Bogdan Miś: Upusty żółci (kwiecień)62 min czytania

()

01.04.2021

30.04

Z obrzydzeniem patrzę na to, co „tymy ręcamy” niejakiej Kani wyprawia Obajtek (a raczej ktoś nim sterujący) z przejętą niedawno prasą lokalną. Gdy Orlen kupił Polska Presse – słyszeliśmy zapewnienia, że o narzucaniu jakichś dyrektyw i ograniczaniu swobód prasy mowy nie będzie. W dodatku sąd nakazał Orlenowi wstrzymanie się z jakimkolwiek wykonywaniem „działań właścicielskich”.

A tu bęc – i czterech naczelnych lokalnych gazet leci na zieloną trawkę…

Orlen powiada, że decyzja sądu jest bezprzedmiotowa, bo już fakt nabycia PP zaistniał, więc o co chodzi; zwłaszcza że „mamy opinie międzynarodowej klasy prawników w tej sprawie”. A pani Kania w ogóle nic nie mówi, tylko złapała swoją ścierkę i czyści.

Co do tych prawników, to mam taką uwagę: mając do dyspozycji taką kasę, jaką ma Obajtek – można uzyskać opinię prawników klasy nawet międzyplanetarnej i zażądać na tej podstawie – powiedzmy – alimentów od Matki Boskiej dla Karola Marksa. A co do tego, że wszyscy z tamtej strony robią teraz zupełnie co innego niż to, co obiecywali jeszcze kilkanaście dni temu – a czy ktoś się spodziewał, że oni kiedykolwiek postąpią inaczej, że dotrzymają słowa?

Wróć. Odpowiedź na ostatnie retoryczne pytanie jest jednak twierdząca. Lewica przecież tak właśnie założyła, zawierając z mafią wiadomy układ.

Cóż, niektórym nauka trudno wchodzi do głowy. „Mają oczy, lecz nie widzą; mają uszy, lecz nie słyszą” – kto to mówił?

Zmieniając temat. Wielce sympatyczny i mądry prof. Matczak zamieścił w sobotnim wydaniu „Wyborczej” wielce zgrabny eseik o sklejaniu filiżanki, w którym – bardzo szlachetnie – namawia nas, byśmy raczej wzięli się za naprawę tego, co zostało w naszym życiu społecznym zniszczone, niż myśleli o karaniu psuja.

Szlachetnie. Bardzo szlachetnie. I wytwornie.

Ale już się chyba nie da. Powiedzmy bowiem, że tę zbitą filiżankę artystycznie skleimy i nawet – jak sugeruje profesor – wypełnimy skleiny złotem. Jakoś nie mam wątpliwości, że za kilka dni przyjdzie Kania ze ścierą i nie tylko to znowu potłucze, ale złoto zeskrobie i schowa, a na dodatek dołoży nam kopa do ryja.

Więc z tym sklejaniem, panie profesorze, proszę na mnie nie liczyć.

Tyle słów żółci na piątek dzisiejszy.

PS. Przebieram nogami z niecierpliwości – co też władczynie Strajku Kobiet wymyśliły jako retorsję za „pakt Lewica–PiS”? Dziś chyba upływa termin prolongowanego ultimatum, czy może nie zrozumiałem zapowiedzi i coś dalej przesuniemy?

29.04

Pamiętacie okres sprzed kilkudziesięciu lat, gdy pojawiło się ostre napięcie w stosunkach chińsko–amerykańskich? Chińczycy wtedy ogłosili pod adresem USA „poważne ostrzeżenie”. I świat zamarł. Gdy ogłosili drugie – trochę odetchnęliśmy, zaczęło pachnieć blefem. Gdy ogłosili „357 poważne ostrzeżenie” świat się już tylko śmiał…

Jeszcze jedno: była taka tradycja w polskiej kawalerii niegdyś, że szabla wyciągnięta z pochwy musiała wrócić na miejsce zakrwawiona. Jeśli oficer wyciągnął ją w celach najzupełniej pokojowych, na przykład, by komuś tylko pokazać jej urodę – musiał tą szablą skaleczyć własną rękę; inaczej było niehonorowo.

Te dwie anegdotki dedykuje pani Marii Lempart i Strajkowi Kobiet. Ich ultimatum pod adresem Lewicy samo w sobie było dość zabawne; bo niby w jaki sposób SK miałby zareagować na jego niewypełnienie? Rzucać działaczom w okna kamienie? Opluć ich publicznie i dosłownie? Ujawnić kochanki/kochanków?

Wielce szanowne panie: sądzę, że rozumiecie, że po czymś takim przestałybyście istnieć w sferze publicznej. Cała wasza moc sprawcza poszłaby bujać się na drzewie. Wybrałyście więc – najwyraźniej rozumiejąc sytuację – metodę Chińskiej Republiki Ludowej: prolongowałyście ultimatum.

Młode jesteście. Warto czytać stare gazety. Nawet z tych komuszych da się wyciągnąć jakąś wiedzę.

