Marek Jastrząb: Cywilizacja względnego rozumu

17.04.2021

Niepewność, rezerwa, podejrzliwość wobec przewlekłych i niekonsekwentnych obostrzeń, te względy przyczyniły się do powstania ogólnoświatowej histerii. Obstrukcyjna i powszechna bojaźń, absolutna trwoga i sprowokowana w ten sposób panika, musiały zaowocować masowymi protestami. Ostentacyjnym sprzeciwem części narodu. Oporem przeciwko narzuconym karom i bezwzględnemu ich respektowaniu. Prowokacyjnym i nazbyt radykalnym przejawem buntu. Dowodem skrajnej desperacji. Rozpaczy prowadzącej do braku wyjścia i ulegania zmiennym, a więc nonsensownym zachowaniom. Do wypaczenia koniecznych zasad higieny i dystansu.

Zmęczone społeczeństwo powiedziało, że ma dosyć straszenia pandemią. Zabrakło mu swobody, spacerów gdziekolwiek, towarzyskich spotkań, podróży w nieznane, wędrówek bez celu i zagranicznych wojaży. Dosyć ma parodii zabezpieczeń. Zwłaszcza na rekreacyjnych terenach, w lasach i na niezamieszkałych obszarach. Ma dość ułudnej ochrony na otwartym powietrzu. Stosowania durszlaków udających maseczki. Nie chce skandalicznych sprzeczności w zróżnicowanym traktowaniu ludzi. Grubiaństwa świętych krów z jednej, a nielogicznego zamykania szarych zjadaczy chipsów, z drugiej strony. Po dziurki w zatkanym nosie ma dosyć więziennej wegetacji. Niekoniecznych rygorów i gospodarczych zawirowań. A także przeszło rocznego przebywania w depresyjnej izolacji od życia.

Jednak protestujący narazili się na niezasłużone cięgi; zmęczenie okazało się pułapką: zaproszeniem na moralny szafot. Z odsieczą ruszyły szwadrony utytułowanych bakcylantów i translatorów z Polskiego Na Nasze. Hufce te wyruszyły w perswazyjny tan. Po internetach i telewizorniach przewinęły się istne kawalkady opiniodawców i tabuny speców od korony wyposażonych w mylne statystyki, zamglone prognozy i bezsilne rozłożenia rąk.

Jak spod kamieni wyleźli rzecznicy, konsultanci i przypadkowi fachmani od zarazy. A każdy z nich prawił z taką pasją, werwą i przekonaniem, że nie pozostawało nic innego, niż zaufać i dać wiarę na wszelki duch. Lecz następnego dnia pojawiał się jeszcze niezużyty ekspert i z nie mniejszą pasją, werwą i przekonaniem odwoływał to, co dnia poprzedniego nazywano rozporządzeniem.

*

Wbrew nielicznym i nieśmiałym nawoływaniom o zachowanie rozsądku, wbrew zagrożeniom rozlewającym się po globie, zdezorientowane głowy państw, złotouste rządy prowadzone na rzeź przez demagogów, szamanów, kacyków i oszołomów, dorwały się do decydowania o ludzkim losie, a na pierwszy ogień powzięły tradycyjnie rezolutną myśl, by co rychlej zwiać pod zaciszną miotełkę. Postawić tamy, płoty, zasieki, niemal pola minowe. Krótko mówiąc – odgrodzić się od plagi.

*

Rozhulał nam się, pogubił zdrowy rozsądek. Zanikła trzeźwa ocena sytuacji. Świat uległ wszędobylskim paraliżom i zareagował strachem. Atrofią woli; kunktatorsko, profilaktycznie, tchórzliwie, czyli mężnie i z godnością, padł na twarz przed majestatem WIRUSA. Poddał się zaskoczeniu i w początkach borykania z upierdliwym, a niezbadanym wrogiem, jął wzorować się na chińskich sposobach rozwiązywania problemów.

Co prawda nie posunął się do bestialskiego spawania chorym drzwi, co prawda zastosował złagodzoną wersję okrucieństwa (w końcu jesteśmy w XXI wieku!), ale nie uniknął linczów, mordobicia i ostracyzmu wobec własnych poddanych. Nie ustrzegł się przed koszmarem zbiorowych grobów, chaosem i rozpadem wydolności zdrowotnych służb.

*

Pewnik: aktywni uczestnicy informacyjnego magla, to przekaziory promujące lęk. Żywiące się byle sensacyjką. Gorliwym propagowaniem absurdów.

Homosapiensom zagraża wyginięcie, konsument słyszy i czyta w nich bez przerwy na reklamę. Stale bombardowany jest przerażającymi wizjami nieuchronnych katastrof. Wypadków, tragedii, patozjawisk wszelkiej maści. Słyszy, czyta i widzi posępne pejzaże, zapłakane niebo zasnute czarnymi chmurami. Kątem zrozpaczonego oka dostrzega, jak na jego obrzeżach pokazują się błyski elektrycznych wyładowań. Nadziewa się na niewczesne proroctwa i spóźnione złorzeczenia.

Przed spłoszone oczęta wyskakują mu kaznodzieje w rodzaju Ojca Pio z camusowej „Dżumy”. Ostrzegają przed niechybną karą za pandemiczny grzech. Namawiają na wyrażenie skruchy, na bicie się w niedomodlone piersi. Gdzie nie zahaczy wzrokiem, tam dostrzega, jak rodzą się coraz krwawsze obrazy koszmarnej przyszłości, a samozwańczy dziennikarze, wytypowani ochotnicy, internetowi żurnaliści-naturszczycy, jak dostarczają fakenewsy do najrozmaitszych pudelków i skrupulatnie ścibolą swoje ulubione sprawozdania z nieszczęścia. Jak delektując się cudzą niedolą, upędzają się za psem pogryzionym przez właściciela: dolewając oliwy do ognia, pokazują sznury karetek na próżno wędrujących po prośbie. Jak podkradają się z ukrytymi kamerami do szpitali trzeszczących w szwach. Wyławiają co smakowitsze kąski z pacjentami podłączonymi do respiratora i pokazują swoje filmiki na you tube. Co, prócz frajdy dla zoila, załatwia sprawę powszechnej paniki. Rozwijającej się ku zdegustowaniu potencjalnych ofiar, a ku sfiksowanej radości uczestników zabawy w nakład i zasięg przedstawianych lęków.

Tak oto formuje się klimat sprzyjający presjom osaczenia. Tak oto rodzi się lękoidalna rzeczywistość. Ten swoisty wernisaż jatek stale poszerzający zasięgi populistycznego oddziaływania. Anektowania nowych przestrzeni, zamykania dróg do wyższych aspiracji, wygaszania nadziei, planów i perspektyw. Przy okazji tępi się szersze horyzonty, a melancholia i stupor, gwałt i wulgarność, znieczulica i agresja, znajdują się w rozkwicie.

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
 
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com