Bogdan Miś: Upusty żółci (kwiecień)

01.04.2021

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.

Może teraz.

30.04

Z obrzydzeniem patrzę na to, co „tymy ręcamy” niejakiej Kani wyprawia Obajtek (a raczej ktoś nim sterujący) z przejętą niedawno prasą lokalną. Gdy Orlen kupił Polska Presse – słyszeliśmy zapewnienia, że o narzucaniu jakichś dyrektyw i ograniczaniu swobód prasy mowy nie będzie. W dodatku sąd nakazał Orlenowi wstrzymanie się z jakimkolwiek wykonywaniem „działań właścicielskich”.

A tu bęc – i czterech naczelnych lokalnych gazet leci na zieloną trawkę…

Orlen powiada, że decyzja sądu jest bezprzedmiotowa, bo już fakt nabycia PP zaistniał, więc o co chodzi; zwłaszcza że „mamy opinie międzynarodowej klasy prawników w tej sprawie”. A pani Kania w ogóle nic nie mówi, tylko złapała swoją ścierkę i czyści.

Co do tych prawników, to mam taką uwagę: mając do dyspozycji taką kasę, jaką ma Obajtek – można uzyskać opinię prawników klasy nawet międzyplanetarnej i zażądać na tej podstawie – powiedzmy – alimentów od Matki Boskiej dla Karola Marksa. A co do tego, że wszyscy z tamtej strony robią teraz zupełnie co innego niż to, co obiecywali jeszcze kilkanaście dni temu – a czy ktoś się spodziewał, że oni kiedykolwiek postąpią inaczej, że dotrzymają słowa?

Wróć. Odpowiedź na ostatnie retoryczne pytanie jest jednak twierdząca. Lewica przecież tak właśnie założyła, zawierając z mafią wiadomy układ.

Cóż, niektórym nauka trudno wchodzi do głowy. “Mają oczy, lecz nie widzą; mają uszy, lecz nie słyszą” – kto to mówił?

Zmieniając temat. Wielce sympatyczny i mądry prof. Matczak zamieścił w sobotnim wydaniu „Wyborczej” wielce zgrabny eseik o sklejaniu filiżanki, w którym – bardzo szlachetnie – namawia nas, byśmy raczej wzięli się za naprawę tego, co zostało w naszym życiu społecznym zniszczone, niż myśleli o karaniu psuja.

Szlachetnie. Bardzo szlachetnie. I wytwornie.

Ale już się chyba nie da. Powiedzmy bowiem, że tę zbitą filiżankę artystycznie skleimy i nawet – jak sugeruje profesor – wypełnimy skleiny złotem. Jakoś nie mam wątpliwości, że za kilka dni przyjdzie Kania ze ścierą i nie tylko to znowu potłucze, ale złoto zeskrobie i schowa, a na dodatek dołoży nam kopa do ryja.

Więc z tym sklejaniem, panie profesorze, proszę na mnie nie liczyć.

Tyle słów żółci na piątek dzisiejszy.

PS. Przebieram nogami z niecierpliwości – co też władczynie Strajku Kobiet wymyśliły jako retorsję za „pakt Lewica–PiS”? Dziś chyba upływa termin prolongowanego ultimatum, czy może nie zrozumiałem zapowiedzi i coś dalej przesuniemy?

29.04

Pamiętacie okres sprzed kilkudziesięciu lat, gdy pojawiło się ostre napięcie w stosunkach chińsko–amerykańskich? Chińczycy wtedy ogłosili pod adresem USA „poważne ostrzeżenie”. I świat zamarł. Gdy ogłosili drugie – trochę odetchnęliśmy, zaczęło pachnieć blefem. Gdy ogłosili „357 poważne ostrzeżenie” świat się już tylko śmiał…

Jeszcze jedno: była taka tradycja w polskiej kawalerii niegdyś, że szabla wyciągnięta z pochwy musiała wrócić na miejsce zakrwawiona. Jeśli oficer wyciągnął ją w celach najzupełniej pokojowych, na przykład, by komuś tylko pokazać jej urodę – musiał tą szablą skaleczyć własną rękę; inaczej było niehonorowo.

Te dwie anegdotki dedykuje pani Marii Lempart i Strajkowi Kobiet. Ich ultimatum pod adresem Lewicy samo w sobie było dość zabawne; bo niby w jaki sposób SK miałby zareagować na jego niewypełnienie? Rzucać działaczom w okna kamienie? Opluć ich publicznie i dosłownie? Ujawnić kochanki/kochanków?

Wielce szanowne panie: sądzę, że rozumiecie, że po czymś takim przestałybyście istnieć w sferze publicznej. Cała wasza moc sprawcza poszłaby bujać się na drzewie. Wybrałyście więc – najwyraźniej rozumiejąc sytuację – metodę Chińskiej Republiki Ludowej: prolongowałyście ultimatum.

Młode jesteście. Warto czytać stare gazety. Nawet z tych komuszych da się wyciągnąć jakąś wiedzę.

A w ogóle to tego Strajku Kobiet mi szkoda. Ruch eksplodował wspaniałym wybuchem energii społecznej. Przez moment pojawiła się szansa, że kobiety coś zmienią na lepsze.

Nie zmienią. A w każdym razie nie gromkim pohukiwaniem ani powoływaniem jakichś ciał doradczych i eksperckich, o których nikt już nie pamięta.

Druga wiadomość dzisiaj jest lepsza. Miasto Kraśnik raczkiem wycofało się ze swojej słynnej ustawy „antyLGBT”. Uchwała z 2019 roku została uchylona stosunkiem głosów 9:6 przy 4 wstrzymujących się. Na turbokatolickiej prawicy rozpacz straszna: sprzedali się „za eurosrebrniki”…

Trzecia wiadomość: Andrzej Sośnierz opuścił klub PiS, aby tworzyć nowe koło poselskie; wspólnie z Agnieszką Ścigaj i Pawłem Szramką.

Jak to miło, że nie wszyscy mają w głowie wyłącznie kapustę. Jaka szkoda, że tych bez kapusty jest wciąż tak mało. Jak przykro, że niektórzy – by zmądrzeć – muszą dostać kopa w sempiternę.

Najskuteczniej nadal od swoich. I to mi się trochę nie podoba.

28.04

Nadal tematem dnia pozostaje wczorajsza decyzja o stanowisku Lewicy w sprawie głosowania nad losami Funduszu Odbudowy.

Dziś głównie irytacje, ale o różnym nasileniu i jednej towarzyszy pewne rozbawienie.

Uczciwie mówię, że mam z tym ogromny kłopot. Z jednej strony – chodzi o pieniądze nie tylko dla Polski, ale dla całej Europy; jeśli zostaną zablokowane, chociaż w części z powodu naszego kraju – przerobią nas w Unii na makaron. Pomijam już fakt, że taka decyzja pozbawiłaby nas całkiem poważnej sumy.

Z drugiej strony pan Morawiecki tylekroć rozminął się w swych działaniach i enuncjacjach z prawdą, że wiara w jego zapewnienia o dotrzymaniu umowy wydaje się mocno naiwna.

Jeśli zaś jej nie dotrzyma, to żelazny elektorat PiS–u potrafi to sobie (jak zawsze) wytłumaczyć i „kiwnięcie komuchów” zaakceptuje z radością. PiS–owi to nie zaszkodzi, zaś kontrahenci wyjdą trwale na idiotów.
Dodajmy trzecią stronę: uzgodnione warunki są dla mnie mocno niewystarczające. Ani słowa nie powiedziano o żadnych kwestiach ideowych. Nic o rezygnacji z zapowiedzianego wypisania się z Konwencji Stambulskiej na przykład. Nic o wzroście nakładów na służbę zdrowia (poza tymi szpitalami powiatowymi, ale to mało). Nic o zaprzestaniu majdrowania przy nauce polskiej. A można było.

W sumie – bez złości i gniewu, bo one w polityce są na ogół bez sensu: potwierdzam: jestem przeciwnikiem tej umowy. Może to pięknoduchostwo, ale głęboko wierzę, że pieniądze – to nie wszystko, co się liczy.

Drugi temat dziś – to afera z p. Banasiem i sekowaniem jego rodziny. Zbieżność ataku służb na jego syna z niedawnym oświadczeniem NIK o roli Morawieckiego w zmarnowaniu milionów na nieodbyte wybory i zagrażającym mu Trybunale Stanu – już na pierwszy rzut oka nie jest przypadkowa. Myślę, że możemy się teraz spodziewać różnych ciekawostek z drugiej strony; Banaś nie wygląda na takiego, który odpuści i stuli uszy.

No i trzeci temat – decyzja tzw. Trybunału Konstytucyjnego pani Julii, który obradował pod przewodnictwem p. Pawłowiczówny nad pierwszeństwem prawa unijnego nad krajowym albo odwrotnie. Nie spodziewałem się tego, co się stało: odroczono rozprawę do 13 maja. Przewodnicząca składu orzekającego zabełkotała się przy tym niemal kompletnie – z początku nie chciała odroczyć, potem powiedziała, że zdecyduje po przerwie, wreszcie ogłosiła…
No i dała TSUE ostatnią chyba szansę nadążenia z uznaniem tzw. Izby Dyscyplinarnej za całkowicie nielegalną i uczynienia tym samym rozprawy bezprzedmiotową. Czy Europa się na to zdecyduje? Oby. Ale jeśli nie, to z góry powiem: nie rozumiem tej gry.

27.04

Nic nowego dziś nie powiem, choć nadziało się sporo. Ale przejrzałem, co ludzie mówią i widzę, że w większości to jest to samo, co ja miałbym do powiedzenia. Więc będzie krótko i węzłowato. W gruncie rzeczy dla porządku.
Po pierwsze, jestem głęboko rozczarowany stanowiskiem i sposobem postępowania lewicy. Z prawicą nie wolno w ogóle rozmawiać, między innymi dlatego, że kłamią bez przerwy i wyczyniają rzeczy haniebne. A już rozmowy nietransparentne, na osobności – są w całości nie do przyjęcia. Była łatwa okazja do podzielenia rządzących na walczące ze sobą frakcje – nie skorzystano. Rozmawiali. Zrobili jakiś deal.

Osobiście daję państwu łaskawie czas do zmiany zdania. Macie jeszcze szanse zagłosować przeciw prawicy, gdy faktycznie nadejdzie czas na formalną decyzję. Ale jeśli tego nie zrobicie, to odliczcie sobie jednego wyborcę; mnie mianowicie.

Druga sprawa to nieprawomocny wyrok sądu w sprawie Babci Kasi. Wyrok wspaniały, słowa sędzi trafione w sedno. Ale namawiam, żeby pójść za ciosem, jest piękna okazja.

Konieczny jest pozew cywilny przeciw tym trzem policjantom; mam nadzieję, że znajdzie się kancelaria adwokacka, która taki pozew wniesie w imieniu p. Katarzyny pro bono.

