Marek Jastrząb: Z pamiętnika sklerotyka24 min czytania

()

23.12.2020

Wstęp

„Było to tak dawno temu, że w listopadzie był Listopad, a Dzień Próżniaka obchodziło się codziennie”, mówiłem, gdy pytano mnie, od kiedy go znam.

Lecz gdy indagowano mnie, dlaczego akurat z nim zadaję się najdłużej, do głowy przychodził mi dżem; nie jakieś pożywne i tłuste wióry z supermarketu, ale zwykłe, truskawkowe smarowidło dopasowane do zwyczajnego chleba, dżem stojący nieustannie w tym samym miejscu, na regale, między Encyklopedią Guseł a Podręczną Historią Krętactwa, słoik z truskawkową pulpą czekający na nasz trywialny głód.

*

W tych latach nic nie było, jak trzeba; nie pasjonowały nas doroślackie bzdety, te egzystencjalne kociokwiki do poruszania w oziębły czas nudów na pudy, nie fascynował nas potargany świat odwiecznych pomyłek i tradycyjnych napraw, cyklicznych, napadowych powrotów do nagle przypomnianych sobie korzeni, ruchomych faktów, pojęć prostych i oczywistych zarazem.

Nasz świat był przewidywalny i niezmienny, ograniczony przestrzenią pokoju, w którym byliśmy tylko przed sobą, sam na sam ze swoimi problemami. Poprzedni był za to miejscem, w którym robiliśmy to, na co mieliśmy ochotę, a nie to, czego się po nas spodziewano.

*

Przychodził do mnie co środę, bo wtedy moi staruszkowie bawili u jego. Nasi protoplaści pracowali w tym samym urzędowisku, poruszali się więc w obrębie podobnych zmartwień i ubolewań okraszonych kostką lodu z kropelką czegoś mocniejszego.

A kochane mamy, przy ludziach zwiewne i rozmarzone uosobienia finezji, przyjaciółki na bij zabij, w domu zaś — cukierkowate zrzędy, Erynie przeganiające nas ścierą, skrupulatne i pamiętliwe, siedząc biodro w biodro obok swoich anemicznych gladiatorów, słuchały ich zakrapianych oracji z wytężonym namaszczeniem.

Ale że słuchały bez możliwości wejścia im w słowo, wepchnięcia się z pociechą w ich rozmamłane biadolenie, że konwersacja naszych ojców z każdym no to chlup w ten głupi dziób, przestawała być merytorycznym dialogiem, a przekształcała się w nieskoordynowany klekot, gdy tylko nadarzał się pretekst do zostawienia ich, wybywały do kuchni, przenosiły się w inne rejony, by tam, w swojskim otoczeniu lodówki, wymieniać się najnowszymi przepisami na duszoną małpę w sosie koperkowym.

*

I podczas gdy nasi ojcowie zajęci byli kolejną zabudową świata krążącego między kazaniem o sprawiedliwości a potrawką z niedojrzałej papugi, my, wolni od ich trosk, słuchaliśmy płyt i patrzyliśmy na znikający dżem, wiedząc, że kiedy starzy wrócą do wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, zastaną przesłodko śpiące na wznak, dwie rozkoszne dzieciny padłe na tapczan, jak zbolałe sznyty.

Rondo

Żeby tam się dostać, należało przerobić strażników, upilnować taką porę, gdy zajęci byli jedzeniem. W tym celu czekałem przy bramie prowadzącej do wąskiego korytarzyka, gdzie znajdowało się wejście. Że takie wejście istotnie było, wiedziałem z częstych rozmów, a ponieważ megafony akurat ogłosiły niedzielę i w związku z tym nie miałem żadnych zajęć, postanowiłem zwiedzić podziemia.

Po przechytrzeniu opiekunów znalazłem się w tunelu łączącym dwa zupełnie różne miejsca. Jedno należało do znanych, z którym zdążyłem się już oswoić, drugie było legendarne, rządzone prawami, o jakich nie miałem pojęcia.

