Sławek: Czas na plan ratunkowy dla Polski

04.11.2020

Działania polityczne prowadzące do kryzysu społecznego

Polską od wyborów parlamentarnych w 2015 roku do dzisiaj rządzi koalicja trzech ugrupowań parlamentarnych – Prawo i Sprawiedliwość, Solidarna Polska i Porozumienie Jarosława Gowina. Formacja ta sama siebie nazywa zjednoczoną prawicą.

Całokształt działań politycznych rządzącej koalicji począwszy od 2015 r. do dzisiaj, w tym zwłaszcza suma wydarzeń politycznych 2019 r. i 2020 r., doprowadził do takiego kryzysu społecznego, jakiego w Polsce nie było od 1989 roku. Polska znajduje się teraz w poważnym niebezpieczeństwie destabilizacji wewnętrznej i czas najwyższy, a może nawet ostatni czas na ratowanie kraju. Nie sposób w krótkim wstępie do materiału publicystycznego dokonać diagnozy wielowymiarowych działań i zjawisk, które doprowadziły do poważnego zagrożenia bytu państwowego Polski. Ograniczę się jedynie do naszkicowania głównych przyczyn kryzysu.

Do obecnej zapaści społecznej doprowadziła celowa działalność koalicji rządzącej PiS, wraz z dwiema mniejszymi partiami kadłubowymi nazywanymi (gastronomicznie) – przystawkami. Od początku swoich rządów ta koalicja przystąpiła do swoistej wojny kulturowej próbując 38-milionowemu społeczeństwu o zróżnicowanych poglądach, obyczajach, kulturze i tradycjach, narzucić jednolity obraz Polaka-katolika, cynicznego hipokryty, pełnego nienawiści i wykluczania wszelkich odmienności: etnicznych, religijnych, seksualnych, czy rasowych. Polaka odwołującego się do zakłamanej przez wyidealizowanie, fałszywej wizji historii, głoszącego wartości nacjonalistyczne rodem z początku XIX wieku i ubierającego je w anachroniczną formułę patriotyzmu. Patriotyzmu rozumianego jako gotowości do przelewania krwi za ojczyznę tak, jakby Polska znajdowała się w trakcie lub w przeddzień wojny o niepodległość.

Tej wojnie kulturowej towarzyszy sojusz ołtarza z tronem. Koalicja weszła w niemal oficjalny pakt z hierarchią kościoła rzymsko-katolickiego w Polsce, a episkopat, w tym zwłaszcza jego eksponenci, panowie Jędraszewski czy Gądecki oraz inni, stali się niemal formalnymi propagandystami połączonych ideologii — tradycyjnego, obskuranckiego katolicyzmu i odpowiadającego mu ultrakonserwatywnego i wstecznego światopoglądu szowinistyczno — faszyzująco — prawicowego. Ten skrajnie prawicowy rodzaj ideologii połączony został z populistycznymi narzędziami przekupywania kolejnych grup społecznych.

Koalicja rządząca stosowała i stosuje nadal filozofię nieustannych konfliktów społecznych i politycznych, przez budowanie antagonistycznej, plemiennej wizji kraju, dzielącej Polaków na lepszych i gorszych, bardziej lub mniej patriotycznych, bardziej lub mniej wartościowych. To filozofia realizowana przez napuszczanie na siebie kolejnych grup społecznych – sędziów, lekarzy, nauczycieli, środowisk LGBT, rolników, środowisk powiatowych i wiejskich przeciw środowiskom wielkomiejskim, wreszcie na końcu zantagonizowano ponad 50% struktury społecznej, uderzając w kobiety.

Ofiarami tej wojny plemiennej padali cudzoziemcy, mniejszości seksualne, kobiety i dzieci. Wspólnym symbolem następstw szczucia i prześladowań była okrutna zbrodnia morderstwa urzędującego Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza podczas symbolicznego światełka do nieba – jednej z najpiękniejszych i najszlachetniejszych inicjatyw społecznych — WOŚP.

