17.03.2021

Któż nie rozczytywał się w Psychopatologii życia codziennego Zygmunta Freuda? Jak wiadomo, dla ojca psychoanalizy różne formy przejęzyczeń czy banalnych pomyłek odsłaniają głęboką prawdę o nas samych. Czy tak jest w istocie, czy nie – to inna sprawa. Faktem jest jednak, że patologie zdarzają się nie tylko w życiu codziennym, ale również w edukacji – poczynając od przedszkola, na uniwersytecie kończąc.
Chciałbym się przyjrzeć uniwersytetowi, ponieważ z tą instytucją jestem związany od 1975 roku i nie tylko z zaciekawieniem obserwuję zachodzące w niej zmiany, ale w nich uczestniczę. Jednak nie mam zamiaru kreślić historii szkolnictwa wyższego – od połowy lat 70. do dzisiaj. Chciałbym tu przybliżyć wyniki interesujących badań, dotyczących pewnego fragmentu życia polskiej akademii, choć nie ograniczające się do Polski. Zostały opublikowane w solidnej monografii naukowej, która, choć dotyka sprawy sprzed lat, żywo wtedy komentowanej w mediach, jej konsekwencje są odczuwalne jeszcze dzisiaj i zapewne pozostaną z nami na przyszłe dziesięciolecia. Jej poznanie w wielu punktach powinno zmienić postrzeganie III RP, lansowane od początku jej powstania, zwłaszcza przez niektórych intelektualistów katolickich (bp Józef Życiński, o. Maciej Zięba) i media prawicowe (słynna seria Resortowe dzieci wznawiana jako nieomylne źródło wiedzy), że głównymi beneficjentami zmiany systemu politycznego byli członkowie komunistycznej nomenklatury.
Prawda okazuje się bardziej złożona, gdyż z luk prawnych, stworzonych przez formację lewicową, korzystali z ochotą również gorliwi katolicy, w tym księża.

Zacznę od tego, że nie miałem pojęcia ani o książce, ani o opisanym w niej zjawisku turystyki habilitacyjnej, uprawianej przez 10 lat w latach 2005 – 2015 przez polskich „uczonych” (cudzysłów wyjaśni się niebawem). W tym czasie upragniony tytuł dr hab. a nawet prof. uzyskało na Słowacji blisko 300 adeptów różnych dyscyplin. W rozmowie na zupełnie inny temat znajomy profesor historii zadał mi niewinne pytanie: „Czytałeś książkę znakomitego pedagoga Bogusława Śliwerskiego Turystyka habilitacyjna Polaków na Słowację w latach 2005-2016[1]. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie tylko nie czytałem, ale o książce nie słyszałem, „Skoro nie czytałeś, zrób to jak najprędzej, jeśli chcesz rozumieć, co się wtedy działo w polskim szkolnictwie wyższym”. Sugerował też, bym nie poprzestał na lekturze, ale podzielił z innymi wrażeniami z lektury.
Na usprawiedliwienie miałem tylko to, że nie jestem pedagogiem i nie śledzę publikacji z tej dziedziny. Okazało się jednak, że książka nie dotyczy tylko pedagogów i pedagogiki, ale obejmuje znacznie szerszy krąg tematyczny. Kolega dodał, że jest skandalem, że tak wielu ludzi uzyskało tytuły naukowe w tak osobliwy sposób, i do tego wielu z nich pełni odpowiedzialne funkcje na polskich uczelniach.