Po prostu – wystawili się na widelec. Bardzo proszę wepchnąć im ten widelec gdzie trzeba. Tu nie chodzi bowiem tylko o nich; chodzi o przykład i danie reszcie do zrozumienia, że wykonując nielegalne rozkazy – ryzykują, i to zdrowo.
Jak coś nie wchodzi samo do głowy – mawiała moja babcia – to należy spróbować z drugiej strony. Na ogół działa.

26.04

Dzisiaj pora na kilka rzeczy może trochę weselszych. A w każdym razie śmiesznych.

Ludziska się podniecają pewnym wpisem na Twitterze. 24 kwietnia niezweryfikowane anglojęzyczne konto, rzekomo należące do Chińskiej Narodowej Administracji Kosmicznej (CNSA) zamieściło tweet, w którym czytamy niezbyt sprawnie przetłumaczone potem na polski oświadczenie:

Z wielką ceremonią ogłaszamy potwierdzenie istnienia inteligentnego życia!

Wybuchła światowa afera (raczej gównoburza, ale co się będę wyrażał). Prawda – nie prawda? Konto trollowskie, czy prawdziwe?

Panie, panowie, mam zamiar rozstrzygnąć ten dylemat autorytatywnie. Tak jest, to jest prawda.

Przynajmniej od momentu lotu Gagarina – co raz w Kosmosie się pojawia nowa inteligencja białkowa, sporo zaś jej przebywa ostatnio miesiącami na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. O ile oczywiście to, co istnieje na naszej planecie można nazwać inteligencją.

W czasopiśmie „Do rzeczy” ukazał się okładkowy (zatem uznany przez redakcję za ważny) tekst o knowaniach Billa Gatesa. W którym to tekście autor – niejaki Golonka – i proszę bez podśmichujków z nazwiska – porównuje swojego bohatera do Adolfa Hitlera i określa go jednocześnie jako lewaka. Oczywiście, celem Gatesa jest depopulacja Ziemi przy użyciu szczepionek antykowidowych i wszczepianych ludziom czipów. Gates i Soros to naturalnie jedna banda; na dodatek, Wielki Bill chce pozbawić ludzkość przyjemności z jedzenia mięsa. To tylko wybór z tez tej wiekopomnej rozprawy.

Nie wiem, czy pamiętacie taką pieśń, która chyba ze czterdzieści lat temu była dość popularna na świecie; nie pamiętam, kto to wykonywał, ale zaczynało się od wycia syren alarmowych, a potem męski podniecony głos informował, że już po niego jadą. Chodziło o karetkę pogotowia z psychiatryka.

A czasopismo mogłoby przestawić tylko dwie literki w swoim tytule i już bym nie miał powodu się czepiać. Nie sądzicie, że „Od rzeczy” byłoby tytułem adekwatnym?

Trzecia dość zabawna historia to komunikat końcowy po spotkaniu naszych Trzech Najważniejszych i W Trójcy Jedynych, czyli Kaczyńskiego, Ziobry i Gowina. Panowie otóż orzekli, że będą dalej rozmawiać. Kto by pomyślał?

W sumie – powracając do tego rzekomo chińskiego tweeta – chyba należy mieć wątpliwości co do tej inteligencji w Kosmosie. W każdym razie występuje ona silnie lokalnie, także na Ziemi.

Chciałem napisać: jeżeli w ogóle. Ale przecież czytelnicy niniejszego są dowodem, że jednak pewne enklawy istnieją.

No dobra: podlizuję się państwu.

25.04

Irytacja numer jeden: podobno antyszczepionkowcy nie ograniczają się już do pasywnego bojkotu szczepień. Teraz masowo zapisują się na szczepienie, rezerwują terminy – i celowo się nie zjawiają, w ten sposób dezorganizując cały proces. Zastanawiam się nad motywacją takiego – nie zawaham się tak powiedzieć, przestępczego – postępowania.

Ewidentnie nie chodzi tu o wynikającą z głębokiej ciemnoty „ochronę” siebie samego; oni chcą wpłynąć na innych, a za tym kryje się zawsze jakaś idea. W tym wypadku nie widzę możliwości, by wchodziło w rachubę cokolwiek poza przekonaniami religijnymi. Pewien biskup – zbrodniczy dureń – powiedział, że niektóre szczepionki są „niegodziwe” – i „dobrzy katolicy” rzucili się do obrony innych istot przed „grzechem”. Pewno to uważają za katechizację.

Najgorsze, że nie widzę na to rady. Może nieuzasadnione nieskorzystanie z rezerwacji szczepienia „pobłogosławić” wymierzoną przez Sanepid karą 30 000 złotych? Byłoby jednak mnóstwo kłopotów administracyjnych. Problem nie jest łatwy.

Zbliżona w wydźwięku historia No 2, to zjazd tysięcy motocyklistów – tym razem w koszmarnej bazylice w Licheniu, tym wszechświatowym pomniku kiczu i złego smaku. Oczywiście pobożni harleyowcy bez masek, bez przestrzegania odległości… A policja z miedzianym czołem oświadcza, że żadnego zagrożenia nie dostrzegła. Hipokryzja u nich, obrzydzenie u mnie.

À propos motocykli. Zginęła na treningu 15-letnia dziewczyna, aspirująca do sukcesów w „czarnym sporcie”. Pewno wielu powie, że jestem stary zgred, ale oświadczam, że zawodnicze uprawianie jakiekolwiek sportu, wiążącego się z zagrożeniem dla życia (a więc sportów motorowych, ale także np. sportów walki) – powinno być ściśle zakazane dla młodocianych. Żadnych zawodów juniorów, żadnych „młodzików”; tym bardziej że o ile cokolwiek rozumiem z otaczającego mnie świata, to za karierą takich mistrzów–gówniarzy z reguły stoją nadambitni i żądni ewentualnej kasy rodzice. Chcesz gnoju sławy sportowej – graj w szachy. Możesz też spróbować sił w Olimpiadzie Fizycznej, co zresztą radzę zrobić szybko, zanim Czarnek każe wam w ramach tej olimpiady mierzyć boskość aniołków i obliczać twardość ścinków paznokci Jana Pawła II przechowywanych jako relikwie.

Skoro zaś wróciliśmy do spraw boskich, to jedyna, która mnie w jakimś stopniu złośliwie ubawiła. Otóż w dzisiejszej „Kawie na ławie” jeden z uczestników puścił – niby mimochodkiem – że moderatorem i rozjemcą w toczącej się „rozmowie” między partiami Zjednoczonej Prawicy jest … ksiądz. No to mamy – wypisz wymaluj – Konwent Świętej Katarzyny, jeśli ktoś pamięta tę szopkę. Mam nadzieję, że obecna impreza skończy się tak samo. Tylko Kaczyński znacznie więcej narozrabiał niż niegdyś Krzaklewski, więc jego stosunkowo łagodne odejście w niebyt polityczny nie wchodzi w rachubę. „Nadejdzie jednak dzień zapłaty…” mówi popularna niegdyś pieśń.

24.04

Rozczulił mnie pan prezydent swoim wystąpieniem w sprawie klimatu. Z ogromną łaskawością raczył obniżyć udział węgla w Polsce w wytwarzaniu energii do 11% w roku 2040. Pomijam już to, że w roku 2040 mało kto będzie pamiętał o istnieniu pana prezydenta, ale debata klimatyczna dotyczyła daty o 10 lat wcześniejszej. Niderlandów (które zatem oferował rozmówcom pan prezydent) nikt nie kupi.

Poza oczywiście, uodpornionym na wiedzę i wszelkie argumenty racjonalne wyborcą PiS…

10 lat w tę czy drugą stronę? A kogo to rusza, co nie?

Czarnek z kolei – konsekwentnie, jak widać, odmawiam dodawania do tego nazwiska jakichkolwiek dodatkowych określeń, bo Czarnek to byt sam w sobie i po prostu nie wiem co napisać, żeby to nie była obelga – Czarnek otóż nagrodził medalem Komisji Edukacji Narodowej tego dyrektora łódzkiej szkoły, który zakazał używania jakichkolwiek symboli politycznych i ukarał ucznia, mającego w tle ekranu laptopa piorun Strajku Kobiet. Ów dyrektor został przez władze Łodzi zawieszony, sprawa skierowana do komisji dyscyplinarnej – a Czarnek: łup, medal.

Kłopot to dla mnie pewien. W ciągu długiego życia nazbierało mi się trochę różnych blaszek do noszenia na piersi; większość z nich Wolna Polska natychmiast unieważniła, tak że już nie mógłbym udawać radzieckiego generała, gdybym nawet przywdział (nie)stosowny mundur. Wśród paru nadal ważnych (choć właściwie, to nie wiem – wszystkie mają w legitymacjach bardzo niemodne dziś podpisy…) jest też ów medal KEN, który dostałem za popularyzację nauki. I pierwszy odruch był: odesłać to Czarnkowi. Ale drugi był refleksją: a niby dlaczego? Wszak on spaskudził tylko ten egzemplarz, pod którego legitymacją się podpisał. To ten nagrodzony pan dyrektor nie ma prawdziwego medalu, nie ja.

Pies z nimi obydwoma zresztą tańcował, z całym szacunkiem i sympatią do wszelkich psów.

Tyle na dziś.

23.04

Oczywiście dziś temat dnia, to rozwój sytuacji w sprawie sędziego Tulei.

Tzw. Izba Dyscyplinarna SN (nieuznawana) w składzie jednoosobowym niespodziewanie nie wyraziła zgody na zatrzymanie sędziego i doprowadzenie go siłą do prokuratury. Kluczowe w tej sprawie jest uznanie, że sędzia nie popełnił żadnego przestępstwa ujawniając w swoim czasie zeznania świadków, które pokazały, że prawica świadomie fałszowała przebieg obrad Sejmu. Nie popełnił, bo gospodarzem procesu jest sąd, a nie prokurator – i to sąd decyduje o jawności bądź tajemnicy jego przebiegu.

Zaskoczenie było jednak spore i teraz wiele osób snuje rozmaite hipotezy co do powodu takiego biegu wydarzeń. Ja myślę, że orzekający po prostu zna prawo i rozumie, że wydanie innego orzeczenia skończyłoby jego karierę. PiS nie będzie rządził wiecznie – a co potem?

Rzecz jasna, w żaden sposób nie legitymizuje to owej Izby Dyscyplinarnej. I nie zdejmuje z orzekającego prawnika odium, wynikającego z samego uczestniczenia w tym nielegalnym gremium. Ale stanowi poważną okoliczność łagodzącą.

