21.04.2021

Stępa lub forsownym truchtem, jak głupi Grześ przez wieś, tak ja idę przez sieć. Czytam blogi, portale, strony. Dobre, złe, wszystkie, jakie się nawiną. Zaglądam do skinów, faszystów i innych kuglarzy miłujących niepokój. Podziwiam ich tupety i bzdety napawając się wstrętem. Niekiedy zatrzymuję się moment. Czasami na dłużej i włażę na strony paskudne.
Wtedy ogarnia mnie szewska pasja, wierutne obrzydzenie; ja, dziadek ledwo gibający się nad własnym grobem, pieczętujący się herbem zleżałego humanisty, byłbym gotów latać z naostrzoną siekierą i wywijać nią młynka i robić nią komu gustowny przedziałek. Myślę sobie wtedy, jak to byłoby dobrze, gdyby przyjaciele ujrzeli to samo. Też zachwycili się tą nędzą mówiąc, że jest źle, że w zasadzie jest prawie klawo.
*
Przypomniało mi się niesmaczne wrażenie po obejrzeniu filmu na podstawie scenariusza Marka Koterskiego „Dzień świra”. Zobaczyłem w nim nie jednego, rozregulowanego ktosia, ale portret zbiorowy, konterfekt naszej krzepy, krajobraz po nieudanej bitwie. Beznadziejny, symboliczny, zaledwie naszkicowany malunek świra powszechnego, skomasowanego, pojawiającego się na ekranie w licznej liczbie; krótko mówiąc, ujrzałem film o nas, o naszym życiu, o życiu wstrząsanym dobrymi chęciami, film o drodze donikąd, jak gdyby – reportaż z nieistnienia, karykaturalny, przerysowany, informujący nas, w co wleźliśmy, co oblepiło nam mózg, czym się staliśmy.
Dlatego tak jest i był bolesny w odbiorze. Kwaśny, cierpki i prześmiewczy, ale prawdziwy, bo pokazujący nasze niekonsekwencje, dwuznaczną tolerancję, obłudne mankamenty i wewnętrzne rozdarcia. Choćby nauczycielską hipokryzję, różnice w naszych etycznych oczekiwaniach.
Pokazywał zaprzepaszczone marzenia i zmarnowane owoce tych marzeń. Był i jest zgryźliwą opowieścią o naszych frustracjach, o społeczeństwie radośnie pikującym w dół. Adaś Miauczyński jest jak odosobniony chwast wśród rzeki dorodnych świrów: nieprzystosowany, zbuntowany, histeryk wojujący z wiatrakami.
Bohater rzeczonego arcydzieła naszej nędzy i rozpaczy, zbulwersowany substytut znerwicowanego człowieka, desperat udający wrażliwego polonistę, a w istocie – łajza w spodniach uwierających w kroku (w schowku na duszę?), w spodniach tak ciasnych, że aż zmuszających go do nieustannej, rytualnej gimnastyki na kanapie, pedagog klnący tak, że przysłowiowy szewc, to przy nim przeor klasztoru ministrantów, prowadzi żywot czarnej owcy.
Wegetuje siłą rozpędu, z przyzwyczajenia do zrzędzenia, bez wyraźnego powodu, ponieważ brak motywu do życia, to jego jedyne uzasadnienie. To, w czym tkwi i przed czym się wzdraga, jest takie samo, jak on. Jak on, ustawiczny nerwus umiejący tylko złorzeczyć, wrzeszczeć, gderać. Przeklina co chwilę, strzyka bluzgami jak dziadzio Kałasznikow pestkami, lecz w niczym nie przeszkadza mu to w gadaniu, że trzeba być subtelnym, taktownym, że zdałoby się szanować bliźniego.
Adam Miauczyński to spełniony nieudacznik, autor pierwszej (i jedynej) linijki wiersza, notoryczny egoista opędzający się od cudzych wad, a nie dostrzegający swoich, walczący z nimi jak sędziwy ratlerek o pikusiowatym rozumku. Damski bokser wagi scenariuszowej mizdrzy się do wspomnień o swojej pierwszej miłości, na myśl o niej pociąga nosem, ją obarcza winą za swoje dotychczasowe niepowodzenia, za własne błędy. Ją, matkę, dzieciństwo pod wiatr.
Postać zagubionego Adasia jest bezwolna. Niby chce inaczej żyć, ale inaczej żyć nie umie; poprzestaje więc na utyskiwaniu. Toczy pianę z jamy gębowej, ale jest to piana Kalego. W godzinach pomiędzy warczeniem na wszystkich i wszystko, co się szwenda po ekranie, tokuje jak rzewny głuszec. A w przerwach na regeneracyjne, demagogiczne refleksje w toalecie, psioczy na swój los. Los sprokurowany na własne życzenie i obstalunek; niesprawiedliwy i niezasłużony, gdyż pracowicie i samodzielnie zdeflorowany.
