WaszeR Londyński: Neopoganie9 min czytania

()

22.11.2020

Tytułem wprowadzenia. Niniejszy tekst jest ostatnią częścią serii dosyć luźno powiązanych ze sobą opowieści o pewnym nie z tej ziemi Ludzie, pewnej Krainie, w której on się wyjątkowo rozpanoszył, i dziejących się tam współcześnie niesamowitościach. Na łamach SO publikowane były dotąd: Dziki lud Veenatouzca, Odmieńcy, Psuje, Podżegacze.

Photo by KELLEPICS on Pixabay

To człowiek Go stworzył. Ten jeszcze prymitywny małpolud, przemykający chyłkiem niedostrzegalnymi wśród gęstwiny ścieżkami, omiatający trwożnie rozbieganymi źrenicami gadającą wielojęzyczną ścianę przyziemnych ciemności, a całą szerokością rozdętych nozdrzy wietrzący płynące zewsząd fluidy. Nauczył się instynktownie, ten pierwotny z konieczności poliglota, jedynego obowiązującego wówczas uniwersalnego alfabetu i biegle czytał wzrokiem, słuchem i węchem, zanim jeszcze wydusił z siebie pierwsze złożone dźwięki mogące być zalążkiem ludzkiej mowy. Stopniowo zaczynał też kojarzyć i analizować odbierane sygnały odnajdując różnice i podobieństwa; ignorować jedne, wyostrzać się na drugie. Zaczynał kalkulować.

Ten sam, który pierwej Go stworzył, nim, stając się doskonalszym w toku ewolucji, oswoił i udomowił z korzyścią dla siebie gromadę dzikich zwierząt. Nim zaczął wykorzystywać, a potem i konstruować proste zrazu narzędzia, radzić sobie z twardością kamienia, wytopem i obróbką metali, nim opanował uprawę roli. Jeszcze zanim wyprostował sylwetkę jako niezmiernie przydatną do ogarniania coraz bogatszej, bardziej złożonej rzeczywistości.

Ten oto nieledwie człowiek, we własnej pierwotnej jeszcze wyobraźni, wymodelował Go z lęku przed nieznanym, nierozumianym, a wszechmocnym, z irracjonalnej obawy przed wyczuwaną wokół Jego obecnością. Stworzył co prawda na swoje podobieństwo, ale też i zakamuflował pod wieloma wcieleniami przydzielając każdemu z nich właściwą fizjonomię, ściśle określone właściwości i przypisując nadprzyrodzoną moc. Stworzył Boga uniwersalnego. Niepojętego a wszechmogącego. Na którego pomoc mógł w swej naiwnej wierze liczyć, ale też bezkarnie zrzucać na jego barki winę za istnienie niedoskonałego świata.

Wszystko to, co pojawiało się później, już po okrzepnięciu homo sapiens, aż do bliższych współczesności czasów, to jedynie imaginacje metafizyczne, subiektywne interpretacje, konfabulacje mniej lub bardziej prymitywne i cyniczne oraz tworzone na potrzeby panowania nad wątłymi umysłami dogmatyczne kanony. Tworzone przez nielicznych, a przyswajane przez ogół. W dobrej wierze lub pod presją bądź też wymuszane groźbą i gwałtem. Naturalna to kontynuacja przemian od powstawania wierzeń, narodzin religii i ich rozprzestrzeniania się, aż do z biegiem czasu ich zinstytucjonalizowania. Stopniowego ewoluowania od krystalicznego mistycyzmu, poprzez idealizm, do nieskrywanego wreszcie materializmu. Pewne cechy wszakże stanowiły od zarania constans: wykazywane bodaj od czasów biblijnych bałwochwalcze oddawanie czci fetyszom, wizerunkom i posągom, stadne manifestowanie religijności oraz drapieżny prozelityzm religii, ich dążenie do zapewnienia wyłączności i przejmowania za wszelką cenę politycznych sterów. Marginalizowany Bóg powoli spychany był na obrzeża rozrastającego się koniunkturalizmu. Oto człowiek, cichy dotąd Jego kreator, zaczął upominać się w swej pysze o cząstkę boskiego nimbu i nieograniczonych możliwości.

