Ożeniony ze szlachcianką (28)

05.03.2021

Poprosiłem Mirka Śmiłowicza, mojego bliskiego kolegę z Liceum Batorego, późniejszego wybitnego chirurga – ortopedę, żeby napisał coś o naszej przyjaźni z tych lat. Przysłał mi rozdział swojej autobiografii, z której cytuję fragment:

Utrzymywaliśmy z Marianem bliskie koleżeńskie kontakty, uczyliśmy się razem do matury w jego mieszkaniu, w domku fińskim przy ulicy Górnośląskiej, gdzie mieszkał z matką i ojczymem Marzyńskim. Matka Mariana była bardzo sympatyczną, pogodną i pełną ciepła osobą, dawała mi odczuć, że darzy mnie sympatią, ojczym był raczej sztywny i zachowujący dystans.

Mirek na włoskim skuterze “Lambretta” z Jolą, swoją przyszłą żoną.

Pewnego dnia – byliśmy już w klasie maturalnej – Marian próbował namówić mnie, żebym zapisał się do ZMP, bo przynależność do tej organizacji będzie miała znaczenie przy przyjęciu na studia. Mariana lubiłem, miał swoisty wdzięk, był bystry i miał ogromne poczucie humoru. Wyraźnie nie pasował do panującego systemu, był zbyt inteligentny. Wbrew pozorom nie wydawał mi się ideowym działaczem organizacji zetempowskiej.

Wstąpienie do ZMP było w sprzeczności z ideałami, które wyniosłem z domu i z tym, co myślałem o ówczesnej rzeczywistości, pomyślałem jednak, że przynależeć to — nie znaczy działać i zapisałem się. Wiedziałem, że jeśli nie dostanę się na studia, będę musiał pójść do pracy. Wkrótce też mogli wziąć mnie do „ludowego wojska”, to zaś na zawsze przekreśliłoby moje życiowe plany. Nie wiem, czy namowa Mariana pomogła mi w dostaniu się na studia, ale ciekawe, że rozmowę wstępną w Akademii Medycznej, odbyłem nie z profesorem czy adiunktem, a z przedstawicielką zarządu uczelnianego ZMP, wówczas studentką 4. roku, Renatą P. W czasie pierwszego roku studiów nawiązałem z nią bliższą koleżeńską znajomość.

Wczytując się w tę biografię nie mogę powstrzymać się od zacytowania przejmujących wspomnień Mirka – z widzianego oczami 10-letniego chłopca Powstania Warszawskiego:

Bawiliśmy się w ogrodzie, gdy nagle usłyszeliśmy serie strzałów. Przybiegłem do domu zdyszany i przestraszony, zastałem ubranego w płaszcz Jurka (a było zupełnie ciepło) chodzącego nerwowo po mieszkaniu. Ojca nie było, jak co dzień wychodził rano do pracy. Był lekarzem, Jurek, mój starszy brat, pożegnał się z mamą, jak nigdy przedtem, całując ją w czoło, mnie potarmosił za ucho, pogłaskał po głowie i powiedział: „opiekuj się teraz mamą”, i wyszedł. Przeszedł przez podwórko, a my z mamą staliśmy na balkonie. Dochodząc do bramy, zatrzymał się, spojrzał w naszą stronę, pomachał ręką i zniknął w bramie. Nie przypuszczaliśmy, że widzimy go po raz ostatni.

O godz. 17. wybuchło w Warszawie Powstanie. Po godzinie była już pierwsza ofiara, mieszkaniec naszego domu trafiony przypadkową kulą. Wieczorem przyszli na nasze podwórko powstańcy z białoczerwonymi opaskami na rękawach, niektórzy mieli pistolety, inni karabiny, jeszcze inni tylko ręczne granaty. Kilku miało na głowach niemieckie hełmy przepasane białoczerwoną opaską. Mówili, że to jest powstanie przeciwko Niemcom, którzy i tak już uciekają. Potrwa 2 – 3 dni. Polska będzie nareszcie wolna.