Wszystkie te działania wspomagane były niekonstytucyjnym zamachem na TK, marginalizacją parlamentu wraz z kompletnym zignorowaniem i zwalczaniem opozycji, nieliczeniem się z głosem opinii publicznej, rozdawnictwem socjalnym pełniącym de facto funkcje korupcji politycznej, polegającej na przekupywaniu całych grup beneficjentów programów 500+, 300+, wyprawek szkolnych, 13. i obiecywanych 14. emerytur. Doszło już nawet do karykaturalnych obietnic dla rolników przez zadysponowanie sienkiewiczowskimi, (a właściwie zagłobowymi) „Niderlandami” wyborczymi w postaci pieniędzy z UE typu krowa+, świnia+, czy kura+. To rozdawnictwo niemające nic wspólnego z wyrównywaniem szans społecznych wielkich grup ludności miało na celu budowanie klientelizmu politycznego, a więc uzależnienia od hojności partii rządzącej, która szczodrze rozdawała Polakom ich własne pieniądze.

Nieselektywne programy socjalne 500+ i obniżenie wieku emerytalnego wprost przejadały zasoby finansowe państwa, obarczając kosztami obsługi zadłużenia budżetu nasze dzieci i wnuki. Wsparcie tych działań odbyło się w drodze zawłaszczenia mediów publicznych i fatalnej polityki tępej propagandy partyjnej, posługującej się kłamstwami, pomówieniami, przeinaczeniami. Propagandy celowo i świadomie wprowadzającej w błąd znaczną część odbiorców, tylko po to, aby metodą oszustwa medialnego utrzymywać poparcie polityczne. Część mediów publicznych, jak np. Trójka Polskiego Radia zostały przez nominatów pisowskich celowo zniszczone, mimo iż stacja miała charakter prawie wyłącznie muzyczny.

W tym samym czasie koalicja rządząca nieustannie próbowała ograniczyć wolność słowa i dostęp obywateli do rzetelnej informacji. Atakom na TVN, Onet, portale satyryczne, social-media, towarzyszyła próba przekupstwa np. portalu Wirtualna Polska. Władze sejmowe, rządowe, ministerialne ukrywały informacje, nie realizowały obowiązków udostępniania informacji publicznej, a telewizja państwowa pieszczotliwie nazywana „Kurwizją” kłamała w żywe oczy podburzając przeciwko sobie wiele grup społecznych i środowisk. Rządzący wciąż odgrażali się wprowadzeniem pakietów legislacyjnych mających „repolonizować” czy dekoncentrować media, co na polski tłumaczy się jako podporządkowanie rządzącym.

Wsparciem instytucjonalnym tego fatalnego sposobu sprawowania władzy było upolitycznienie i zawłaszczenie, najczęściej niezgodnie z Konstytucją, instytucji stanowiących bezpieczniki porządku demokratycznego państwa prawa – prokuratury, Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa, bezprecedensowy zamach na niezawisłość sądów i próba podporządkowania politycznego sędziów, zdeformowanie Sądu Najwyższego, etc. To wszystko następowało nie tylko z pogwałceniem Konstytucji RP, ale także z naruszeniem Traktatu Akcesyjnego do Unii Europejskiej, przez ignorowanie zasad i reguł dobrowolnie przyjętych przez Polskę w tym traktacie.

Najbardziej szkodliwym czynnikiem dekompozycji państwa polskiego, a mniej dostrzeganym przez opinię publiczną, było przyjęcie kompletnie anachronicznego modelu rządzenia i zarządzania państwem. Centralizacja i koncentracja władzy w rękach jednego człowieka niesprawującego żadnych funkcji oficjalnych, podporządkowanie sobie przez tego człowieka decyzji prezydenta, ubezwłasnowolnienia urzędu premiera i poszczególnych ministrów powodowały i wciąż powodują nieodwracalne szkody gospodarcze, społeczne a na koniec polityczne dla samej koalicji rządzącej. Przyjęty system zarządzania państwem uzupełniony został w pełni upolitycznioną polityką kadrową, gdzie liczyła się wyłącznie lojalność, a kwalifikacje merytoryczne były nawet nie drugorzędnym kryterium. Kolejni „krewni i znajomi królika” oraz członkowie ich rodzin, znajomi i totumfaccy obsiedli spółki skarbu państwa jak muchy łajno i zajmują się m.in. dostarczaniem „lewych funduszy” na działania propagandowe i wyborcze. Kolejne rotacje nominatów nie były związane z efektami ich działalności, a wyłącznie z wysokimi odprawami dla tych pożal się boże „menedżerów”.