Prokuratura idzie natomiast w zaparte – i odwołuje się do składu trzyosobowego. Z poważną szansą, że tym razem decyzja będzie po jej myśli, bo dwóch ludzi o miedzianych czołach spośród trójki pewno jakoś znajdą. Ale werdykt wczorajszy jednak jest dla Ziobry i jego sitwy kompromitujący. A poza tym daje odrobinę czasu, który może wykorzystać TSUE by ostatecznie i raz na zawsze unicestwić takie poczynania. Adam Bodnar ma 100% racji, wyrażając zdziwienie, że Unia sama siebie w wielu sprawach traktuje wyraźnie jako wyłącznie coś w rodzaju przedsiębiorstwa czy korporacji, której jedynym celem jest zarządzanie gospodarką; też tego nie rozumiem. Tak jak milczenia Unii wobec durnych i czasami wręcz zbrodniczych (antyszczepionkowych i homofobicznych) wypowiedzi dostojników Kościoła w krajach członkowskich, które – moim zdaniem – powinny być ostro piętnowane z miejsca.

Ostatnio niejaki Marian Eleganti, biskup pomocniczy Chur w Szwajcarii zabłysnął protestem wobec ograniczeń antypandemicznych, które – jego zdaniem – nie powinny dotyczyć „miejsc i poczynań świętych”. Wśród innych majaczeń stwierdza, że „świecki rozum, nie wiara, działa nierozsądnie w kontakcie z Bogiem z pewnego punktu widzenia”. Bo czy na przykład „było to rozsądne myśleć, że pięć jęczmiennych chlebów i dwie ryby mogą nakarmić olbrzymi tłum tak, by nie padł z wycieńczenia po drodze do domu?”.

No tak. To jest argument.

I powinien zostać przez Unię natychmiast ostro skontrowany, jak sądzę. Polityka unikania zadrażnień musi się kiedyś skończyć, bo inaczej ciemnota wlezie nam na łeb całkowicie. Delikatna – i oczywista w końcu – propozycja wprowadzenia do prawa międzynarodowego zakazu mowy nienawiści i wzywania do przemocy spowodowała natychmiastową reakcję (wściekle negatywną oczywiście) polskiego Ordo Iuris – jako „ograniczanie wolności słowa”. Takie uzupełnienie przemyśleń szwajcarskiego klechy.

Będziemy wracać do tego tematu.

22.04

Czekałem dzisiaj z komentarzem dnia na wiadomość o decyzji tzw. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Nie doczekałem się. Wysłuchałem dwóch bełkotów jakiegoś przygłupiastego (to moja opinia, nie stwierdzenie faktu – co zapodaję za względów procesowych) osobnika, przedstawianego jako rzecznik tej dziwnej instytucji, ale z tego nic nie wynika.

Pomyślałem: nie będę dłużej czekał. Są dwie możliwości, obie dla owej Izby fatalne. Pierwsza taka, że przyzna rację prokuraturze i wówczas skutki – także międzynarodowe – będą takie, jakby popełniła seppuku tępym nożem kuchennym. Po prostu skandal będzie wszechświatowy.

Druga możliwość to, że po długich godzinach pieprzenia w bambus za zamkniętymi drzwiami – podadzą tyły i pod jakimś pretekstem zdania prokuratury nie poprą, albo formalnie poprą a Tuleya pozostanie na wolności. Wtedy sami się do spodu ośmieszają (oraz ośmieszają cały zestaw ludzików spod znaku p. Ziobry) i kompletnie tracą autorytet.

Więc – jak to brzydko mawialiśmy przed laty na Wydziale Matematyki UW – mamy do czynienia z czymś, co nosi w nauce nazwę „alternatywy profesora Kurcenki” (swoją drogą: nie mam pojęcia, dlaczego akurat Kurcenki). Brzmi ona: i tak ch*j, i tak ch*j.

Tylko sędziemu Tulei współczuję. Ale i podziwiam go oczywiście.

Ta sprawa przesłoniła dziś wszystkie inne. Gdyby nie ona (no i gdyby nie nieoceniony intelektualista Czarnek, który co chwila wypuszcza z siebie większe brednie), to należałoby skupić uwagę na enuncjacji Episkopatu Polski, złożonej przez mało dotychczas publicznie znanego bpa Wróbla. Sądząc po reakcji niektórych hierarchów, którzy chyba zrozumieli, co ów Wróbel wyćwierkał, byłó to wystąpienie w jakiejś mierze autorskie.

Ale nawet jeden biskup ciemniak to jak dla mnie za dużo.

Oświadczenie, potępiające „niegodziwość” dwóch szczepionek, jakoby „wytworzonych z płodów”, jest tak dennie kretyńskie, że słabo się robi. Ręce opadają i właściwie ludziom o poziomie umysłowym myszy polnej nie da się nic wytłumaczyć; ale spróbuję.

Nie „wytworzonych z płodów” tylko wykorzystujących do produkcji kopie komórek, kilkadziesiąt lat temu pobranych z płodu.

Czy naprawdę, panie Wróbel nie rozumiesz pan co znaczy słowo „kopia”? I nie zdajesz pan sobie sprawy (pewno nie…), że przy produkcji ogromnej masy lekarstw – także tych, którymi pan leczy kaca po biskupich ochlajach – takie same i tej samej proweniencji komórki są też używane?

Beznadziejni są ci kolesie w sukienkach. A mądrzą się, jakby wszystkie rozumy pozjadali na zagrychę.

21.04

Dziś tematem dnia jest – ku mojemu zdumieniu – błyskawiczny uwiąd owej superligi piłkarskiej, o której było wczoraj. Już ten pomysł diabli wzięli: w kilka godzin wycofali się z niego prawie wszyscy. Wystarczy czasami – okazuje się – postraszyć; co polecam pod rozwagę także politykom. Wiem, że są tacy, którym marzy się rewolucja, barykady i przyozdabianie przeciwnikami latarni; mnie absolutnie nie. Wystarczy tego w dziejach, jak sądzę; choć tęsknoty radykałów niekiedy rozumiem.

Mniejsza z futbolem, wracamy na nasze prowincjonalne podwórko. Robi się – na mojego nosa – coraz ciekawiej; praktycznie Zjednoczona Prawica sczezła a rząd może chyba już tylko administrować. Coraz nowe projekty ustaw są wycofywane w ostatniej chwili; widać, że chłopcy żrą się aż miło.

Niektórzy nam jednak rosną, w każdym razie w swoim pojęciu. Strasznie aktywny się robi Czarnek (słowo „pan” w tym wypadku nie przechodzi mi przez klawiaturę, chyba mam jakąś blokadę), który dziś zapowiedział, że nie pozwoli uczniom rezygnować z lekcji religii albo etyki. Musi być jedno lub drugie. Co prawda etyków w dostatecznej liczbie nie widzę, ale w razie czego dobierze się z katechetów, prawda?

Czarnek obniżył też wymagania maturalne, między innymi z matematyki. Nie chce mi się tu szczegółowo omawiać zmian i naśmiewać się z jednej rezygnacji za drugą; po prostu oświadczam, że są to pomysły kretyńskie, i tyle. Przedwojenna matura w porównaniu z tą, która była w czasach mojej matury jawiła się jako studia wyższe (nie bez sensu wojewoda Zientek powiedział kiedyś swoim towarzyszom po śląsku „jo pier.. wasze doktoraty, jo mam prawdziwa przedwojenna matura”); „mojej” matury nie zdałby na tróje dzisiejszy prymus. A Czarnek uważa, że to jeszcze za dużo…

Przy okazji chce… ułatwić kariery nauczycielskie. Bo to pozwoli załatać dziury kadrowe. „Nie matura, lecz chęć szczera…” – pamiętamy, Czarnek, pamiętamy. A jest prosty pomysł: wycofać finansowanie rozmaitych rydzykoidów i skierować kasę na pensje nauczycielskie; zaraz się znajdą chętni. Oczywiście przy założeniu, że Czarnek…

Co się tam będę wyrażał.

20.04

Ludzie polskiej władzy są dziś bez wątpienia coraz bardziej nieudolni i niefachowi. Widać to na szczytach, ale wciąż częściej także na niższych szczeblach – i jest to oczywistym skutkiem obsadzania wszystkich możliwych posad „swoimi” oraz krewnymi i znajomymi tychże; to takie działanie typowe dla prostaków i parweniuszy, niedokształconych leni. Muszą się po prostu nachapać dóbr, które „im się przecież należą”. Nauką i pracą do czegoś dochodzić? A w życiu.

Skutki są czasem zabawne, czasem straszne, czasem tylko przykre – a zawsze kompromitujące.

Dziś pojawiła się informacja o publicznym udostępnieniu w Internecie danych osobowych 20 tysięcy policjantów (także z CBŚP), celników, pracowników Służby Ochrony Państwa, Administracji Skarbowej, Straży Granicznej, Straży Pożarnej (także ochotniczej), Inspekcji Transportu Drogowego, Straży Miejskiej, a nawet SOK-u czy Służby Więziennej. Dane zawierają takie szczegóły jak PESEL czy numer telefonu komórkowego oraz wiele innych. A wyciekły w ten sposób, że umieścił je w Sieci – jawnie i bez żadnego szyfrowania – pracownik Rządowego Centrum Bezpieczeństwa…

Nie będę się dalej pastwił. Myślę po prostu, że parę wysoko postawionych osób powinno już dziś stracić pracę za brak nadzoru. I to z klauzulą dożywotniej nieprzydatności w pracy dla państwa.

Wyrazy współczucia dla rodzin tych poszkodowanych. Mogą mieć ciężkie życie – i jeśli tak będzie, niech nie omieszkają zaskarżyć państwa o odszkodowanie. Te głąby sprawujące władzę zdaje się zrozumieją coś tylko wtedy, gdy dostaną po kieszeni.

Druga bulwersująca dziś sprawa dotyczy dziedziny, która w zasadzie pozostaje poza obszarem moich zainteresowań, jest jednak tego rodzaju, że oczy mi się zrobiły wielkości filiżanek. Otóż kilkanaście najbogatszych klubów piłkarskich świata postanowiło, że będą się wyłącznie bawić w kopanie piłki między sobą. Co to za interes – powiedzieli – że jakiś klub z Górki Dolnej w Piplandii wygra nagle mecz z kimś Wielkim i bogatym? Przecież uznanie i pieniądze za wygraną należą się tylko tym, co dzięki dotychczasowej grubości portfela właściciela są Wielcy właśnie…
Jeśli ten pomysł wejdzie w życie, to piłka nożna zamieni się w czysty cyrk. Wprawdzie takie cyrki w sporcie funkcjonują i niektórym przynoszą niezłe zyski nie budząc większych zastrzeżeń (sam przed laty z zachwytem oglądałem wyczyny koszykarzy słynnego zespołu Harlem Globetrotters), ale tu nie chodzi o jedną drużynę, ale o system. Który niewątpliwie spodoba się działaczom innych dyscyplin.

