Andrzej Koraszewski: Co dobre, a co złe dla Żydów i reszty świata

Próba odpowiedzi na pytanie
Ernesta Skalskiego

28.02.2021

Szanowny Panie Erneście,

Przede wszystkim dziękuję za wysoką ocenę moich kompetencji. Uczciwie mówiąc, mam raczej poczucie wątłego rozeznania, tym bardziej że jeśli idzie o Bliski Wschód, to nie ma mądrych. To grząski grunt, gdzie łatwo się utopić. (Na wielu innych terenach też nie jest łatwo). Czy w związku z Abrahamowymi Porozumieniami obserwujemy jakąś nową jakość, a jeśli tak, to co z tego oraz „czy łagodząca względem Iranu polityka Bidena osłabi powstającą siłę połączonych przeciwników państwa ajatollahów i zwiększy zagrożenie z ich strony?”

Po dziesięcioleciach bezowocnych prób doprowadzenia do pokoju, których efektem było niezmienne i rosnące pragnienie wymazania Izraela z mapy świata i pogłębiająca się tragedia Palestyńczyków, istotnie byliśmy w ostatnich latach świadkami czegoś zdumiewającego – usłyszeliśmy arabskie głosy wołające dość, możemy żyć obok siebie, możemy ze sobą handlować, możemy ze sobą współpracować i możemy się razem bronić.

Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. Zbyt wiele zmiennych. Ile w tym przełomie zasługi prezydenta Trumpa? To ciekawe pytanie. Sekretne kontakty trwały od dłuższego czasu, zdobycie się na otwartą zmianę kursu w żadnym kraju arabskim nie jest łatwe. Jeśli się przez stulecia uczyło dzieci, że „Żydzi są naszym nieszczęściem”, jeśli od powstania Izraela powtarzało się swoim społeczeństwom, że zniszczenie tego „tworu” jest religijnym i narodowym priorytetem, trzeba wielkiej odwagi, żeby nagle powiedzieć, że była to głupia i samobójcza polityka. Wyzwolenie tej odwagi wymagało impulsu.

Od wielu lat rosnące zagrożenie ze strony Iranu zachęcało do zmiany, groza własnego (sunnickiego) ekstremizmu zarówno zachęcała, jak i zniechęcała arabskich władców do zmiany kursu, ponieważ nienawiść do Żydów jest zwornikiem tego ekstremizmu i próba zbliżenia z Izraelem stwarza ekstremistom okazję do podgrzania atmosfery.

Polityka bliskowschodnia administracji Trumpa zasługuje na spokojną analizę. Pierwsze spotkania z Abbasem były przyjazne, ale kiedy prezydent Abbas mimo swoich zapewnień o pragnieniu pokoju z Izraelem nadal podżegał do terroru, Trump jak to Trump, po chamsku otwarcie i podniesionym głosem powiedział Abbasowi w Betlejem: „Pan mnie oszukał”.

Przełomowym krokiem było powiedzenie, że pora zakończyć watykańską ruletkę i uznać, że Jerozolima jest od 1948 roku stolicą Izraela. Fakt, że Izrael jest jedynym krajem na świecie, który nie ma prawa mieć stolicy w dowolnym swoim mieście jest robotą papieży i kurii watykańskiej, a nie Arabów, i to jest raczej bezsporne. Po rewolucyjnym ogłoszeniu przez Jana Pawła II, że Żydzi nie są zabójcami Boga i po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z Izraelem, nie starczyło mu już odwagi, żeby przedstawicielstwo Watykanu umieścić w Jerozolimie. Jednak od tego momentu zaczęto półgębkiem mówić w Ameryce, że trzeba przestać udawać, że stolicą Izraela jest Tel Awiw i przenieść ambasadę. Trump w grudniu 2017 roku zapowiedział, że to zrobi.