Głoszona przez formację rządzącą PiS, wraz z przystawkami, koncepcja wymiany elit polega na tym, że ludzi kompetentnych, nierzadko wybitnych i niezależnych, zastępuje się swoimi ludźmi nazywanymi zwyczajowo bmw – bierni, mierni, ale wierni. I te miernoty mają być elitami? Wolne żarty – skutki takiej wymiany są coraz bardziej żałosne. Jednym z najbardziej opłakanych skutków takiej polityki kadrowej było prawie całkowite zniszczenie polskiej służby dyplomatycznej i pozbawienie Polski jakiejkolwiek polityki zagranicznej. Jak mawiają znawcy tematu, posługując się głupiutkim hasłem pisowców – „wstaliśmy z kolan”, aby natychmiast upaść na twarz.

Całość tej formuły sprawowania władzy ignoruje elementarną wiedzę doktryn zarządzania dostępną powszechnie od ponad 100 lat. Szczególnie w okresie ostatnich 50 lat wiedza z zakresu zarządzania rozwijała się tak szybko, iż stała się znaczącym czynnikiem podnoszenia efektywności przedsiębiorstw, korporacji i organizmów państwowych. Państwo rządzone przez PiS, jeśli chodzi o sprawność zarządzania, lokuje się mniej więcej jakieś 100 lat przed Niemcami Bismarckowskimi. Na marginesie wspomnę, że zajmując się doktrynami zarządzania od prawie 50 lat nie przypuszczałem, że spotkam sytuację, w której zarządzanie dostarcza organizacjom wartości ujemnej. Grzeszyłem brakiem wyobraźni – takiej „kopalni idiotów” jak niektóre kadry PiS-u nie sposób było sobie wyimaginować.

Scentralizowana i skoncentrowana w rękach jednego człowieka władza całej koalicji rządzącej posługuje się wyjątkowo ubogim instrumentarium rządzenia. Sprowadza się ono prawie wyłącznie do prymitywnie rozumianej zasady divide et impera – dziel i rządź. Polega na nieustannym wywoływaniu kolejnych konfliktów społecznych i gaszeniu ich… kolejnymi konfliktami społecznymi. Ostatni z nich naruszający 27-letni „kompromis antyaborcyjny” (w istocie niebędący żadnym kompromisem) odpalił prawdziwą „bombę atomową” protestów społecznych. Zdaje się, że skutki tego wybuchu społecznego już są bardzo poważne, a będą równie doniosłe, jak prawdziwego ładunku. Napinana i przeciągana od kilku lat struna cierpliwości społecznej wyrwała się z rąk decydentów, a jej amplituda może być dla rządzących demolująca.

Komuś brakuje elementarnej wiedzy z zarządzania konfliktami – nieustanne wywoływanie konfliktów, a następnie ciągłe ich eskalowanie, to nie żadne zarządzanie konfliktami tylko zwykłe awanturnictwo. Podobnie jak chuda krowa to wcale nie sarenka.

Odziedziczona po III RP gospodarka była na tyle rozpędzona i autonomiczna w ramach sprzyjającej koniunktury światowej, a PiS na tyle dyletancki w jej obsłudze, że do 2019 roku wykazywała nienajgorsze tempo wzrostu. Niepokojący był nieustanny od 2016 roku spadek inwestycji, chwilowo zastępowany wzmożonym popytem wewnętrznym w wyniku podaży pieniądza z programów socjalnych. Załamanie przyszło w 2020 roku.