Bezczelność właścicieli tych klubów zapiera dech w piersiach. Chodzi o dziesiątki miliardów euro wprawdzie, ale to jest żadne uzasadnienie. Władze piłkarskie, te oficjalne, powinny natychmiast dożywotnio zdyskwalifikować wszystkich zawodników i działaczy tych klubów i usunąć towarzycho ze wszystkich rozgrywek. Stacje telewizyjne zaś powinny jednogłośnie odmówić transmisji tych zabaw.

Oczywiście – nie sądzę, żeby tak się stało. Fair play to takie miłe słowa, ale kiedy rzecz, której dotyczą, wchodzi w kolizję z kasą – zaraz brzmią jakoś idiotycznie staroświecko…

À propos staroświecko. Nie wyspałem się dziś. Wczoraj w nocy zacząłem słuchać Radia Nowy Świat, w którym Daniel Olbrychski prezentował piosenki swojego życia – ważne i ulubione – okraszając je żartem, anegdotą i sentymentalnym wspomnieniem. Rozmowa z prowadzącą dziennikarką była nieśpieszna, puenty wybrzmiewały wyraźnie, piosenki nadawano od początku do końca – nawet jeśli trwały dłużej niż 3 minuty. Nikt nie wrzeszczał, nie było też reklam. Był spokój, poezja i troszkę niezupełnie przyzwoitych skojarzeń.

Była natomiast piękna muzyka – i kawał mojej biografii. Sam się zdumiałem, ilu tych artystów słuchałem na żywo i ilu znałem osobiście…

I co się niekiedy działo w tamtych koszmarnych, w których słowa „kultura” i „towarzystwo” coś znaczyły. Jest co wspominać. Gdzieś po drugiej w nocy doszedłem do wniosku, że dość wzruszeń.

19.04

Zacznijmy dziś od wiadomości pozytywnej: pierwszy kontrolowany lot marsjańskiego śmigłowca Ingenuity, który trafił na Czerwoną Planetę w ramach misji Mars 2020 łazika Perseverance zakończył się sukcesem. Aparat wzniósł się na wysokość 3 metrów, zawisł nad powierzchnią Marsa i pomyślnie wylądował.

To niebywały wyczyn techniczny, który z pełnym uzasadnieniem można nazwać historycznym. Trzeba wziąć pod uwagę, że gęstość atmosfery Marsa to zaledwie 1% gęstości atmosfery Ziemi. Aby uzyskać w tych warunkach siłę nośną, trzeba wirnikom maszyny nadać niezwykłą szybkość obrotową, pięciokrotnie większą od stosowanej na Ziemi – ale jednocześnie nie większą, bo gdyby obracały się szybciej, ich końcówki zbliżyłyby się do prędkości dźwięku, co wywołałoby niebezpieczną falę uderzeniową.Inguenity odbędzie kilka lotów. Aparat nie ma specjalnych celów naukowych – albo inaczej: celem jego użycia jest sam jego lat.

Ma jednak na pokładzie aparat fotograficzny – a także mikroprocesor Snapdragon 801, znany nam z niektórych smartfonów. Którego moc obliczeniowa… przewyższa moc obliczeniową procesorów sterujących głównym łazikiem misji. Powodzenie misji otwiera zupełnie nowe perspektywy badania odległych planet.

Poświęciwszy tyle miejsca nauce przechodzę do pewnego wydarzenia politycznego.

Otóż Beata Szydło została przez pana Glińskiego powołana w skład rady Muzeum Auschwitz–Birkenau. Gliński teraz podobno nie może wyjść ze zdumienia, że ta jego decyzja wywołała skandal; trójka członków rady natychmiast zrezygnowała z udziału w tym gremium a oburzenie jest powszechne. Przecież Szydło … mieszkała w pobliżu obozu (to naprawdę argument użyty na poważnie przez wicepremiera!).

Myślę, że Gliński doskonale wiedział co spowoduje. To kolejna świadoma prowokacja, która miała wywołać dokładnie to, co wywołała.

Na marginesie tej afery jedno jest dla mnie ciekawe: kim jest od strony osobowościowej Gliński? Rozmawiałem kiedyś z jednym z jego dawnych współpracowników, który twierdzi, że przed laty, gdy dzisiejszy minister kultury był jeszcze tylko pracownikiem nauki – zachowywał się normalnie. Nie błyszczał specjalnie intelektem, ale i nie raził jakimiś defektami w tej dziedzinie. Mój rozmówca powiedział nawet, że w porównaniu na przykład z Zybertowiczem – był całkiem sensowny jako naukowiec i profesura jego nie jest kwestionowana.

Więc w rachubę wchodzi tylko charakter. Rozdęte ego, zamiłowanie do luksusu władzy i skłonności do intryganctwa. Ale czego innego byśmy się mieli spodziewać po tych ludziach? Przecież dokładnie takich dobrał sobie Kaczyński z rozmysłem. Zdolnych do wszystkiego, z miedzianymi czołami.

18.04

Dziś w tym miejscu obowiązuje żałoba: zmarł Stefan Bratkowski. Dlatego bieżący komentarz dopiero jutro.

17.04

Czym się wyróżnia prostactwo?

Trudno dokładnie opisać, ale gdybym miał użyć najkrótszego sformułowania, to byłoby to: brakiem delikatności i empatii.

Niestety, w polityce i mediach tego pełno. Nawet w takich mediach, które teoretycznie biorąc powinny mieć o zasadach kindersztuby jakieś pojęcie.

Oglądam dziś pogrzeb księcia Filipa. Nie dlatego oczywiście, żebym był miłośnikiem monarchii brytyjskiej – ale dlatego, że taką ceremonię i w takich miejscach ogląda się – góra! – kilka razy w życiu. To coś wyjątkowego i bardzo specjalnego, ważny fragment opowieści o odchodzącym świecie, o zmierzchu pewnej cywilizacji.

No i spektakl, widowisko historyczne. Ale nie relacja z wystawy rolniczej. Ani transmisja walki bokserskiej.

Czy to tak trudno pojąć, że ten akurat spektakl ma własną scenografię i dramaturgię? Że osoby prowadzące z tego wydarzenia relację lub udzielające komentarza powinny być stosownie ubrane, stosownie (czytaj: spokojnie i poważnie) się zachowywać? A nade wszystko – nie zagadywać tego, co się dzieje potokiem złej polszczyzny i egzaltowanego pustosłowia?

Zresztą zagadywanie transmisji z adresowanego wszak do gawiedzi meczu bokserskiego – to też kryminał, ale mniejsza z tym.

Zacząłem oglądać transmisję na TVN24. Wytrzymałem jakiś niedługi czas, tętno mi podskoczyło do 120 i uciekłem na BBC World.

Tam były długie minuty zupełnej ciszy studyjnej. Mówiły tylko kamery, słychać było jedynie dźwięk oryginalny.

Gdy na ekranie pojawił się samotny szkocki dudziarz i w miarę jego marszu milkła powoli grana przez niego dziwna melodia – zobaczyłem i usłyszałem inny świat.

Odetchnąłem. Zazdroszczę.

16.04

Niektórzy ludzie – szczególnie dotyczy to tych ze świecznika politycznego lub jego okolic – noszą w sobie chyba jakiś gen destrukcji. Czasami jak się odezwą lub podejmą jakąś decyzję, to słabo się robi. Równie dobrze mogliby skoczyć pod „Pendolino”, skutki dla nich byłyby podobne.

Żeby nie katować bez przerwy jednej tylko strony sceny politycznej, zacznę od pisowskiego odszczepieńca. Były premier otóż, niejaki „Kaz” Marcinkiewicz po serii widowiskowych walk słownych i prawnych z byłą żoną, słynną Izabel – postanowił przypomnieć się światu, wchodząc do klatki, w której różne hominidy toczą walki MMA. Czyli takie, w których wszystkie chwyty dozwolone, krew leje się szparkimi strużkami a zęby zawodników latają po całym ringu. Słowem, pan były premier postanowił (wedle swego oświadczenia – w celach zarobkowych, bo na alimenty mu nie starcza) zrobić z siebie kompletnego…

Nie. Nie będę się wyrażał. Głównie dlatego, że brakuje mi odpowiedniego słowa.

Drugi taki, zdecydowanym kurzgalopkiem posuwający tą samą drogą samounicestwienia osobnik, to pan Czarnek, obecny minister od czegoś tam; ważnego zresztą. Jego koncepcje i wypowiedzi są wypisz–wymaluj analogicznej wartości intelektualnej, co poczynania „Kaza”; tylko znacznie bardziej szkodliwe społecznie.

Ostatnio postanowił nagrodzić dyrektora szkoły, zawieszonego w czynnościach przez władze Łodzi za walkę z uczennicą, która w tle swojej wypowiedzi umieściła słynną błyskawicę Strajku Kobiet. Bo – wydalił z siebie myśl głęboką rzeczony Czarnek – szkoła ma być apolityczna. Czyli buzia w małdrzyk, rączki w ciup – albo odwrotnie, nigdy nie wiem – i powtarzać za starszymi. Najlepiej za pewnym świętym. Samodzielne myślenie i jakiekolwiek zaangażowanie zakazane.

Jak to się nazywało u Orwella? Chyba myślozbrodnia, czyż nie? Do czego więc szkoła pana C. ma przygotowywać młodego człowieka?

Nie mam zamiaru tego dokładniej komentować. Obawiam się, że pewna moja sympatyczna i bardzo aktywna w życiu społecznym przyjaciółka o gołębim sercu i zdecydowanym charakterze wojownika (uśmiechy, Elu…) wytknie mi bez litości, że nie wypada pastwić się nad upośledzonymi. Więc – ciszej nad tą trumną.

Swoją drogą robić z siebie dobrowolnie to, co czynią obaj wymienieni panowie za takie pieniądze, popularność lub władzę, jakie tu wchodzą w rachubę – to naprawdę wyczyn. Do Księgi Guinnessa. Tylko jak nazwać tę kategorię?

15.04

Właściwie dziś wystarczyłoby za cały komentarz do sytuacji jedno słowo: obrzydliwość. Pan Piotrowicz wykonał wobec RPO co mu zlecono; mam absolutną pewność, że gdyby mu wiadomy prezes kazał unieważnić tabliczkę mnożenia, to też by to zrobił, nie dopuszczając nikogo do głosu i tocząc wokół zwycięskim wzrokiem i pianą zza pożółkłych zębów. Miałby tylko kłopoty z mnożeniem przez 3, bo jego prostacka dykcja (mówi z nieopisanym wdziękiem „czy”) zepsułaby całe nabożeństwo.

Więc w zasadzie nie ma o czym mówić. Gangsterzy mieli napaść na bank, no i napadli. Policja miała przymknąć oczy, więc przymknęła.

Przyjdzie jednak taki czas – wszyscy usiądą i obejrzą sobie niebo w kratkę.