Wśród przelatujących ze świstem kul pozostawanie w mieszkaniu było niebezpieczne. W piwnicy mieliśmy łóżko polowe, na którym spałem ja i rozkładany fotel, na którym spała mama. Mama gotowała jakąś strawę na spirytusowej kuchence. Po dwóch tygodniach pozostał tylko woreczek z manną kaszą i konfitury. Jedliśmy tę kaszę z konfiturami dwa razy dziennie. Wodę nosiło się w kubłach z jedynego czynnego hydrantu przy kotłowni na ul. Suzina. Każda wyprawa po wodę stanowiła zagrożenie życia, wiele osób przy hydrancie zginęło od odłamków pocisków lub kul niemieckich snajperów. Jedliśmy już tylko raz dziennie. W snach widziałem pachnące świeżością bochenki chleb. Mama, ryzykując życie, wyruszyła w kierunku Marymontu, żeby tam, na działkach, zdobyć coś do jedzenia. Wróciła z plecakiem jarzyn i ziemniaków.

Na na podwórku pod drzewem stały nosze ze zwłokami powstańca, którego chowano pod osłoną nocy na tyłach domu. Pewnego dnia zobaczyliśmy na noszach w kałuży krwi zwłoki podchorążego Adama, dowódcy plutonu. Był dwudziestoletnim chłopcem, uwielbianym przez mieszkańców, pełnym odwagi. Na widok jego martwego ciała wiele osób płakało.

Gdy walki nasiliły się, zabarykadowano w domu wszystkie trzy bramy. Do budowy barykad posłużyły płyty z rozebranych wokół podwórka chodników, a także ławki, kamienie, worki z piaskiem.

Po zapadnięciu zmierzchu robiło się spokojniej, z oddali dochodziły jedynie odgłosy pojedynczych strzałów. Mama pozwalała mi wtedy wychodzić z piwnicy, by zaczerpnąć trochę powietrza. Zapamiętałem woń prochu i ruin, jakie unosiły się w powietrzu.

Pewnego dnia pod wieczór pojawiła się na podwórku grupa kilkunastu powstańców, byli mokrzy, choć nie padał deszcz i oblepieni błotem, potwornie cuchnęli. Na warcie stał 17-letni chłopiec, znałem go więc zapytałem: — dlaczego oni tak śmierdzą? — a on powiedział: — Miruś, nie śmierdzą, a pachną, nikomu tego nie mów, oni przyszli do nas kanałami. Ja na to: kanałami? Jak człowiek może się zmieścić w rurze kanalizacyjnej? A on: — Miruś, są takie kanały w mieście, że człowiek dorosły może w nich swobodnie iść tylko, że w brudnej wodzie, albo w odchodach.

Następnego dnia koło południa rozległo się nam znane wycie „krowy”, wyrzutni pocisków, umieszczonej na platformie pociągu pancernego, na torach Dworca Gdańskiego. Wystrzelenie pocisku poprzedzało głośne wycie, podobne do wycia krowy, stąd wzięła się nazwa. Szybko schowaliśmy się w piwnicy, a wtedy rozległ się przeraźliwy huk i ściany domu zaczęły się chwiać, powietrze wypełnił duszący pył, zrobiło się ciemno, z trudem mogliśmy oddychać, usłyszeliśmy odgłos walących się murów, brzęk tłuczonego szkła, z sąsiednich ścian posypały fragmenty muru. Byliśmy pewni, że zostaliśmy zasypani. Po chwili za ścianą a usłyszeliśmy krzyki i jęki.

Okazało się, że pocisk „krowy” trafił w sąsiednią klatkę schodową, zaledwie kilka metrów od naszej i wszyscy przebywający tam mieszkańcy znaleźli się pod gruzami. Cała część domu z dachem, stropami i przyległymi do klatki schodowej mieszkaniami zawaliła się aż do piwnic. Poważnie zostały uszkodzone ściany mieszkań w naszej klatce schodowej. Kto mógł ruszył na ratunek przysypanym, wśród ratujących była moja mama. Gdy jeden z mieszkańców zawalonej części domu wrócił z kubłami wody, zamarł z przerażenia. Pod gruzami była jego żona z dwojgiem małych dzieci. Z jakąś nadludzką siłą zaczął odrzucać na bok całe fragmenty zawalonych murów.