PiS doszedł do władzy w 2015 r. na fali zmęczenia i zniechęcenia społeczeństwa do rządów PO-PSL, trafnie diagnozując błędy, zaniedbania i „wyuczoną nieudolność” tamtych rządów. Cześć wyborców zniechęconych do PO oddała głos na PiS spodziewając się, że ten naprawi błędy i usprawni państwo. Chyba nikt, poza niewielką częścią najbardziej betonowego elektoratu PiS-u, nie spodziewał się tego, co stało się po roku 2015. PiS nie zamierzał niczego naprawiać ani usprawniać. Postanowił zawłaszczyć wszystko, co się da, niszcząc po drodze dorobek kilku pokoleń polityków III RP. Startował pod kłamliwym hasłem „Polska w ruinie” a myśmy żartowali, że to obietnica wyborcza. Głupi żart okazał się ponurą rzeczywistością. Bezpieczniki oraz instytucje demokratycznego państwa prawa wymagają niemal stworzenia od nowa.

Sprzed prawie 30 lat zapamiętałem wypowiedź idola prawicy mecenasa Jana Olszewskiego, premiera RP w okresie 1991-1992. Otóż twierdził on, że dla prawicy nie ma znaczenia pytanie „jaka Polska?” a „czyja Polska?”. W domyśle Polska prawicowa. Już wówczas a jeszcze bardziej dzisiaj gołym okiem widać, że to kompletnie fałszywe pytanie. Dla Polaków młodych i starych, mądrych i głupich, dobrych i złych, prawicowych i lewicowych, najważniejszym pytaniem jest „jaka Polska?”. Odpowiedź na pytanie „czyja Polska” jest oczywista – Polska jest naszym wspólnym krajem i nikt nie ma do niej wyłącznego prawa, zwłaszcza zaś PiS, ale też nikt nie może być z niej wykluczany.

Natura i składowe kryzysu społecznego

Początki kryzysu społecznego było widać już po serii wyborów w 2019 roku. Systematyczne napuszczanie na siebie kolejnych grup społecznych, antagonizowanie Polaków, kompletne zlekceważenie masowych protestów nauczycieli, seria gorszących afer PiS, z aferą dwóch wież nazywanych przez Warszawiaków „Kwa, kwa Towers”. Stopniowe wyczerpywanie się możliwości budżetu państwa zapowiadające zmniejszenie możliwości przekupywania kolejnych grup społecznych.

Mimo wszystko w 2020 rok weszliśmy z przechwalaniem się przez pisowski rząd budżetem bez deficytu, jako zachętę do „właściwego” wyboru prezydenta. Te czcze przechwałki szybko zweryfikowało kompletne nieprzygotowanie rządu do pandemii Covid-19. Rozpoczęła się ona w Polsce w lutym, a pierwsze ofiary śmiertelne zanotowaliśmy w połowie marca. Szybka reakcja rządu i wytoczenie armat na wróbla, przy niewielkiej ilości przypadków dziennie, łącznie z absurdalnym zamykaniem parków i lasów, przyniosły dobre wyniki. Polacy zareagowali wykazując dużo samodyscypliny i karności wobec zaleceń rządu.

Po „wypłaszczeniu” pandemii pod koniec maja zdecydowano się na przeprowadzenie wyborów prezydenckich w końcu czerwca i drugiej tury w lipcu. Premier, rząd wraz z ministrem zdrowia zachęcali ludzi do udziału w elekcji prezydenckiej ogłaszając zwycięstwo nad pandemią. Zniesiono prawie wszystkie ograniczenia i Polacy masowo zagłosowali. Równie masowo ruszyli na wakacje tłocząc się na nadmorskich plażach, czy stojąc w kilkugodzinnych kolejkach na Kasprowy, Giewont czy Śnieżkę. Bez przeszkód odbywały się imprezy masowe w tym wesela na wielką skalę. Mimo ostrzeżeń wirusologów, że pandemia wróci jesienią ze zdwojoną siłą.