Zajmijmy się zatem rzeczami poważniejszymi, na które możemy mieć na razie większy wpływ niż na p. Piotrowicza.

Dwie wiadomości dnia, niespecjalnie w sumie ważne, ale wyraziste i znaczące.

Sprawa pierwsza. Trójka gówniarzy (ale naprawdę gówniarzy, po 11–13 lat, w tym dwie dziewczyny) postanowiła zrobić kariery filmowe à la niejaki Vega. W tym celu znalazła sobie człowieka z niesprawnością intelektualną i w sposób dość wyrafinowany go upodliła i storturowała; a wszystko zarejestrowała telefonem i umieściła na YouTube. Młodzi nowocześni artyści popkultury (bo tak to chyba trzeba określić) zostali jednak momentalnie zidentyfikowani i na szczęście zapudleni. Ponieważ są – jako się rzekło – gnojami, więc grozi im tylko poprawczak do dorosłości; mam nadzieję, że to zagrożenie stanie się rzeczywistością.

Niestety, chyba nie można w odpowiedni sposób uhonorować rodziców tych młodocianych psychopatów.

Sprawa druga, wbrew pierwszemu rzutowi oka mająca związek z poprzednią. Otóż jeden z niszowych kanałów telewizyjnych (z gatunku tych, co to zwiększenie oglądalności z 0,01% na 0,02% reklamonośnej – bo inne się nie liczą – widowni uznają za kolosalny sukces i, co gorsza, w niepojęty sposób zarabiają pieniądze) ogłosił początek naboru chętnych do programu o nagości; tytuł oczywiście nie podaję, żeby nie robić reklamy cynicznemu towarzychu. Chodzi w nim – wedle stacji – o to, by uczestnicy wybierali kandydatów na randkę jedynie po obejrzeniu ich ciał; mówiąc po ludzku hasło programu winno brzmieć „pokaż cycki, to cię może bzyknę” lub „jak masz fajnego fiuta, to będzie zabawa”. Prowadzącą ten program ustanowiono jakąś osobę „sławną” zdaniem autora informacji, na którą trafiłem, z powodu odtwarzania jakiejś trzecioplanowej rólki w czwartorzędnym serialu…

Kiedyś, kiedyś, za koszmarnych czasów komuny miałem przez jakiś czas pewien wpływ na dobór uczestników programów dla i o młodzieży. Było dla mnie i moich kolegów rzeczą oczywistą, że interesującym bohaterem może być triumfator olimpiady matematycznej, niezwykle utalentowany młody pianista, dobrze zapowiadający się młody pisarz; żadne mięśniaki w szczególności nas nie interesowały. Wbrew panującej dziś opinii o tamtych czasach nie interesowała nas również przynależność ideowa. Fakt, że zapewne mniej pojawiało się u nas członków sodalicji mariańskiej (nie mówiąc już o Żołnierzach Chrystusa), ale czy to było źle?

Skutkiem takiego podejścia był na przykład Ruch Niewidzialnej Ręki (wielkie dzieło redakcji dla nastolatków; kto pamięta?) i popularyzacja dzieciaków, pomagających bezimiennie seniorom. Skutkiem nadawania opisanego wyżej gówna i podobnych wideopatologii jest wrzucanie przez młodą polską (de)generację osoby niepełnosprawnej do szamba. Pyszna zabawa, jednym słowem. Wtedy były nudy. Prawda?

PS. Ponieważ co raz nadziewam się na klientelę, która ironię czyta dosłownie, więc wyjaśniam: pisząc o czasach minionych jako “koszmarnych” niezupełnie to mam na myśli. I nie uważam czasów dzisiejszych za najlepszy okres naszej cywilizacji. Chwytasz, idioto?

14.04

Wczoraj miałem pretensje do młodszych kolegów, że nie ruszyli natychmiast tropem „afery z płodami”, zaanonsowanej mimochodkiem przez rzecznika służby zdrowia. Dziś sprawa jest już jasna; jak podejrzewałem, mamy do czynienia z kolejnym numerasem naszej ukochanej władzuchny.

Podpadł jej otóż prof. W. Maksymowicz (swoją drogą – ciekawe: czym konkretnie, bo przecież nie „za całokształt”), wybitny lekarz i z niepojętych dla mnie przyczyn zwolennik PiS do tego stopnia, że członek ich klubu parlamentarnego.

No i ktoś najwyraźniej postanowił puścić w kierunku profesora pocisk smugowo–ostrzegawczy, udzielając prasie „informacji kierunkującej”, zwanej także przez niektórych przeciekiem albo insynuacją.

Mianowicie – co wiadomo od wczoaj – poszło o to, że ludzie pana profesora pracując nad sposobami leczenia stwardnienia rozsianego używali jako źródła niezbędnych w eksperymencie komórek macierzystych – komórek płodowych, uzyskanych z naturalnych poronień. Co jest najzupełniej legalne i zgodne z etyką (niezgodne jest tylko używanie komórek uzyskanych przy aborcji; bo tak sobie życzy Kościół Święty, matka nasza…).

No ale jak się puści słowo płód, to się zrobi … smród. Oczywiście, żadna komisja etyki ani żaden urzędnik nic by profesorowi nie zrobił, ale ostrzeżenie poszło: nie podskakuj. Bo widać w czymś podskoczył.

Nie ze mną te numery, Bruner – jak powiada klasyk. Jak się profesor odwinął, jak przyłożył… Miło było posłuchać dzisiaj jego wystąpienia, w którym z najwyższą pogardą zawiadomił PiS, że mogą już pana majstra… wiadomo co i w co.

Ale pretensji, że nie podjęto tematu wprost na konferencji – nie wycofuję. Czułem, że można będzie pana rzecznika i pośrednio władzę utopić w szambie; nie zrobiono tego od razu. Cóż, można powiedzieć, że profesorowi Maksymowiczowi zapewniono na dziś maksimum efektu. Tylko sztuka dziennikarska cierpi. Jeśli coś takiego jeszcze jest.

13.04

Kolejne zdumienia.

Przed południem transmisja konferencji prasowej rzecznika Ministerstwa Zdrowia. Słucham jednym uchem (bo drugie mi szwankuje, gdyby ktoś był ciekaw przyczyny – cóż, wiek swoje robi…) i słyszę coś, co mi zapala wszystkie czerwone światła, jakimi dysponuje mózg. Syrena alarmowa, którą ma w sobie chyba każdy dziennikarz, zaczyna wyć: padają słowa o jakiejś niesłychanej aferze w którejś uczelni medycznej; podobno potworne naruszenie zasad etyki, podobno kariery znanych osób są zagrożone… Chodzi o jakieś badania na płodach, czyli mamy temat tak gorący, jak tylko można sobie wyobrazić.

I co?

I nic. Żadnego pytania z sali na ten temat.

Czekam więc na dalszy program; jestem pewien, że redakcje spuściły już ze smyczy tabuny dziennikarzy śledczych i za chwilę ekran telewizora i Internet zaczną się gotować.

Kicha z grochem.

Może mam omamy? W tym wieku to się może zdarzyć.

Inna sytuacja. RPO zawiadomił wczoraj, że sąd uwzględnił jego protest wobec przejęcia wydawnictwa Polska Press przez Orlen i zakazał spółce wykonywania czynności właścicielskich. Zareagował – dość szybko – pan Obajtek, który był łaskaw stwierdzić, że wyrok sądu nie ma żadnych podstaw prawnych.

Nie sądziłem, że najwybitniejszy autorytet prawniczy dostał posadę w Orlenie. Czy nie szkoda go na to? Po cholerę komu te wszystkie sądy i trybunały, skoro on o podstawach prawnych wie wszystko…

Skoczą mu zaraz sępy dziennikarskie do gardła i przerobią faceta na kompost – myślę.

Kicha.

Organ turbokatolików krzyczy tytułem ,,Globalne ocieplenie używane jako pretekst do promowania cywilizacji śmierci”.

W tekście czytam „Jack Fonesca z organizacji Campaign Life Coalition dowodzi w artykule opublikowanym na portalu „Life Site News”, że szerzenie strachu związanego z rzekomym globalnym ociepleniem jest jednocześnie pretekstem do promowania depopulacji i aborcji. Autor podkreśla, że rzekomy wpływ człowieka na zmiany klimatyczne jest sporny, a wśród naukowców nie ma co do tego konsensusu, wbrew twierdzeniom mediów głównego nurtu”.

Idiotyzm tak straszny, że protezy zębów bolą. Myślę: raj dla prasy z innego obozu; rzadko się zdarza, by ktoś tak jednoznacznie i publicznie wystawił goły tyłek na kopniaka. Po prostu: proszą się, żeby ich zmasakrować i powinno to być zadanie beznadziejnie łatwe dla debiutujących w zawodzie młodzików.

Znów kicha. Nikt nawet nie zauważa.

Chyba jestem poważnie chory albo podróżuję w czasie i sam o tym nie wiem.

12.04

Wkraczamy chyba w gorący okres.

Sprawa pierwsza: Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uwzględnił wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich o wstrzymanie przejęcia przez PKN Orlen spółki Polska Press. To była dla prezesa K. jedna z kluczowych spraw w dziedzinie propagandy; teraz staje się dużo trudniejsza do zrealizowania, a w takich sytuacjach Kaczyński się gubi i działa jak raptus. Może być ciekawie.

Sprawa druga: Sławomir Nowak opuści więzienie; inny sąd nie znalazł podstaw, by trzymać go nadal w areszcie śledczym. Uznano, że w ciągu 9 miesięcy prokuratura miała dość czasu, by śledztwo zakończyć. Tym razem wściekł się Ziobro…

Sprawa trzecia: TVP opublikowała film Macierewicza o katastrofie Smoleńskiej. W filmie jest jedna nowość. Mianowicie, słychać krzyki pasażerów tuż przed rozbiciem; no i to jest naruszenie jednego z największych tabu dziennikarskich. Takich rzeczy się nie ujawnia; słusznie zareagowała krewna jednej z ofiar i zatrudniła Giertycha, który w jej imieniu poszedł do sądu. Jaki będzie wyrok – można byłoby mieć wątpliwości, gdyby sądziła pewna słynna kucharka Julka albo wiadoma Krycha, ksywa „profesor”; w innym wypadku przegrana władzy (czy TVP) jest po prostu murowana.

Będzie też do banku proces w sprawie tego policjanta, który zręcznym chwytem za gardło obalił protestującą kobietę, okładając ją przy tym pałą; i mimo gorącej obrony przez wysokich funkcjonariuszy policji – facet ma przerąbane do banku. A jak ujawnią jego personalia…

Na jego miejscu szybko bym z Polski emigrował. Bo może mieć kłopoty nie tylko sądowe.