Wprawdzie nic nie wiedziałem o kwitnących ośrodkach akademickich na Słowacji, zwłaszcza jeśli chodzi o teologię i religioznawstwo, to akurat aspekt turystyki habilitacyjnej mnie zaciekawił. Główne kierunki/specjalizacje były to pedagogika i tajemniczo brzmiąca w polskim kontekście „praca socjalna”. Ale nie zabrakło teologów, tym bardziej że absolutnymi rekordzistami promującymi się na Słowacji byli wykładowcy z dwóch głównych polskich uczelni katolickich: Uniwersytetu Papieskiego JPII z Krakowa (16 habilitantów) i KUL-u (15 habilitantów), kolejne powyżej 10 habilitantów to Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach (13), Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie (12), Uniwersytet Rzeszowski i Uniwersytet Śląski w Katowicach po 10 habilitowanych. Lista jest dość długa, mniej habilitantów ze Słowacji znalazło się w szkołach niepublicznych, których listę Autor również zamieszcza (wszystko na ss. 85-87).
Dla wielu czytelników ciekawa będzie lektura ostatniego, najdłuższego aneksu zawierającego nazwiska, specjalizację i miejsce uzyskania tytułu naukowego, oraz (gdzie to udało się ustalić) tytuł pracy, która stała się podstawą promocji. Wśród nich znanych jest mi kilka nazwisk osób rozpoznawalnych w przestrzeni publicznej. Dodajmy, że znalazły się tam na podstawie danych zmieszczonych w OPI (Ośrodka Przetwarzania Informacji), a więc w podstawowym źródle informacji dla osób legitymizujących się stopniem naukowym (ss. 229-241).
To suche dane, z którymi nie można dyskutować, jednak warto zajrzeć za kulisy i postawić kilka podstawowych pytań. Dlaczego w ogóle doszło do takiego procederu, kto go umożliwił i kto tolerował? Odpowiedzi są proste – to działania urzędników państwowych, a ściślej ministerstwa szkolnictwa wyższego, które w roku 2005 podpisało stosowną umowę bilateralną. Następnie, mimo ponawianych krytycznych uwag autorytetów naukowych, coraz liczniejszych doniesień medialnych, a nawet interpelacji poselskich nic z turystyką habilitacyjną nie zrobiono. Dopiero po 10 latach minister Gowin podjął stosowną decyzję i wstydliwą turystykę zablokował.
Lektura książki Turystyka habilitacyjna otwiera oczy i pozwala poznać mechanizmy wyjaśniające, jak to się stało. Poniżej kilka uwag niespecjalisty, aczkolwiek człowieka żywo zainteresowanego kondycją polskiej nauki, a zwłaszcza teologii, której status naukowy wcale nie jest oczywisty (jak wiadomo, teologia zajmuje się Bogiem, którego istnienie nie przestaje nurtować badaczy, więc i status zajmującej się nim nauki nie dla wszystkich jest oczywisty). Pomijam fakt, że ostatni ministrowie rządu PiS dowartościowali w sposób nadzwyczajny nie tylko teologię, ale i czasopisma wydawane przez ośrodki katolickie.
Może, zanim będzie o sprawie, warto słów kilka poświęcić Autorowi, pedagogowi Bogusławowi Śliwerskiemu, a zwłaszcza jego dorobkowi naukowemu i przyczynom, dla których zajął się tematem. Chciałbym zastrzec, że nie będę wchodził bezpośrednio w zakres jego zainteresowań zawodowych; nie jest to moja dziedzina.
Profesor Bogusław Śliwerski jest autorem kilkudziesięciu książek z zakresu pedagogiki; w uznaniu swoich osiągnięć naukowych i dydaktycznych otrzymał cztery doktoraty honorowe. Zwróćmy uwagę na te pozycje, które mają bezpośredni związek z interesującym nas tematem. A więc książka poświęcona radom szkolnym, która w zamyśle jest podręcznikiem dla samorządowców[2], trzytomowy zbiorowy podręcznik akademicki Pedagogika, w którym znalazły się teksty czołowych przedstawicieli tej dyscypliny z różnych krajów europejskich (Anglii, Czech, Finlandii, Niemiec, Polski, Włoch, Szwajcarii)[3]. W czasie pracy nad Turystyką habilitacyjną prof. Śliwerski wydał książkę analizującą wpływ centralizacji edukacji na jakość kształcenia[4]. Najnowsza zaś jego książka, opublikowana dwa lat po Turystyce… dotyczy ideologicznych przesłanek, stojących za prawicowymi reformami edukacyjnymi[5].