Premier i prezydent całą energię, siły i środki skoncentrowali na wyborach prezydenckich, aby tylko osadzić w pałacu swojego kandydata. Zapowiadali, że szczyt pandemii mamy za sobą a rząd kompletnie zlekceważył ostrzeżenia specjalistów. Pół roku od kwietnia do września 2020 roku, zostało z punktu widzenia przygotowania na jesienny szczyt pandemii zupełnie stracone. Nie przygotowano i nie wzmocniono Sanepidu mającego odgrywać rolę dyrygenta w kampanii epidemicznej, nie rozszerzono bazy laboratoryjnej do szerokiego testowania chorych, zlekceważono problem wydolności służby zdrowia, a liczba zakażonych w pandemii co tydzień praktycznie podwajała się. Prezydent, kandydujący ponownie w wyborach, oprócz haniebnego ataku na osoby LGBT, zupełnie zlekceważył pandemię, noszenie maseczek, a zwłaszcza szczepienia.

Październik kończyliśmy dziennymi liczbami zakażeń powyżej 20 tysięcy osób, a według wirusologów rzeczywista liczba zakażeń jest około 4 do 5 razy większa od oficjalnych danych. Ta nieujmowana w statystykach liczba nowych zachorowań wynika ze zbyt małej liczby osób testowanych. Na 3 listopada 2020, według oficjalnych danych, wykryto łącznie 414.484 przypadków zakażeń, z czego oficjalnie zmarły już 6102 osoby. Ponieważ aktualny współczynnik zgony/zakażenia wynosi 1,47% można ostrożnie szacować, że na Covid-19 zachorowało w Polsce do tej pory około 2 milionów osób, z czego zmarło około 30.000 naszych obywateli. Potwierdza to wzrost liczby zgonów w statystykach Urzędu Stanu Cywilnego w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Według różnych modeli matematycznych, przy tym tempie rozwoju pandemii do końca lutego 2021 roku liczba zakażeń w Polsce może wynieść do 30 milionów. To jest poziom ok. 80% populacji, przy którym szacuje się, że jako społeczeństwo mamy szansę (bez szczepionki) osiągnąć pułap „odporności stadnej”, cokolwiek to by miało oznaczać. Liczbę osób, które mogą do tej pory umrzeć można szacować na 300.000 do 450.000. Dopiero te ostanie liczby ilustrują ryzyko oraz grozę katastrofy humanitarnej, która przed nami.

Podjęte przez rząd w końcu października 2020 restrykcje i ogłoszenie całego kraju strefą czerwoną być może pozwolą nieco spłaszczyć rosnącą na razie wykładniczo liczbę nowych zakażeń, ale system opieki zdrowotnej już dzisiaj jest zupełnie niewydolny. Ludzie umierają w karetkach, w kolejkach do wymazów, w domach i nie widać szansy na zmianę tej sytuacji. Lekarze, pielęgniarki i personel pomocniczy, ratownicy medyczni są skrajnie wyczerpani i nie wiadomo jak szybko przestaną być w stanie tak dramatycznie ciężko pracować. Całe rzesze chorych starają się ratować samemu, nie informując służby zdrowia o chorobie, aby nie trafić do karetek, kolejek, szpitali, bez żadnej gwarancji pomocy.

Te proste liczby wskazują, że już dzisiaj mamy do czynienia z klęską humanitarną na niebywałą skalę, spowodowaną nie tylko epidemią, ale przede wszystkim zlekceważeniem jej dynamiki i kompletnym zmarnowaniem czasu od kwietnia do września 2020 przez rząd pisowski. Mało tego – w październiku, kiedy już było widać skutki bezczynności rządu, różni jego przedstawiciele próbowali zepchnąć odpowiedzialność za tempo rozwoju pandemii na lekarzy, wcześniej na niezdyscyplinowanych obywateli, a na końcu dyspozycyjny TK wydał orzeczenie antyaborcyjne, które miało odwrócić uwagę Polaków od klęski pandemii. To pewna charakterystyka mentalności formacji – oni są idealni, a winę ponoszą wszyscy inni oprócz rządzących. Tchórzostwo oraz brak elementarnej zdolności do przyjęcia odpowiedzialności za skutki swoich działań dyskwalifikują tych ludzi jako formację polityczną.

