nie zaimportować do kraju cytryn, bo zimą są bogatym źródłem witaminy C. Burknął, że witamina C jest też w kapuście kiszonej i ona wystarczy. Miał rację, choć nie był dietetykiem. Jakkolwiek trudno kwaśną kapustę dodawać do herbaty… Podtekstem do tej opowieści był – w skrócie – chroniczny brak dewiz, dręczący PRL, i niechęć do tzw. konsumpcji. Ale to inna opowieść.
Wróćmy do kapusty. W przedwojennym „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” solidny tekst o tym warzywie zamieścił doktor, po wojnie profesor, podpisany jako lek. wet., Mieczysław Cena. Dał tło historyczne i literackie, wymienił pożytki dietetyczne i kulinarne z tego bardzo polskiego warzywa. Zanim po nie sięgniemy, poczytajmy w pisowni oryginału:

Orzegów, w październiku.
Imć Pan Mikołaj Rey z Nagłowic w swojem dziele „Żywot człowieka poczciwego”, dającem doskonały przekrój obyczajów ówczesnego społeczeństwa polskiego, wspomina już w 1567 roku o powszechnem spożywaniu w Polsce kapusty kiszonej. Istotnie, trudno byłoby pomyśleć o tak typowych polskich potrawach narodowych, jak myśliwski bigos i kapuśniak bez udziału tej znakomitej jarzyny, będącej poza tem obok ziemniaków główną jarzyną jadłospisu ludzi ubogich.
Kapusta jest od wielu wieków znana i występuje w roli jadalnej rośliny zarówno w starożytnym Egipcie, Grecji i Rzymie, jak i w starszych może kulturalnie Chinach. Pytanie, czy do naszego kraju przeszczepiono tę jarzynę z hieratycznego kraju Apisa, czy też z prastarego państwa Smoka, zdaje się być rozstrzygnięte na korzyść aktywów kultury chińskiej, która za pośrednictwem wędrówek ludów i wojennych komiwojażerów średniowiecznego świata – Tatarów – zasadziła kapustę na sarmackich polach. Tak więc razem z krzywą szablą otrzymaliśmy reprezentacyjną jarzynę naszych potraw narodowych ze wschodu, a od nas dopiero nauczyli się kisić kapustę Niemcy, którzy zkolei pod niemiecką nazwą Sauerkraut rozpowszechnili ją w Ameryce, gdzie wskutek tego pokutuje jeszcze mylne twierdzenie o niemieckiem autorstwie sztuki kiszenia kapusty. Polskie prawa do tej zdobyczy techniki kulinarnej przyznają zresztą nawet uczeni niemieccy, co podkreśla też jeszcze raz wyższość polskiej kuchni narodowej od niemieckiego sposobu przyrządzania potraw. Polskie matrony i panie domu, nie pozbawione wszechstronnych zainteresowań, potrafiły postawić na wyższym poziomie kuchnię polską, mimo że konkurentki niemieckie posiadały zakres zainteresowań ścieśniony i wyspecjalizowany do respektowania obowiązków „trzech K“ (K üche, Kirche, Kinder).
Tak jak nasz polski barszcz, tak kapuśniak i bigos, są narodowemi potrawami, związanemi ze staremi tradycjami świątecznemi, myśliwskiemi i towarzyskiemi i smakują zarówno zagranicznym gościom naszych polowań, jak i na codzień szerokim rzeszom polskich spożywców. Że zaś nie są jedynie archaicznym zabytkiem staropolskich książek kuchennych, świadczy ich stały udział w jadłospisach restauracyjnych, co stwierdza wysokie notowania naszych narodowych potraw i ich reprezentacyjnej jarzyny, na giełdach spożywców, gdzie swojego rodzaju plebiscyt smakoszów stale od wielu wieków podkreśla ich nieprzestarzałą aktualność.
Wysoka wartość zdrowotna kapusty kiszonej znana była już w roku 1610, kiedy to zalecał ją lekarz Guarinonuis, a słynny podróżnik Cook, który w drugiej połowie XVIII wieku odbywał swoje epokowe dla rozwoju komunikacji podróże, znał też jej wartość, chroniąc załogę od szkorbutu przez codzienne wydzielanie racyj kiszonej kapusty, jakkolwiek wtedy nikt nie wiedział jeszcze o witaminach, których odkrycie jest zdobyczą ostatniego wieku. Dzisiaj, gdy znamy dobrze składniki kapusty, musimy podziwiać intuicję lekarską wielkiego podróżnika, który zabezpieczył siebie i swoich towarzyszy przed awitaminozą roztropnem przygotowaniem witaminowej pożywki jarzynowej.