Odpowiedź Abbasa była konwencjonalna: będzie morze krwi. Trump go zignorował, przeniósł amerykańską ambasadę do stolicy Izraela. To był nieprawdopodobnie interesujący test. Nie tylko Abbasowi nie udało się namówić Palestyńczyków do masowych aktów przemocy, ale w wielu krajach arabskich obok głosów oburzenia było sporo głosów aprobaty, a jeszcze więcej głosów wyśmiewających oburzenie. Potem Waszyngton zapowiedział tajemniczą Umowę Stulecia, zaprosił do rozmów Palestyńczyków, ale ci odmówili nie wiedząc jeszcze, co będzie na stole. Na konferencję do Warszawy (w lutym 2019) przyjechali ludzie, którzy chcieli się dowiedzieć czegoś więcej oraz ci, którzy chcieli zademonstrować swoje ¡No pasarán! (Z tymi, z którymi warto było rozmawiać, rozmawiano na uboczu).

Nie wiemy, kto był głównym autorem zapisów Umowy Stulecia, ale studiując uważnie te zapisy mamy nieodparte wrażenie, że jest to konkretyzacja planu premiera Icchaka Rabina. Korekta granicy, wymiana terytoriów, autonomia uwarunkowana demilitaryzacją, wsparcie rozwoju uwarunkowane wyrzeczeniem się terroru i autentycznym uznaniem prawa Izraela do istnienia i pożegnanie absurdalnego prawa powrotu. Administracja prezydenta Trumpa była pierwszą amerykańską administracją mówiącą głośno i wyraźnie o żydowskich uchodźcach z krajów arabskich i o konieczności zmiany stosunku państw arabskich do Palestyńczyków mieszkających w tych państwach od pokoleń.

Reakcja państw arabskich na Umowę Stulecia była niezwykle interesująca. Nie powiedziały tak, ale ani Arabia Saudyjska, ani kilka innych krajów arabskich nie powiedziało nie. Wyraźnie i jednoznaczne NIE przyszło ze strony „Palestyńczyków”, czyli kierownictwa Autonomii Palestyńskiej i Hamasu.

To ostatnie nikogo nie zaskoczyło i Waszyngton odpowiedział – trudno, będziemy to realizować z waszą akceptacją lub bez niej, jesteśmy świadomi, że nie jest to żaden konflikt izraelsko-palestyński, a zabagniony konflikt arabsko-żydowski i rozwiązania trzeba szukać w stolicach państw arabskich, a nie w Ramallah i w Gazie.

Sprawę tego planu Trumpa niezwykle skomplikowało zamieszanie na izraelskiej scenie politycznej, kolejne wybory prowadziły do pata. Brak partnera do działania blokował prezentację Umowy Stulecia. W tej sytuacji Trump zdecydował się na kolejny test. Uznanie Waszyngtonu dla izraelskiej jurysdykcji nad Wzgórzami Golanu. Ponownie mamy zaledwie zatwierdzenie stanu faktycznego. Jerozolima, Dolina Jordanu i Wzgórza Golanu są dla możliwości przetrwania Izraela więcej niż tylko istotne. Syria od dziesięcioleci odmawiała rozmów pokojowych, Wzgórza Golanu straciła w wyniku agresji. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego sprawa jest jasna –- Syria przegrała wojnę najeźdźczą, utracone terytoria mogą być kartą przetargową w negocjacjach pokojowych, ale nie muszą. Waszyngton uznał stan faktyczny, a równocześnie był to kolejny test. Reakcje świata arabskiego były znowu mieszane, niezbyt silne rytualne oburzenie, a z drugiej strony wzruszenie ramionami.

Ogłoszenie szczegółów Umowy Stulecia wywołało jednak burzę. Palestyńskie demonstracje nie były tak wielkie, jak zapowiadał Abbas; o tym, że są jacyś Palestyńczycy zainteresowani tą umową, zwykły odbiorca wiadomości nie miał szans się dowiedzieć. O wielkości tego zainteresowania nie wiemy, ponieważ Autonomia Palestyńska jest dyktaturą, a pozytywne uwagi o tej umowie groziły w Autonomii utratą wolności, a w Gazie prawdopodobnie czymś gorszym.