Co mnie natychmiast zbiło z tropu, to panujące tu, przenikliwe zimno. Choć po przejściu kilku metrów zauważyłem, że tu i tam biegnący ludzie są ubrani w zimowe palta, podczas gdy na górze co chwila ogłaszano środek lata, upał, suszę bodaj, to w podziemiach nikt nie przejmował się pogodą pochodzącą z góry.

Pomyślałem, że widocznie działa tu klimatyzacja. Lecz kiedy przebyłem następnych kilkaset metrów stwierdziłem, że korytarz, w miarę oddalania się od włazu, napełnia się wprost niemożliwym do zaakceptowania zaduchem, który przenikał z zewnątrz naprędce mijanych sal.

W salach tych zauważyłem sporą liczbę ludzi a ich twarze wyrażały zniecierpliwienie, irytację, żadna jednak nie była zadowolona. Położone naprzeciwko siebie, wypuszczały z bebechów zepsute powietrze oraz ludzi, którzy, początkowo półprzytomni z powodu gwałtownej zmiany klimatu, bezradnie obijali się o ściany korytarza, po to tylko, by później, uspokojeni, wrócić do równowagi; po to tylko, by już po chwili normalnie i bez cienia wątpliwości biec w obranym kierunku.

Potrącali mnie. Z daleka już i mało wyraźnie przepraszali nie przerywając pędu. Chociaż spleśniałe powietrze z sal dawało mi się we znaki, to przecież musiałem przyznać, że w niezupełnie jasny sposób znikało nie wiadomo gdzie: wessane i oczyszczone przez zimny powiew przeciągu — rozpływało się w ciemności.

*

Po wielu kilometrach, kiedy przekonałem się, że korytarz ma kształt wielkiego koła i nie kończy się tam, dokąd zmierzają ludzie, wyrosła przede mną wnęka. Z pewnym zainteresowaniem przeczytałem słowa umieszczone na transparencie: serdecznie zapraszamy.

Wnęka, odgałęzienie celu mojej wycieczki, zaczynała kolejny, tym razem ciekawy i obiecujący etap zwiedzania. Lecz z różnych powodów, ilekroć chciałem wejść w nią głębiej, na drodze natykałem się na szklaną ścianę. Czasem jedynie, skoro wytrwale biłem o nią głową, udawało mi się zobaczyć, siedzącego na zydlu mężczyznę.

*

Zamknąłem oczy. Czułem jednostajny, monotonny puls. Próbowałem wyobrazić sobie, że umieram, lecz nie mogłem. Pomyślałem, że, jak zwykle, jestem do niczego. Zakląłem. Za żadną cenę nie chciałem być do niczego i wrzasnąłem o tym w ciemność, lecz od niewidocznej przeszkody przybiegł zaledwie pogłos.

Wtedy, zobaczyłem śliskie ściany uciekające pionowo w górę i nagle zrozumiałem, że jestem w miejscu, skąd się nie wraca.

*

Po dalszej wędrówce, kiedy już byłem zmęczony i nie odczuwałem zimna, opadła mnie bezładna gromada tubylców. Krzyczeli jeden przez drugiego, a twarze mieli ziemiste. Nie było w tym nic dziwnego; choć przebywali tu bez dostępu słońca, sprawiali wrażenie pogodnych i rozluźnionych, jak gdyby chaotyczna gonitwa po korytarzu wzbudzała w nich chęć do życia.

Z początku nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego i co mówią, lecz gdy wsłuchałem się w ich rytm, gdym złowił skomplikowaną melodię ich zdań, zacząłem przypisywać znaczenie całym partiom, już teraz bez kłopotów pojmowanych monologów.

Bo właściwie to, co słyszałem, było jednym wielkim monologiem; choć pozornie bezładny, przydługi i mętny, choć tworzący przejmujący skowyt wspólny dla wszystkich katowanych, oglądany osobno, układał się w jasny, szatańsko poprawny obraz: każde słowo miało właściwą intonację, mieniło się, migotało, aż do jądra swojego znaczenia; otaczające krzyki wydawały się nieskończenie piękną skargą, pieśnią, pieśnią wzniosłą od nieznanego okrucieństwa. Łączyły się klimatem, którego nie rozumiałem ani w ząb. Lecz za którym płakałem jak bóbr.