Wspominam o tych publikacjach, by uświadomić Czytelnikowi, że mamy do czynienia z dorobkiem wyjątkowym i głęboko osadzonym w przemianach zachodzących w naszym kraju – nie tylko kulturowych, ale wręcz cywilizacyjnych. Ważnym dopełnieniem działalności naukowej Bogusława Śliwerskiego jest prowadzony przez niego blog, który często jest poligonem doświadczalnym późniejszych publikacji. Krytyczne uwagi, pomieszczone w interesującej nas książce, mają więc na celu przede wszystkim troskę o standardy naukowe i zdrowie moralne środowiska akademickiego. Warto też dodać, że w swoich publicystycznych wystąpieniach Śliwerski zajmował się również problemem plagi plagiatów, co nie wszystkim się spodobało, do tego stopnia, że został oskarżony o popełnianie autoplagiatów. Z tych zarzutów został przez stosowne komisje oczyszczony. Marginalnie tylko wspomnę, że podobne zarzuty kierowano pod adresem Zygmunta Baumana, który je po prostu taktownie przemilczał.
Nie jest to książka typowa dla akademickiego pisarstwa prof. Śliwerskiego; łączy jednak znaną solidność w omawianiu tematu ze świadectwem uczestnika opisywanych wydarzeń. Najważniejszym wymiarem Turystyki habilitacyjnej jest troska o jakość nauki; zwłaszcza bliskiej sercu Profesora pedagogiki; innymi dziedzinami zajmuje się okazjonalnie. Z tej troski zrodziła się potrzeba, wręcz konieczność udokumentowania praktyk, które w poważnym stopniu nadwerężyły autorytet nauki zarówno w Polsce, jak i na Słowacji.
Nie czuję się kompetentny w zakresie pedagogiki; moją uwagę zwróciło to, że drugą po pedagogach grupą, która, korzystając z luki prawnej, podwyższała swój naukowy status, byli teologowie. Jedną z głównych postaci pośredniczących w tym procederze był polski ksiądz katolicki związany z KUL-em, ks. prof. Tadeusz Zasępa (1946-2016). To on udrożniał „szlak turystyczny” dla polskich księży.
Wymieniam tylko jedno nazwisko zmarłego księdza, bo nie chodzi o szukanie taniej sensacji; raczej o wskazanie na fakt, że znalazło się tylu chętnych, by skorzystać z awansu naukowego „na skróty”, bez dopełnienia (w większość przypadków) elementarnych wymogów naukowych. Tylko tytułem przykładu wspomnę o szczególnym przypadku ks. Jana Zimnego, nauczyciela akademickiego z KUL, który „3 kwietnia 2006 r. obronił pracę doktorska na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Katolickiego w Rużomberku, dwa miesiące później habilitował się na tej samej jednostce z pedagogiki, o czym informuje także w bazie OPI” (s. 115). Dochodziło przy tym nierzadko do naruszania i tak liberalnych przepisów, a łapówki wcale nie były czymś wyjątkowym. Zdarzały się też przelewy na konta, nad którymi uczelnie nie miały żadnej kontroli. System doboru recenzentów też nie był do końca przejrzysty — oto przykłady tylko niektórych nadużyć, a ich lista jest znacznie dłuższa.
Jak to się stało, że szanowny Autor wielu monografii poświęconych pedagogice podjął temat z pogranicza kryminologii i stosunków międzynarodowych? Odpowiedzią jest wstęp, w którym Bogusław Śliwerski pisze:
Od 2002 r. uczestniczę w akredytacji uczelni akademickich i wyższych szkół zawodowych, dzięki czemu miałem możliwość przyjrzeć się ich funkcjonowaniu z bliska, a także dokonać wstępnej oceny ich działalności” (s. 15).