Kolejny test Waszyngtonu to zapowiedź uznania izraelskiej jurysdykcji nad Doliną Jordanu. Przypomnijmy kilka faktów. Liga Narodów przeznaczyła na Narodowy Dom Żydów obszar od rzeki Jordan do Morza Śródziemnego, 78 procent Mandatu Palestyńskiego (Palestyny), zgodnie z decyzją brytyjską oddano Arabom Palestyńskim (powstała Transjordania, czyli dzisiejsza Jordania), w wyniku napaści pięciu armii arabskich na jednodniowy Izrael armia jordańska zajęła Judeę i Samarię (w tym wschodnią Jerozolimę) okupując te tereny do 1967 roku. Aneksja Zachodniego Brzegu przez Jordanię była uznana tylko przez Brytyjczyków i Pakistan.

Krótko mówiąc Judea i Samaria to izraelskie Ziemie Odzyskane w wyniku kolejnej wojny obronnej. Izrael nie jest żadnym okupantem na tych terenach. Nie okupuje ani ziemi jordańskiej, ani tureckiej, ani brytyjskiej. Jest to jednak sytuacja kłopotliwa, ponieważ odzyskał tereny zamieszkałe przez ludność arabską, której nigdy nie zamierzał ani przesiedlać, ani wchłonąć. Od 1967 roku stanowisko wszystkich rządów izraelskich było jasne – nie ma mowy o aneksji tych terenów, nie ma również mowy o powrocie do linii zawieszenia broni z 1949 roku. Umowy z Oslo to uwzględniały, stąd podział Judei i Samarii na obszary ABC, z założeniem, że obszar C jest nie tylko obszarem spornym, ale roszczenia izraelskie są respektowane i umowy przyznawały Izraelowi pełną kontrolę nad tym obszarem (czyli faktyczną jurysdykcję), ale postanowiono, że ostateczna linia graniczna zostanie ustalona w negocjacjach zakończonych traktatem. Ani Arafat, ani Abbas nie mieli najmniejszego zamiaru doprowadzenia negocjacji do pokojowego traktatu z prostego powodu: uwaga świata, poparcie finansowe świata, pobłażliwość świata dla terroru i korupcji możliwe było tylko jak długo „Palestyńczycy” są ofiarami, którym odmawia się własnego państwa.

Amerykańska, europejska i arabska polityka wobec Izraela była polityką dreptania w miejscu i tańca pod melodie nadawane z Ramallah, tymczasem rosła radykalizacja Iranu, Hezbollahu, Hamasu (Turcji i Kataru). Tzw. umowa nuklearna z Iranem (JCPOA, której Iran nigdy nie podpisał) nie tylko nie zatrzymała ani na chwilę irańskiego programu nuklearnego, ale niebywale wzmocniła regionalną agresję Iranu na Bliskim Wschodzie.

Arabia Saudyjska i inne kraje Zatoki stanęły w obliczu nie tylko potencjalnego zagrożenia, ale i bezpośrednich ataków terrorystycznych. Świadomość, że Izrael jest raczej sojusznikiem niż wrogiem rosła z miesiąca na miesiąc.

Można powiedzieć, że Trump (czy też może Kushner i inni z błogosławieństwem Trumpa) reagowali na bieżąco na zmieniające się nastroje w krajach arabskich.

Zapowiedź uznania izraelskiej jurysdykcji nad Doliną Jordanu wywołała silniejsze reakcje niż przeniesienie do Jerozolimy amerykańskiej ambasady niż Umowa Stulecia i niż uznanie izraelskiej jurysdykcji nad Wzgórzami Golanu. Rząd izraelski nie zareagował natychmiastową deklaracją o aneksji (prawdopodobnie nie mógł, nawet gdyby chciał, ze względu na wewnętrzne konflikty i prawdopodobieństwo oporu ze strony Sądu Najwyższego). I wtedy pojawiła się propozycja ze strony Zjednoczonych Emiratów Arabskich normalizacji stosunków w zamian za rezygnację z natychmiastowego rozciągnięcia izraelskiej jurysdykcji.