Motyw

Gdy się zwiedza, zawsze coś tam w pamięci zostaje. Jest się wtedy uduchowionym zastanawiaczem, konkwistadorem wrażeń, mędrcem płodzącym osobiste refleksje, no i nie bez znaczenia jest fakt, że, jak się powraca z terenów tropikalnych lub wystawowych, można być szpanerem z paluchem dziobiącym we wspomnieniowy slajd, można, od niechcenia, napomykać, tu byłem, to widziałem na własne oczy i nikt mi nie powie, że piramidy są w Szwecji.

Siła przyzwyczajenia

Kiedy mam się dosyć, mam dosyć siebie takiego, jakim widzą mnie ludzie, którym wydaję się godny litości, a nie takiego, jakim jestem w środku. Gdy zakładam swoją obronną twarz, oddycham z ulgą, że zostawiając ją na nocnym stoliku, rankiem odnajduję w niej te same wady, czy te same zalety, że noc nie pozbawiła jej ulizanego uśmiechu i nadal dysponuję dobrodusznym grymasem naiwnego bęcwała.

Magma

Patrząc w lazurowe oczęta znajomych, dochodzę do wniosku, że nie warto być oczytanym chomikiem. Im się mniej dokładnie o czymś tam wie, tym łatwiej żyć po ludzku, tym łatwiej wykrzesać z siebie właściwą wrażliwość.

Nadmiar, przesyt, zagęszczenie faktów, czy to nie za wiele przymiotników określających tkwiącą we mnie magmę?

Przeczucie

Nie jestem wstrzemięźliwy w doborze ugłaskanych słów. Nie przestrzegam świętej zasady, że lepiej dwa razy pomilczeć, aniżeli raz wyskoczyć z kapci. Dosadne nazywanie rzeczy po imieniu przychodzi mi z trudem. Lecz, że jest to dla mnie trud nieuleczalny, z różnych względów cały ten rwetes wydaje mi się wyolbrzymiony.

Jest to moja podróż do kresu, do tam, gdzie buszuje absurd, a człowiekowi będzie dozwolone prowadzić ludzkie życie. Lecz na razie nie ma rady; jest jak jest i nic mi nie pomoże: ani mój bunt, ani moja rezygnacja.

Konfuzja

Tanecznym krokiem dziarskiego safanduły wkraczam w zawiesistą atmosferę knajpy. Jednakże uprzednio zrozumiałe tęsknoty, nikotynowy klimat dyskusji o czymkolwiek, te przyścipne nastroje ze wspomnień, ulatują ze mnie wprost w sielankową dal, zlatują na przygnębiony pysk, bo oto, zamiast już od progu znaleźć się w nienawistnej mordowni, odnajduję się w otoczeniach z innego pejzażu, w atmosferze z innych krain.

Podsumowanie

Dzień był w zasadzie niecodzienny. Już od świtu wziąłem się za zmagania z bilansem życia. Jednak w okolicach śniadania przeszła mi chętka na dogłębną ekspiację. Co z tego, że robię te rozrachunki, że wchodzą mi one w krew, że nawykam do swojej porcji pokuty, że nie mogę bez nich zasnąć, a z nimi tym bardziej, więc, jak zwykle, nie wiem, gdzie lekko pobłądziłem, a gdzie na dobre zaniedbałem się w konkluzjach!

Żywot człowieka kokosowego

Ostatnio, gdy nikt z ubocznych nie włazi do mnie, by mi ze złością oznajmić, że nie ma mi nic do powiedzenia, gdy mogę bez przeszkód pogrążyć się we wzdychaniu, z nachalną żarłocznością wygłodzonego clocharda, przypichcam sobie rzetelne papu z cebulką. Otwieram wieko skrzyni, w której, oprócz cymesowych pamiątek przewiązanych wzruszeniami, gnieżdżą się bilety tramwajowe świadczące o tym, że dawniej bywałem człowiekiem ze wszech miar zamożnym.