Orzeczenie TK wywołało masowe protesty społeczne, które pokazały, że oprócz klęski pandemii, mamy otwartą fazę konfliktu społecznego, w którym młode Polki i Polacy kwestionują władzę PiS-u z jej nieustannym zamachem na prawa obywatelskie, wolność słowa, tolerancję, otwartość, praworządność, etc., etc. Jarosław Kaczyński próbował gasić pożar pandemii benzyną i podpalił Polskę. Do protestów dołączają kolejne grupy społeczne wkurzone kompletnie niezbornymi działaniami rządu i coraz poważniejszym widmem kryzysu gospodarczego.

We wrześniu-październiku, kiedy trzeba było przygotowywać się na drugą falę pandemii koalicja rządząca walczyła między sobą o stołki, czyli „rekonstrukcję rządu”. Na tapecie były wszystkie inne rzeczy, tylko nie koronawirus. Procedowano zatem konfliktogenne koncepcje piątki dla zwierząt, czy awanturniczą ustawę o bezkarności urzędniczej, a czarę goryczy przelało fatalne orzeczenie zmajoryzowanego przez PiS Trybunału Konstytucyjnego wywracające stolik tzw. „kompromisu” aborcyjnego z 1993 roku. Fala konfliktu społecznego w postaci słusznych protestów kobiet, młodzieży i wielu środowisk społecznych i zawodowych narasta od 22 października 2020 i nie widać rozwiązania tego konfliktu.

Ostatnim, lecz bodaj najważniejszym egzystencjalnie elementem kryzysu społecznego jest widmo kryzysu gospodarczego. Władze kompletnie zawaliły przygotowanie uczniów do zdalnego nauczania. Ministerstwo edukacji jest domeną ludzi niedecyzyjnych bądź propagandzistów, a od 1 września szkoły były jednym z głównych miejsc rozprzestrzeniania się wirusa. Można domniemywać, jaki wpływ na kryzys gospodarczy mają i będą miały dziesiątki tysięcy dorosłych, których zaraziły ich dzieci. Przejście na naukę zdalną nastąpiło o ponad miesiąc za późno. Rząd niby unika całkowitego lockdownu, aby nie pogrążyć gospodarki, ale zamyka branże gdzie transmisja koronawirusa jest akurat niewielka. Mowa tu o gastronomii, biznesie fitness i branżach towarzyszących.

Działania podejmowane są chaotycznie i w sposób nieprzygotowany. Na skandal zakrawa zamknięcie cmentarzy ogłoszone po południu w piątek 30 października, co spowodowało masowe wyprawy na cmentarze tego samego dnia wieczorem. Jeszcze tydzień wcześniej minister zapewniał, że o zamykaniu cmentarzy nie ma mowy. Wystarczyło w połowie października zaproponować rozłożenie odwiedzin na cmentarzach na wszystkie weekendy listopada, dzieląc terminy wizyt w porządku alfabetycznym nazwisk. Prosty program komputerowy rozłożyłby równomiernie te liczby ludności w ciągu minuty tak, aby uniknąć spiętrzenia obecności ludzi na cmentarzach. A przecież na otwartej przestrzeni transmisja koronawirusa jest wielokrotnie mniejsza niż w pomieszczeniach zamkniętych. Czy nie wystarczyło zarządzić, aby wizyty na cmentarzu ograniczyły osoby największego ryzyka 60 plus?

To wszystko wymaga jednak kilku atrybutów, których ten rząd pisowski nie posiada i posiadał nie będzie:

  • uprawnień decyzyjnych i autonomii decyzyjnej (dzisiaj oczekiwanie na dyspozycje z Nowogrodzkiej, nazywanej przez Warszawiaków Ciemnogrodzką, to wyklucza),
  • kwalifikacji i kompetencji decydentów,
  • koncentracji na zwalczaniu pandemii, a nie na zwalczaniu własnych obywateli.

Istnieje ryzyko graniczące z pewnością, że ten rząd nie zapobiegnie kryzysowi gospodarczemu, a wręcz nieprzemyślanymi i chaotycznymi działaniami go przyspieszy i pogłębi.