Wątpię, żeby to było z góry umówione zagranie. W Izraelu wielu ludzi było wściekłych, ale stało się coś, czego nikt nie przewidywał. Nie tylko Emiraty ogłosiły to jako swoje zwycięstwo, niemal natychmiast Bahrajn zapowiedział, że oni też chcą znormalizować swoje stosunki z Izraelem, Abbas zażądał od Ligi Arabskiej, żeby tę normalizację potępić i dowiedział się, że ma się wypchać, zaś jego demonstracyjna wrogość wobec państw Zatoki wywołała lawinę niechęci do „Palestyńczyków”, czyli zapewnień o solidarności z palestyńską ludnością i otwartej wrogości wobec palestyńskiego kierownictwa.

Sympatie i antypatie arabskiej inteligencji to jedna sprawa, a drugą sprawą był (i nadal jest) dylemat arabskich polityków, którzy próbują się uporać z koniecznością głośnego powiedzenia, że przez dziesięciolecia prowadzili błędną politykę.

Tak czy inaczej, ci, którzy obserwowali arabski świat, zobaczyli trzęsienie ziemi. Do głównego nurtu mediów arabskich wlał się szeroki strumień herezji. Hasło „Żydzi są naszym nieszczęściem” zostało zastąpione hasłem „Izrael i Żydzi nie są naszym wrogiem”. Co więcej, już w kilka dni po podpisaniu tych porozumień wolno było bezkarnie powiedzieć, że Palestyńczycy nie tylko są niewdzięczni, ale kolaborują z wrogiem, że dawno mogli mieć pokój, że żerowali na dobroci i współczuciu krajów arabskich. (Mało kto wspominał, że to głównie kraje arabskie wepchnęły Palestyńczyków w rolę psów wojny, że palestyński terroryzm był dzieckiem panarabizmu konkurującego o lepsze z panislamizmem). W Libanie kilkakrotnie przypomniano, że to Organizacja Wyzwolenia Palestyny pod wodzą Arafata, zniszczyła kraj nazywany Szwajcarią Bliskiego Wschodu.

W Europie cieszono się, że zaledwie dwa małe państwa podpisały te nieszczęsne Porozumienia Abrahamowe, ale po kilku miesiącach doszlusowały Sudan i Maroko. A bardzo uważni obserwatorzy mogli dostrzec, że w Arabii Saudyjskiej wymieniono podręczniki, usuwając z nich religijne i niereligijne wezwania do nienawiści wobec Izraela i Żydów. Abbas coraz częściej dawał do zrozumienia, że jego całą nadzieją jest Unia Europejska. (Nazbyt wyraźne umizgi do Iranu uznał jednak za zbyt niebezpieczne.) I tak dotarliśmy do amerykańskiej kampanii prezydenckiej, w której Bliski Wschód z konieczności musiał być obecny.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że Joe Biden dość wcześnie dał do zrozumienia, że nie planuje ponownego przeniesienia amerykańskiej ambasady do Tel Awiwu, że sprawa Golanu była praktycznie w tej kampanii nieobecna, że Porozumienia Abrahamowe były jakoś kłopotliwe i Biden nie tylko powstrzymał się od ich jednoznacznej krytyki, ale nawet dał do zrozumienia, że on by to zrobił szybciej i lepiej. Wyraźnie zapowiadał natomiast zmianę stosunku do Arabii Saudyjskiej oraz wznowienie pomocy dla „Palestyńczyków”, czyli dla dyktatora i jego świty, zapowiadał powrót do projektu dwóch państw w starej szacie, czyli całkowitego porzucenia Umowy Stulecia oraz powrót do umowy nuklearnej z Iranem.

Waszyngtońskie awanse nie wywołały entuzjazmu teherańskiej panny młodej. Minister Zarif chłodno obwieścił, że jak Stany Zjednoczone zniosą sankcje, to Iran zacznie myśleć, czy pozwoli zaprosić się do stołu.

Najwyższy Przywódca informował za pośrednictwem Twittera:

https://pbs.twimg.com/profile_images/1302228092354736129/wnYxXfpl_x96.jpg

22. 02. 21 Iran is not after nuclear weapons, but its nuclear enrichment will not be limited to 20% either. It will enrich uranium to any extent that is necessary for the country. Iran’s enrichment level may reach 60% to meet the country’s needs.