Podróże kształcą

Ciekaw świata, żądny przygód, zbudowałem dalekomorski jacht, który, razem ze mną, zawijał do wszystkich portów Ziemi. Po latach już jako okrzepły wilk morski, powróciłem do rodzinnej przystani, a gdy wysiadłem na znajomy pomost, ze wzruszenia przestałem uważać pod nogi, przewróciłem się, wpadłem do wody i utonąłem, jak jaki lądowy szczur.

Opinia

Myślenie indywidualnymi kategoriami nie licuje z obecną powagą jednostki. Liczy się myśl zbiorowa. Dawniej, gdy pleniła się pojedyncza, każdy mógł, bez uciążliwych konsultacji, mieć rację. Teraz poglądy mają szansę powstawać szybciej, a często z wyprzedzeniem realiów. Rzecz jasna, możemy obserwować nieuchronną wpadkę i bywa, że jakiemuś wesołkowi, wypsnie się trefna idea, lecz, mój ty Panie, tego rodzaju przypadki są marginalne i od razu tępione!

Zaczarowana drynda dzisiaj

Karetka pogotowia, jak nakazuje obyczaj, zaprzężona w cztery rącze cuganty, miała, oprócz kogutka, przynitowane bezpośrednio do pleców woźnicy na koźle, dwa firmowe znaki dwóch kompatybilnych firm.

Pierwszy to zakład pogrzebowy i wówczas jeździła stępa, świadcząc karawanowe zlecenia z wyszynkiem.

Drugi to Hurtownia Sakramentów Małżeńskich. Wtedy przychodził serwisowy łazęga i montował turbinę z przyświstami.

W zależności od ładunku woźnica zmieniał wyraz twarzy.

Jeżeli zaś chodzi o pasażerów, to miało się pewność, że powiewa im cała ta komedia: gdyby było na odwrót, też by było spoko.

Odsapka Don Kichota

Otwierasz radio lub telewizor i zaczyna się twój zgryz pod tytułem „masz babo placek”. Słuchasz zwyczajowych porcji przerażeń, trefnych michałków, lukrowanych nieszczęść i sprawozdań, które tratują twój mózg. Masz w oczach strach, a twoje usta same składają się do przekleństw. Lecz, spoczywając w zasięgu laczków, w stylu niewyszukanym i mało pontyfikalnym, wydziwiasz na emitowany temat, wrzeszczysz w niewinny ekran „a nie mówiłem?”

Mówiłeś i powiesz jeszcze nieraz, dobry człowieku, stara fujaro, wiotki brutalu z kożuchem w butonierce. Jeszcze nieraz powiesz, z taktownym westchnieniem ulgi, że na szczęście to już nie twój cyrk, nie o tobie pieśń, a ty, to nie ty.

Jego portret

Zaraz, jak się wejdzie do pływalni z obrazami, widzi się twarz mężczyzny okutanego w nicość. Ma na sobie wymalowany uśmiech człowieka, który postanowił obwieścić światu, że jest wesoły do suchej nitki. Ale że uśmiech streszcza jego niezborny stan ducha, że nawet migdałki, realistycznie odpicowane za pomocą snajperskiego pędzla, nie ratują sprawy, na pierwszym planie widać bezwzględne zero pointy, wizji, anegdoty.

Śladowo i na dużych przypuszczeniach można tylko snuć domysły, że obraz przystaje do zamiaru twórcy. Lecz zamiar jest czy też nie ma go ani na lekarstwo, mężczyzna z portretu, robi złą minę do dobrej gry.

Aktor przed premierą

Jest nieruchomy. Oczy wypalone, tępo świdrują przestrzeń. Mają wyraz bezwyrazowy. Czyta lub sprawia wrażenie, jakby na chwilę oderwał wzrok od książki. Książka jest nieporęczna i spoczywa na czymś w rodzaju sztalug.

