Sławek: Historia jednej piosenki – Lili Marleen

30.04.2021

W komentarzach pod artykułem Jerzego Łukaszewskiego „Trzy bilbordy za Pcimiem” pojawiły się głosy, że warto na SO rozwijać rubrykę z recenzjami filmów.

Ponieważ film dotyczy piosenki, z którą wiążą się moje osobiste refleksje – pozwólcie Państwo, że artykuł będzie czymś więcej niż tylko recenzją filmową. Nie opowiem treści, bo nie chcę Państwu psuć samodzielnego odbioru filmu i spontanicznych wrażeń z tym związanych. Mowa o filmie dokumentalnym, trwającym nieco ponad 51 minut, umieszczonym na YouTube 9 maja 2018 r. w 73 rocznicę zakończenia II Wojny Światowej, zatytułowanym

The Extraordinary story of the song “Lili Marleen”

Wyprodukował ten film Michael Foley i zamieścił na YouTube, opatrzywszy następującym komentarzem (w wolnym tłumaczeniu):

Napisany przez mojego przyjaciela Jean Claude Thibauda i wyprodukowany przeze mnie w iMovie, to pięćdziesięciominutowy obszerny dokument, opowiadający o historii niemieckiego przeboju z czasów II Wojny Światowej do wiersza Hansa Leipa, z muzyką Norberta Schultze, zaśpiewanego przez Lale Andersen.

Historia zaczyna się przed I Wojną Światową (to „Długa droga do Tipperary”), a kończy – ruchem antywojennym w latach siedemdziesiątych, z udziałem Marleny Dietrich. Dziękuję wszystkim, którzy udostępnili materiały na temat wojen, Berlina lat trzydziestych, artystów niemieckich i irlandzkich z tamtego okresu.

Film podzielono na 8 aktów (części), poprzedzonych prologiem i zamkniętych epilogiem. Rozpoczyna się w przededniu I Wojny Światowej – wojny w naszej części Europy już trochę zapomnianej. Beztroski nastrój przedwojenny i narastającą grozę wojny opowiada film prawie wyłącznie językiem piosenek, malarstwa, zdjęć, pocztówek, poezji i filmów dokumentalnych.

Na Zachodzie kultywowało się i kultywuje pamięć o bohaterach – ofiarach poległych w trakcie tej wojny, a było to łącznie ok. 45 milionów osób. Szczególnie uwidacznia się ta pamięć w małych i większych miasteczkach i miastach francuskich, brytyjskich, belgijskich, holenderskich, ponieważ liczba poległych w I wojnie światowej była w tych nacjach wielokrotnie wyższa niż w trakcie II wojny światowej. Część trzecią, kończącą historię I Wojny zamyka wstrząsająca poezja Wilfreda Owena.

Wprowadzeniem do części czwartej filmu jest nastrój częściowej beztroski (podobnie jak przed I Wojną) z okresu 1937-1939. Nawet pierwsza kompozycja Lili Marleen wtapia się swoistym dysonansem w ten nastrój ignorowania nadciągającej katastrofy.

W piątym akcie pojawia się Lili Marleen śpiewana przez Lale Andersen na płycie z 1939 roku, w jaką wersji znamy do dzisiaj. Entuzjastycznej reakcji żołnierzy niemieckich na tę piosenkę, a zaraz potem także żołnierzy alianckich, przeciwstawiała się propaganda III Rzeszy. Jak nie można czegoś lub kogoś zastraszyć, zniszczyć, należy to skompromitować lub ośmieszyć. Wreszcie, jak nie można nic poradzić trzeba to przerobić na własne, często groteskowe, kopyto. Niestety nie dotyczyło to wyłącznie hitlerowców.

Najbardziej zaskakującą dla mnie informacją pochodzącą z komentarza w filmie było stwierdzenie, że piosenka Lili Marleen, która została po II wojnie światowej manifestem antywojennym oraz antynuklearnym, w bloku sowieckim była zakazana. Nie miałem o tym pojęcia.

