Bogdan Miś: Upusty żółci (czerwiec)

01.06.2021

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.

Może teraz.

20.06

No więc – mamy nową partię. Hura. W dodatku pobłogosławioną publicznie przez pana prezesa więc dobrą, a nawet chyba niezbędną. I z taką piękną nawą: Republikanie.

Szefuje tej partii mąż zacnej postury, umysłu wybitnego i – nie bójmy się tego powiedzieć – dużej męskiej urody. Pan Adam Bielan. W nieprzesadnie długim (z mojego punktu widzenia, naturalnie) 46-letnim życiu zdołał zmieścić wiele ważnych funkcji: posła, senatora, przedstawiciela Rzeczypospolitej w Parlamencie Europejskim. Był też szefem kuźni kadr intelektualnych III RP, Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Słowem – postać.

A być może nawet posiedzieć, ale zostawmy ten akurat temat. W każdym razie chodzi oczywiście o odpowiedni stołek, bo o cóż by innego?

Wbrew jednakże pierwszemu zdaniu tej notki – partia o tej nazwie nie jest nowa w Odrodzonej Rzeczpospolitej. Pierwsza została założona jesienią 1994 roku i istniała całe cztery lata. W roku 1998 część działaczy, dla których partia była niewystarczająco prawicowa, utworzyła organizację o nazwie Republikanie RP, która z kolei istniała do roku 2006 – a potem przyłączyła się do Stronnictwa Konserwatywno–Ludowego. Z którego wywodzą się m.in. prezydent Bronisław Komorowski, Jan Rokita i Artur Balazs. Cześć działaczy SKL przeszła też do ugrupowania Jarosława Gowina, „Polska Razem”.

No i teraz mamy Republikanów na nowo. Z tym że nie odwołują się do tradycji związanej z tą nazwą. Nie chcą reanimacji. Tworzą nową jakość polityczną. Rozumiem to: rodowód nie jest taki do końca słuszny.

To znaczy: tak im się wydaje, a dokładniej to chcą nam przekazać.

Tak naprawdę chodzi o to, by stworzyć wrażenie, że w Polsce istnieje kilka prawicowych ugrupowań politycznych, które w Zjednoczoną Prawicę łączy jedno: przywództwo Jarosława Kaczyńskiego, czyli podległość PiS–owi.
Nie ma bowiem boga prócz Allaha, a Jarosław jest jego prorokiem, czyż nie?

Wszystko, co mieni się prawicą, a prawdy powyższej nie uznaje (i fika) – prawicą nie jest i być nie może. W związku z tym brykający Gowin lada moment zapewne okaże się co najmniej zgniłym liberałem a prawdopodobnie komunistą. No i dobrze, no i na zdrowie – jak powiadał Poeta.

Swoją drogą, nie tylko Republikanie nie mają uroku nowalijki, a nawet troszkę zajeżdżają stęchlizną, ale całemu temu układowi politycznemu daleko do świeżości. Znamy go przecież dokładnie z PRL: przewodnia Partia i zrzeszone z nią stronnictwa. Wypisz wymaluj – identiko.

Myślę, że koniec tego układu będzie też podobny. Sojusznicy zdradzą (przepraszam: odzyskają tożsamość), Partia wyprowadzi sztandar, ludzie odetchną.

Tylko kto teraz będzie sojuszników zakulisowo namawiał do zmiany frontu? Znowu Kaczyński?
To już by była kompletna paranoja.

Ale jakoś by mnie to nie zdziwiło.

19.06

Kilka słów dzisiaj muszę poświęcić osobie, która nie budzi – bardzo delikatnie to ujmując – nawet cienia mojej sympatii. Nie warto byłoby o niej zresztą mówić, gdyby nie to, że wydaje się ona reprezentatywna dla całego swojego ugrupowania politycznego, którego jest wierną żołnierką. No i niestety pełni funkcję, która daje jej możliwość wpływania na bardzo wrażliwą dziedzinę życia publicznego.

Chodzi o panią Barbarę Nowak, kuratorkę oświaty z Krakowa. Powiedzieć o niej, że ma poglądy konserwatywne – to obrazić konserwatystów. Czego bym nie chciał, bo w końcu każdy ma prawo być dziwakiem i błaznem, jeśli tylko swojego dziwactwa i błazeństwa nie usiłuje narzucać innym. Ale pani Nowak usiłuje.