A w ogóle to tego Strajku Kobiet mi szkoda. Ruch eksplodował wspaniałym wybuchem energii społecznej. Przez moment pojawiła się szansa, że kobiety coś zmienią na lepsze.

Nie zmienią. A w każdym razie nie gromkim pohukiwaniem ani powoływaniem jakichś ciał doradczych i eksperckich, o których nikt już nie pamięta.

Druga wiadomość dzisiaj jest lepsza. Miasto Kraśnik raczkiem wycofało się ze swojej słynnej ustawy „antyLGBT”. Uchwała z 2019 roku została uchylona stosunkiem głosów 9:6 przy 4 wstrzymujących się. Na turbokatolickiej prawicy rozpacz straszna: sprzedali się „za eurosrebrniki”…

Trzecia wiadomość: Andrzej Sośnierz opuścił klub PiS, aby tworzyć nowe koło poselskie; wspólnie z Agnieszką Ścigaj i Pawłem Szramką.

Jak to miło, że nie wszyscy mają w głowie wyłącznie kapustę. Jaka szkoda, że tych bez kapusty jest wciąż tak mało. Jak przykro, że niektórzy – by zmądrzeć – muszą dostać kopa w sempiternę.

Najskuteczniej nadal od swoich. I to mi się trochę nie podoba.

28.04

Nadal tematem dnia pozostaje wczorajsza decyzja o stanowisku Lewicy w sprawie głosowania nad losami Funduszu Odbudowy.

Dziś głównie irytacje, ale o różnym nasileniu i jednej towarzyszy pewne rozbawienie.

Uczciwie mówię, że mam z tym ogromny kłopot. Z jednej strony – chodzi o pieniądze nie tylko dla Polski, ale dla całej Europy; jeśli zostaną zablokowane, chociaż w części z powodu naszego kraju – przerobią nas w Unii na makaron. Pomijam już fakt, że taka decyzja pozbawiłaby nas całkiem poważnej sumy.

Z drugiej strony pan Morawiecki tylekroć rozminął się w swych działaniach i enuncjacjach z prawdą, że wiara w jego zapewnienia o dotrzymaniu umowy wydaje się mocno naiwna.

Jeśli zaś jej nie dotrzyma, to żelazny elektorat PiS–u potrafi to sobie (jak zawsze) wytłumaczyć i „kiwnięcie komuchów” zaakceptuje z radością. PiS–owi to nie zaszkodzi, zaś kontrahenci wyjdą trwale na idiotów.
Dodajmy trzecią stronę: uzgodnione warunki są dla mnie mocno niewystarczające. Ani słowa nie powiedziano o żadnych kwestiach ideowych. Nic o rezygnacji z zapowiedzianego wypisania się z Konwencji Stambulskiej na przykład. Nic o wzroście nakładów na służbę zdrowia (poza tymi szpitalami powiatowymi, ale to mało). Nic o zaprzestaniu majdrowania przy nauce polskiej. A można było.

W sumie – bez złości i gniewu, bo one w polityce są na ogół bez sensu: potwierdzam: jestem przeciwnikiem tej umowy. Może to pięknoduchostwo, ale głęboko wierzę, że pieniądze – to nie wszystko, co się liczy.

Drugi temat dziś – to afera z p. Banasiem i sekowaniem jego rodziny. Zbieżność ataku służb na jego syna z niedawnym oświadczeniem NIK o roli Morawieckiego w zmarnowaniu milionów na nieodbyte wybory i zagrażającym mu Trybunale Stanu – już na pierwszy rzut oka nie jest przypadkowa. Myślę, że możemy się teraz spodziewać różnych ciekawostek z drugiej strony; Banaś nie wygląda na takiego, który odpuści i stuli uszy.

No i trzeci temat – decyzja tzw. Trybunału Konstytucyjnego pani Julii, który obradował pod przewodnictwem p. Pawłowiczówny nad pierwszeństwem prawa unijnego nad krajowym albo odwrotnie. Nie spodziewałem się tego, co się stało: odroczono rozprawę do 13 maja. Przewodnicząca składu orzekającego zabełkotała się przy tym niemal kompletnie – z początku nie chciała odroczyć, potem powiedziała, że zdecyduje po przerwie, wreszcie ogłosiła…
No i dała TSUE ostatnią chyba szansę nadążenia z uznaniem tzw. Izby Dyscyplinarnej za całkowicie nielegalną i uczynienia tym samym rozprawy bezprzedmiotową. Czy Europa się na to zdecyduje? Oby. Ale jeśli nie, to z góry powiem: nie rozumiem tej gry.