W kapuście znajdują się istotnie witaminy A, B i C , z których ostatnia doznaje pewnych strat przy kiszeniu. Chemiczny proces kiszenia polega przedewszystkiem na sfermentowaniu cukru, zawartego w liściach kapusty, który przy współudziale bakteryj zamienia się głównie w kwas mlekowy, konserwujący zakiszoną jarzynę.
Zużytkowanie cukru w tej przemianie chemicznej pozwala na spożywanie dobrze zakiszonej kapusty, nawet diabetykom, którym lekarze zalecają tę doskonalą i smaczną jarzynę.
Opuszczam solidny opis odmian kapusty oraz technologii kiszenia, wraz z dokładnym wyjaśnieniem funkcji spełnianych przez pożyteczne bakterie. Daję tylko passus o soleniu, dedykując go pewnej pani korektorce, która bardzo się dziwiła, że kiszenie wymaga zastosowania soli:
Solenie jest niezwykle ważną czynnością, którą trzeba celebrować z poczuciem odpowiedzialności, a spełnia ono cel potrójny, gdyż zmieniając ciśnienie osmotyczne, wydobywa z liści sok wraz z zawartym w nim cukrem, co daje pożywkę dla pożytecznych bakteryj fermentacyjnych, pozatem eliminuje swojem stężeniem drobnoustroje niepożądane i polepsza smak końcowego produktu. Najlepsze warunki dla procesu kiszenia, stwarza sól kuchenna w ilości 2,5 procent.
Na koniec autor stwierdza:
Ciekawą i ważną dla konsumentów wiadomością jest fakt, że skład chemiczny soku z zakiszonej kapusty prawie zupełnie się nie różni zawartością wszystkich pożytecznych składników od samej kiszonej kapusty i jest on zwłaszcza w Ameryce coraz chętniej używany, jako orzeźwiający napój witaminowy.
Apostrofa dla pań domu.
Sprawa kiszenia kapusty naszej jarzyny narodowej, stanowiącej główny składnik tak doskonałych potraw polskich jak bigos i kapuśniak, jest szczególnie aktualna w obecnym okresie jesiennym. Kapusta jest bowiem nie tylko okrasą tradycyjnych stołów, ale i codziennym pokarmem ubogich, który jak chleb, nawet codziennie spożywany nie wywołuje znudzenia i przesytu. Nasze panie domu, spadkobierczynie odwiecznej sławy staropolskich gospodyń, powinny poznać wymagania bakteryjnego świata i umieć im zadośćuczynić, by kapusta na polskim stole mogła stanowić rzeczywiście narodowe „specialite de la maison” polskiego domu.
Kto chce, może oczywiście kapustę kisić w domu, nawet w małych porcjach. Jeszcze moja Mama robiła to po prostu w słoikach. To nie sztuka. Ale ja kupuję kapustę kiszoną zwykle na bazarze, w sprawdzonym miejscu, do którego zwłaszcza przed świętami ustawiają się kolejki.
I namawiam: zamiast kapustę gotować – jedzmy ją w postaci surówki. Jest znacznie zdrowsza. Choć nie neguję terapeutycznego znaczenia odświętnej porcji solidnego bigosu, podanego z kieliszkiem czystej wódki. To znakomite lekarstwo dla Polaków, poddanych dzialaniu zimy i stresów dnia powszedniego. To jednak dobre raz na jakiś czas. A surówkę z kiszonej kapusty można jeść co najmniej raz w tygodniu! Najlepiej kupić do niej mniej kwaśną kapustę, tzw. sałatkową; bywa przy tym kiszona z ziołami lub marchewką.

Kolorowa sałatka z kiszonej kapusty
kapusta sałatkowa
2 kolorowe papryki
3 szalotki
jabłko lub marchew
olej słonecznikowy
pieprz, ew. cukier
Kapustę pokroić, ale nie siekać za drobno. Paprykę oczyścić, pokroić w cienkie paski. Zetrzeć jabłko lub marchew, pokroić drobno szalotki (zostawić kilka krążków do dekoracji). Wszystkie składniki połączyć, wymieszać z olejem i przyprawami.
Alina Kwapisz-Kulińska

No, dr wet Cena chyba przesadzl z ta kapusta kiszona na statku kapitana Cooka. Wydaje mi sie, ze byly to cytryny, chyba w jakims programie mowili.
I tak sie dzis juz pewnie nie dowiemy, czy marynarze jedli kpuste czy cytryny. Wiadomo natomiast z cala pewnoscia czyms sie odzywiali Aborygeni na Hawajach gdy zawital tam kapitan Cook.
Nie obejmuj z pasją nowej talii,
Gdyś szczęśliwie starą puścić mógł.