Za oknem świeci słońce, w kącie stoi łóżko nakrapiane purpurą, fotel emanuje żółcieniami, lecz dominującym kolorem jest bezwzględne panowanie szarości, która wyodrębnia głębię dywanu i małego biurka.

Obraz jest olejny, lecz facet siedzi obojętny na technikę jego wykonania. Ma wąskie usta zatrzaśnięte do pierwszego dzwonka, rozgadane po trzecim. Skupione, wysokie, przeorane frasunkami czoło. Ręce żylaste, mistrzowsko pociągnięte bezbarwnym lakierem.

Nad głową wisi mu brzytwa. Nie spada, lecz jest coraz mniej malachitowa, a coraz mocniej hebanowa, jak filmy Bergmana.

Eremita

W epoce, gdy ludzie byli szczęśliwi bez sondaży, za siedmioma górami, ośmioma morzami oraz jednym pobojowiskiem, wśród nieprzebytej kniei, z daleka od mieszkalnych sadyb, znajdowało się terrarium dla niezguł, a w jego mrocznym mroku żył był sobie pewien pustelnik.

Pustelnik, jak głoszą wołowe przekazy, jest to szaraczek parający się samotnością, osobnik widywany z nieczęsta, lichy w sobie i nieludzko płochliwy.

Był to osobnik urody powściągliwej; dziarski flegmatyk raczej niż choleryczna pierdoła. Na jego rozlewnym obliczu malował się wszechwiedzący uśmiech człowieka, któremu zwisa i powiewa, co kto o nim pomyśli.

*

Ostatnimi czasy czuł się paskudnie, jak obrabowany, zdradzony, istny muł i nieokrzesaniec, którego teleportowano z buszu prosto na światła rozpędzonej ulicy. Stał na niej sam, głupi i opuszczony, zagubiony pośród mętliku skrzyżowań, zaułków i wieżowców gwarnej metropolii, ogłuszony klaksonami, z włócznią w pozłotku, w plugawej sukni, z walkmanem na Irokezie.

Osobiście nie znosił mieć się z pyszna, robić za wała na lipnej gwarancji, być branym za światowca z kurnej chaty: zżerała go zazdrość.

Miał dosyć upokorzeń. Nie żywił ochoty na odstawianie muskularnego chojraka, bo wiedział, że jest słabeuszem i nie wzdychał do tupania, wrzeszczenia, pouczania, jak się powinien miewać.

W sejmie, gdzie był otoczony markotną troskliwością, gdzie stale wybaczano mu nieznośne nastroje, gdzie do woli i do przesady posługiwał się taranem swojej nienawiści i lubił podglądać, jak skręca sąsiadów z opozycji, jak międlą w sobie obsceniczne wyrazy na jego temat, stwierdził naraz, że stracił wszelkie specjalne prawa i nikt mu nie schodzi z drogi, a przeciwnie, popychają go na niewinną szafę, trącają łokciem i dają sójkę w bok, że gdy idzie, nikt mu nie ustępuje, a ludzkie pogłowie pryska na boki, zaczyna przestawiać go po kątach i ośmiela się drwić z niego prosto w nos, ośmiela się komentować, wykpiwać i podważać każdy jego krok i każde posunięcie.

Z niego, co było niesłychane, nie do zaakceptowania!

Naraz wzięła go chętka, by zaordynować sobie stateczny tryb życia. Jak postanowił, tak zrobił i na świecie uczyniło się luźniej.

*

Odkąd porzucił, a właściwie został porzucony przez politykę, zamknął się w sobie, odkleił od przeżywania podrabianych problemów i począł prowadzić życie wymuskane ciszą: prawie subtelne i niemal kontemplacyjne.

Wtedy to odkrył, że ma w sobie tajną smykałkę do wrażliwości, po cichu zaczął więc odżywiać się dobrym słowem, gdyż przepadał być szlachetnym i uczynnym do znudzenia.