*

Po latach względnej prosperity w Wielkim Chciejstwie Pisuarii chaos i niepewność jutra zaczęły gościć w obozie władzy Sławoraja Czykańskiego. Nawet nietykalna dotąd drużyna pretorianów poczuła wiew zagrożenia, kiedy niektórzy z jej członków doświadczyli w różnych formach poszarpywania przez zrewoltowany motłoch. Bo bunt to był tym razem nie na żarty. I – wydawało się – nie do wypalenia. Jako że i żartami nie były popełniane przez wybrańców w majestacie wypaczonego prawa oraz świetle jupiterów rozmaitego ciężaru szwindle, nieskrywane próby tuszowania tego, lojalnościowe kupczenia synekurami, tudzież różne formy szykanowania głośno się temu sprzeciwiających. Były te wykroczenia tak jawną kpiną, dolewającą oliwy do tlącego się ognia społecznego niezadowolenia, że wybuch musiał nastąpić. I nastąpił.

*

Rozsiani po całym globie Veenatouzca w zaślepieniu parli do zapewnienia sobie światowej hegemonii. Zamroczeni początkowymi spektakularnymi sukcesami w dobie powszechnej komercjalizacji i bezideowego konsumpcjonizmu, nie dopuszczali do żadnych racjonalnych analiz i korekt. Istotny był wyłącznie efekt pędzącej po zboczu lawiny zwiększającej swą masę i moc zabieraniem po drodze co popadnie. To, że za plecami nie będzie już poprzedniego harmonijnego ładu, tylko ziejąca pustką rzeczywistość i pas zniszczeń naznaczony bezmiarem wykrotów i gruzowisk, nie docierało do najtęższych okorowanych mózgów. Podobnie perspektywa skłębionego lawiniska w momencie zastopowania tego cugu. Najważniejsze było brać! Brać! Brać! Po nas choćby…

No nie, nie brano przecież pod uwagę żadnego „po nas”.

A świat różnie radził sobie z ekspansją dzikiego ludu. Gdzieś, powodowany umęczeniem społeczeństwa serwowanymi bez opamiętania nikczemnościami, cudem niemalże dokonał się według demokratycznych zasad przewrót. Gdzieś delikatnie wymieniono najbardziej skompromitowane jednostki lub doprowadzono do spektakularnej dymisji całych klanów. Gdzie indziej doszło do buntów i wyjścia na ulice zdeterminowanych tłumów, naparła na nie fala represji, polała się krew. Veenatouzca przezornie zachowywali elastyczność w działaniach przeciw lokalnym społeczeństwom, na których organizmach od lat pasożytowali dorwawszy się do władzy. Stąd też cały wachlarz reakcji – od bezwzględnego tłamszenia inności, poprzez stwarzające pozory poluzowanie smyczy, aż do propagandowego rozmywania własnych niegodziwych poczynań. Albo prawnego forsowania misternie tkanych koncepcji czy to uderzających bezpośrednio w jednostki lub całe grupy zawodowe, czy też dotyczących podziałów administracyjnych i dystrybucji środków, osłabiających nieugięte terenowe ogniska oporu. A przyświecała temu sztandarowa zasada ludu: Raz zdobytej władzy…

*

Pisuariańska lawina wyjątkowo skrupulatnie zgarniała pod swoje skrzydła wszelkie brudy i szumowiny, by plantowały grunt pod wymarzone Imperium Dobra. Nie tylko chuliganerię pospolitą i różnej maści łobuzerię polityczną – te nie były najgroźniejsze. Realnym zagrożeniem był mariaż z gangiem klerykalnym. Przyhołubienie sobie gromady religijnych pasterzy, pomimo że na partnerskich warunkach i z podziałem na strefy wpływów i zysków, i jeszcze tego, że w obydwu mafijnych rodzinach obowiązywały bliźniacze zasady wierności, omerty i vendetty, nie do końca okazało się zbieżne z oczekiwaniami. Początkowo sprzyjające taktyce jako dostarczające niebagatelnych stad urobionych praniem mózgów potulnych owieczek, z biegiem czasu stawało się coraz cięższym młyńskim kołem u szyi Wielkiego Chcięcia. Trzeba było słono płacić za niepisaną współpracę.

Ale to jeszcze nic. Trzeba było ustępować w obliczu eskalacji żądań, czego już Sun–Papa nie znosił. I tego mało! Zaczęły wypełzać na światło dzienne, skrzętnie dotąd skrywane w katakumbach oślizgłych sumień, obrazoburcze perwersje, gigantyczne malwersacje i oszustwa popełniane przez mężów oświeconych ponoć duchem świętym. Gdzie przyziemny, świątynny handel dewocjonaliami, uświęconymi pseudo relikwiami i odpustami był jedynie skromnym żerowaniem na naiwności.