Ostatnio zarzuciła Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, że zamienił się w dom publiczny (nazwała go „agencją towarzyską”, ale to przecież eufemizm). Z tego to powodu, że zrobił ankietę, w której jedno z pytań dotyczyło samookreślenia płci studenta. No i występowały tam w proponowanych odpowiedziach więcej niż dwie możliwości. Ankieta dotyczyła wprawdzie badania poczucia bezpieczeństwa studentów, ale pani Nowak doczytała się w niej segregacji i w ogóle wszelkich możliwych herezji.

Jaki to miałoby mieć związek z użytym przez panią kuratorkę określeniem – tylko jej bóg, któremu jest niezachwianie wierna, może wiedzieć. Bo z logiką nie ma to nic wspólnego.

Na osobliwy obraźliwy tweet kuratorki godnie i spokojnie odparł w formie listu otwartego rektor UJ. Momentalnie pani Nowak napięła mięśnie brzucha i wydaliła z siebie pełną swoistej godności odpowiedź, w której odmówiła rektorowi udziału w proponowanej rozmowie, by zaraz potem stwierdzić, że prywatnie jest chętna do pogawędek. Na dodatek włączył się w tę wymianę uprzejmości Czarnek, który zapowiedział, że trybie pilnym zażąda od UJ wyjaśnień…

Można byłoby powiedzieć: poujadali, poujadali – i pies z nimi tańcował. Żądać w trybie pilnym wyjaśnień, to Czarnek może od swojej cioci, nie od wybieralnego rektora niezależnej uczelni. Pani Nowak z kolei, której do szkolnictwa wyższego w ogóle nic – rzeczywiście ma prawo pokazać swoje nieciekawe oblicze i takiż intelekt w mediach społecznościowych (i zebrać tam zasłużone bęcki…).

Ale nie jest to takie proste: oboje reprezentują pewne poglądy i zachowania oficjalne i najwyraźniej uważają swoje beknięcia za uprawnione. Musimy im zatem dać do zrozumienia, że pozostają – jak pięknie mówił klasyk – w mylnym błędzie.

Ale trochę racji w pretensji do uczelni mają, zwłaszcza pani Nowak, która jest absolwentką UJ. Uczelnia, która wypuszcza taki produkt magistropodobny w świat – ma jednak jakiś defekt.

18.06

Składam sam sobie gratulacje: dziś przed telewizorem wytrzymałem całą szopę wokół próby wyboru pani senator Lidii Staroń na Rzecznika Praw Obywatelskich.

Dziwny to był spektakl, rozgrywany wedle schematu jednakowych odpowiedzi kandydatki na niemal wszystkie pytania. Ta standaryzowana odpowiedź brzmiała tak: „Powiem tak… Jako RPO będę postępowała zgodnie z prawem iw granicach prawa. A co do tego konkretnego przypadku, to go rozpatrzę, jak się z nim zapoznam. A w ogóle nie chcę pytań politycznych”.

Naprawdę, mniej więcej tak właśnie było. Tylko z gorszą składnią i z serią jąkań. Podziwiam prowadzących obrady: ja bym w paru miejscach ryknął i ustawił mówczynię brutalnie do pionu. I to mimo że obawiam się trochę reakcji zjednoczonych w swej kobiecości pań. Oni wykazali się przesadnie – moim zdaniem – dobrym wychowaniem. Może to i lepiej dla wszystkich – włącznie ze mną – że żadne funkcje publiczne mi już nie zagrażają…

Nie będę się dłużej pastwił nad panią senator. Łatwe zadania nigdy mnie nie interesowały. Tylko… jeżeli to jest najlepszy kandydat PiS–u na to stanowisko, to z kogo się składa to gremium?

Wyjaśniam: pytanie retoryczne. Znam odpowiedź dokładnie, a kto obejrzał to posiedzenie Senatu – zna ją także. Ta pani nie powinna być sklepową w Górce Dolnej, bo to ją intelektualnie przerasta o kilka kategorii. Polityczka. Senatorka. Kandydatka na jedno z najważniejszych stanowisk w kraju. Tfu. Z taką samooceną i odwagą to boso po polu minowym na poligonie w Orzyszu zasuwać, a nie łazić na Wiejską.

Usiłują się ratować sugestią, że to wszystko podstęp Kaczyńskiego, który nie mógł pozwolić pani senator zostać RPO, bo wtedy w jej okręgu wyborczym musiałyby się odbyć wybory. I groziło to, że wybiorą kogoś z opozycji, w dodatku sprawniejszego umysłowo.