27.04

Nic nowego dziś nie powiem, choć nadziało się sporo. Ale przejrzałem, co ludzie mówią i widzę, że w większości to jest to samo, co ja miałbym do powiedzenia. Więc będzie krótko i węzłowato. W gruncie rzeczy dla porządku.
Po pierwsze, jestem głęboko rozczarowany stanowiskiem i sposobem postępowania lewicy. Z prawicą nie wolno w ogóle rozmawiać, między innymi dlatego, że kłamią bez przerwy i wyczyniają rzeczy haniebne. A już rozmowy nietransparentne, na osobności – są w całości nie do przyjęcia. Była łatwa okazja do podzielenia rządzących na walczące ze sobą frakcje – nie skorzystano. Rozmawiali. Zrobili jakiś deal.

Osobiście daję państwu łaskawie czas do zmiany zdania. Macie jeszcze szanse zagłosować przeciw prawicy, gdy faktycznie nadejdzie czas na formalną decyzję. Ale jeśli tego nie zrobicie, to odliczcie sobie jednego wyborcę; mnie mianowicie.

Druga sprawa to nieprawomocny wyrok sądu w sprawie Babci Kasi. Wyrok wspaniały, słowa sędzi trafione w sedno. Ale namawiam, żeby pójść za ciosem, jest piękna okazja.

Konieczny jest pozew cywilny przeciw tym trzem policjantom; mam nadzieję, że znajdzie się kancelaria adwokacka, która taki pozew wniesie w imieniu p. Katarzyny pro bono.

Po prostu – wystawili się na widelec. Bardzo proszę wepchnąć im ten widelec gdzie trzeba. Tu nie chodzi bowiem tylko o nich; chodzi o przykład i danie reszcie do zrozumienia, że wykonując nielegalne rozkazy – ryzykują, i to zdrowo.
Jak coś nie wchodzi samo do głowy – mawiała moja babcia – to należy spróbować z drugiej strony. Na ogół działa.

26.04

Dzisiaj pora na kilka rzeczy może trochę weselszych. A w każdym razie śmiesznych.

Ludziska się podniecają pewnym wpisem na Twitterze. 24 kwietnia niezweryfikowane anglojęzyczne konto, rzekomo należące do Chińskiej Narodowej Administracji Kosmicznej (CNSA) zamieściło tweet, w którym czytamy niezbyt sprawnie przetłumaczone potem na polski oświadczenie:

Z wielką ceremonią ogłaszamy potwierdzenie istnienia inteligentnego życia!

Wybuchła światowa afera (raczej gównoburza, ale co się będę wyrażał). Prawda – nie prawda? Konto trollowskie, czy prawdziwe?

Panie, panowie, mam zamiar rozstrzygnąć ten dylemat autorytatywnie. Tak jest, to jest prawda.

Przynajmniej od momentu lotu Gagarina – co raz w Kosmosie się pojawia nowa inteligencja białkowa, sporo zaś jej przebywa ostatnio miesiącami na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. O ile oczywiście to, co istnieje na naszej planecie można nazwać inteligencją.

W czasopiśmie „Do rzeczy” ukazał się okładkowy (zatem uznany przez redakcję za ważny) tekst o knowaniach Billa Gatesa. W którym to tekście autor – niejaki Golonka – i proszę bez podśmichujków z nazwiska – porównuje swojego bohatera do Adolfa Hitlera i określa go jednocześnie jako lewaka. Oczywiście, celem Gatesa jest depopulacja Ziemi przy użyciu szczepionek antykowidowych i wszczepianych ludziom czipów. Gates i Soros to naturalnie jedna banda; na dodatek, Wielki Bill chce pozbawić ludzkość przyjemności z jedzenia mięsa. To tylko wybór z tez tej wiekopomnej rozprawy.

Nie wiem, czy pamiętacie taką pieśń, która chyba ze czterdzieści lat temu była dość popularna na świecie; nie pamiętam, kto to wykonywał, ale zaczynało się od wycia syren alarmowych, a potem męski podniecony głos informował, że już po niego jadą. Chodziło o karetkę pogotowia z psychiatryka.

A czasopismo mogłoby przestawić tylko dwie literki w swoim tytule i już bym nie miał powodu się czepiać. Nie sądzicie, że „Od rzeczy” byłoby tytułem adekwatnym?

Trzecia dość zabawna historia to komunikat końcowy po spotkaniu naszych Trzech Najważniejszych i W Trójcy Jedynych, czyli Kaczyńskiego, Ziobry i Gowina. Panowie otóż orzekli, że będą dalej rozmawiać. Kto by pomyślał?

W sumie – powracając do tego rzekomo chińskiego tweeta – chyba należy mieć wątpliwości co do tej inteligencji w Kosmosie. W każdym razie występuje ona silnie lokalnie, także na Ziemi.

Chciałem napisać: jeżeli w ogóle. Ale przecież czytelnicy niniejszego są dowodem, że jednak pewne enklawy istnieją.

No dobra: podlizuję się państwu.

25.04

Irytacja numer jeden: podobno antyszczepionkowcy nie ograniczają się już do pasywnego bojkotu szczepień. Teraz masowo zapisują się na szczepienie, rezerwują terminy – i celowo się nie zjawiają, w ten sposób dezorganizując cały proces. Zastanawiam się nad motywacją takiego – nie zawaham się tak powiedzieć, przestępczego – postępowania.