[Iran nie dąży do broni nuklearnej, ale jego wzbogacanie uranu nie zostanie ograniczone do 20 procent. Będzie wzbogacać uran do takiej ilości jaka jest konieczna dla kraju. Irańskie wzbogacanie uranu może dojść do 60%, by zaspokoić potrzeby kraju]

Over the past few days, the U.S. and the 3 European countries have used arrogant, unjust rhetoric regarding Iran. They keep asking why Iran has stopped carrying out its #JCPOA commitments, but they don’t mention that they never carried out their own commitments.

[W ciągu ostatnich kilku dni USA i kilka krajów europejskich używały w sprawie Iranu aroganckiej i niesprawiedliwej retoryki. Powtarzają pytania, dlaczego przestaliśmy przestrzegać zobowiązania JCPOA, ale nie wspominają, że nigdy nie przestrzegali własnych zobowiązań.]

That international Zionist clown has said they won’t allow Iran to produce nuclear weapons. First of all, if we had any such intention, even those more powerful than him wouldn’t be able to stop us.

[Międzynarodowy syjonistyczny błazen powiedział, że nie pozwoli Iranowi na produkcję broni nuklearnej. Przede wszystkim, gdybyśmy mieli takie intencje, nawet ci bardziej potężni od niego nie mogliby nas powstrzymać.]

Nie możemy przewidzieć jak się ta sytuacja rozwinie. Jedną z pierwszych decyzji Bidena była zapowiedź zdjęcia milicji Huti z listy organizacji terrorystycznych i wstrzymanie sprzedaży broni dla Arabii Saudyjskiej. W Teheranie musiało to być odczytane jako: „Macie wolną rękę dla dalszych podbojów w regionie”.

26 lutego prezydent Biden wydał rozkaz zaatakowania szyickiej milicji w Syrii w ramach odwetu za atak na amerykańską bazę w Iraku, podobno były co najmniej 22 ofiary. Czyli mamy tu sygnał odwrotny. Nadal nie daje to żadnych podstaw do oceny tego, jak sytuacja może się rozwinąć. Demonstrowana wrogość USA wobec Arabii Saudyjskiej albo popchnie ją do dalszego zbliżenia z Izraelem, albo zmusi do ostrożności. Działania Iranu w Libanie w Syrii i w Gazie mogą przekroczyć czerwoną linię i skłonić Izrael do bardziej zdecydowanej akcji. Chociaż zapewne byłaby to ostateczność, ze względu na brak pewności jak zareaguje Waszyngton. Co będzie, jeśli Iran będzie rzeczywiście o krok od wejścia w posiadanie bomby atomowej? Izrael grozi uderzeniem, ale ma wiele powodów, żeby zrobić to tylko w ostateczności.

Tymczasem sojusz (a może i pokój) między Izraelem i Arabami jest dziś bardziej realny niż kiedykolwiek. Najwyraźniej dla krajów arabskich sprawa palestyńska spadła z wokandy, groza irańskiej agresji jest zbyt przerażająca. Równocześnie Joe Biden nie ma tak zupełnie wolnych rąk i niezależnie od tego, co by chciał zrobić, jest zależny od swoich najbliższych współpracowników, ale ci dla odmiany prawdopodobnie nie zdołają namówić ani Islamskiej Republiki Iranu, ani prezydenta Mahmouda Abbasa, żeby zechcieli zatańczyć, jak im do tańca w Ameryce zagrają.

Tymczasem w tym kotle mieszać będą również inni. Czy jeśli przypadkiem Biden zacznie stawiać twarde warunki, Unia Europejska się przyłączy? Nie wiem, prawdopodobnie nie. Unijne stanowisko wydaje się bardzo usztywnione, proirańskie i „propalestyńskie” (co niektórzy analitycy uważają za stanowisko antypalestyńskie, bowiem to antyizraelskość wydaje się stałą i niezmienną cechą unijnej polityki).

Szanowny Panie Erneście,

Zastanawia się Pan nad pytaniem, jaką rolę odegra w tym wszystkim ropa naftowa, jakie będą zachowania Rosji i Chin?

Oczywiście nie mam pojęcia.