Pan wicepremier od spraw bezpieczeństwa z kolei wypuścił z siebie dziś komunikat, że afera z kontem Dworczyka i wyciekiem różnych dokumentów – to sprawka Rosjan. Niestety, nie przedstawił na to żadnego dowodu materialnego i dopóki tego nie zrobi – tego typu oświadczenia są typowym dupochronem dla siebie i swoich pistoletów. I to kiepskim, bo uwierzyć w to bezkrytycznie może chyba tylko właśnie pani senator Staroń.

A swoją drogą musieli chłopcy przejrzeć dokładnie zawartość wiadomej skrzynki i gacie mają pełne; stąd przecież wynika smutna refleksja pana rzecznika, który spodziewa się ujawnienia dalszych dokumentów, kompromitujących różne ważne osoby. Skąd to wie? Powiedzenie z góry, że będą to fałszerstwa nic wszak nie załatwia…

Słowem – ciężko mają pod tę górę. Nie powiem, żebym współczuł.

17.06

Czarnek podobno zapodał publicznie, że ma mnóstwo skrzynek e–mail i nie ma pojęcia, która z nich jest prywatna. A poza tym rzadko używa. Z kolei Prezes wygłosił pono speech, pouczający parlamentarzystów o zasadach cyberbezpieczeństwa…

Dwie historie mi się przypominają w związku z tym; prawie zupełnie nie wiem dlaczego.

Jedna to fakt, że gdy dawno temu pracowałem w redakcji popularno–naukowej telewizji, to mieliśmy program pod tytułem „Nowoczesność w domu i zagrodzie”. Może by teraz coś takiego uruchomić dla naszych włodarzy? Choć chyba by nie kupili: nowoczesność brzmi jakoś tak nie po katolicku zapewne. Ale słowo „zagroda” byłoby chyba jak najbardziej na miejscu.

I druga historia, à propos tego wykładu naszego wicepremiera od spraw bezpieczeństwa. Otóż istniała przed laty instytucja, która zwała się KBI, Krajowe Biuro Informatyki. Kierowało tym zacne i kompetentne grono, a sekretarzem był nieżyjący już nieco ekscentryczny mój odrobinkę starszy kolega – matematyk, Adam Empacher. Magister tylko. Na jednym z posiedzeń tego gremium była ożywiona dyskusja i panowie profesorowie bardzo się o coś spierali. W pewnym momencie Empacher zadzwonił specjalnym dzwonkiem i zdecydowanym głosem powiedział:

– Koniec dyskusji, przyjmujemy takie i takie rozwiązanie.

Panowie profesorowie lekko zbaranieli, że młodzik ich tak „z buta” traktuje, natomiast Adam spytał:

– Czemu panowie są tacy zdumieni? Przecież panowie są specjalistami…

Profesorskie oczy zrobiły się jak spodki. W tym momencie Empacher sięgnął do kieszeni, wyciągnął legitymację służbową i powiedział:

– A ja jestem starszym specjalistą; o tu jest dowód – i okazał ów dokument. – Podpisał go wicepremier, więc ma moc urzędową i proszę nie dyskutować…

Nie znam dalszego ciągu. Ale pan prezes ma dokument podpisany przez premiera i prezydenta zapewne, że on wie lepiej. Więc wszystkich pouczył. Roma locuta… i tak dalej.

Z tym że Empacher jednak znał się na rzeczy.

A pan premier z kolei zalecał robić podwójne sprawdzenie przy używaniu skrzynki poczty elektronicznej. Bo sam zdaje się tego nie robił i wyszło, jak wyszło. Tylko że to też nie chroni całkowicie przed atakiem: doradzam poczytać witrynę niebezpiecznik.pl. Tam wszystko stoi napisane. Tyle że nie wiem, czy te chłopaki, które to robią, są z PiS–u. Chyba nie…

16.06

Oczywiście temat dnia, to spotkanie Biden–Putin.

W momencie pisania tych słów trwa jeszcze konferencja prasowa Putina, więc nie mieliśmy nawet czasu, żeby to spotkanie przemyśleć. Pierwsze wrażenie jest takie: nie doszło do katastrofy i to już jest wielki sukces obu stron. Ale chyba to, czego chciał Biden – jakieś rozwiązania ograniczające wymianę uderzeń informatycznych w czasie pokoju w drodze umów międzynarodowych – jest nadal tak samo odległe. Putin zdaje się nie sprecyzował również swojego stosunku wobec Chin, na czym zapewne Ameryce zależało.