Kiedy, omawiając twórczość Mickiewicza, zamiast entuzjazmu dla swady, z jaką mówi o naszym narodowym poecie, nadziewa się na pierdzącą dezaprobatę klasy, audytorium zafascynowanego bylejakością przeżyć, zaczyna rozumieć, że przegrał, a jego krasomówcze, bogoojczyźniane popisy natrafiają na mur. Na mur, na ścianę; są, niczym perły ciskane przed wieprze.
Rewolta
Stanisław Grochowiak oświadczył, że bunt się ustatecznia. Poeta był człowiekiem niebywale kulturalnym, a więc nie dziwi łagodność. Ja nie należę do ludzi przesadnie subtelnych, toteż powiem, że bunt pierniczeje.
Ale najprzód jest wściekle żwawy. I to dobrze, bo bunt jest przywilejem młodości. Powiem więcej: buntować się można tylko za młodu, albowiem buntuje się ten, co mało wie i ma niewykształcony. Bo co to za bunt w wykonaniu zdziadziałego czcigodniaka! Haszkowski bunt w ramach ugrzecznionego łamania prawa?
Mam pytanie: czy można uczynić raban będąc człekiem statecznym, dostojnym, prawie zacnym i niemal roztropnym plus układnym? Podejrzewam, że wątpię. Zresztą są przykłady, dokumenty, teksty. Na przykład Bolesław Prus, Henryk Ibsen, Karol Dickens, a z niedawnych – Aleksander Sołżenicyn. Ich poglądy przechodziły ewolucję od optymizmu do pesymizmu. Nie odwrotnie. Od jasnych stron po ciemne, by nie rzec – mroczne.
Z wiekiem, a zwłaszcza z doświadczeniem życiowym przemija entuzjazm i parcieją marzenia przechodząc w mrzonki. Przekwita młodzieńczy zapał, a rodzi się sceptycyzm; rzadziej mówi się „NA PEWNO”, częściej natomiast – BYĆ MOŻE.
Już Mickiewicz napomykał, byśmy za młodu uczyli się łamać ze słabością. Jednakowoż z czym młodzi mają się łamać, skoro dopiero zaczynają swoją życiową drogę? Jak mogą biec nie umiejąc chodzić?
*
Dotychczasowe rozważania o buncie powstały dlatego, że nieopatrznie wdepnąłem w internetowe pismo Błędne koło. We wstępnym artykule redakcja zdradza swoje zamiary i jak to z deklaracjami bywa, są one przewspaniałe. Na pierwszy ogień oberwało się postmodernizmowi. Z czego się ucieszyłem, bo już od dawna zasługiwał na szczypa w ideę. Postmodernizm, tak samo, jak relatywna matematyka, nie są to bajki z mojego świata; nie zwykłem uważać szaleństwa za naturalność. A na drugi ogień redakcja puściła bąka pod tytułem: A COŚCIE UCZYNILI Z POLSKĄ KULTURĄ, BARANY?
Tytuł był nośny i odpowiadający prawdzie, ale treść artykułu została zaadresowana niecałkowicie trafnie. Zgoda, że politycy doprowadzili do zapaści. Lecz nie zwalajmy całego zła na nich! To nie tylko oni każą się zachwycać bzdetami. To konstruktorzy gazet, teatralni i filmowi reżyserzy – wizjonerzy, telewizyjni układacze ramówek, misjonarze bezguścia i wirtuozi bredni wmawiają ludziom, że pragną swobodnego dostępu do rynsztoka.
Popatrzmy na dzisiejsze gazety, wystawy malarskie, kina porąbanej akcji i inne skrzywienia. Spytajmy, gdzie jest klasyka, kto widział w repertuarze Felliniego, Bergmana, Kurosawę, a w telewizji program edukacyjny?
Nic z tych rzeczy! Galerie pokazują genitalia na druciku, telewizja przedstawia intelektualne masakry z meksykańską piłą w roli głównej, czasopisma zamieszczają poetyckie i prozatorskie gnioty, pod publiczkę a Szekspir, w ujęciu współczesnych, ma umysł przeżarty kretynizmem.
*
Obecni rządzący zapominają, że współczesność jest kontynuacją przeszłości, a bez gruntownej wiedzy o przeszłości, mogą iść tylko do tyłu. Mogą tylko odrzucać, negować, ośmieszać, co było przed nimi.
Zapominają, że jutro staną się tak samo zbędni, jak ci, z którymi walczą teraz.
Ale i my, bierni, nieśmiali, niechcący nurzać się w politycznych śmieciach, my, pono stworzeni do wyższych celów, szybujący po niebieskich obłokach, stoimy na uboczu i mimowolnie aprobujemy niecne poczynania władz. Tym samym przyczyniamy się do trwania decydenckich nieudaczników lepszego sortu.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Mistrzowska puenta!
To samo czuję każdego dnia, i kiedy czytam nasze tu, na SO , filipiki przeciwko obecnej władzy.