Rosja Iranu miłością nie darzy (daje ciche przyzwolenie na częste izraelskie ataki na cele irańskie w Syrii), ale jeśli gdzieś będzie widziała możliwość osłabienia Ameryki, to prawdopodobnie z tego skorzysta. Chiny mają jeszcze większe powody do podkładania nóg Ameryce. Polityka Trumpa zmieniła Stany Zjednoczone z importera w eksportera ropy i gazu, ale obecna administracja wydaje się to odwracać. Jeszcze przed zaprzysiężeniem Bidena Iran zażądał 70 miliardów dolarów rekompensaty z powodu strat wpływów za sprzedaż ropy naftowej i oznajmił, że jest to warunek wstępny przystąpienia do negocjacji (jak informowała Al-Dżazira, irański minister Spraw Zagranicznych Zarif w niedzielę 21 lutego powiedział, że Iran w wyniku sankcji poniósł szkody w wysokości biliona dolarów i najpierw muszą być negocjacje w sprawie amerykańskich odszkodowań za te szkody).

Iran jest w bardzo złej kondycji gospodarczej, ale łatwiej sobie wyobrazić ustępstwa Waszyngtonu wobec tyranii, niż rozważenie apelu irańskich dysydentów, żeby utrzymać sankcje, które mogą albo obalić dyktaturę, albo zmusić ją do złagodzenia kursu. Prawdę mówiąc, największym zagrożeniem wydaje mi się islamski fanatyzm, który przekreśla jakikolwiek racjonalizm. A tu pytanie nie tylko o Iran i jego islamską rewolucję, ale i o Pakistan (są spekulacje, że niektórzy pakistańscy politycy flirtują z myślą o sojuszu pakistańsko-irańskim). Nie wolno również zapominać o czającej się Turcji, która od lat konkuruje z Iranem o to, kto piękniej i mocniej nienawidzi Żydów. Ta konkurencja już pochłonęła na Bliskim Wschodzie miliony istnień muzułmańskich, grozi Izraelowi i światu, a swoje ataki kieruje nie tylko na Izrael. Zniszczenie Izraela jest dla nich absolutnym priorytetem, Ale jak Pan wie, zaczyna się zawsze od Żydów, ale nigdy się na nich nie kończy.

Jaką rolę odegrają w tym wszystkim uczucia, tu w Europie i za oceanem? Tak trudno kochać i być mądrym, a chwilami odnosi się wrażenie, że osobliwa miłość do „Palestyńczyków” może nie mieć granic. Barbara Plett Usher, dziś już była korespondentka BBC w Izraelu, w październiku 2004 donosiła o transporcie Jasera Arafata helikopterem z Ramallah na lotnisko, skąd miał być przewieziony do szpitala w Paryżu. Ponieważ nie było tłumów, Plett zastanawiała się w swoim doniesieniu:

…gdzie są ludzie, gdzie masowa demonstracja solidarności, gdzie gorączkowe wyrazy zaniepokojenia? Czy to jeszcze jedna historia, którą my, zachodni dziennikarze źle rozumiemy, bombardując świat wiadomościami, o których sądzimy że są historycznymi wydarzeniami, podczas gdy ludzie miejscowi żyją dalej swoim życiem?

A jednak kiedy helikopter uniósł się nad ruinami unosząc osłabione ciało starego człowieka niespodziewanie wybuchłam płaczem.

W kolejnym zdaniu dodała z namaszczeniem, „życie Arafata było pasmem poświęceń i uporczywej walki”. Przypominający dziś to doniesienie autor zauważa, że faktycznie trzeba było wielkiego poświęcenia ze strony tego słabego, starego człowieka, żeby zgromadzić fortunę ocenianą na miliard do trzech miliardów dolarów.

Kto wie, nie można wykluczyć, że zachodnia trudność rozstania się ze starą miłością okaże się barierą do pokoju między Arabami i Żydami, mimo iż pokój wydaje się dziś w zasięgu ręki.

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.

Więcej w Wikipedii

Tekst jest odpowiedzią na artykuł: Ernest Skalski: Pytania do pana Koraszewskiego

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com