W każdym razie – gadali kilka godzin i w gruncie rzeczy nic konstruktywnego nie ustalili – powiedzą z pewnością nasi prawicowi politycy, dodając, że Duda rozmawiał z prezydentem USA 4 minuty na korytarzu i rozwiązali wszak wszystkie omawiane problemy. No i kto jest lepszy w te dyplomatyczne klocki?

Dalej grzeje się temat wycieków z konta Dworczyka. Wyciekają kolejne dokumenty a my wiemy coraz mniej. Anna Mierzyńska zrobiła ich fachową analizę dla Oko.press – i okazało się, że w metadanych pojawiają się znaki alfabetu rosyjskiego; ale tylko w niektórych miejscach. Być może, zostały wstawione dla zmyłki. Być może, przygotowującemu publikację „omskły się” palce i faktycznie był nim ktoś, używający cyrylicy (niekoniecznie Rosjanin – może Białorusin, może Ukrainiec). Być może ktoś z polskich urzędników używał rosyjskiej klawiatury…

Słowem – wiemy, że nic nie wiemy; i zdaje się to właśnie powiedziała posłom władza na supertajnym posiedzeniu Sejmu. W każdym razie miny posłów opuszczających salę posiedzeń wyrażały na moje oko zawód i znudzenie.

Jedno nie ulega wątpliwości: ktoś ważny rzeczywiście rozważał użycie wojska do stłumienia demonstracji kobiet po haniebnym orzeczeniu trybunału p. Przyłębskiej. Dworczyk – polemizując z tą propozycją – w sposób oczywisty potwierdził jej istnienie. I jeśli tak, to ten ktoś ważny powinien momentalnie przestać być ważnym. Do końca życia.Ale nie mam w tej sprawie przesadnych nadziei.

15.06

Odnotowuję tzw. ogólnego zbrzyda.

Po pierwsze w związku z wyborami Rzecznika Praw Obywatelskich, którym została pani Lidia Staroń. Powiedzieć o niej, że kontrowersyjna – to nic nie powiedzieć, ale pal diabli szczegóły. Ona nie jest prawniczką, to dla mnie najważniejsze. Gdyby Jarosława Kaczyńskiego mianowano Naczelnym Geodetą Kraju, też byśmy się trochę zdziwili, prawda? Nie wszyscy, naturalnie.

Ale u nas bezustannie powtarza się w praktyce słynne powiedzenie Goeringa bodajże: o tym, kto u nas jest Żydem, decydują ja! I przy użyciu tego patentu czynimy inżyniera prawnikiem, perukarza ministrem a ogrodnika marszałkiem Sejmu. A co? Wolno panu jako panu. Nowogrodzka sobie zażyczyła, to wio: wykonane.

Drugi powód do zbrzyda to sprawa pogrzebu b. szefa SB, gen. Władysława Ciastonia. Nie nadając sprawie rozgłosu pochowano blisko 100-letniego oficera na Powązkach. Raban podniosło TVP Info a za nim cała prawica: jak to? Powązki? Dla mordercy Popiełuszki? Zgroza!

Nie jest istotne, że sądy bodaj dwukrotnie Ciastonia uniewinniły. Był, rozumiecie, ubekiem – i to prawie najprzegłówniejszym. A wszystkich komuchów należy przecież spopielić publicznie a prochy wysypać pod specjalnym płotem; najlepiej tym, który ogradza siedzibę PiS na Nowogrodzkiej.

Albo nie, jeszcze tam niedobitki komuny zaczną demonstrować. Lepiej wsypać do szamba po prostu. Prawda?

Ciekawostka w związku z Ciastoniem. Wiele lat temu – ponad 60 – pracowałem przy pierwszym polskim komputerze XYZ w Biurze Obliczeń i Programów, które było częścią Zakładu Aparatów Matematycznych. A tam, na Krzywickiego, przy opracowywaniu nowych modeli pracował zdolny i pilny inżynier, sporo od nas starszy.

Nazywał się… tak jest, Władysław Ciastoń.

Sporo później dowiedziałem się, że miał u nas tylko jeden etat. Drugi, a właściwie pierwszy, miał naturalnie na Rakowieckiej. Oczywiście, wtedy jeszcze nie był generałem. Poza pracowitością niczym się specjalnie nie wyróżniał.