Spośród ponad 20 zasypanych udało się wydostać żywe, ale poważnie ranne tylko dwie osoby.

Zaczęliśmy głodować. Mama dawała mi jakiś mały posiłek raz dziennie, sama często nie jedząc. Kończył się zapas nafty. Lampę zapalało się już tylko na krótko, przeważnie siedzieliśmy po ciemku. Z jakiejś wyprawy do mieszkania na górze mama przyniosła kilka świeczek choinkowych i one rozświetlały nam ciemności piwnicy.

Coraz częściej mówiłem mamie, że jestem głodny i żeby dała mi choć skórkę od chleba, a mama ze łzami w oczach odpowiadała mi, że chleba nie mamy, ale pobiegła do mieszkania na górę i gdzieś w głębi szafki kuchennej znalazła torebkę jakieś starej kaszy. Wróciła uradowana i ugotowała mi ją z niewielką ilością wody na palniku spirytusowym, pożyczonym od sąsiadów.

Powstanie trwało. Było coraz więcej ofiar. Pewnego wieczoru w końcu września, wbiegł do naszej piwnicy podchorąży Antek, ubrany w zdobyczną wojskową bluzę, na głowie miał hełm z namalowanym orzełkiem, a na szyi przewieszony pistolet maszynowy i lornetkę. Powiedział, że w jego plutonie pozostało już niewielu powstańców.

Nad ranem usłyszeliśmy głosy Niemców. Siedzieliśmy przerażeni w piwnicach, czekając co będzie za chwilę. Rozległ się potworny huk z oślepiającym błyskiem. Mama narzuciła mi na głowę poduszkę, a sobie kołdrę i czekaliśmy przygotowani na śmierć.

Niemcy wchodząc do kolejnych klatek schodowych rzucali do piwnic granaty. Usłyszeliśmy komendę „alles ausgehen” (wszyscy wychodzić) i „czy są tu polscy bandyci?” Mama w ostatniej chwili wzięła jakąś małą walizkę z niezbędnymi rzeczami, mnie zarzuciła na plecy mały harcerski plecak Jurka i wyszliśmy. Szliśmy po ciemku korytarzem piwnicznym, w poprzek korytarza leżała martwa p. Cepielowa, która tuż przed wybuchem granatu wybiegła, aby przywołać swego syna Jurka.

Na podwórku stali Niemcy z wycelowanymi w nas pistoletami maszynowymi. Należało się ustawić w szeregu, postawić bagaże i podnieść ręce do góry, po czym zaczęto nas rewidować. Mnie jeden z Niemców kazał pokazać co mam w plecaku, miałem uniesione do góry ręce, Niemiec zajrzał do plecaka i gdy zobaczył moje ubranie, klepnął mnie w policzek, lekko się uśmiechnął i powiedział: „gut, gut.” Jedna z pań z nie mogła położyć na ziemi siatki z jakimiś drobnymi rzeczami, gdyż zawadziła się jej o guzik, zaczęła nerwowo szamotać się z nieszczęsną siatką, wtedy jeden z Niemców wyjął pistolet i do niej strzelił. Padła martwa tuż obok mnie. Gdy zakończono rewizję kazano nam przechodzić przez barykadę w bramie na zewnątrz domu. Wchodziliśmy na dość wysoką barykadę i schodziliśmy z niemałym trudem po ruszających się płytach chodnikowych.