Ewidentnie nie chodzi tu o wynikającą z głębokiej ciemnoty „ochronę” siebie samego; oni chcą wpłynąć na innych, a za tym kryje się zawsze jakaś idea. W tym wypadku nie widzę możliwości, by wchodziło w rachubę cokolwiek poza przekonaniami religijnymi. Pewien biskup – zbrodniczy dureń – powiedział, że niektóre szczepionki są „niegodziwe” – i „dobrzy katolicy” rzucili się do obrony innych istot przed „grzechem”. Pewno to uważają za katechizację.

Najgorsze, że nie widzę na to rady. Może nieuzasadnione nieskorzystanie z rezerwacji szczepienia „pobłogosławić” wymierzoną przez Sanepid karą 30 000 złotych? Byłoby jednak mnóstwo kłopotów administracyjnych. Problem nie jest łatwy.

Zbliżona w wydźwięku historia No 2, to zjazd tysięcy motocyklistów – tym razem w koszmarnej bazylice w Licheniu, tym wszechświatowym pomniku kiczu i złego smaku. Oczywiście pobożni harleyowcy bez masek, bez przestrzegania odległości… A policja z miedzianym czołem oświadcza, że żadnego zagrożenia nie dostrzegła. Hipokryzja u nich, obrzydzenie u mnie.

À propos motocykli. Zginęła na treningu 15-letnia dziewczyna, aspirująca do sukcesów w „czarnym sporcie”. Pewno wielu powie, że jestem stary zgred, ale oświadczam, że zawodnicze uprawianie jakiekolwiek sportu, wiążącego się z zagrożeniem dla życia (a więc sportów motorowych, ale także np. sportów walki) – powinno być ściśle zakazane dla młodocianych. Żadnych zawodów juniorów, żadnych „młodzików”; tym bardziej że o ile cokolwiek rozumiem z otaczającego mnie świata, to za karierą takich mistrzów–gówniarzy z reguły stoją nadambitni i żądni ewentualnej kasy rodzice. Chcesz gnoju sławy sportowej – graj w szachy. Możesz też spróbować sił w Olimpiadzie Fizycznej, co zresztą radzę zrobić szybko, zanim Czarnek każe wam w ramach tej olimpiady mierzyć boskość aniołków i obliczać twardość ścinków paznokci Jana Pawła II przechowywanych jako relikwie.

Skoro zaś wróciliśmy do spraw boskich, to jedyna, która mnie w jakimś stopniu złośliwie ubawiła. Otóż w dzisiejszej „Kawie na ławie” jeden z uczestników puścił – niby mimochodkiem – że moderatorem i rozjemcą w toczącej się „rozmowie” między partiami Zjednoczonej Prawicy jest … ksiądz. No to mamy – wypisz wymaluj – Konwent Świętej Katarzyny, jeśli ktoś pamięta tę szopkę. Mam nadzieję, że obecna impreza skończy się tak samo. Tylko Kaczyński znacznie więcej narozrabiał niż niegdyś Krzaklewski, więc jego stosunkowo łagodne odejście w niebyt polityczny nie wchodzi w rachubę. „Nadejdzie jednak dzień zapłaty…” mówi popularna niegdyś pieśń.

24.04

Rozczulił mnie pan prezydent swoim wystąpieniem w sprawie klimatu. Z ogromną łaskawością raczył obniżyć udział węgla w Polsce w wytwarzaniu energii do 11% w roku 2040. Pomijam już to, że w roku 2040 mało kto będzie pamiętał o istnieniu pana prezydenta, ale debata klimatyczna dotyczyła daty o 10 lat wcześniejszej. Niderlandów (które zatem oferował rozmówcom pan prezydent) nikt nie kupi.

Poza oczywiście, uodpornionym na wiedzę i wszelkie argumenty racjonalne wyborcą PiS

10 lat w tę czy drugą stronę? A kogo to rusza, co nie?

Czarnek z kolei – konsekwentnie, jak widać, odmawiam dodawania do tego nazwiska jakichkolwiek dodatkowych określeń, bo Czarnek to byt sam w sobie i po prostu nie wiem co napisać, żeby to nie była obelga – Czarnek otóż nagrodził medalem Komisji Edukacji Narodowej tego dyrektora łódzkiej szkoły, który zakazał używania jakichkolwiek symboli politycznych i ukarał ucznia, mającego w tle ekranu laptopa piorun Strajku Kobiet. Ów dyrektor został przez władze Łodzi zawieszony, sprawa skierowana do komisji dyscyplinarnej – a Czarnek: łup, medal.

