Ożeniony ze szlachcianką (13)

27.11.2020

Inna szlachcianka, Monika Minkiewicz i jej mąż Wiktor Markowicz, sponsorzy muzeum „Polin”, są od lat naszymi przyjaciółmi. Monika jest córką aktorki Jadwigi Gosławskiej i poety — satyryka, Janusza Minkiewicza. Urodziła się w tragicznym czasie: na miesiąc przed wybuchem powstania warszawskiego. Wracając do własnych przeżyć dziecka 2 wojny światowej, sięgam do pamiętnika jej matki:

Monika urodziła się w piękny, upalny dzień, poniedziałek, 3 lipca 1944 roku, o godzinie 2:15 po południu, w lecznicy „Sano”, Lwowska 13. Maleńka ważyła 2 kilo i 700 gramów. Pod prawym okiem miała zadraśnięcie od kleszczy, które szybko się zabliźniło. Przyjechałyśmy do domu na ulicy Pierackiego 17 m 25, gdzie mieszkała ze mną moja mama. Ojciec Moniki Janusz przeprowadził się pod Otwock. Wkrótce zaczęły się alarmy i naloty sowieckie na Warszawę. Zanosiłyśmy Monikę do schronu, gdzie był koszyk, w który się ją kładło.

1 sierpnia padał deszcz. W sklepie z dziecinną konfekcją kupiłam malej 2 czepeczki i żakiecik w różową kratkę. W mieście był niepokój. Z bramy wynoszono jakieś paki dużych rozmiarów. Mówiono, że przenoszą broń i że niedługo wybuchnie powstanie.

Któregoś wieczoru siedziałam z Moniką na kanapce koło okna, gdy dziecko w poduszce drgnęło. Rozległ się ogłuszający huk, brzęk stłuczonego szkła, jakieś krzyki. Dookoła rozrywały się pociski. Wybiegłyśmy na podwórze i przez dziurę w murze przedzierałyśmy się na Smolną. Domy się paliły. Matka i ja instynktownie pochyliłyśmy się nad małą. Gruz i odłamki szkła sypały się na nasze plecy Zbiegłyśmy do schronu. Buzia dziecka, rączki, becik, wszystko zasypane było kurzem. O 7. wieczorem wywieszono białe flagi.

Rano Niemcy kazali nam wychodzić z domów. Owinęłam Monikę w chustkę. Wyszliśmy przed dom. Na Smolnej stali Niemcy z najeżonymi karabinami. Zagnali nas do Muzeum. Słońce grzało mocno. Suszyłam pieluszki, rozwieszając je na działkach przeciwlotniczych, które stały na dziedzińcu Muzeum. Po godzinie kazano matkom z niemowlakami i starcom ustawić się w szeregi i pod eskortą żołnierzy iść na Dworzec Zachodni, skąd miał nas zabrać pociąg do Pruszkowa.

Na ulicy Czerwonego Krzyża SS-mani grali w piłkę. Zezwierzęcone twarze tych zbrodniarzy napełniały nas strachem. Omijaliśmy wzrokiem ich spojrzenia, żeby nie narazić sobie na wyciągnięcie z pochodu. Nad Wisłą były działki pomidorów. Głodni rzucaliśmy się na nie. Prowadzono nas dalej wypaloną doszczętnie Tamką. W bramach, w zupełnym rozkładzie leżały trupy. W upale roje much krążyły dookoła. Niosłam Monikę, nie przewijając jej wcale, bo nie było gdzie i kiedy, dostawiałam ja tylko mocno do piersi. Ręce miałem zdrętwiałe. Było coraz upalniej. Paliło nas nieludzkie pragnienie. Weszliśmy w Wolską, gdzie nieznośny był swąd spalenizny domów i zwęglonych ciał. Na ulicy, przy małych stolikach, Kałmucy rozdawali papierosy i czarną kawę, zdejmując w zamian obrączki i zegarki.

Wepchnięto nas do kościoła, gdzie owiał nas chłód. Ludzie rzucili się do ławek. My przysiadłyśmy na gołej posadzce. Na kolanach znajomej pani przewinęłam Monikę. Z kościoła nie wolno było wychodzić, wobec tego potrzeby naturalne załatwiano przy bocznych ołtarzach. Nasza radość, że odpoczniemy, nie trwała długo. Po 20 minutach zaczęto pędzić nas dalej.

Na Dworcu Zachodnim czekały wagony. Krzyk, tłok, bałam się, że mi zagniotą dziecko. Ktoś siedzący już w wagonie zaproponował, żebym Monikę podała mu przez okno, ale byłam w strachu, że jeśli sama się nie dostanę, to co będzie z małą? Wreszcie wepchnęliśmy się wszyscy. Po półgodzinnej jeździe, o zmroku byliśmy w Pruszkowie. Wpędzono nas do olbrzymich hal elektrowni.

Leżeliśmy na podłodze. Byliśmy tak głodni i spragnieni, że o spaniu nie było mowy. Długo w nocy słychać było nawoływania: „ulica Kopernika”, „Nowy Świat”, „Tamka”, ale baraki były olbrzymie i odnaleźć się było trudno. Moje dzieciątko spało, ale tak było brudne, że wycieranie mokrą szmatką raczek i buzi nie pomagało. Czy uratujemy się i czy nas nie rozłączą, czy malutka nie rozchoruje się po drodze? Miałam niedobre przeczucie i nie pomyliłam się. Rano Monika obudziła się rozgorączkowana i trudno było jej oddychać. Moja rozpacz nie miała granic. Co zrobić, jak będzie zapalenie płuc? Zawsze wierzyłam w jakąś łączność między nami a zmarłymi, więc w chwili tej rozpaczy modliłam się do mojego ojca i do rodziców Janusza — o pomoc dla mojego dziecka.