Reasumując – na kryzys społeczny składają się:

  • katastrofa humanitarna spowodowana brakiem przygotowania do jesiennej fali pandemii,
  • protesty społeczne – otwarta faza konfliktu społecznego sprowokowanego wyrokiem pseudo TK, ale obejmującego całość fatalnego sposobu rządzenia PiSu,
  • widmo kryzysu gospodarczego, któremu istniejący rząd nie tylko nie będzie zdolny przeciwdziałać, ale wprost go przyspieszy i pogłębi.

Pora na plan ratunkowy dla Polski

W istniejącej sytuacji plan ratunkowy dla Polski musi obejmować kilka działań równoległych:

rozwiązanie konfliktu społecznego — negocjacje i zawarcie porozumienia z protestującymi grupami społecznymi oraz rozpoczęcie realizacji zawartego porozumienia,

zahamowanie, a następnie opanowanie pandemii,

opanowanie zapaści gospodarczej i wdrożenie działań wspierających odbudowę gospodarki,

przywrócenie działania elementarnych mechanizmów praworządności oraz demokratycznych (przestrzeganie konstytucji, odpolitycznienie prokuratury, sądownictwa, przestrzeganie praw obywatelskich i jawność życia publicznego, naprawa instytucji wyborczych – PKW i KBW),

przygotowanie Polski na przeprowadzenie w najbliższym możliwym czasie nie dłuższym niż dwa lata wyborów parlamentarnych.

Przeprowadzenie planu ratunkowego

Warunkami realizacji planu ratunkowego jest kilka kolejnych działań, na które składają się:

Przygotowanie porozumienia parlamentarnego zawierającego plan ratunkowy, czyli wymienione kierunki działań wraz z uzasadnieniem. Treść porozumienia zawierająca tych kilka ogólnych punktów jak wyżej powinna zostać opracowana i przyjęta wspólnie przez wszystkie kluby opozycyjne i podpisana przez każdego z członków porozumienia (poszczególnych posłanki i posłów, senatorki i senatorów).

Inicjatywa rozpoczęcia działań powinna należeć do głównego klubu opozycyjnego PO/KO, gdyż ze względu na liczebność jest najbardziej odpowiedzialny za działania opozycji parlamentarnej.

Treść zawartego porozumienia powinna zostać podana do wiadomości pozostałych członków parlamentu – z imiennym zaproszeniem do przystąpienia do tego porozumienia.

Krokiem równoległym do kroku nr 2 jest podanie porozumienia do wiadomości publicznej wraz z informacją o jego sygnatariuszach, oraz informacją o imiennym zaproszeniu wszystkich innych parlamentarzystów do przystąpienia do niego.

Jeżeli Porozumienie uzyska akceptację większości parlamentarnej (minimum 231 posłów i 51 senatorów) można przystąpić do kolejnego kroku.

Większość parlamentarna powołuje kandydata na premiera i powierza mu misję utworzenia rządu dla realizacji tego konkretnego planu ratunkowego.

Premier w ciągu uzgodnionego czasu musiałby przedstawić kandydatów na ministrów oraz wygłosić exposé programowe.

Po zaprzysiężeniu rządu przez prezydenta plan ratunkowy byłby realizowany.

Warunki powodzenia rządu ratunkowego

Rząd ratunkowy powinien składać się wyłącznie z ekspertów, a nie z polityków jakiegokolwiek ugrupowania parlamentarnego czy pozaparlamentarnego. Taki rząd miałby wyłącznie charakter techniczny, ratunkowy i nie zajmowałby się niczym innym niż uzgodniony zakres planu ratunkowego.

Na czele rządu powinien stanąć doświadczony menedżer, zarazem wystarczająco młody aby podołać ciężkiej pracy. Szef rządu miałby swobodę w doborze wszystkich ministrów, współpracowników oraz doradców i ekspertów. Jedynym zakresem jego działania byłby plan ratunkowy nadzorowany przez większość parlamentarną w sposób i trybie uzgodnionym z rządem. Np. premier i ministrowie mieliby obowiązek przedstawiania planów działań oraz sprawozdania z ich realizacji w odstępach kwartalnych/miesięcznych, etc.

Dlaczego do rządu ratunkowego nie powinni wchodzić politycy ?