Przestał bywać na widoku i zerwał z nieprzystojnym wizerunkiem przysłowiowej mendy. Zrejterował z hucznego istnienia; zaszył się na bezludziu i od tej pory było o nim tycio.

Ze strzępów plotek słyszało się tylko, że był nazywany władcą państwa absolutnego, ponieważ zajmował się substancjami lotnymi, figielkowatymi i znerwicowanymi o nazwie absolut. Lecz była to prawda pro forma i jak cię mogę, bo dla beki: w istocie władał mocarstwem o gabarytach niewysłanego znaczka pocztowego.

Panował nad filigranowym imperium podziurawionym kostropatymi pejzażami, a giermków sprawujących pieczę nad jego rozległościami przydzielono mu trzech.

Jeden był — z braku laku — medykiem ubiegającym się o doktorat, drugi w momentach wolnych od stróżowania nosił berło, a trzeci udawał Kasztankę z wąsami.

Czwarta władza

W nie tak odległych czasach czerwonej zarazy przestrzegano żelaznej zasady, że prezenterem TV czy dziennikarzem byle gazetki nie mógł zostać intelektualny burak wyposażony w niekompetencję. Teraz prześladuje nas klęska urodzaju „fachowców” od wszelkich dziedzin. Nastąpiło swoiste rozwolnienie kryteriów i profesjonalistą jest nie ten, co ma pojęcie o zawodzie, lecz ten, co wyżej skacze w rankingach oglądalności. Tak więc lektor może nie mieć dykcji, kaleczyć polszczyznę, gadać językowo niepoprawnie, a żurnalista nie musi znać elementarza.

Niziołek

Ojciec Mizgoła, zasłużony pogiętek z rodu szlacheckiego, miał na stanie syna. Pierworodny, z racji pokaźnego wzrostu nazwany Niziołkem, cieszył się jego wszechstronnymi względami: Mizgoła chodził mu pod szkołę dla odwrotnych prymusów, a w niedzielę pozwalał spać do pierwszej w nocy.

Aż pewnej dżdżystej i niesfornej zimy, poczuł wielką niemrawość w przerdzewiałych gnatach i za kudły chycił go mus; foremne przeczucie, że zbliża mu się wielka pora zabrać za zdychanie, syna więc do drwalni zawołał i w te słowa rzecze:

– „Moje ty cacuszko niedocacane, trzeba ci wiedzieć, że jestem wiekowy i długo nie pobawię na tym łez padole, jednakowoż, zanim trafi mnie szlag, chciałbym ujrzeć wnuka.

Wychowałem cię na dobre pacholę, nigdy mnie nie zawiodłeś, więc jako Tata też powinieneś ujść w tłoku. Idź za głosem serca i nie waż mi się na oczy pokazywać bez ukochanej, a ja postaram się dodychać do twojego powrotu, gdy zaś wrócisz w pół żywy z mitręgi, w nagrodę dostaniesz po matusi elektryczną gitarę, po mnie zaś — żyźniejszą połowę spłachetka”.

Syn podjął ojca pod skrzeczące kolanko i gdy się miało ku stęchłemu dniowi, wziął nogi za pas, suchy prowiant, worek na oblubienicę i wypętał się z domu podśpiewując duchem.

Szedł, szedł i szedł, i przystawał coraz częściej, bo był okrutnie utrudzon i zmordowan wielce, a im dłużej nikogo nie widział, tym bardziej chciało mu się czegoś gorącego, i taka ci nim targała tęsknica, tak mu się ckniło do domu i porządnego żarcia, że nie dostrzegł, jak zrobiło się ciemno, straszno i pohukująco.

Jak okiem rzucić, skroś wichury i fujawicy, nic nie szalało. Pokładł się tedy pod dębem i zaczęło mu się zbierać na żal. Lecz zanim zdążył rozżalić się na dobre, zmorzył go sen.