Po południu przyszedł żołnierz i powiedział, że jedziemy transportem, który odchodzi za dwie godziny do niemieckiego Wrocławia. Byłam jak ogłuszona toporem. Z chorym dzieckiem do Niemiec? Miałem pewność, że Monika nie przetrzyma tej drogi. Ale podeszła siostra Czerwonego Krzyża i powiedziała, że moja matka i ja z niemowlęciem, powinniśmy być zwolnione z tego transportu. Żołnierz stojący przy wyjściu spojrzał na dziecko i wypuścił nas. Ledwie żywe doszłyśmy do stacji kolejki, ale nie miałyśmy pieniędzy, żeby coś kupić do jedzenia. Na szczęście ludzie na stacjach wrzucali nam do wagonów chleb i pomidory.

Zaczęła się nasza gehenna mieszkaniowa. Ludzie gnieździli się dziesiątkami w maleńkich pokoikach, o wynajęciu rodzinie z niemowlęciem nie było mowy. Wreszcie udało nam się dostać klitkę, do której wchodziło się przez kuchnię gospodarzy, miłych, ale brudnych i zawszonych. Szyba w pokoju była wybita. Na łóżku trochę słomy bez siennika. Zimno straszliwe. Przestałyśmy kąpać Monikę, żeby się nie przeziębiła. Codziennie znajdowaliśmy wszy na sobie. Monika otulona kocem spala smacznie, a ja leżąc w ciemności, płakałam.

Gospodyni wpadła do kuchni z okrzykiem: „Bolszewicy!” Ubrałam małą i wyszliśmy na podwórze. Na koniach siedziało dwóch żołnierzy z czerwonym gwiazdami na czapach. Ogarnęła mnie szalona radość.

3 lutego 1945: spotkanie z Januszem w Łodzi. 14 lutego 1945: pierwszy ząbek. 15 kwietnia 1945: Monika siada o własnych silach. 14 maja 1945: stanęła po raz pierwszy trzymając się poręczy łóżeczka. 16 sierpnia 1945 : pierwszy kleik z ryżu. 20 sierpnia 1945: dostała pierwsze buciki (kremowo- niebieskie), o własnych siłach przeszła kilka kroków. 19 września 1945: pierwszy soczek z marchewki. 25 września 1945: 4 kilo, 930 gramów. 2 stycznia 1946: 6 kilo,, 200 gramów, 66 centymetrów. 9 sierpnia 1946: 8 kilo, 30 gramów. 3 kwietnia 1946: 10 kilo.

Janusz Minkiewicz z córką Moniką. Zakopane 1947.

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Więcej w Wikipedii

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Ożeniony ze szlachcianką (27)

22.02.2021 Car Rosji przedstawiał się jako Najjaśniejszy, Wszechmogący, Umiłowany, Wielkorządca Absolutny Całej Rosji. Na jego rozkaz zesłano na Syberię pradziadków Grażyny po Powstaniu Styczniowym 1863-1864.…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (26)

17.02.2021 Opuszczając Stołpce, miasto rodzinne Kusznerów, rodziny mojego ojca, oglądamy z Rywką przywiezione przez nią z Izraela zdjęcia jej matki, sióstr i kuzynek – nad Niemnem. Rywka, najmłodsza,…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (25)

13.02.2021 Mieczysław Starkiewicz był bratem ciotecznym Zofii Jankowskiej, matki Grażyny. Oboje urodzeni na zesłaniu w Czelabińsku, wrócili do Wilna w roku 1921. Mieczysław miał siostrę Jadwigę…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (24)

08.02.2021 Nechama Kuszner i jej mąż Abram Kantorowicz, rodzice Rywki, siostrzenicy mojego ojca Bolka, mieli w Stołpcach, miasteczku na przedwojennej granicy polsko-rosyjskiej, duży dom –…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (23)

05.02.2021 Na zdjęciu poniżej babcia Grażyny, szlachcianka Aniela Karpowiczówna, która po Powstaniu Styczniowym, w roku 1865 zesłana była z rodzicami do Czelabińska, gdzie wyszła za mąż za szlachcica z Litwy, Klemensa…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (22)

Tak wyglądało w latach dwudziestych polsko – żydowskie miasteczko Stołpce, położone na przedwojennej wschodniej granicy. Stąd pochodzili Kusznerowie, rodzina mojego ojca. Ze Stołpców przeniósł się do Łęczycy jego…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (21)

22.01.2021 Droga Grażyno, na mojej ścianie wisi portret Konstantego Jankowskiego, brata naszych pradziadów Bartłomieja i Napoleona. Nie dawało mi spokoju, że poza tym, że jego żona nazywała się…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (20)

16.01.2021 Stołpce nad Niemnem, miasto w dawniej guberni mińskiej, po pierwszej wojnie światowej włączone do Polski, dziś Białoruś, jest w naszej rodzinnej legendzie. Było to miasto, z którego pochodziła rodzina…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (19)

06.01.2021 Pradziadek Grażyny, Bartłomiej Jankowski, szlachcic herbu „Ogończyk”, urodzony w roku 1814 w powiecie bobrujskim, guberni mińskiej, pułkownik armii carskiej, pozbawiony majątku i zesłany po Powstaniu…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (18)

31.12.2020 Jednoroczna Grazyna, szlachcianka herbu „Ogończyk”, na zdjęciu ze swoim ojcem Alfredem, synem carskiego leśnika Witalisa, wnukiem carskiego pułkownika Bartłomieja. Alfred ożenił się w roku…
Czytaj dalej
Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com