Chyba wiesz, co stało się w Australii
Z podróżnikiem o nazwisku Cook.
Tam pod każdą palmą wśród azalii,
Nie zważając czy to brat, czy swat,
Właśnie w sielankowej tej Australii
Siedział dzikus i dzikusa jadł.
Ale dlaczego ci tubylcy zjedli Cooka?
Bóg raczy wiedzieć. Milczy nauka.
Myślę, że nikt się niespodzianek nie doszuka.
Mieli apetyt, to zjedli Cooka.
Istnieje wersja, że ich wódz o twarzy kruka
Rzekł: „Smaczny musi być ten kok na statku Cooka!”
I tak by się w historii wypełniła luka –
Chcieli zjeść koka, a zjedli Cooka.
Wódz wydał im instrukcję: „Niechaj nikt nie stuka!
Do drzwi kajuty niechaj nie puka!”
Lecz po czym poznać w mroku koka, u kaduka?
Bęc pałą w ciemię – i nie ma Cooka.
Inna teoria wreszcie za punkt wyjścia bierze,
Że go aborygeni zjedli w dobrej wierze.
Czarownik, co maniery miał baszybuzuka,
Wrzasnął: „Chłopaki! Dawać tu Cooka!
Wystarczy go bez soli zjeść – w tym cała sztuka! –
Żeby zasłynąć z męstwa stąd do Pernambuka.
Do kotła ciało! Precz koszula i peruka!
Na co czekamy?! Gotujmy Cooka!”
I co? I nic. I teraz załamują ręce,
Klną się, że Cooka nie spożyją nigdy więcej,
Żałują, że krzyczeli niepotrzebnie zgoła:
„Bracia krajowcy! Jedzmy, nikt nie woła!”
W oryginale jest, że zjedli Cooka bez soli i bez cebuli. To chyba był podstawowy błąd.
PS Czegóż to w sieci znaleźć nie można… O kapuście też jest:
„James Cook (1728 – 1779), wielki podróżnik, odkrywca Nowej Zelandii, był jednym z pierwszych dowódców wyprawy, który rozumiał rolę właściwego żywienia dla przeżycia załogi, a co najważniejsze, potrafił wprowadzić w życie racjonalną dietę zabezpieczając załogę przed szkorbutem.
A oto co otrzymywał marynarz na statku 'Endeavour’ w czasie pierwszej wyprawy Cooka (1768 – 1771):
dziennie funt sucharów (około pięc sztuk) i galon piwa, (ponad 4 litry! – ale wody nie pito, zwykle była zakażona);
i tygodniowo –
4 funty (ok. 2 kg) solonej wołowiny,
2 funty (ok. 1 kg) solonej wieprzowiny,
3 pinty kasz (ok. 1,5 kg),
6 uncji (ok 180 g) masła,
12 uncji (ok. 360 g) sera.
Poniedziałki, środy i piątki były dniami bezmięsnymi, podawano wtedy marną grochówkę z cebulą zaprawioną wygotowaną do galarety lub do sucha zupą mięsną. Oszczędzało to znakomicie zapasy mięsa.
Pod względem żywieniowym nie było to zbyt bogate jadło jak na warunki pracy, ale i tak lepsze niż większość załogi miała w kraju. Marynarze najczęściej pochodzili z biedoty lub wręcz byli zbierani z ulicy jak popadło.
Ale najważniejszym co rózniło kuchnię na 'Endeavour’ od innych statków było zaopatrzenie w owoce, soki, brzeczkę, i… kiszoną kapustę.
Dziwne, ale marynarze wcale nie mieli ochoty jeść tego specjału. Perswazje nie pomagały. I tu Cook wykazał swój talent pedagogiczny i przywódczy. Po prostu kapusta pojawiała się regularnie na oficerskim stole. Kto chciał to brał i ile chciał. Oficerowie jedli (zachęceni wyraźnie przez kapitana), powoli i marynarze uznali, że musi to być coś lepszego niz ich zwykłe jadło. I tak po jakimś czasie wszyscy chronili sie przed szkorbutem zjadając kiszoną kapustę, która wcale nie była popularna w ich sferach w kraju.
Przez siedem i pół miesiąca podróży z Anglii do Tahiti załoga zmniejszyła się tylko o pięć osób, które zginęły w wypadkach, nikt nie zmarł na szkorbut, co było niezwykłym wprost wydarzeniem w dziejach ówczesnej floty. Za rzecz normalną uważano, że połowa załogi statków dalekomorskich ginie w drodze, głównie z powodu szkorbutu. Niemniej dopiero w 1795 przyjęto w Anglii zasadę wyposażania statków dalekomorskich w odpowiednie zasoby soków, owoców i kiszonej kapusty. ”
A więc jednak!:)