Z tej pozycji zdecydował się podjąć temat, którego opracowanie zajęło mu osiem lat! Była to praca przypominająca sprzątanie stajni Augiasza; tym trudniejsza, że ci, którzy stali u źródeł bałaganu, jak i ci, którzy z niego ochoczo korzystali, nie dostrzegali żadnego powodu, by ten stan zmienić. Wprost przeciwnie, robili wszystko, by go utrzymać. Wiadomo, kleszcze lubią wilgoć i ciemność. A mówiąc wprost, byli jako żywo zainteresowani utrzymaniem sytuacji moralnej anomii.
Działalność akredytacyjna to ocena wiarygodności uczelni wyższych do nadawania stopni naukowych. W związku z pełnioną funkcją profesor Śliwerski w roku 2008 został powiadomiony o „zaskakującej fali awansów naukowych niektórych nauczycieli akademickich, którzy na Słowacji uzyskiwali habilitację z pracy socjalnej jako rzekomo tożsamej z polskimi dyscyplinami naukowymi – pedagogiką lub socjologią” (s. 16). Co więcej, został zaproszony przez dziekana Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Katolickiego w Rużomberku do weryfikacji składanych tam wniosków o habilitację. To był początek osobliwego doświadczenia poznawczego.
„Nie wierzyłem – pisze Autor – że katolicka uczelnia może być środowiskiem anomii moralnej” (s. 17). A jednak ta uczelnia, którą w latach 2008-2014 kierował ks. Tadeusz Zasępa, okazała się wyjątkowo nieczuła na moralny aspekt awansów, które na niej przeprowadzano; ich liczba osiągnęła 98 (87 habilitacji i 11 profesur). Gdy wokół Rużomberoka zrobił się medialny szum kandydaci do awansów naukowych z Polski „skierowali się” na inne uczelnie Słowacji.
Rozpiętość dyscyplinarna uzyskiwanych tytułów naukowych była doprawdy imponująca (łącznie 39 kierunków kształcenia). Jednak szczególnym wzięciem cieszył się kierunek „praca socjalna”, z którego habilitowało się aż 52 doktorów reprezentujących różne dyscypliny, m.in. pedagogikę, psychologię, socjologię, a nawet teologię. Drugą z kolei dyscypliną naukową pod względem popularności była pedagogika (28 osób), a trzecią teologia (28 osób), którą wybierali przede wszystkim księża.
Autor ogranicza się do podania suchych danych, dostępnych w zasobach internetowych, które zostały rozpisane na lata; polskie uczelnie, z których rekrutowali się kandydaci do awansów naukowych, jak i uczelnie słowackie, które te awanse przeprowadzały. „Lata 2007-2015 należą do najbardziej owocnych dla Polaków, bowiem w tym czasie na wszystkich uczelniach Słowacji wypromowano łącznie 214 osób z Polski” (s. 88).
Jak wiadomo, nieodłącznym elementem procesu awansu naukowego są recenzenci. Autor wyróżnia spośród nich trzy grupy: „ci, którzy habilitowali się na Słowacji (38), usamodzielnieni w naszym kraju (51) oraz habilitowania w krajach b. ZSRR (dziewięć osób)” (s. 122). Nie tylko recenzenci są ciekawą grupą; równie interesujący jest portret zbiorowy pretendentów do szybkiego awansu naukowego. Jego analizę pozostawiam dociekliwym Czytelnikom.