Swoją drogą, jak się chwilę zastanowić – dowodzi to jednego: że ówczesna władza bardzo szybciutko zrozumiała, że informatyka to coś strasznie ważnego i że trzeba robiących ją ludzi objąć specjalnym zainteresowaniem. Chyba takich decyzji nie podejmowali tej klasy eksperci, którzy pozwolili naszym najwyższym dostojnikom korzystać do celów służbowych z ogólnodostępnych kont i nie stosować najprostszych zabezpieczeń…

Jacyś ogrodnicy czy perukarze.

14.06.

Na czołówce „Studia Opinii” dzisiaj bukiet fiołków. Chyba jasne, dlaczego: z powodu pięknego wyniku Konrada Fijołka w wyborach na prezydenta Rzeszowa. Wynikiem blisko 57% uzyskanych głosów wyborców zdeklasował podzielona konkurencję.

W „Studiu Opinii” analizuje sprawę Ernest Skalski i rysuje coś w rodzaju programu dla opozycji na przyszłość. Jego pomysł polega na tym, by opozycja połączyła siły nie rezygnując z odrębności i różnic – to wtedy, jak w Rzeszowie, ma szanse wygrać. Co dalej – to już proszę czytać u Ernesta.

Ja mam nieco inny pomysł; pewno nierealny, ale realizujmy niemożliwe – powiedział niegdyś ktoś ambitny.

Proponuję mianowicie utworzenie partii SS: Solidarnych Samorządowców (proszę nie żartować ze skrótu, może być oczywiście inny – troszkę chciałem Szanownych Czytelników zbulwersować…). Jej kolektywną władzą powinien być – już wybrany! – zespół prezydentów miast wojewódzkich, kierowany formalnie (na przykład: przez miesiąc) kolejno przez każdego z nich; członkostwo w takiej partii ograniczyłoby się do pracy na rzecz organizacji wyborów w niższych szczeblach podziału kraju, bez pretensji do „zasiadania” gdziekolwiek ani uzyskania jakiejkolwiek posady państwowej.

I to oni, tych 16 ludzi, powinni przedstawić jednolitą listę kandydatów do Sejmu i Senatu w najbliższych wyborach; istniejące partie polityczne natomiast powinny ograniczyć swoją działalność wyłącznie do zaproponowania swoich przedstawicieli do tej listy i z góry zrezygnować z walki o mandaty „dla swoich”. Niech „wspaniała szesnastka” zrobi swoje, sama i na własną odpowiedzialność.

Oczywiście, byłby do przegadania jeden drobiazg: wspólny program. Byłaby to po prostu uzgodniona część wspólna programów istniejących partii politycznych; w skład tego minimum powinna jednak wejść absolutna świeckość państwa, poszanowanie praw wszystkich istniejących mniejszości, ścisły zakaz dyskryminacji wszelkich grup społecznych ze względów obyczajowych, światopoglądowych czy jakichkolwiek innych – przy równie ścisłym zakazie nacjonalizmu, rasizmu i wszelkich zapędów totalitarnych (do tego stopnia, że osobiście optowałbym za rozwiązaniem z mocy prawa każdej partii, która uzyska konstytucyjną większość w wyborach – to naturalnie żart, ale nie tak do końca…).

Reszta pomysłów na „dzień po” u Ernesta.

I jeszcze dwa słowa: z zaciekawieniem obserwuję po rzeszowskich wyborach reakcję przegranych. Najpiękniejsza spłynęła z ust Pierwszego Kłamczucha RP, który zauważył przytomnie, że wynik – to jednak klęska opozycji, bo w poprzednich wyborach Tadeusz Ferenc miał o kilka procent wyższe poparcie. No więc – niech mu będzie. Idę na taką klęskę w każdych następnych głosowaniach.

13.06

Sport i dziennikarstwo. Wczoraj oniemiałem: omdlenie piłkarza w trakcie meczu Dania–Finlandia w ramach jakichś tam ważnych zawodów europejskich (to nie jest kokieteria z mojej strony, mnie naprawdę cały niemal sport zawodowy – a już specjalnie piłkarstwo – wisi paczką kitu u sufitu powiewając w charakterze frędzla, czyli mniej barokowo rzecz ujmując: nie interesuje) – więc owo omdlenie stało się przyczyną specjalnego wydania informacyjnego programu telewizyjnego! I to, jak czytam, nie tylko w Polsce…

No więc – to jest czysta paranoja. Dziesiątki tysięcy ludzi mdleją każdego dnia – przy robocie, w łóżku, na ulicy; nikogo poza najbliższą rodziną to specjalnie nie obchodzi. Przyczyną licznych omdleń są zawały i udary; niektóre z nich kończą się śmiercią. Przykre, ale co z tego?