Wśród szpaleru żołnierzy z pistoletami i karabinami gotowymi do strzału, doszliśmy do głębokiego wykopu. Na jego czterech rogach stały rkm-y. Dokoła były zwały ziemi. Wykop był tak duży, że pomieścił kilkadziesiąt osób. Staliśmy stłoczeni i pewni, że nadszedł kres naszego życia, że za chwilę z tych rkm-ów zaczną do nas strzelać, a potem zakopią. Wtedy też zobaczyliśmy na ruinach ostatniego piętra naszego domu białe flagi. Zapadła głęboka cisza, a po chwili dało się słyszeć szept modlitwy: „Pod Twoją obronę uciekamy się…”. Staliśmy dobre pół godziny, gdy padła komenda „ausgehen”. Wychodziliśmy z trudem po osuwającej się ziemi. Szliśmy wśród szpaleru czołgów, w ich wieżyczkach siedzieli na czarno umundurowani żołnierze, patrzący na nas z triumfem i pogardą. Na ziemi leżały trupy powstańców. Po pewnym czasie doszliśmy ul. Wolską do Działdowskiej, miałem nadzieję, że gdzieś tu może spotkamy ojca. Ale szpital choć stał, był zrujnowany i opustoszały.

Szliśmy wśród bezmiaru zniszczeń i dopalających się domów, przy których leżały zwęglone ciała ludzi. Dzielnica była wymarła. Przy kościele Św. Stanisława, przy ul. Wolskiej, zarządzono dłuższy postój. Znaleźliśmy skrawek wolego trawnika. Mama miała w butelce wodę więc dała mi się napić. Ostatnio prawie nic nie jedliśmy, ale z przerażenia nie odczuwałem głodu. Po chwili stanął przed nami SS-man, w czarnym mundurze z trupią czaszką na furażerce. Zaczął mi się przyglądać i ruchem palca kazał mi do siebie podejść, mama, obejmując mnie powiedziała, że mnie nie odda i niech nas oboje zastrzeli. Uśmiechnął się i powiedział: „nie bać się, ja nic nie zrobić ja dać essen, ja tu być zurück”. Szliśmy wśród ciżby przez kościół. Dotarliśmy do głównego ołtarza. Tam stały duże kotły z grochówką. Ten sam SS- man kazał jednej z pań w białym fartuchu nalać mi zupy do garnka, po czym pogłaskał mnie po głowie.

Po dwóch lub trzech godzinach ruszyliśmy ul. Bema w kierunku Dworca Zachodniego. Nadjechał pociąg z luksusowymi sypialnymi wagonami. Stał kilka minut i w tym czasie wysiedli z niego oficerowie, niektórzy bez czapek i w rozpiętych mundurach. Stałem dość blisko, jeden z nich spojrzał na mnie, uśmiechnął się, powiedział coś drugiemu, dał mi pół bochenka świeżego chleba.

Po pewnym czasie podstawiono nasz pociąg, składający się z płytkich towarowych wagonów. Wsiadanie nie było łatwe, tłok i nieprzystosowane dla ludzi wejściu do wagonu. Usiedliśmy przy niskiej bocznej ściance, mama musiała mnie trzymać, żebym nie wypadł. Gdy pociąg ruszył zrobiło się zimno, był już wieczór.

Zatrzymaliśmy się w Pruszkowie. W eskorcie żołnierzy i szczekających psów przeprowadzono nas do olbrzymich hal. Było to straszne miejsce: dno piekła, gdzie maksymalnie stłoczeni ludzie w brudnych halach warsztatów kolejowych leżeli lub siedzieli na ziemi. Zaduch i smród niemytego tłumu mieszał się z fetorem odchodów, ludzie załatwiali się do kanałów wzdłuż torów kolejowych przebiegających przez hale. Kobiety z niemowlętami na rękach, starcy, chorzy i ranni z przekrwawionymi opatrunkami na głowach i kończynach, a także chorzy psychicznie, jedni nienaturalnie weseli, drudzy zasępieni i patrzący nieruchomo w jeden punkt, jakby nieobecni lub nieżywi. W panującym strasznym zgiełku słyszało się przeraźliwe krzyki szukających się nawzajem, zagubionych w tym tłumie ludzi. Znaleźliśmy w końcu dla siebie jakiś wolny skrawek brudnej powierzchni. Napiłem się wody, którą mama miała jeszcze w butelce i zjadłem kawałek chleba ofiarowanego mi na dworcu przez niemieckiego oficera.