Najważniejszym wnioskiem, a raczej pytaniem płynącym z tych nagannych praktyk, w których zarówno dobór recenzentów był problematyczny, jak i motywacje kandydatów budziły poważne wątpliwości, jest: jak można godzić anomię moralną z etosem nauczyciela akademickiego? I to pytanie nie może pozostać bez odpowiedzi, zwłaszcza ze strony stosownych gremiów akademickich w Polsce jak, chociażby Rady Doskonałości Naukowej. Ważny jest wniosek końcowy analizy praktykowanej z takim zapałem turystyki habilitacyjnej: „Ich powrót do kraju ze słowackim dyplomem habilitacyjnym z pedagogiki czy pracy socjalnej stał się czynnikiem demoralizującym dla części środowiska, podatnego, niestety, na »łatwą« i »szybką« drogę możliwego awansu” (s. 135). Nic dodać, nic ująć.
Pozostaje jeszcze ustalenie, dlaczego w ogóle doszło do tej gorszącej praktyki, która rzuca cień na życie akademickie zarówno w Polsce, jak i na Słowacji. Słabą pociechą jest fakt, że samo źródło demoralizacji pojawiło się poza środowiskiem naukowym. Jego siłą sprawczą było lobby działające w ścisłym kontakcie z rządzącą wówczas lewicą. To właśnie tam stworzono lukę prawną po to, „by można było habilitować »swoich«, krewnych i znajomych, a następnie osadzić ich na intratnych stanowiskach w polskich szkołach wyższych” (s. 149). Według Autora: „trudno dociec powodu decyzji – podjętej przez rządzącą w 2005 r. postsocjalistyczną lewicę – o stworzeniu szczególnej ścieżki dostępu do akademickiej godności” (s. 159). Sprawę niewątpliwie komplikuje znaczny udział w tym procederze księży katolickich, których doprawdy nie sposób zaliczyć do „postsocjalistycznej lewicy”.
W zakończeniu skrupulatnego i solidnie udokumentowanego studium turystyki habilitacyjnej Autor pisze, że jej „skutki już są widoczne, a będą jeszcze bardziej odczuwane za kilka lat. Wówczas będzie można sięgnąć do źródeł, by odpowiedzieć sobie na pytanie: Po co im to było? Komu i czemu służyło?” (s. 161).
Pozostawiając to pytanie przyszłym badaczom fenomenu ‘turystyki habilitacyjnej’, chciałbym na koniec podzielić się trzema refleksjami natury ogólnej. Przede wszystkim należy wyrazić wdzięczność profesorowi Bogusławowi Śliwerskiemu, który w trosce o jakość swej dyscypliny naukowej zrobił tak wiele, by uczulić zarówno własne środowisko, jak i politycznych decydentów, aby ukrócić proceder łatwego zdobywania awansów naukowych i zlikwidować ognisko anomii moralnej. Za stworzenie ram prawnych umożliwiających tę naganną praktykę nikt nie został napiętnowany ani pociągnięty do odpowiedzialności. Dotyczy to również tych, którzy, choć byli o patologicznych praktykach informowani na bieżąco, nie zrobili nic, by je zakończyć. Nie trzeba dodawać, że sama książka, jak i proces jej pisania nie przysporzył Autorowi przyjaciół; wprost przeciwnie, musiał się mierzyć z wrogością, a nawet atakami ludzi żywo zainteresowanych utrzymaniem tego stanu rzeczy.
Po drugie i jest to najważniejszy wymiar omawianego zjawiska, należy wyjaśnić, jak to się stało, że ramy anomii moralnej stworzonej przez postkomunistyczny rząd zostały tak ochoczo wykorzystane nie tylko przez „zaprzyjaźnionych przez lobbującą grupę” aspirantów do szybkich awansów naukowych, ale również przez wielu księży katolickich. Co więcej, to właśnie jeden z nich, wykorzystując pozycję rektora w Rużomberku, skutecznie udrożnił szlaki tej turystki. I po trzecie, w związku z punktem pierwszym i drugim: czy nie należałoby przeprowadzić równie skrupulatnej analizy w kwestii wątku teologicznego. Wiadomo przecież, że to właśnie zgłębianie wiedzy teologicznej stanowi domenę jednej z najbardziej wpływowych instytucji życia publicznego w Polsce po 1989 roku. Być może diagnoza kondycji tej dyscypliny naukowej odsłoniłaby mniej znany wymiar źródeł kryzysu, z jakim mierzy się teraz Kościół katolicki w Polsce.