Jeszcze rozumiałbym, gdyby na tym meczu omdlał jakiś widz, który figuruje na pierwszych stronach gazet – powiedzmy, Joe Biden czy choćby Wiktor Orban; wówczas zainteresowanie mediów byłoby w miarę uzasadnione. Byłoby też uzasadnione, gdyby przydarzyło się to całej drużynie razem albo i nawet po kolei. Ale tu wyłączną przyczyną tego medialnego jazgotu i zgiełku było tylko jedno: że to piłkarz właśnie. Omdlenie kolarza czy sprintera z całą pewnością nie wywołałoby takiego efektu.

Świętość się znalazła: futbol. W dodatku: świętość czysto abstrakcyjna i od początku do końca sztucznie wykreowana.

Czysty, wysublimowany idiotyzm, proszę państwa.

Ci wszyscy eksperci od piłki, medycyny i czego tam jeszcze, którzy biegutkiem popędzili do studiów telewizyjnych – zachowali się w sposób, którego nie chcę nazywać. A redaktorzy dyżurni, którzy tego dnia podejmowali decyzje o zmianie ramówki – gdybym ja rządził stacją, w następnej godzinie straciliby pracę.

To bowiem nie jest żadne dziennikarstwo. Nie jest to również żerowanie na głupocie widza; to jest głupoty tej kształtowanie.

Druga uwaga w związku z tym samym: z relacją sport–dziennikarstwo. Otóż Iga Świątek przegrała oba spotkania finałowe w paryskim turnieju; i cóż się stało? Wylew komentatorskich pretensji i dobrych rad cioci Kloci.

Ludzie: ani to nie jest tragedia, ani Iga nie musi za każdym razem wygrywać, ani dojście do finału szlemowego meczu nie jest klęską!

Ale dla tych ludzi – z mikrofonem w ręku lub puszką piwa przed ekranem – istnieje wyraźnie tylko „wysokie C”. Śpiewanie niżej budzi zdziwienie lub oburzenie.

Nie rozumiem tego. Wszyscy razem, drodzy państwo, nie umiecie się bawić i nie macie dystansu – do innych, do siebie i do życia. Jest bowiem we Wszechświecie tu i teraz kilka znacznie ważniejszych spraw niż wygrana czy zawał sportowca, którego nazwiska już dziś nie powtórzycie. I nieskończenie ciekawszych.

Fuj.

12.06

Znowu Czarnek na tapecie.

Będzie trudno poodkręcać to wszystko, co już zepsuł i jeszcze niewątpliwie zepsuje, ale to jest absolutnie pierwsza rzecz do zrobienia po odsunięciu mafii od władzy, razem z reperacją praworządności. Szkoła, w ogóle edukacja i wychowanie, to najważniejsza działka w naszym życiu – a szkody tam poczynione będą miały wyjątkową trwałość.

Czarnek chce mieć wszystko wedle jednego modelu, w którym jego ludzie – kuratorzy – będą mieli władzę absolutną. Jeden program, jedno słuszne (katolickie, naturalnie) widzenie świata. Paciorek i siusiu na komendę. Zrealizują to pałą: na przykład, bez uzasadnienia będą mogli wywalić z posady dyrektora każdej szkoły i powołać własnego – i to w ciągu roku szkolnego. Nic prostszego. Lubiących dzieci księży – nawet do przesady lubiących – mamy wszak pod dostatkiem; chętnie sobie zarobią.

Nie zdziwię się, jeśli wrócą fartuszki, mundurki i fryzury na zapałkę oraz szkoły męskie i żeńskie – żeby głupich myśli nie było. Wszystko to zresztą było już w użyciu za czasów Wielkiego Językoznawcy. Więc da się. Towarzysze z komitetu powiatowego pomogą jak wtedy.

Przypominam tylko, że Językoznawca w końcu wykorkował, a jego gorliwi wyznawcy mieli potem trochę przykrych wydarzeń w życiu. Nieprzesadnie, ale dało się skrajnych idiotów wyeliminować.