Kłopot to dla mnie pewien. W ciągu długiego życia nazbierało mi się trochę różnych blaszek do noszenia na piersi; większość z nich Wolna Polska natychmiast unieważniła, tak że już nie mógłbym udawać radzieckiego generała, gdybym nawet przywdział (nie)stosowny mundur. Wśród paru nadal ważnych (choć właściwie, to nie wiem – wszystkie mają w legitymacjach bardzo niemodne dziś podpisy…) jest też ów medal KEN, który dostałem za popularyzację nauki. I pierwszy odruch był: odesłać to Czarnkowi. Ale drugi był refleksją: a niby dlaczego? Wszak on spaskudził tylko ten egzemplarz, pod którego legitymacją się podpisał. To ten nagrodzony pan dyrektor nie ma prawdziwego medalu, nie ja.

Pies z nimi obydwoma zresztą tańcował, z całym szacunkiem i sympatią do wszelkich psów.

Tyle na dziś.

23.04

Oczywiście dziś temat dnia, to rozwój sytuacji w sprawie sędziego Tulei.

Tzw. Izba Dyscyplinarna SN (nieuznawana) w składzie jednoosobowym niespodziewanie nie wyraziła zgody na zatrzymanie sędziego i doprowadzenie go siłą do prokuratury. Kluczowe w tej sprawie jest uznanie, że sędzia nie popełnił żadnego przestępstwa ujawniając w swoim czasie zeznania świadków, które pokazały, że prawica świadomie fałszowała przebieg obrad Sejmu. Nie popełnił, bo gospodarzem procesu jest sąd, a nie prokurator – i to sąd decyduje o jawności bądź tajemnicy jego przebiegu.

Zaskoczenie było jednak spore i teraz wiele osób snuje rozmaite hipotezy co do powodu takiego biegu wydarzeń. Ja myślę, że orzekający po prostu zna prawo i rozumie, że wydanie innego orzeczenia skończyłoby jego karierę. PiS nie będzie rządził wiecznie – a co potem?

Rzecz jasna, w żaden sposób nie legitymizuje to owej Izby Dyscyplinarnej. I nie zdejmuje z orzekającego prawnika odium, wynikającego z samego uczestniczenia w tym nielegalnym gremium. Ale stanowi poważną okoliczność łagodzącą.

Prokuratura idzie natomiast w zaparte – i odwołuje się do składu trzyosobowego. Z poważną szansą, że tym razem decyzja będzie po jej myśli, bo dwóch ludzi o miedzianych czołach spośród trójki pewno jakoś znajdą. Ale werdykt wczorajszy jednak jest dla Ziobry i jego sitwy kompromitujący. A poza tym daje odrobinę czasu, który może wykorzystać TSUE by ostatecznie i raz na zawsze unicestwić takie poczynania. Adam Bodnar ma 100% racji, wyrażając zdziwienie, że Unia sama siebie w wielu sprawach traktuje wyraźnie jako wyłącznie coś w rodzaju przedsiębiorstwa czy korporacji, której jedynym celem jest zarządzanie gospodarką; też tego nie rozumiem. Tak jak milczenia Unii wobec durnych i czasami wręcz zbrodniczych (antyszczepionkowych i homofobicznych) wypowiedzi dostojników Kościoła w krajach członkowskich, które – moim zdaniem – powinny być ostro piętnowane z miejsca.

Ostatnio niejaki Marian Eleganti, biskup pomocniczy Chur w Szwajcarii zabłysnął protestem wobec ograniczeń antypandemicznych, które – jego zdaniem – nie powinny dotyczyć „miejsc i poczynań świętych”. Wśród innych majaczeń stwierdza, że „świecki rozum, nie wiara, działa nierozsądnie w kontakcie z Bogiem z pewnego punktu widzenia”. Bo czy na przykład „było to rozsądne myśleć, że pięć jęczmiennych chlebów i dwie ryby mogą nakarmić olbrzymi tłum tak, by nie padł z wycieńczenia po drodze do domu?”.

No tak. To jest argument.

I powinien zostać przez Unię natychmiast ostro skontrowany, jak sądzę. Polityka unikania zadrażnień musi się kiedyś skończyć, bo inaczej ciemnota wlezie nam na łeb całkowicie. Delikatna – i oczywista w końcu – propozycja wprowadzenia do prawa międzynarodowego zakazu mowy nienawiści i wzywania do przemocy spowodowała natychmiastową reakcję (wściekle negatywną oczywiście) polskiego Ordo Iuris – jako „ograniczanie wolności słowa”. Takie uzupełnienie przemyśleń szwajcarskiego klechy.

Będziemy wracać do tego tematu.

22.04

Czekałem dzisiaj z komentarzem dnia na wiadomość o decyzji tzw. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Nie doczekałem się. Wysłuchałem dwóch bełkotów jakiegoś przygłupiastego (to moja opinia, nie stwierdzenie faktu – co zapodaję za względów procesowych) osobnika, przedstawianego jako rzecznik tej dziwnej instytucji, ale z tego nic nie wynika.