Na drugi lub na trzeci dzień zaczęto nas sortować. Naprzeciwko stali SS-mani i decydowali kto na lewo, do obozów koncentracyjnych, a kto na prawo, do zesłania na wieś w Generalnej Guberni. Nadeszła nasza kolejność i wtedy stała się rzecz straszna.

Zezowaty, gruby SS-man, mamę skierował na lewo, a mnie na prawo. Mama zaczęła rozpaczliwie prosić stojącą obok kobietę w mundurze, która rozumiała polski, żeby nas nie rozdzielano. Ona popatrzyła na mnie i na mamę, coś powiedziała SS-manowi i ten skierował nas oboje na prawo. Po pewnym czasie skierowano nas znowu na peron kolejowy i kazano wsiadać do odkrytych wagonów towarowych, ale tym razem głębokich.

Po jakimś czasie pociąg ruszył. Nie wiedzieliśmy dokąd jedziemy: zaczął padać deszcz. Po godzinie jazdy byliśmy przemoczeni. W naszym wagonie jechała młoda kobieta z niemowlęciem, które cały czas płakało, po kilku godzinach, dziecko przestało płakać, ale rozległ się spazmatyczny szloch matki. Dziecko zmarło. Zatrzymaliśmy się na „potrzeby naturalne”. Matka niemowlęcia też z nim wysiadła, wróciła do wagonu sama.

Pociąg znów ruszył, na szczęście deszcz jakby przestawał padać. Jechaliśmy już dzień i noc. Przed południem następnego dnia, znaleźliśmy się nagle w ciemnościach i duszącym dymie. W wagonie podniósł się krzyk przerażenia. Byliśmy przekonani, że wjechaliśmy w jakiś tunel, w którym teraz wytrują nas gazem. Ale pociąg jechał dalej. Gdy nad nami ukazało się znowu niebo, odetchnęliśmy z ulgą. Byliśmy czarni od dymu i sadzy z parowozu. Pociąg zatrzymał się na stacji w Słomnikach i tam znowu rozległ się, nadawany przez głośniki rozkaz: „alles ausgehen”. Na peronie był potworny tłok i znów rozległy się rozpaczliwe nawoływania zagubionych. Przed dworcem stało co najmniej kilkadziesiąt furmanek. Podszedł do nas pan, który przez chwilę wcześniej przyglądał się nam z daleka i powiedział, że może nas zabrać do siebie, na wieś.

Znaleźliśmy się w jego przytulnym, ciepłym mieszkaniu, gdzie mogliśmy po raz pierwszy od dwóch miesięcy umyć się w ciepłej wodzie i zjeść gorący posiłek. Następnego dnia koło południa zajechała furmanka zaprzężona w dwa konie z woźnicą i zamontowanymi ławkami z oparciami. Powiedziano nam, że pojedziemy do dwóch sąsiadujących ze sobą majątków: Kończyce i Książniczki. Jechaliśmy polnymi drogami wśród pól i przydrożnych drzew, wokół nareszcie cisza i przepiękne barwy jesieni.

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Więcej w Wikipedii

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Ożeniony ze szlachcianką (54)

18.09.2021 W Tel-Awiwie matka i ja odwiedzamy Klarę Angelkowicz, która przygotowuje piątkowy szabat i mówi: — Po tygodniu zajęć szabat zatrzymuje tempo …
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (52)

2.09.2021 Dla położonego 20 km od Chicago uniwersytetu moja rewolucyjność w Rhode Island School of Design nie była problemem. Zaproponowano mi dwukrotnie większą …
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (49)

12.08.2021 Wszystko, co leży na tym stole jest moje, nikomu nie wolno tego dotknąć, powiedziała Anya swoim urodzinowym gościom po odkryciu amerykańskiego świata …
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (46)

26.07.2021 Rozpoczął się mój trzeci rok (1974/1975), w Rhode Island School of Design. Nie podobała się nam hollywoodzka produkcja. Przy użyciu „sekcji …
Czytaj dalej
Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com