To tylko cztery sytuacje w bezpośrednim związku z prawem, których się nijak nie da zamieść pod dywan. A przecież jest cała masa innych incydentów – nazwijmy je obyczajowymi – które też oddziałują na opinię publiczną.

Wszystko to wpływa na pejzaż polityczny. Coraz bardziej widoczne są pęknięcia w gnijącej w ogromnym tempie koalicji. Rozwalą się o ścianę.

Naprawdę, kochana opozycjo: knujcie szybko i gadajcie ze sobą; nie musicie ani nawet nie powinniście się tym chwalić. Ale coraz bliższy jest dzień, w którym rządzącym opadną gacie. Chciałbym wtedy widzieć tylko jedną gołą dupę: ich mianowicie. Rozumiemy się?

11.04

Przyznam, że niektóre sytuacje napełniają mnie absolutnym zadziwieniem – a wielu ludzi po prostu (bardzo się oględnie wyrażając) niesłychanie irytuje.

Oglądam otóż ja dzisiaj wiadomości telewizyjne i widzę jakieś nieprzebrane mrowie motocyklistów, którzy przyjechali do Częstochowy; podobno, by się zwyczajowo jak co roku modlić. I widzę obrazki z Poznania, gdzie stoi zawinięta kolejka publiki po jakieś kwiecie; bez maseczek na twarzach, bez zachowania zalecanego dystansu…

Mamy niesłychanie groźną trzecią falę pandemii. Na tę chorobę nie ma skutecznego lekarstwa; można się tylko zaszczepić i zachowywać w stosunku do siebie ostrożnie, a w stosunku do innych – przyzwoicie.

To są wszystko zwyczajni durnie. W najlepszym wypadku; bo jeśli robią to, co robią świadomie i z premedytacją, to na dodatek są podli. I oni sami, i księża, którzy „zaspokajają ich potrzeby metafizyczne” i ci sprzedawcy kwiatków.

Jeszcze z tej samej beczki. Pisze do mnie facet i przesyła informację, w której inny gościunio dowodzi, że nie wolno się szczepić, bo wirus się uodporni i zmutuje i wtedy dopiero nas wszystkich zabije. Prosi o moją opinię. Kiedy piszę do faceta, że to brednie – protestuje, że „wolno mieć różne punkty widzenia”.

Tak, oczywiście. Wolno. Ale jak facet zobaczy w swoim mieście nowy most i dowie się, że budował go skumplowany z burmistrzem fryzjer – to pewno nie będzie tym mostem jeździł za często. Jak mu zacznie kawałek korpusu gnić i odpadać, to nie pójdzie po radę do znajomego elektryka, prawda?

Więc naturalnie: wolno mieć różny od oficjalnego punkt widzenia. Ale upowszechnianie punktu widzenia niefachowca w kwestii, od której może zależeć – i zależy – życie milionów ludzi, to skrajna głupota albo przestępstwo.

Niby oczywiste, ale jednak niekoniecznie.

Co za ludzie?

Coraz lepiej rozumiem, skąd się wziął ten rząd.

10.04

– To robimy tak – powiedział szef – informujemy publikę, że mamy bardzo dużo szczepionek i wzywamy samorządy, żeby się włączyły w szczepienia w pełnej skali. Nie dadzą rady i się skompromitują.

Następnego dnia samorządy – zwłaszcza te najwredniejsze – meldują gotowość. Błyskawicznie wyznaczają miejsca szczepień, zaczynają werbować personel.

– No nie – mówi szef – tak być nie może. Wyjdzie na to, że pomagają ludziom i są sprawniejsi od władzy. Odwołać!

No i odwołują. Wolno zorganizować tylko jeden punkt na miasto, choć Warszawa chciała trzynaście. Bo „mamy zbyt mało szczepionek”, choć prosta arytmetyka wskazuje, że jeśli oficjalne informacje są prawdziwe, to w ciągu paru tygodni w magazynach będą leżały czekając na ekspedycję miliony jednostek.

Albo – albo. Albo panowie kłamią w tych oświadczeniach i rzeczywiście jest tego nadal za mało (ale wtedy po co akcja z wzywaniem samorządów do działania), albo informacje o kolosalnych dostawach są prawdziwe i wówczas przestraszyliście się wzrostu znaczenia tych, których z wzajemnością nie lubicie.

W obu wypadkach – gracie.

Niestety, jednym z pionków w tej grze jest moje życie – i jeszcze paru milionów innych ludzi. Za takie gry należy się kryminał; zwłaszcza dla tych, którzy wymyślają scenariusze. Ale i dla wykonawców coś by się odpowiedniego znalazło.

Druga sprawa na dziś: w sobotnim wydaniu „Wyborczej” spora rozmowa z Barbarą Nowacką. Mam zaszczyt poinformować, że to jest ta lewica, którą lubię najbardziej. Spokojna, zdecydowana, nienabuzowana. świecka, Inteligencka. Wie, co ważne na dziś. Polecam.

9.04

Odszedł miły starszy pan. Sędziwy: dociągnął niemal setki. Znany był na całym świecie, głównie jednak jako mąż swojej żony. Chodzi oczywiście o Filipa, księcia Edynburga.

To naturalnie żaden powód do upuszczania żółci. Ale nie jest to również powód do robienia na tę okoliczność gigantycznych programów specjalnych, jak to zrobiła stacja TVN24. Z zapraszaniem licznych gości, w tym – jakżeby inaczej – jednego, tytułowanego „księciem”. A coś mi się po głowie snuje, że w Polsce tytuły arystokratyczne i szlacheckie formalnie nie istnieją od najdawniejszych czasów.

Nie mogę tego inaczej nazwać jak rozładowywaniem kompleksów parweniusza. Tylko kto nim jest? Ten, co nadaje, czy – w jego mniemaniu – ten, co słucha?

Radzę dobrze przemyśleć ten problem. Zobaczyliśmy i usłyszeliśmy coś, co mówi sporo o plemieniu, zamieszkującym między Bugiem a Odrą. Zresztą – czy tylko o nim? Coś niekoniecznie pozytywnego.

Ale w sumie to drobiazg, nic zaskakującego. Zwykły prowincjonalizm europejski; może nawet światowy.

W tym plemieniu znajdujemy wszak tak osobliwe – łagodnie mówiąc – egzemplarze, jak ta pani „profesor”, która pastwi się publicznie nad transpłciowym dzieckiem i jego mądrymi wychowawcami; jak pan minister, który nie słyszał o żadnych prawach zwierząt; jak pan były senator, który karci zbiegłego psa, włócząc go na linie za samochodem… Jak ci purpuraci, którzy z napuszonymi minami przywdziawszy dziwne czapki wygadują bzdury tak siarczyste i tak wredne, że słuchaczowi scyzoryk się w kieszeni samoczynnie otwiera.

Jak ten pan, który sobie bez najmniejszych podstaw dowolnie mianuje lub odwołuje premierów i jawnie o tym mówi, że prawo i sprawiedliwość ma w nosie, jeśli nie są jego.

Cóż wobec tego wszystkiego znaczą – prowincjonalizm i kompleksy towarzyskie jakichś redaktorek z telewizji?

Znaczą.

One otóż tworzą podglebie dla takich zachowań; mimo że zapewne szczerze by temu panie redaktorki zaprzeczyły. One tworzą; nie „paskowi” z wiadomej telewizji i ich pryncypałowie.

Ci już po tym podglebiu tylko szparko maszerują dziarskim parademarszem.

8.04

Zazwyczaj w tym miejscu upuszczam trochę – lub więcej – żółci z powodów poważnych. Dziś będzie niepoważnie.

Chociaż bo ja wiem?

Jest otóż taka gazeta, która ma wdzięczną nazwę „Dziennik”. Niegdyś była pomyślana jako konkurencja dla „Gazety Wyborczej”, potem zmieniali się właściciele, naczelni, zespół…

Dziś jest pismem w pełni peryferyjnym. No i publikuje wiadomości tego typu (cytat dosłowny, polszczyzna – jak widać):

Katy Perry wyznała, że przestała depilować nogi. Jaki jest powód?

Katy Perry opowiedziała o trudnych stronach macierzyństwa. Artystka przyznała, że od kiedy urodziła dziecko, przestała depilować nogi.

Wokalistka stara się łączyć rolę mamy i pracować zawodowo, jest jurorką w amerykańskim „Idolu”.

Jako młoda matka nie miałam dużo czasu, więc przestałam golić nogi, ale kiedy śpiewałaś, włosy na moich nogach urosły o półtora cala. Dreszcze całego ciała. To było niesamowite! – powiedziała w trakcie programu.

Nie mam zielonego pojęcia kim jest pani Perry. Z tekstu wynika, że coś tam śpiewa, ale – przyznaję bez bicia – ja już się dawno w tej branży pogubiłem i interesuję się nią mniej niż hodowlą rasowych kanarków; jej występowanie w jakimś widowisku telewizyjnym nazwano natomiast „pracą zawodową”, czego nawet nie chce mi się komentować…

Ale nie o to chodzi kim jest albo i nie jest pani Perry, tylko o to, że gdyby ta wiadomość dotyczyła samego Jarosława Wielkiego albo nawet i papieża Franciszka, to i tak jej publikacja byłaby skrajnym idiotyzmem.

I dlatego to jednak jest poważny powód, żeby się wyzłośliwić – a może nawet i srodze zafrasować stanem mediów. Nie tylko polskich, oczywiście. Ale polskich – z racji malutkiego i kurczącego się rynku – szczególnie.

Groza. A jeszcze większa groza, że większość publiki uzna to za normalne.

7.04

Bardzo starannie przeczytałem projekt ważnego dokumentu państwowego. Muszę się tym pochwalić, bo czytanie dokumentów, szczególnie państwowych a specjalnie teraz – to zajęcie męczące. Przebrnąć przez niby polszczyznę twórców takiego czegoś nie jest łatwe; tak też było w tym wypadku.

Mniejsza jednak o bełkotliwe sformułowania, w których z typowo prostacką dezynwolturą myli się nieustannie np. ilość z liczbą. Ważniejsze jest przesłanie dokumentu i zawarte w nim propozycje.

Chodzi o powołanie Międzynarodowej Akademii Kopernikańskiej i czegoś, co się nazywa Narodowym (oczywiście!) Programem Kopernikańskim. Jest to pomysł – nie, nie kuriozalny; to po prostu pomysł konsekwentnego kroku na drodze upaństwowienia i podporządkowania Przenajświętszej Władzy PiS wszystkiego, co się da. W tym wypadku znacznej części nauki polskiej. Części, bo nauki humanistyczne i społeczne mają (może przez pomyłkę piszącego projekt upośledzonego umysłowo) dobrze: jakby władzy nie interesowały, w projekcie nie istnieją. Nie będę streszczał ani szczegółowo omawiał projektu. Załączam po prostu odnośnik. Mówiąc najkrócej: o wszystkim w większości działów nauki ma decydować stosowny minister i w pewnej mierze premier. O żadnej autonomii środowiska mowy nie ma.