Istotą planu ratunkowego jest wyciągnięcie Polski z kryzysu politycznego i społecznego spowodowanego nieudolnością rządu PiS w rozwiązywaniu klęski pandemii, kryzysu gospodarczego, oraz kryzysu społecznego w postaci protestów społeczeństwa, w które to kłopoty w przeważającym stopniu wpędziły nas rządy PiS i jego koalicjantów.

Rząd fachowców ma się skoncentrować wyłącznie na realizacji planu ratunkowego i być z realizacji tego planu skrupulatnie rozliczany przez porozumienie ratunkowe w parlamencie. Niedopuszczalne byłoby rozdrabnianie się rządu na rozgrywkach politycznych, które zamazywałyby działania ratunkowe.

Celem rządu jest plan ratowania, a nie budowanie popularności jakiegokolwiek ugrupowania politycznego. Podobnie odium ewentualnych porażek takiego rządu nie spadłoby na żadne ugrupowanie, ponieważ to nie politycy byliby członkami rządu.

Kilka uwag zamykających

Dlaczego napisałem ten tekst? Po pięciu latach niszczenia Polski przez błędną, żeby nie powiedzieć obłędną, politykę PiS Polska znalazła się w bardzo trudnym położeniu. Być może jeszcze nie jesteśmy „chorym człowiekiem Europy”, ale niewiele nam brakuje do destabilizacji sytuacji wewnętrznej. Istnieje pilna potrzeba podjęcia radykalnych działań ratunkowych, o charakterze merytorycznym, a nie politycznym.

Polityka w Polsce już dawno przestała realizować istotne cele społeczne, a stała się jałową eksploatacją władzy, zmierzającą do zaspakajania ambicji personalnych i partyjnych z zupełnym pominięciem obywateli, ich interesów i praw. Jeżeli tego w szybki sposób nie zmienimy to skala katastrofy humanitarnej koronawirusa, skala kryzysu gospodarczego będącego następstwem pandemii, oraz skala i gwałtowność protestów społecznych zmiotą nie tylko klasę polityczną, ale wiele instytucji publicznych z powierzchni życia.

Plan ratunkowy jest być może jedną z ostatnich szans klasy politycznej w parlamencie, aby pokazać obywatelom, że oprócz rozgrywek politycznych, są gotowi, skłonni i zdolni zrobić coś najważniejszego dla Polski, a nie tylko dbać o interes partyjny czy osobisty.

Pisaniu tego tekstu towarzyszyły wątpliwości, nie tylko moje, także moich przyjaciół. Dwie z nich są decydujące.

Czy członkowie partii opozycyjnych podejmą takie wyzwanie? Nie mam pojęcia! Niczym nie ryzykują. Jeżeli nie podejmą takiej próby, będziemy mieli potwierdzenie, że nie są zainteresowani, bo nie będą mogli tłumaczyć, że nie wiedzieli.

Z punktu widzenia partii opozycyjnych taki plan jest komfortowy, bo stawia je w pozycji aktywnej. Proponuję coś najważniejszego, a zarazem pozytywnego, konstruktywnego, mającego dużą szansę na sukces. Nawet jeśli nikt poza klubami opozycyjnymi nie przystąpi do planu i porozumienie nie zdobędzie większości parlamentarnej, to propozycja publiczna pozostanie w świadomości ludzi i w dokumentach. Odium braku reakcji spadnie na tych, co tego wyzwania ratowania Polski nie podjęli.

Czy PiS na taką bądź podobną propozycję się zgodzi? Nie wiem. Mogę odpowiedzieć trawestacją dowcipu z Wesołej Lwowskiej Fali Szczepcia i Tońcia – nie chce, niech nie je!

Wiem jedno – tylko taką, poważną propozycją można postawić wszystkich, nie tylko pisowskich parlamentarzystów przed wyborem. Albo chcesz planu ratunkowego dla Polski, albo nie jesteś nim zainteresowany? Wyboru dokonuje każdy osobiście. To prawo wyboru, którego uporczywie odmawiają kobietom.

Zobaczymy

Sławek

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com