Pomyślałem: nie będę dłużej czekał. Są dwie możliwości, obie dla owej Izby fatalne. Pierwsza taka, że przyzna rację prokuraturze i wówczas skutki – także międzynarodowe – będą takie, jakby popełniła seppuku tępym nożem kuchennym. Po prostu skandal będzie wszechświatowy.

Druga możliwość to, że po długich godzinach pieprzenia w bambus za zamkniętymi drzwiami – podadzą tyły i pod jakimś pretekstem zdania prokuratury nie poprą, albo formalnie poprą a Tuleya pozostanie na wolności. Wtedy sami się do spodu ośmieszają (oraz ośmieszają cały zestaw ludzików spod znaku p. Ziobry) i kompletnie tracą autorytet.

Więc – jak to brzydko mawialiśmy przed laty na Wydziale Matematyki UW – mamy do czynienia z czymś, co nosi w nauce nazwę „alternatywy profesora Kurcenki” (swoją drogą: nie mam pojęcia, dlaczego akurat Kurcenki). Brzmi ona: i tak ch*j, i tak ch*j.

Tylko sędziemu Tulei współczuję. Ale i podziwiam go oczywiście.

Ta sprawa przesłoniła dziś wszystkie inne. Gdyby nie ona (no i gdyby nie nieoceniony intelektualista Czarnek, który co chwila wypuszcza z siebie większe brednie), to należałoby skupić uwagę na enuncjacji Episkopatu Polski, złożonej przez mało dotychczas publicznie znanego bpa Wróbla. Sądząc po reakcji niektórych hierarchów, którzy chyba zrozumieli, co ów Wróbel wyćwierkał, byłó to wystąpienie w jakiejś mierze autorskie.

Ale nawet jeden biskup ciemniak to jak dla mnie za dużo.

Oświadczenie, potępiające „niegodziwość” dwóch szczepionek, jakoby „wytworzonych z płodów”, jest tak dennie kretyńskie, że słabo się robi. Ręce opadają i właściwie ludziom o poziomie umysłowym myszy polnej nie da się nic wytłumaczyć; ale spróbuję.

Nie „wytworzonych z płodów” tylko wykorzystujących do produkcji kopie komórek, kilkadziesiąt lat temu pobranych z płodu.

Czy naprawdę, panie Wróbel nie rozumiesz pan co znaczy słowo „kopia”? I nie zdajesz pan sobie sprawy (pewno nie…), że przy produkcji ogromnej masy lekarstw – także tych, którymi pan leczy kaca po biskupich ochlajach – takie same i tej samej proweniencji komórki są też używane?

Beznadziejni są ci kolesie w sukienkach. A mądrzą się, jakby wszystkie rozumy pozjadali na zagrychę.

21.04

Dziś tematem dnia jest – ku mojemu zdumieniu – błyskawiczny uwiąd owej superligi piłkarskiej, o której było wczoraj. Już ten pomysł diabli wzięli: w kilka godzin wycofali się z niego prawie wszyscy. Wystarczy czasami – okazuje się – postraszyć; co polecam pod rozwagę także politykom. Wiem, że są tacy, którym marzy się rewolucja, barykady i przyozdabianie przeciwnikami latarni; mnie absolutnie nie. Wystarczy tego w dziejach, jak sądzę; choć tęsknoty radykałów niekiedy rozumiem.

Mniejsza z futbolem, wracamy na nasze prowincjonalne podwórko. Robi się – na mojego nosa – coraz ciekawiej; praktycznie Zjednoczona Prawica sczezła a rząd może chyba już tylko administrować. Coraz nowe projekty ustaw są wycofywane w ostatniej chwili; widać, że chłopcy żrą się aż miło.

Niektórzy nam jednak rosną, w każdym razie w swoim pojęciu. Strasznie aktywny się robi Czarnek (słowo „pan” w tym wypadku nie przechodzi mi przez klawiaturę, chyba mam jakąś blokadę), który dziś zapowiedział, że nie pozwoli uczniom rezygnować z lekcji religii albo etyki. Musi być jedno lub drugie. Co prawda etyków w dostatecznej liczbie nie widzę, ale w razie czego dobierze się z katechetów, prawda?

Czarnek obniżył też wymagania maturalne, między innymi z matematyki. Nie chce mi się tu szczegółowo omawiać zmian i naśmiewać się z jednej rezygnacji za drugą; po prostu oświadczam, że są to pomysły kretyńskie, i tyle. Przedwojenna matura w porównaniu z tą, która była w czasach mojej matury jawiła się jako studia wyższe (nie bez sensu wojewoda Zientek powiedział kiedyś swoim towarzyszom po śląsku „jo pier.. wasze doktoraty, jo mam prawdziwa przedwojenna matura”); „mojej” matury nie zdałby na tróje dzisiejszy prymus. A Czarnek uważa, że to jeszcze za dużo…

Przy okazji chce… ułatwić kariery nauczycielskie. Bo to pozwoli załatać dziury kadrowe. „Nie matura, lecz chęć szczera…” – pamiętamy, Czarnek, pamiętamy. A jest prosty pomysł: wycofać finansowanie rozmaitych rydzykoidów i skierować kasę na pensje nauczycielskie; zaraz się znajdą chętni. Oczywiście przy założeniu, że Czarnek…

Co się tam będę wyrażał.