To, co w tym filmie wywarło na mnie wielkie wrażenie, oprócz wstrząsających relacji przy użyciu piosenek, obrazów, zdjęć i poezji, to całkowity brak komentarza mówionego. Zamiast tego mamy napisy pod fragmentami filmu. Komentarz jest na tyle dyskretny, że nie zaburza odbioru dokumentu, a przy tym na tyle precyzyjny informacyjnie, że prowadzi widza przez istotę wydarzeń historycznych. Wstrząsające wydarzenia z okresów 1914-1918 oraz 1939-1945 zostały opowiedziane językiem muzyki, malarstwa, poezji, materiałów prasowych i dokumentalnych, bez wielkich wzniosłych słów. Może dlatego uznałem ten film za nadzwyczajny.

Komentarze i napisy w filmie są po angielsku.

Osobiste refleksje związane z piosenką

Pierwszy raz Lili Marleen usłyszałem w wykonaniu Marleny Dietrich w 2009 roku z klipu na YouTube. Tak mi się przynajmniej wydawało. Piosenka była mi jakoś bliska i znajoma. Przy okazji opowiedziałem o zaskakującej i dla mnie podświadomej znajomości tej melodii mojemu ojcu, dobiegającemu wówczas dziewięćdziesiątki. Ojciec się uśmiechnął i wyjaśnił mi moje zaskoczenie i zdziwienie. Okazało się, że w dzieciństwie, kiedy siedział z nami (bratem i mną) przed zaśnięciem czytając książki, bądź opowiadając różne historyjki zdarzało mu się nucić melodie. Często była to Lili Marleen.

Skąd mój ojciec, chłopak z małego, wielkopolskiego miasteczka rocznik 1921, wywieziony w 1940 r. na roboty do Rzeszy znał Lili Marleen? Pracował w kamieniołomach w północnej Hesji i jedynym oficjalnym radiem, jakie robotnicy przymusowi mogli (i musieli przez szczekaczki) słuchać było radio niemieckie. Ze wspomnień ojca gdzieś od jesieni 1941 roku piosenka ta stała się w radiu na tyle popularna, że nadawano ją po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy dziennie. W kamieniołomach oprócz robotników przymusowych z Europy Wschodniej pracowali robotnicy dobrowolni (Włosi) oraz jeńcy wojenni – Brytyjczycy, Jugosłowianie, Rosjanie, i inni. Większość z nich podzielała upodobanie do tej melodii. Piosenka była codziennie nadawana regularnie ok. godziny 22-giej i robotnicy dogadali się z komendanturą obozu, że cisza nocna zostanie codziennie opóźniona o czas nadawania w radio tej piosenki.

W tamtych latach 1941-1944 pracownicy kamieniołomów od wczesnej wiosny do późnej jesieni chodzili po pracy do okolicznych gospodarstw rolnych pomagać w pracach polowych. Wynagrodzeniem było jedzenie, bo oficjalne porcje żywieniowe w kamieniołomach były coraz szczuplejsze; z czasem zbyt szczupłe, aby przeżyć. Z kolei właściciele gospodarstw cierpieli na chroniczny deficyt rąk do pracy w związku z kolejnymi poborami wojennymi.

To dłuższe wprowadzenie zmierza do tego, że w opowiadaniach mojego ojca piosenka Lili Marleen była bardzo popularna wśród właścicieli, rodzin i pracowników gospodarstw. Śpiewano ją tak przy pracy, jak i przy kończących dzień wspólnych posiłkach i potańcówkach.

Kamieniołomy zostały opanowane i wyzwolone przez Amerykanów jesienią 1944 roku. Jeńcy i robotnicy zostali uwolnieni. Ojciec mój znalazł zatrudnienie w biurze amerykańskiej administracji wojskowej, gdzie pracował do lata 1946 roku. Piosenka Lili Marleen, według jego relacji, była równie popularna wśród żołnierzy amerykańskich, oraz brytyjskich i codziennie wielokrotnie słuchana, a równie często śpiewana. Najpopularniejszą wersją angielską było nagranie Marleny Dietrich.