Im wyżej w hierarchii, tym potężniejszego kalibru ukazywały się podłe uczynki. Dotyczące fizycznego sprawstwa, tolerowania i ukrywania przestępczych działań, bez zmrużenia oka wypierania się winy wbrew oczywistej mowie faktów. Problem moralnej odpowiedzialności, niczym fekalia, ze wstrętem omijany był szerokim łukiem. O dekalogu i innych obowiązujących religijnych dyrektywach – w tym kontekście – nikt się nawet nie zająknął.

Nie miało to dobrego odbioru wśród niezasklepionych umysłów masy społecznej, nawet tych wierze oddanych.

Oczywiście Wielki Strateg, mając głęboko w nosie opinie wolnomyślicieli i własnych nieśmiało przebąkujących zauszników, cenił korzyści wynikające z partnerstwa, ale cichaczem żywił zamiar zrezygnowania już z niego, lub w jakimś sensie ograniczenia, bowiem niepotrzebne mu były dodatkowe obciążenia i tak nieźle zafajdanego wizerunku. No bo czy mało to było nierozumianych przez pospólstwo poczynań jego doborowej ekipy, nieodpowiedzialnie rozdmuchiwanych przez dyżurnych kontestatorów jako skandaliczne afery, w której to atmosferze musiał się każdego dnia taplać?

Jakby nie wystarczyło tych wszystkich nagle eksplodujących, o coraz bardziej dramatycznym przebiegu, protestów i demonstracji. Tych tarć i niewdzięczności we własnym partyjnym łonie, czy ledwo skrywanych zakusów rosnącego w siłę politycznego bękarta, zatwardziałego mściciela Zgniewiba Robzio. Na dodatek wszystko w absurdalnych oparach niejasnej konduity zarazy. A przecież nawet nie powstał jeszcze obiecany projekt monumentu wszech czasów ku czci boga Duck To–Peesa! Sławoraj Czykański starał się oswoić z uporczywym od pewnego czasu bólem głowy, erupcji wzbierającego pieniactwa, tak nieodzownej w momentach uskrzydlenia werbalnego, nie zamierzał temperować.

Tak oto w trakcie piekielnie dobrze zapowiadającej się na starcie współpracy diabli wzięli wszystkie zakładane cele tego wielowymiarowego partnerskiego układu, prekursorskiej kompozycji Sun–Papy.

A przecież jeszcze w nieodległym czasie było tak bezpiecznie w otoczeniu oddanych akolitów. Tak twórczo, tak wspólnotowo. W rewanżu za eksponowane miejsca na państwowych trybunach ofiarowano dostojnym bigotom wszystkich partyjnych frakcji zaszczytne bliskoołtarzowe klęczniki, złotoustym mówcom udostępniono ambony. Wzajemne tokowanie nie miało granic. Jak grzyby po deszczu wyrastały szczodrze subsydiowane przez państwową kasę totemy, obeliski, święte figury osobników o niezweryfikowanej świętości, nierzadko jeszcze żyjących pyszałków. Kraj pokryły posągi złotych cielców, a wiara otrzymała oblicze licheńskiej i świebodzińskiej gigantomanii.

Zastępy zaćmionych wyznawców poczuły tchnienie ducha średniowiecznej konkwisty. Podjudzani przez oślepionych własną purpurą hierarchów, a prowadzeni przez parafialnych kanonierów w rytm redemptorystycznego tarabanu, uzbrojeni w podręczne co kto miał, a także w artefakty stylizowane na insygnia wiary, ruszyły gromady krzewicieli ramię w ramię z rozmaitej barwy zadymiarzami, strażnikami oraz wojownikami i rycerzami spod sztandarów najwyższych świętości. Ruszyły z błogosławieństwem dostojników wszelkiej maści na myślących, czujących i wierzących inaczej. Samozwańczy fanatycy, wielbiciele ewangelii według własnego przekładu, postanowili oto wyręczyć swojego Boga, który gdzieś im się zapodział w ferworze tej spontanicznej chrystianizacji.

W Wielkim Chciejstwie Pisuarii nie pojawił się żaden patriarcha w boskim niemalże gniewie roztrzaskujący kamienne tablice.

WaszeR Londyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Paweł Grabski 22.11.2020