Podobno Goering kiedyś powiedział „o tym, kto jest Żydem, decyduję ja”. Pan Czarnek i jego ludzie najwyraźniej na identycznej zasadzie chcą decydować kto jest wybitny i kto w ogóle jest uczonym.

Nie wspomnę już o tym, że projekt nie zauważa w żaden sposób istnienia Polskiej Akademii Nauk ani Polskiej Akademii Umiejętności. Nie znajdziemy w nim ani słowa o tych instytucjach i nie dowiemy się, co na przykład stanie się z czymś takim, jak Instytut Matematyczny. Pewno, gdy się będzie nocą głosować odpowiednią ustawę w sejmie (oczywiście – jako „projekt poselski”, żeby nie było żadnych problemów z jakąś dyskusją) – w ostatniej chwili dorzuci się paragraf o likwidacji PAN i PAU oraz przejęciu ich własności.

Co to dla naszych Hunów?

Swoją drogą – z taką odwagą, mój dobry człowieku, to boso po polu minowym zapieprzać, a nie pchać się na salony. Pan sobie naprawdę wyobrażasz, że uczonym, zwłaszcza klasy międzynarodowej, może kogoś mianować prezydent albo premier na wniosek jakiegoś ciemniaka – przepraszam za skojarzenia z nazwiskiem?

Tak, wiem: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza też miała pewien wpływ na Akademię i obsadę jej stanowisk kierowniczych, a wy lubicie przejmować te wzory – choć, nie rozwijając w tej chwili tematu – robicie to z naturalnym wdziękiem prosiaka w chlewie, który wyobraża sobie, że jest divą operową.

Ale jednak wśród prezesów PAN byli Kotarbiński i Groszkowski, żeby wymienić pierwsze z brzegu nazwiska. Wy zapewne zaproponujecie Rydzyka albo Legutkę?

Gratuluję dobrego samopoczucia i przekonania o osobistej sprawczości. Natniecie się chłopaki tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Tym razem – jak ktoś trafnie napisał – sKULwiliście się do spodu. Zostaniecie rozstrzelani salwami śmiechu i szyderstwa.

6.04

Niejaka Viola Kołakowska (ponieważ jest cytowana i spotkałem to nazwisko w paru miejscach, więc pewno powinienem wiedzieć, kto to; otóż nie wiem i nie mam zamiaru przeszukiwać Internetu, aby się dowiedzieć) powiedziała, że Krzysztof Krawczyk zmarł dlatego, że… był zaszczepiony. W pokrętnym i pozbawionym cienia logiki wywodzie pani ta – jak czytam – zaatakowała kolejny raz szczepionki. Bo ona uważa.

Dziwnych czasów dożyliśmy. Niby jest na świecie demokracja (w każdym razie w niektórych „destynacjach”; w okolicach Warszawy podobno jej cień wiele lat temu był widziany…) i wolność słowa, więc każdy gamoń ma prawo mówić nawet publicznie to, co mu obie posiadane szare komórki podyktują. Ale dlaczego media to ochoczo podchwytują i powielają? Bo mówiąca osoba ma kształtne pośladki albo ciekawie uformowany kaloryfer na brzuchu? Bo umie ugotować kartoflankę? Bo znakomicie gra na drumli albo i nawet na wiolonczeli?

Czy to jej daje prawo do wypowiadania się na temat, powiedzmy, prawdziwości hipotezy Riemanna albo skuteczności szczepionki Pfizera?

Dawać może i nie daje, ale nie zabrania; taka jest prawda. I nie ona jest tu winna temu, że resztki włosów stają mi na głowie ostrym jeżem.

Powiedzmy wyraźnie: winne są media i ukształtowany przez rynek system medialny. Ludzie czytają bzdury, bo je lubią i chcą je czytać; media je z tegoż powodu publikują. Nie jest ważne, czy czytelnik zgadza się z gazetą; ważne jest, by ją kupił i czytał, bo wtedy staje się elementem jakiegoś arkusza kalkulacyjnego, który podpowie odpowiedzialnym za zakupy i publikowanie reklam licencjatom studiów PR z dyrektorskimi tytułami – gdzie je kierować. Treść przekazywana nie ma najmniejszego znaczenia; właściwie nawet im głupsza, tym lepsza: bo jednych zachęci do czegoś lub zniechęci, drugich zirytuje; ale mało odbiorców zostanie obojętnych i o to właśnie chodzi.

Ważnym elementem tego systemu są celebryci, czyli ludzie, których „powinno się” znać (vide owa pani Kołakowska) oraz – nowe stosunkowo dla mnie słowo – influencerzy, czyli ludzie, mający jakiś wpływ na opinię publiczną. Oba pojęcia mają zresztą jakąś część wspólną – można więc być jako celebryta influencerem lub odwrotnie, a chyba można i nie – ale to nieważne.

Istotne jest to, że do obu gatunków najłatwiej trafia się drogą wywołania jakiegoś skandalu; przy tym istnieje tu wyraźna zmienna w czasie gradacja. Niegdyś wystarczało pokazać publicznie goły tyłek; dziś trzeba co najmniej dokonać publicznie defekacji. Celebryta czy influencer to dziś mało; dziś by coś naprawdę znaczyć towarzysko i finansowo wypada dopisać sobie przedrostek pato–. Patocelebryta, patoinfluencer – to jest to!

Co będzie jutro?

Nie wiem. Obawiam się, że nic dobrego. Na marginesie: ja tam należę do tej grupy, której „influenza” kojarzy się wyłącznie z grypą. Wiem, my pomału znikamy. Jak dinozaury. Ta sytuacja przypomina mi zresztą stary dowcip, w którym uczeń, wyrzucony z klasy przez nauczyciela za głośne puszczenie bąka, wychodząc potulnie, mówi: gdzie tu, kurwa, logika? Przecież oni wszyscy zostają w smrodzie…

No to sobie zostańcie ze swoimi patocelebrytami, patoinfluencerami i rynkiem medialnym. Spijajcie mądrości wszelakie z ust Violi Kołakowskiej. W gratisie dorzucam Edzię Górniak i ministra Kowalskiego.

5.04

Szykuje się nam kolejny spis powszechny.

Prawdę mówiąc, uznałem to za rzecz najzupełniej normalną; każde państwo musi coś wiedzieć o sobie, by prowadzić sensowną politykę społeczną, to oczywiste. Minęło 10 lat, trzeba zobaczyć, jacy jesteśmy.

Jak niemal wszystko dzisiaj w Polsce i tu boleśnie zderzamy się jednak z nienormalnością. Najważniejsze dla mnie jest to, że spisu w żadnym wypadku nie można uznać za anonimowy (choć władza zarzeka się, że będzie „zanonimizowany”). Co da „zanonimizowanie”, jeśli w arkuszu spisowym trzeba podać numer PESEL? Podajemy go – i informacją publiczną staje się nasze wyznanie (lub jego brak), pozostawanie w związku nieformalnym, życie na „kocią łapę”…

Dobrze wiedzieć, że takie zjawiska występują – i znać ich oceny ilościowe. Ale na cholerę komu wiedzieć, że żonaty skądinąd Jan Kowalski, Dzielna 5, mieszka z Aliną Kupść, panienką? No, chyba że ktoś chce mieć na Kowalskiego haka…A jak jeszcze okaże się, że ów Kowalski jest bezwyznaniowy, to – ho, ho!

Układ pytań jest – świetle dzisiejszej wiedzy – co najmniej tendencyjny. Ponieważ płeć można zadeklarować tylko jako męską lub żeńską – to musi, po prostu musi się okazać, że w Polsce nie ma ani ludzi trans, ani homo – i co będziecie zawracać Władzy głowę jakimiś tam prawami elgiebetów?

Żeby zakończyć temat: prof. Płatek zauważyła też taką ciekawostkę, że deklarując zawód nauczyciela akademickiego i miejsce pracy w placówce naukowej otrzymuje się od zautomatyzowanego arkusza spisowego … komunikat o błędzie.

Na marginesie tego wszystkiego jedno tylko pytanie, retoryczne zresztą: czy oni muszą spieprzyć absolutnie wszystko, czego się dotkną?

Odpowiedź, jeśli ktoś ma wątpliwości, brzmi: muszą.

Bo to są skończone patałachy, nieuki i gamonie. Jedno, co im jako tako wychodzi – to przyklękanie przed Jędraszewskimi i rozkołysane podśpiewywanie jakichś pień nabożnych z Rydzykiem. Ale myślę, że też do czasu. Któregoś dnia jeden/jedna z nich walnie dupskiem o kościelną posadzkę bez wątpienia, pociągając za sobą pół „gabinetu”.

Biorę w cudzysłów, bo jak użyję właściwego słowa – wychodek – to może być nieporozumienie.

I to będzie cudne.

4.04

Sprzed dwóch dni, ale coś takiego, co człowieka może załamać albo doprowadzić do sinej furii.

Otóż osobnik, pełniący funkcje Głównego Inspektora Sanitarnego (widać, że pan prezes ma dość szczupły zasób kadrowy i zabrakło na to stanowisko fachowca, bowiem wybrał na nie inżyniera, ale sam skapował, że coś nie tak i pełnej nominacji nie dał…), więc ów pan Saczka wydalił z siebie apel o pozbawienie prawa wykonywania zawodu dr. Pawła Grzesiowskiego, eksperta Naczelnej Rady Lekarskiej ds. walki z COVID-19.

Czytelnikom niniejszego nie muszę mówić kim jest dr Grzesiowski. Moim zdaniem, to zupełnie wyjątkowy – także pod względem umiejętności medialnych i sposobów nawiązywania kontaktu z widzem – ekspert medyczny; kiedy minie już ta cholerna pandemia, chętnie posłucham jego opinii o każdej sprawie, związanej z medycyną. No i dr Grzesiowski ośmielił się – zdaniem owego Saczki, jest to niewybaczalne – wygłosić słowa dość miękkiej zresztą krytyki pod adresem Przenajświętszego przecież rządu RP. Obraził Majestat a zapewne i uczucia religijne Polaków.

Rzecznik Praw Obywatelskich nazwał to bezprecedensowym uderzeniem w prawo obywateli do oceny działania władz publicznych; myli się jednak z tą bezprecedensowością. Powinien rzecz nazwać raczej typową bezczelną hucpą pisowskiego mianowańca.

Rozumiem: RPO nie wypada. Ale mnie już jak najbardziej. Więc napisałem, com napisał był.

Teraz jeszcze reklama. Otóż dostałem od jednego z autorów „Studia Opinii” adres witryny dotychczas mi nieznanej; polazłem tam, poczytałem – i rekomenduję. Chodzi o witrynę neuropa.pl, konkretnie zaś o zamieszczany na niej Tygodnik Neuropa, Bardzo polecam.