Żeby uświadomić sobie czym była w tamtym czasie piosenka Lili Marleen odwołam się do recenzji tego przeboju Aleksandry Masłowskiej:

Nie ma wątpliwości, że skomponowana w 1938 roku Dziewczyna w świetle latarni to przykład popkulturalnego fenomenu. Liryczna opowieść o żołnierskiej tęsknocie idealnie wpasowała się w ówczesne realia. Wypełniając powstałą w 1939 roku muzyczną lukę, była urzeczywistnieniem siły potrzebnej nie tylko żołnierzom, ale także żyjącym w tych trudnych czasach cywilom. Przetłumaczona na blisko 50 języków (w tym japoński i hebrajski, a nawet łacinę!) i wykonywana przez rzesze artystów jest symbolem pokolenia, które przetrwało.

Lili Marleen, choć będąca przykładem kultury niskiej i niewymagającej utwierdza nas w przekonaniu, że muzyka nie zna granic i mówi w jednym, międzynarodowym języku. Czy można więc uznać, że piosenka stworzona przez pracownika niemieckiego Ministerstwa Propagandy pomogła wygrać II Wojnę Światową? Czy to nie ironia, że zbliżyła do siebie żołnierzy wykonujących rozkazy dwóch przeciwnych stron?

Muzyka, jako forma kulturalnej rozrywki, z założenia częściej łączy, niż dzieli. Pretensjonalna z punktu widzenia dzisiejszego słuchacza Lili Marleen nie była tylko którymś z kolei tanecznym bublem. Skomponowany blisko 70 lat temu przebój łączył wszystkie cechy dzisiejszego hitu: prostą melodię i rytm, tekst, z którym łatwo się utożsamić i piękną kobietą w roli wykonawcy. Współcześni Norbertowi Schutze’owi i Lale Andersen nie zdawali sobie z tego sprawy – nikt nie sądził, że wyemitowanie piosenki w radiu poruszy miliony ludzi. Gdzie więc tkwił sekret tego niepozornego utworu? Dla wciągniętych w wojenną machinę mężczyzn i kobiet melancholijny głos Lale Andersen przypominał, że warto czekać. Niezależnie od noszonego munduru, pragnienia pozostawały takie same. Przecież każdy miał swoją Lili – kobietę, ojczyznę, święty spokój.

Por.: http://meakultura.pl/artykul/muzyka-ponad-podzialami-historia-lili-marleen-133

Marlena Dietrich

Osobą, która po stronie alianckiej przyczyniła się znacznie do popularyzacji Lili Marleen była Marlena Dietrich. Śpiewała ją wielokrotnie na koncertach dla żołnierzy, na wszystkich frontach, a w 1944 roku nagrała płytę z tym utworem.

Ciekawe refleksje budzą dwa różne jej wykonania. Pierwotnie nagrana wersja angielska:

Lili Marlene (English Version) Marlene Dietrich.mpg

Slide-show featuring stills of Marlene Dietrich during WW2 and images of soldiers at war, to her famous war song „Lili Marlene” (English Version). Fan made …

Znacznie późniejsza wersja w języku niemieckim, wykonywana na koncertach długie lata po zakończeniu wojny:

Nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie wersja niemiecka ma „duszę”, której nie mogę się doszukać w wersji anglosaskiej. Podejrzewam, że bierze się to z intuicyjnego wyczucia natury języka ojczystego przez każdego człowieka, tym bardziej przez wybitną artystkę.

Podobne wrażenia odnoszę słuchając najbardziej popularnego przeboju w wykonaniu Marleny Dietrich.

W wersji angielskiej:

W wersji niemieckiej:

Moja fascynacja osobowością artystyczną Marleny Dietrich i jej powojennymi losami mogła się zmaterializować dopiero dzięki YouTube właśnie.