Przypisy:
Bogusław Śliwerski Turystyka habilitacyjna Polaków na Słowację w latach 2005-2016, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2018. (cytaty w tekście właśnie z tej książki z podaniem nr stron). ↑
Rada szkoły. Rada oświatowa. Przewodnik dla samorządowych władz oświatowych, dyrektorów szkół, nauczycieli, rodziców i uczniów, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2002. ↑
Pedagogika. tom 1 Podstawy nauk o wychowaniu, tom 2 Pedagogika wobec edukacji, polityki oświatowej i badań naukowych, tom 3 Subdyscypliny wiedzy pedagogicznej, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2006. ↑
Diagnoza uspołecznienia publicznego szkolnictwa III RP w gorsecie centralizmu, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2013. ↑
(Kontr-)rewolucja oświatowa. Studium z polityki prawicowych reform edukacyjnych, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2020. ↑


oto kolejna odsłona państwa z dykty i papieru; ***, dupa i kamieni kupa.
lecz któż to, kto, był ministrem od nauki i szkolnictwa wyższego w tych latach ? podaję za wiki:
Michał Seweryński (PiS), od 5 maja 2006 do 16 listopada 2007
Barbara Kudrycka (PO), od 16 listopada 2007 do 27 listopada 2013
Lena Kolarska-Bobińska (PO), od 27 listopada 2013 do 15 listopada 2015
Jarosław Gowin (Porozumienie), od 16 listopada 2015 do 8 kwietnia 2020
Amen.
A cóż winny minister, że zrobił w tytuł filister.
O matko, przecie świat akademicki powinien trzaść się w posadach i na posadach. Jakim cudem Autor wcześniej nie słyszał o tej książce, jakim cudem większość z nas, czytających ten tekst, słyszy o niej pierwszy raz? Książka wydana w 2018! Zajrzałem kto o tej książce pisał i znalazłem jedną (b. kiepską) recenzję na stronie „Forum Akademickie” . Innymi słowy ksiażka wpadła w studnię. Czy ten świetny tekst w SO może to zmienić? Szczerze wątpię.
Godzi się w tym kontekście przywołać łacińska sentencję gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo, sic homo doctus fit non vi, sed saepe studendo (tłumaczenie dla chętnych dostępne wszędzie). Jednak książka, jedeno omówienie oczywiście wiosny nie czynią, ale być może do tych nielicznych do których trafią zaczną proces myślenia, a obdarowanych turystycznymi tytułami może zawstydzą, a potencjalnych kandydatów dorgi na skróty zachęcą do wiekszej ostrożności.
Wspaniały tekst!
Przyszło mi do głowy, że w czasach gwałtownych zmian ci, którzy tkwią w skostniałych strukturach społecznych i państwowych i decydując się na drogę na skróty kierują się racjonalnymi przesłankami. Przyczyna leży tam, gdzie wskazała ją pani Magdalena Ostrowska we wpisie poniżej. Najpierw wyremontujmy wspólny dom, naprawmy wszystkie instalacje i pomalujmy go, a potem wymagajmy od jego mieszkańców żeby na powrót zaczęli używać sedesu, bo jest już na powrót drożny. Tymczasem nasi drodzy rodacy po raz kolejny już wybrali do władzy ludzi, którzy pokrzykując dziarsko o remoncie domu i jego nowej, błyszczącej fasadzie, zaczęli lokować ludzi w wielce swojskiej kurnej chacie, naprędce odbudowywanej ze stuletniej ruinki. Najwyraźniej imuls tej odważnej decyzji nadało wstąpienie do Unii Europejskiej i śmierć ukochanego przywódcy duchowego. Ku uciesze gawiedzi odbudowano też ostatnio sławojki i lud nareszcie nie musi biegać, za przeproszeniem, w krzaki. Także te habilitowane. Jednym słowem, gdzie nie spojrzysz tam dobra zmiana.