Aha: niniejszym wszystkim dziękuję za złożone życzenia świąteczne – i przepraszam wszystkich, którym sam życzeń nie złożyłem. To, przepraszam najmocniej, nie moje święto. Oczywiście dlatego, że dla emeryta każdy dzień, który udało się jeszcze przeżyć w pewnym dziwacznym kraiku na wschodzie Europy – jest świętem mocą samej definicji słowa święto.

3.04

W dzisiejszej „Wyborczej” rozmowa Dominiki Wielowieyskiej z Adamem Michnikiem. Wiem, że lepiej by było na ten temat głosu nie zabierać, bo słowa krytyki zostaną automatycznie zaliczone na plus Kaczyńskiemu (no i jakże to tak: nie paść na twarz przed idolem…) – ale nie mogę nie wypowiedzieć swojego zdania: przesłanie Michnika o niemożliwości zbudowania nad Wisłą czegokolwiek bez udziału Kościoła odrzucam w całości. Zupełnie nie wyczuł – myślę – ducha czasu. Albo wyczuł i się przestraszył, więc odwołuje się do zaklęć.

Jestem w stanie zrozumieć, że niemłodemu już człowiekowi trudno jest zaprzeczyć sobie samemu z czasów młodości; ale… ja sam właśnie tak postąpię i sobie nie zaprzeczę: tak jak byłem zawsze przeciwny jakimkolwiek, nawet taktycznym, sojuszom z Kościołem katolickim – tak i dziś nie mam zamiaru oddzielać „Kościoła, czyli ludzi” od jego funkcjonariuszy. I nic mnie nie obchodzi, że da się wśród nich znaleźć kilku – a niechby nawet i kilkudziesięciu, ale przecież nie więcej – ludzi znaczących i przyzwoitych; sam znam takich, ale nic z tego nie wynika. Bo ich głos się nie liczy. Dziś Kościół mówi Jędraszewskim i Rydzykiem, nie ma zmiłuj.

Słowem, uważam, że Michnik niewiele rozumiał wtedy i niewiele rozumie dziś; ubiera tylko ten brak rozumienia w efektowne sformułowania. Budowanie czegokolwiek na antykomunizmie (do czego się Michnik odwołuje) nie miało moim zdaniem nigdy sensu – a odwoływanie się do niego dziś, gdy obiekt dawnych walk już od dawna spoczywa dwa metry pod ziemią – nie ma dla mnie sensu kompletnie.

Nie mam zamiaru z Michnikiem polemizować. Jak w czasach mojej młodości mówiono – mam na to za chude uszy.

Powtórzę tylko sąd, który już kilka razy wypowiadałem: gdy w słynnym Sierpniu obejrzałem sobie własnymi oczętami umajoną wiadomą bramę i posłuchałem nabożnych pień tłumu pod nią zebranego – nie miałem wątpliwości, do czego to może doprowadzić. Nie do żadnej „naprawy Rzeczpospolitej”, tylko do Katolicko–Narodowej Polski. Takiej, którą mamy obecnie. Nic innego z tego wyniknąć po prostu nie mogło.

Bo po „tamtej” stronie było mniej więcej tylu ludzi znaczących i przyzwoitych jednocześnie, ilu dziś jest wśród kleru. Pozostali – to byli nieliczni, lecz wpływowi cyniczni gracze i liczni entuzjaści, w dużej mierze niestety bezrefleksyjni; no i szaleńcy, majaczący o graniu Mazurka Dąbrowskiego na kremlowskich kurantach.

W zasadzie więc… podobna sytuacja do dzisiejszej, gdy chodzi o relację „wierchuszka PiS – elektorat tej partii”. W zasadzie: bo dziś nastawienie młodzieży jest zasadniczo inne. I dziś liczy się też głos masy kobiet, które – zapewne ku zdumieniu wielu ludzi – dewotkami w najmniejszym stopniu nie są.

I to jest coś, co daje pewną nadzieję. Ale jeśli się ona zrealizuje – to czy Michnik zrozumie, dlaczego i jak to się stało?

Nieważne. Zdanie starszych panów jest z definicji bez znaczenia. Już jesteśmy przecież tylko czymś w rodzaju zgęstek powietrza. „Bo oni, to my; a my, to już mgła” mówiła wiadoma poetka w jednej ze swoich genialnych piosenek.

2.04

Mało w sumie ważne, ale trochę śmieszne.

W kręgu (bo trudno to jednak nazywać partią) Jarosława Gowina bardzo przyjemny dla oka i ucha kocioł. Ostatnio sąd opublikował uzasadnienie odrzucenia wniosku Bielana o odebranie Gowinowi wszelkiego władztwa i zaszczytów, więc gowiniści ogłosili zwycięstwo. Nic jednak z tych rzeczy: Bielan stwierdził, że uzasadnienie owo jest nielogiczne, więc je zaskarży. Propozycja, by założył własną konkurencyjną partię odpadła: przy rejestracji trzeba pokazać tysiąc podpisów popierających…

Słowem: cyrk. Bardzo się mile o tym czyta. A jak widać – bo widać! – jawny spór PiS–u z ziobrystami, to już się robi całkiem sympatycznie. Ciekawe tylko, kto skończy jak Lepper.

Druga nieważna wiadomość dnia dotyczy byłego senatora PiS–u, pana Waldemara B. Podaję tylko pierwszą literę nazwiska, bo facet stanie przed sądem za znęcanie się nad psem; już go zapudlili, nie dało się inaczej. Przywiązał otóż on psa do swego samochodu i pociągnął zwierzę za sobą. Ze skutkami w postaci zagrożenia pana b. senatora karą więzienia do lat 5 za znęcanie się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem.

A pan b. senator miał już na koncie kilka lat temu taką serię antysemickich ekscesów, że sam Kaczyński nie wytrzymał i zakończył z nim współpracę. Ale facet podobno nadal był kimś ważnym na Kaszubach.

W każdym razie jego osobowość ładnie się wpisuje w zbiorowy obraz tej społeczności. Jak dodamy do tego wizerunkowe skutki ewidentnego partactwa z organizacją i zarządzaniem systemem rejestracji na szczepienia, to właściwie nie da się pojąć: jakim cudem oni jeszcze mają jakiekolwiek poparcie w sondażach?

Obawiam się, że mniej to wszystko mówi o nich, niż o ich elektoracie.

1.04

Prima Aprilis.

Totalny.

System rejestracji do szczepień na Covid padł – powiada pan Dworczyk. Na moje oko: gówno prawda, jak zawsze. Podjęli nieprzemyślaną idiotyczną decyzję o zniesieniu podziału na grupy wiekowe i zorientowali się, do czego ona prowadzi: do totalnego bajzlu. Więc się wycofali. Jak? Najprościej: wyłączając na kilka godzin system.

Hołownia – za którym nie przepadam z powodu jego podwiązania pod Kościół, na które jestem uczulony – skomentował rzecz jednym trafnym, choć nieco przestarzałym słowem: gamonie.

Żulczyk – ten, co to go oskarżyli o obrazę majestatu Dudy – napisał otwartym tekstem:

Sami jesteście błąd w systemie. Tak was wszyscy zapamiętają. Tak będzie o was w podręcznikach. Tak wam napiszą na nagrobkach. BŁĄD W SYSTEMIE. 404. ZERWANO POŁĄCZENIE. Do mycia sraczy się nie nadajecie. Wypierdalać, BŁAGAM.

Decyzja, w którą nie chcę uwierzyć, nawet 1 kwietnia. Tak jest idiotycznie bezczelna. Ale prawdziwa, niestety. Cytuję za Beatą Chmiel z Facebooka:

Słynna lustratorka Dorota „To była pomoc, a nie łapówka od Dochnalów” Kania została właśnie z namaszczenia Obajtka obernaczelną w Polska Press. Wielokrotnie pozywana (skutecznie) za zniesławienie, a nawet skazana nieprawomocnym wyrokiem za korupcję, który to wyrok w apelacji w 2016 roku sędzia Beata Tymoszów oddaliła stwierdzając, że jej zdaniem działanie Kani nie wypełniło znamion korupcji w rozumieniu kodeksu karnego i uwolniła ją od zarzutów. Dlaczego? Bo Kania powoływała się na wpływy i „epatowała swoimi znajomościami w PiS”, ale robiła to nie tylko wobec rodziny Dochnala. Inny cytat z uzasadnienia: „Sąd nie zajmował się politycznym kontekstem sprawy, nie jest też rzeczą sądu wypowiadanie się na temat moralnej postawy oskarżonej i jej etyki jako dziennikarki”.

Nic już więcej nie dodam od siebie, bo za chwilę zacznę demolować meble.

Aha: dzisiejsza konferencja prasowa Morawieckiego wcale nie dotyczyła pandemii; to była tylko warstwa słowna i pretekst. Najważniejsze jest to, że razem z nim pokazał się – i wygłosił nawet dość poprawnie po polsku mowę – Gowin. Jednocześnie na Gowina zaczął się atak w prawicowych mediach internetowych, bo na dodatek oświadczył gdzieś tam, że jego ugrupowanie pozostanie w EPL, europejskiej partii Tuska i nie wejdzie do konstruowanego przez Kaczyńskiego, Orbana i Salviniego nowego ugrupowania.

Mój ostateczny komentarz i życzenie: niech się pozagryzają. Amen.

Poprzednie upusty

Bogdan Miś

Print Friendly, PDF & Email

34 komentarze

  1. Obirek 02.04.2021
  2. slawek 03.04.2021
  3. slawek 03.04.2021
  4. Yac Min 04.04.2021
    • Yac Min 04.04.2021
      • Musz 05.04.2021
  5. slawek 05.04.2021
    • Musz 05.04.2021
  6. mmm777 07.04.2021
  7. Magdalena Ostrowska 08.04.2021
    • slawek 08.04.2021
      • Musz 08.04.2021
  8. Filip Nowakowski 10.04.2021
    • Musz 11.04.2021
  9. Yac Min 10.04.2021
  10. Mr E 13.04.2021
  11. Arkadiusz Głuszek 15.04.2021
  12. wdrw 15.04.2021
  13. Magdalena Ostrowska 18.04.2021
    • Bogdan Miś 19.04.2021
  14. Magdalena Ostrowska 18.04.2021
  15. Musz 19.04.2021
  16. Magdalena Ostrowska 19.04.2021
  17. Magdalena Ostrowska 21.04.2021
    • Musz 21.04.2021
  18. dawniej_kuba 22.04.2021
  19. Andrzej Goryński 24.04.2021
  20. Magdalena Ostrowska 25.04.2021
  21. Andrzej Goryński 27.04.2021
    • Bogdan Miś 29.04.2021
  22. Kazimierz Wojtaszek 27.04.2021
  23. slawek 29.04.2021
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com