Marlena Dietrich odwiedziła Polskę dwukrotnie w latach 60-tych XX wieku z koncertami w Warszawie. Pierwszy raz w 1964 roku i dwa lata później. Miałem wówczas odpowiednio 12 i 14 lat. Oczywiście już wówczas wiedziałem kim jest Marlena Dietrich. Tamte jej wizyty zapamiętałem z krótkich relacji w Polskiej Kronice Filmowej. Zbiorową fascynację naszego pokolenia zajmowała wówczas eksplodująca muzyka młodzieżowa.

Powojenne odrzucenie artystki przez większą część opinii publicznej w Niemczech za jej zaangażowanie w okresie wojny po stronie amerykańskiej i szerzej – aliantów ciążyło Dietrich prawdopodobnie do końca. Nawet wokół pogrzebu i w jego trakcie nie obyło się bez gorszących incydentów.

To odrzucenie Marlena Dietrich połączyła z inną, bardziej osobistą relacją z własną matką i napisała tekst jednej z najpiękniejszych, a zarazem wzruszających swoich piosenek: „Mutter, Hast Du Mir Vergeben?” (Matko, czy mi wybaczyłaś?)

Piosenka „Czy mnie jeszcze pamiętasz” Niemena posłużyła do napisania tej piosenki z prośbą o wybaczenie. Zgodę na wykorzystanie swojej kompozycji Czesław Niemen udzielił Dietrich po jej koncercie w Polsce, w 1964 roku, gdzie ją usłyszała w jego wykonaniu.

Ta sama melodia, a jednak dwa zupełnie odmienne i odrębne „światy” muzyczne:

Klimat tej piosenki dobrze oddaje wpis internauty pod teledyskiem na YouTube:

Dwa arcydzieła – polskie i niemieckie. Dwie zupełnie odmienne relacje liryczne do tej samej muzyki Czesława Niemena. Marlena Dietrich napisała, kto wie, czy nie najbardziej osobisty, tekst do piosenki znad Wisły. Lubię słuchać tej niezwykle wzruszającej wersji „modlitwy” do matki i do ojczyzny. Przez wiele lat potępiana i nieakceptowana przez Niemców wykazała człowieczeństwo wyprzedzające swoją epokę. Była zdeklarowaną antynazistką. Przed wojną regularnie odrzucała propozycje powrotu do Niemiec i grania w filmach dla Hitlera. Po wybuchu wojny wywołała wściekłość w Trzeciej Rzeszy, ponieważ opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie. W Niemczech nienawidzono ją za to jeszcze przez wiele lat po wojnie. Podczas uroczystości w 100 rocznicę jej urodzin burmistrz Berlina, Klaus Wowereit, przeprosił aktorkę za to, że Niemcy nie docenili jej twórczości za życia –

https://pl.wikipedia.org/wiki/Marlene_Dietrich Warto o tym pamiętać w czasach odradzających się nacjonalizmów.

W uzupełnieniu trzeba dodać, że właśnie podczas wspomnianej uroczystości władze Berlina, wiele lat po śmierci aktorki, przeprosiły się z Marleną Dietrich i jej pamięć uczczono nazwą placu, oraz tablicą pamiątkową. Jak na tak wielką Damę kultury niemieckiej w świecie niewiele, ale zawsze. Cytat z samej Marleny zamieszczony na tej tablicy pamiątkowej chwyta za serce, w oryginale właśnie: „Ich bin, Gott sei Dank, Berlinerin”.

Zastanawiając się nad powodami mojej własnej fascynacji osobowością artystyczną Marleny Dietrich znalazłem na YouTube recenzję tej gwiazdy w wykonaniu Pauli Rodak:

Ciekawostką tego opowiadania jest informacja, że wizerunek Marleny Dietrich był starannie zaprogramowanym działaniem profesjonalnym samej artystki. Także i w tej sferze Marlena Dietrich wyprzedzała swoją epokę.

Sławek

Print Friendly, PDF & Email
 
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com