W zainfekowanych “turystyką habilitacyjną” uczelniach dla uczciwie awansujących trzeba będzie chyba wprrowadzić nowy tytuł naukowy – doktora rehabilitowanego.
Jeśli chodzi o akademicki status teologii, najsensowniej byłoby tu stosować anglosaskie kryterium,
sytuujące ją w obrębie liberal arts – w odróżnieniu od dyscyplin naukowych, t.j. empirycznie bądź racjonalnie/logicznie dowodliwych.
Co oczywiście nie zwalnia od rzetelności intelektualnych poszukiwań i wniosków.
W zainfekowanych “turystyką habilitacyjną” uczelniach dla uczciwie awansujących trzeba będzie chyba wprrowadzić nowy tytuł naukowy – doktora zrehabilitowanego.
Jeśli chodzi o akademicki status teologii, to należałoby tu zastosować anglosaskie kryterium, sytuujące ją w obrębie tzw. liberal arts – w odróżnieniu od dyscyplin stricte naukowych, t.j. empirycznie bądź racjonalnie/logicznie dowodliwych. Co oczywiście nikogo nie zwalnia z rzetelności intelektualnych poszukiwań.
Kiedy wiele lat temu uczestniczyłem w konferencjach naukowych zauważyłem, że uczestników można by podzielić na kilka kategorii: zaciekawieni, zaciekawieni i kompetentni, kompetentni, pracujący dla siebie, pracujący i dla siebie i dla innych. Przy czym pierwsze trzy kategorie występują także w ramach dwóch ostatnich. Ale najprawdopodobniej po konferencyjnych korytarzach przemykają także zdobywcy karier, swoich i cudzych.
Może z tytułami jest podobnie, że takie same a jednak różne. Na przykład moja habilitacja jest tak urocza, że im dłużej jej się przyglądam tym bardziej mi się podoba. Podobnie jak z Misiem Puchatkiem, im głębiej zaglądał do środka tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Jeżeli jednak z innymi jest inaczej, to moje uprzejme kondolencje.
WUML nie został wymyślony bez przyczyny. Spełniał istotną funkcję i zaspokajał istotną potrzebę. Ta potrzeba nie zniknęła po zmianie ustroju. Można powiedzieć, ze walka o stołki nasila się w miarę zasiedlania stołków. Przepraszam za plagiat. A poza tym, po lekturze tekstu chciałbym zapytać nie „dlaczego tak wielu” ale raczej „jakim cudem tak niewielu” poszło tą drogą. Moim zdaniem prawdziwy powód do alarmu byłby, gdyby liczby były dziesięć albo sto razy wyższe. A na koniec: po co komu Słowacja, jeśli na miejscu jest WUML w Toruniu oraz wydziały teologii w kraju? Podejrzewam, ze pod rządami pana Czarnka będą miały pełne ręce roboty. Stosowne i jakże potrzebne kadry będą wyprodukowane w kraju. Masowa produkcja Czarnków i Obajtków to będzie ciekawy problem dla przyszłych badaczy.
Ksiądz i sekretarz w jednym stali domku.
Ksiądz i sekretarz w jednym stali domu,
Księżulo na górze, sekretarz na dole
najdziksze tu razem czynili swawole,
I z tej opowiastki się morał wyskrobie,
że jak Kuba Bogu tak i Bóg Tobie.
Media dopisują ciąg dalszy, np 22 03 2021, ciekawy reportaż red. Marcina Wójcika, „W Wydawnictwie Sióstr Loretanek poprawiałam księżom plagiaty”, pojawiają się w nim odniesienia do opisywanej przez prof. Sliwierskiego turystyki habilitacyjnej.
Zainteresowałem się.