O ile znam sprawę – a coś tam czytałem – to cały cywilizowany świat idzie dziś w zupełnie przeciwnym kierunku: indywidualizowania procesu nauczania. Państwo przestaje się wytrącać do edukacji; określa jedynie podstawę programową, pozostawiając jej realizację metodyczną i ewentualną rozbudowę inwencji nauczyciela. Tylko egzamin końcowy ma być w jakimś sensie identyczny dla wszystkich. Światopogląd jednakowy zaś być nie może, bo to zgroza.

Realizacja pomysłów Czarnka – to na przykład koniec wielu szkół społecznych z ich często rewelacyjnie pomysłowymi rozwiązaniami dydaktycznymi. Czarnek zmienia też listę lektur szkolnych. Nawet mi się nie chce opisywać szczegółów, jego recepta jest banalna: bozia, żołnierze wyklęci i Jan Paweł II do oporu. Tu rzekłbym złośliwie: no i dobrze, nie ma lepszego sposobu, by obrzydzić tę tematykę młodzieży; ale w tym wypadku nie ma miejsca na zwykłe złośliwości. Proponowane treści młodzież bez wątpienia odrzuci – ale tego, co w programie nie będzie, po prostu w większości w ogóle nie pozna.

Oczywiście, zrodzi to nowe i powiększy istniejące nierówności społeczne. Ludzie mądrzy i wykształceni staną na uszach – a zapewnią swoim dzieciom prywatnie odpowiednie wykształcenie; ale na to nie wystarczy być mądrym, trzeba jeszcze mieć środki. Pińset plus nie starczy.

Czarn(k)o) to wszystko widzę.

11.06

W ostatnich czasach karierę zaczyna u nas robić komunikator internetowy Telegram. Może zatem dziś – zamiast tradycyjnej porcji żółci – troszkę informacji, bo z niedawnych rozmów telefonicznych wnioskuję, że ludziska mają ciut przymało wiedzy „w tym temacie”.

No więc tak: twórcą programu jest niejaki Paweł Durow, Rosjanin. Nie był on i jego firma mile widziany w swoim kraju – bo działanie Telegramu jest nie na rękę służbom specjalnym – więc się przeniósł do Dubaju i tam teraz ma swoje komputery. Od innych komunikatorów Telegram różni się tym, że stosuje (ale nie automatycznie! – to ostrzeżenie nr 1: trzeba o to samemu zadbać) szyfrowanie „end to end”. Co znaczy, że przekazana wiadomość jest szyfrowana w komputerze nadawcy i odszyfrowywana w komputerze odbiorcy; nie jest więc dostępna dla nikogo, kto się podłączy między tymi dwoma.

Po drugie, informacje o postach nie są przechowywane „w chmurze” więc stamtąd się nic nie wyciągnie, bo nic tam nie ma; i właśnie to jest powód, dla którego służby Telegrama nie kochają. Durow – dodajmy – był oficjalnie proszony o zrobienie „tylnej furtki”, przez którą można by było jednak wleźć i trochę sobie poczytać, ale odmówił – i to jest właśnie powód jego przeprowadzki: pewne odmowy mogą czasem skutkować np. rozstrojem żołądka, albo czymś tam, zwłaszcza jak ktoś – wyłącznie przez gapiostwo oczywiście – wypije herbatkę z plutonem zamiast cukru na przykład.

Program jest beznadziejnie łatwy w obsłudze; moim zdaniem, łatwiejszy od Facebooka (bo też ma mniej bajerów); no i nie zawiera reklam. Można za jego pomocą przesyłać wszelkiego rodzaju pliki – dokumenty, filmy, nagrania dźwiękowe. Można też użyć zrobionych przez innych kanałów informacyjnych (odpowiedników grup w FB), które jednak trzeba sobie naleźć samemu. Nie jest to trudne, szukarka dopomaga – ale na wszelki wypadek podaję, że wpisanie NEXTA daje dostęp do tego kanału, za który Łukaszenka zamknął Protasiewicza, zaś wpisanie POUFNA ROZMOWA pokaże strumień informacji, dotyczących znanego włamania na konto p. Dworczyka. Ja korzystam jeszcze z paru kanałów; duże media zaczynają dostrzegać potencjał Telegrama i np. świetnie się tam czyta New York Timesa. Jest tam też Wyborcza i Video KOD. Można także ustawić w telefonie odpowiednie powiadomienia, czego ja nie robię, bo nie lubię, jak mi coś hałasuje albo świeci bez dostatecznej racji.