Spał, spał i spał, a nad rankiem z rowu wstał i było mu jak ręką odjął: w przeczystym powietrzu ni jednej maszkary, słonko przygrzewa po Bożemu, a las szumi po ludzku, więc zaczął trusiać pychotne jedzonko, co to Matuś w ojcowym pindelku dali mu z płaczem na kaprawą drogę.

Czegóż tam nie znalazł: salcesony śwarne i pachnące majdanem, ser dziureczny, odstały i mocno spleśniały, chlebuś z omastami (na domowej skwarce), a do picia — jogurt.

Gdy się pożywił, na świat popatrzył najedzonym okiem i zaraz jął się rozglądać za nieźle młodym pudłem.

Ale gościńcem nic nie kroczyło, nie pełzało i nie kryło się za chaszczami.

Lecz co to, ach co to, czyżby, ach czyżby dziewczyna? Z radości przymknął jedwabiste oczęta i nagle zobaczył, że między tym, co widzi, a tym, czego nie dostrzega, skrada się wielgachny potwór: traktem międliło się coś rozlazłego, a jak wyszło zza krzaków, okazało się nieurodziwą staruszką.

Baba zapiszczała w te słowa:

– „O mój złoty chłopcze, uratuj mnie biedną i nieszczęsną. Czarownik niecnota w złą złośnicę mnie zaklął i szpetnym wierszem przynudzać każe! Ratuj mnie, a chyżo, a ja ci się jakoś wywdzięczę do smaku”.

Po słowach tych zrobiło się Niziołkowi niesporo i zbędnie, bo gdy starucha nie chce być staruchą, mówi do rymu, lecz nie do ładu i składu, sprawa jest nie bardzo. Pomyślał wiec naprędce:

– „Czemu nie mam ratować, jak nie mam nic do roboty i czy to ja wypadłem komu spod ogona? Są gorsi, co ratują i jakoś im się wiedzie. Wiedźma nie wygląda na autentyk, licho wie, tak sobie kwęka, czy prawdą leci, ale słyszałem od tatuliny, że jak się pocałuje ropuchę w największą gulajkę, to ona w rumianą laskę się zmienia, tak też z tej mańki staruchę zażyję, a jak jak wrócę do dom, będę sobie grał na gitarze, oj dana”.

– I pocałował babę.

Zamęt się uczynił i cała dróżka, wirując i unosząc się to do góry, to opadając niżej, niż było jej pisane, pokryła się pyłem, a przed nim stał kawaler jak malowanie, lecz już nie płakał w żadnym rozsądnym kierunku, tylko śmiechem się zaniósł i powiedział tak:

– „Witaj moje ty niedocacane cacanie, to ja, twój ociec, Mizgoła. W twoim oku widzę zdziwienie. Powiem ci, jak doszło do zamiany wiedźmy na mnie.

Czując się płocho, zawarłem szkaradny pakt z Kusym. On mi wróci młode lata, jeżeli ty, bez podpowiadania, z własnej woli pocałujesz najgorszą paskudę, jaką przed tobą postawi. Jeżeli byś tego nie uczynił, byłoby ze mną krucho i wkrótce bym sczezł.

Szukanie żony, to pretekst. Nie martw się tym. We wsi, za lasem, jest mój stary kumpel i on ma córkę, która by mi się nadała na twoją. Obrotna, gospodarna i do amorów gotowa. Dzisiaj nie, ale jutro pójdziemy. A pole dostaniesz”.

Królewicz i bubel

Na łowieckich bezdrożach królewicza Zagryzka, roku przestępnego, a zagadkowego, rozegrały się wydarzenia dziwne i niepojęte. A dokolusia kwitły przezacne uroki, bujne rozmaryny, ptaki bezwstydnie rozśpiewane w locie, łąki spowite nieludzkim brzęczeniem i kwiaty i pszczoły wielkie jak on mikry.

Ludzki rozum nie ogarnie, zwykłe ucho nie pochwyci tego, co przytrafiło się, gdy pojął, że jest sam na sam z głęboką fosą i nie ma dokąd pryskać; zamek warowny, krucjatowy i rycerstwa pełen, drużyna wiernych obwiesiów, wszelkie marne dobro, podreptało w niebyt.