20.04

Ludzie polskiej władzy są dziś bez wątpienia coraz bardziej nieudolni i niefachowi. Widać to na szczytach, ale wciąż częściej także na niższych szczeblach – i jest to oczywistym skutkiem obsadzania wszystkich możliwych posad „swoimi” oraz krewnymi i znajomymi tychże; to takie działanie typowe dla prostaków i parweniuszy, niedokształconych leni. Muszą się po prostu nachapać dóbr, które „im się przecież należą”. Nauką i pracą do czegoś dochodzić? A w życiu.

Skutki są czasem zabawne, czasem straszne, czasem tylko przykre – a zawsze kompromitujące.

Dziś pojawiła się informacja o publicznym udostępnieniu w Internecie danych osobowych 20 tysięcy policjantów (także z CBŚP), celników, pracowników Służby Ochrony Państwa, Administracji Skarbowej, Straży Granicznej, Straży Pożarnej (także ochotniczej), Inspekcji Transportu Drogowego, Straży Miejskiej, a nawet SOK-u czy Służby Więziennej. Dane zawierają takie szczegóły jak PESEL czy numer telefonu komórkowego oraz wiele innych. A wyciekły w ten sposób, że umieścił je w Sieci – jawnie i bez żadnego szyfrowania – pracownik Rządowego Centrum Bezpieczeństwa…

Nie będę się dalej pastwił. Myślę po prostu, że parę wysoko postawionych osób powinno już dziś stracić pracę za brak nadzoru. I to z klauzulą dożywotniej nieprzydatności w pracy dla państwa.

Wyrazy współczucia dla rodzin tych poszkodowanych. Mogą mieć ciężkie życie – i jeśli tak będzie, niech nie omieszkają zaskarżyć państwa o odszkodowanie. Te głąby sprawujące władzę zdaje się zrozumieją coś tylko wtedy, gdy dostaną po kieszeni.

Druga bulwersująca dziś sprawa dotyczy dziedziny, która w zasadzie pozostaje poza obszarem moich zainteresowań, jest jednak tego rodzaju, że oczy mi się zrobiły wielkości filiżanek. Otóż kilkanaście najbogatszych klubów piłkarskich świata postanowiło, że będą się wyłącznie bawić w kopanie piłki między sobą. Co to za interes – powiedzieli – że jakiś klub z Górki Dolnej w Piplandii wygra nagle mecz z kimś Wielkim i bogatym? Przecież uznanie i pieniądze za wygraną należą się tylko tym, co dzięki dotychczasowej grubości portfela właściciela są Wielcy właśnie…
Jeśli ten pomysł wejdzie w życie, to piłka nożna zamieni się w czysty cyrk. Wprawdzie takie cyrki w sporcie funkcjonują i niektórym przynoszą niezłe zyski nie budząc większych zastrzeżeń (sam przed laty z zachwytem oglądałem wyczyny koszykarzy słynnego zespołu Harlem Globetrotters), ale tu nie chodzi o jedną drużynę, ale o system. Który niewątpliwie spodoba się działaczom innych dyscyplin.

Bezczelność właścicieli tych klubów zapiera dech w piersiach. Chodzi o dziesiątki miliardów euro wprawdzie, ale to jest żadne uzasadnienie. Władze piłkarskie, te oficjalne, powinny natychmiast dożywotnio zdyskwalifikować wszystkich zawodników i działaczy tych klubów i usunąć towarzycho ze wszystkich rozgrywek. Stacje telewizyjne zaś powinny jednogłośnie odmówić transmisji tych zabaw.

Oczywiście – nie sądzę, żeby tak się stało. Fair play to takie miłe słowa, ale kiedy rzecz, której dotyczą, wchodzi w kolizję z kasą – zaraz brzmią jakoś idiotycznie staroświecko…

À propos staroświecko. Nie wyspałem się dziś. Wczoraj w nocy zacząłem słuchać Radia Nowy Świat, w którym Daniel Olbrychski prezentował piosenki swojego życia – ważne i ulubione – okraszając je żartem, anegdotą i sentymentalnym wspomnieniem. Rozmowa z prowadzącą dziennikarką była nieśpieszna, puenty wybrzmiewały wyraźnie, piosenki nadawano od początku do końca – nawet jeśli trwały dłużej niż 3 minuty. Nikt nie wrzeszczał, nie było też reklam. Był spokój, poezja i troszkę niezupełnie przyzwoitych skojarzeń.