Oto nikt nie spieszył mu w sukurs, więc ujrzał się w nieszczerym polu, w dziadowskim barachle, bez rączej chabety, waciaków karbowanych złotem rozmaitem, dowodu na istnienie i wąsów na medal.

Trudno uchacha – rzekł stężałym głosem (a głos w gardzieli miał tęgo schrypiały, serdecznie ściśnięty i z żalu roztropny) – mogłem być królewiczem, to i za łajzę wydolę.

Wtem z przeciwnej strony usłyszał tętenty, bułane rumory, a na chyżym rumaku, w bereciku z piórkiem, rozpędzony wiatrem gnał Zagryzek nowy: – wypisz wymaluj – morduchna zawzięta, istny falsyfikat golony w kółeczko, a za nim i przy nim podobnie wierna zgraja wiedźminów!

Zagryzek początkowy jął w te pędy błagać falsyfikat o wybaczenie, że w porę nie rozpoznał siebie sprzed cwanej podróby, podczas gdy wiadomo (wszem – wobec i każdemu z oddzielna), że jak świat światem, a dziad dziadem, żaden, choćby był z grzecznego kruszcu, nie będzie nigdy za długo paniskiem, co wykrztusiwszy szastnął nóżką i poszedł na swój kraniec świata.

Opowiadanie pyszałka

Wyobrażam sobie, że napisałem opowiadanie i choć można się z tego uśmiać, zostało wydrukowane. Zakładam, iż ktoś je przeczyta. Zachęcony, biorę się za kolejne, tym razem świadomie, wierząc w potrzebę jego napisania. Lecz kolejne też jest do chrzanu. Zacząłem więc pisać trzecie. Też o niczym, ale z mile widzianą pointą. Pointa, razem z opowiadaniem, znalazła się w druku i otrzymałem, na początek, wiązankę słów panierowanych otuchami.

Wyobrażam sobie, że nabrałem ochoty do istnienia w modnym kolorze pop, a profesja wziętego nudziarza zaczęła mi pasować. Przejęty sodową rolą, wziąłem się do tworzenia kobyły. Ale powieść w wydaniu efekciarza ma swoje za uszami: atrakcyjny wątek, miłosną i koniecznie trzymającą za grdykę akcję, obleśną i dziarską, dużo wyczynowego seksu, nieco egzystencjalnych muld, pomarańczowych zachodów słońca na tle westchnień i niedostępnych gór, pogwarki z najstarszymi góralami, bosymi filozofami zmierzającymi do życiowej prawdy po szkle, kontenery frazesów i żwawych przyśpiewek, rozterkowy zawrót głowy, sława, chwilowo modne znajomości, grube i romantyczne listy ze stekiem anemicznych gratulacji, telefaksy od rozdzierających szaty nad nie swoimi upadkami, jakieś monstrualnie skąpe honoraria, a wszystko nafaszerowane troską o człowieka, spreparowane tak, by wyciągnąć z pióra następny przekaz.

Zgodnie z przepisem na rewelację, wziąłem się za tworzenie fabularnego pieścidełka. Powiedziałem sobie, że jeśli taka liryczna fujara jak X, mógł zmajstrować „Przygody Y w Z”, to tym bardziej ja, którym sporo chwil odślęczał przy czytaniu Jaspersa i Fromma, ja, który, nie chwalący, w małym palcu mam wszystkie nienapisane utwory Nabokova, potrafię przecie uporać się z napisaniem arcydzieła!

Jednak już po publikacji mojego wypracowania, które okazało się takie tam i było nieźle pompatyczną ramotą, jeszcze jedną książką, jakby powiedział Cortazar, uważam za minus powieści fakt, że w ogóle trzeba ją pisać. I dlatego wolę wyobrażać sobie, że upichciłem tekst, którego nikt nie przeczytał.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM

One Response

  1. Andrzej Goryński 24.12.2020