Była natomiast piękna muzyka – i kawał mojej biografii. Sam się zdumiałem, ilu tych artystów słuchałem na żywo i ilu znałem osobiście…

I co się niekiedy działo w tamtych koszmarnych, w których słowa „kultura” i „towarzystwo” coś znaczyły. Jest co wspominać. Gdzieś po drugiej w nocy doszedłem do wniosku, że dość wzruszeń.

19.04

Zacznijmy dziś od wiadomości pozytywnej: pierwszy kontrolowany lot marsjańskiego śmigłowca Ingenuity, który trafił na Czerwoną Planetę w ramach misji Mars 2020 łazika Perseverance zakończył się sukcesem. Aparat wzniósł się na wysokość 3 metrów, zawisł nad powierzchnią Marsa i pomyślnie wylądował.

To niebywały wyczyn techniczny, który z pełnym uzasadnieniem można nazwać historycznym. Trzeba wziąć pod uwagę, że gęstość atmosfery Marsa to zaledwie 1% gęstości atmosfery Ziemi. Aby uzyskać w tych warunkach siłę nośną, trzeba wirnikom maszyny nadać niezwykłą szybkość obrotową, pięciokrotnie większą od stosowanej na Ziemi – ale jednocześnie nie większą, bo gdyby obracały się szybciej, ich końcówki zbliżyłyby się do prędkości dźwięku, co wywołałoby niebezpieczną falę uderzeniową.Inguenity odbędzie kilka lotów. Aparat nie ma specjalnych celów naukowych – albo inaczej: celem jego użycia jest sam jego lat.

Ma jednak na pokładzie aparat fotograficzny – a także mikroprocesor Snapdragon 801, znany nam z niektórych smartfonów. Którego moc obliczeniowa… przewyższa moc obliczeniową procesorów sterujących głównym łazikiem misji. Powodzenie misji otwiera zupełnie nowe perspektywy badania odległych planet.

Poświęciwszy tyle miejsca nauce przechodzę do pewnego wydarzenia politycznego.

Otóż Beata Szydło została przez pana Glińskiego powołana w skład rady Muzeum Auschwitz–Birkenau. Gliński teraz podobno nie może wyjść ze zdumienia, że ta jego decyzja wywołała skandal; trójka członków rady natychmiast zrezygnowała z udziału w tym gremium a oburzenie jest powszechne. Przecież Szydło … mieszkała w pobliżu obozu (to naprawdę argument użyty na poważnie przez wicepremiera!).

Myślę, że Gliński doskonale wiedział co spowoduje. To kolejna świadoma prowokacja, która miała wywołać dokładnie to, co wywołała.

Na marginesie tej afery jedno jest dla mnie ciekawe: kim jest od strony osobowościowej Gliński? Rozmawiałem kiedyś z jednym z jego dawnych współpracowników, który twierdzi, że przed laty, gdy dzisiejszy minister kultury był jeszcze tylko pracownikiem nauki – zachowywał się normalnie. Nie błyszczał specjalnie intelektem, ale i nie raził jakimiś defektami w tej dziedzinie. Mój rozmówca powiedział nawet, że w porównaniu na przykład z Zybertowiczem – był całkiem sensowny jako naukowiec i profesura jego nie jest kwestionowana.

Więc w rachubę wchodzi tylko charakter. Rozdęte ego, zamiłowanie do luksusu władzy i skłonności do intryganctwa. Ale czego innego byśmy się mieli spodziewać po tych ludziach? Przecież dokładnie takich dobrał sobie Kaczyński z rozmysłem. Zdolnych do wszystkiego, z miedzianymi czołami.

18.04

Dziś w tym miejscu obowiązuje żałoba: zmarł Stefan Bratkowski. Dlatego bieżący komentarz dopiero jutro.

17.04

Czym się wyróżnia prostactwo?

Trudno dokładnie opisać, ale gdybym miał użyć najkrótszego sformułowania, to byłoby to: brakiem delikatności i empatii.

Niestety, w polityce i mediach tego pełno. Nawet w takich mediach, które teoretycznie biorąc powinny mieć o zasadach kindersztuby jakieś pojęcie.

Oglądam dziś pogrzeb księcia Filipa. Nie dlatego oczywiście, żebym był miłośnikiem monarchii brytyjskiej – ale dlatego, że taką ceremonię i w takich miejscach ogląda się – góra! – kilka razy w życiu. To coś wyjątkowego i bardzo specjalnego, ważny fragment opowieści o odchodzącym świecie, o zmierzchu pewnej cywilizacji.

No i spektakl, widowisko historyczne. Ale nie relacja z wystawy rolniczej. Ani transmisja walki bokserskiej.

Czy to tak trudno pojąć, że ten akurat spektakl ma własną scenografię i dramaturgię? Że osoby prowadzące z tego wydarzenia relację lub udzielające komentarza powinny być stosownie ubrane, stosownie (czytaj: spokojnie i poważnie) się zachowywać? A nade wszystko – nie zagadywać tego, co się dzieje potokiem złej polszczyzny i egzaltowanego pustosłowia?

Zresztą