Program może sam sprawdzić, czy ktoś ze znajomych go także używa – i pokaże to. Jest dostępny we wszystkich możliwych systemach na komputery stacjonarne i na smartfony.

Na zakończenie tej krótkiej porcji wiedzy ostrzeżenie nr 2: program nie jest tak do końca bezpieczny. Czytać i pisać w nim można wprawdzie wszystko bez obaw, ale odradzam ściąganie bez zastanowienia plików na własny komputer celem ich otwarcia: w takim pliku (dokumencie, obrazku, filmie) może być zaszyte jakieś paskudztwo, które nam narobi poważnej kaszy. Na to już nawet Telegram nie ma sposobu, więc można tak robić wyłącznie w przypadku zaufanego nadawcy.

Podsumowując: łatwe, dość pewne, szybkie, ogólnodostępne, bezpłatne i nieinwazyjne reklamowo – czegóż chcieć więcej?

Na zakończenie anegdotka. Kilka lat temu rozmawiałem z pewnym działaczem opozycji z okresu stanu wojennego, który był niespecjalnie kumaty komputerowo. Gdy mu kilka rzeczy pokazałem, westchnął „gdybyśmy mieli takie coś w latach osiemdziesiątych”…

No to teraz mamy sporo takich rzeczy. Wśród których Telegram jest z pewnością bardzo godny uwagi (w odróżnieniu od komercjalizującego się WhatsUp).

10.06

Nie ulega wątpliwości – dzisiaj wiadomość dnia, to informacja, że mogą nastąpić duże merytoryczne zmiany w redagowaniu „Gazety Wyborczej”. Podobno Agora chce połączyć zespół portalu Gazeta.pl z zespołem gazety z jednoczesną redukcją zatrudnienia w wydaniu papierowym i zmianą jego charakteru na bardziej tabloidowy.

W moim przekonaniu – byłby to gest samobójczy. Liczenie na to, że współczesny czytelnik będzie kupował medium, z którego przede wszystkim dowie się kto, z kim i jak współżyje płciowo, jakie ma piękne kotki i czy sobie zdepilował w tym tygodniu „okolice bikini” – to nonsens. Nawet jeśliby to miało być tylko drgnięcie programowe w kierunku prasy „lekkiej, łatwej i przyjemnej”. Bo takiej w Polsce mamy od wielkiego groma; a w Internecie tego śmiecia jest jeszcze więcej. Ja w każdym razie takiej gazety kupować ani prenumerować nie będę.

Czy „Gazeta”, której czytelników ubywa jak całej prasie, jest idealna? Ależ skąd.

Jest robiona coraz bardziej niechlujnie; ostatnio idiotyczne błędy sadzi nawet w tytułach. Zawiera coraz więcej reklam; większość jej dodatków „biznesowych” wyrzucam od razu po wzięciu do ręki bez czytania. Zdarza się jej zamieszczać materiały sponsorowane bez wyraźnego oznaczenia…

Słowem, sztuka cierpi. A w dodatku redukcję personelu konsekwentnie robi wyraźnie „od góry”: zwalniając najstarszych, najbardziej doświadczonych (i z natury rzeczy – najlepiej zarabiających) dziennikarzy, a zatrudniając jakieś towarzystwo na wpół amatorskie – żeby tylko było taniej.

Ale jeszcze jest tam co poczytać. Więc czytam, choć cholera mną trzęsie.

Gazeta wymaga niewątpliwie zmian. Ale nie takich. Powinna po prostu skierować się na nieco innego czytelnika. Młodego, dobrze wykształconego, bywałego w świecie inteligenta. Silnie lewicowo-liberalnego ideowo i obyczajowo, świeckiego – a nawet antyklerykalnego (tak, tak – rozczulanie się nad losami Kościoła i snucie rozważań teologicznych wokół Ewangelii to zwykłe dziaderstwo), politycznie usytuowanego od centrum w lewo; choćby dlatego, że drugi kierunek jest już dokładnie zajęty. Powinna zrezygnować do końca z dziedzictwa pewnego „Wielkiego Ruchu” i kombatanckich wspomnień jego działaczy sprzed lat. Zwiększyć dział zagraniczny, znacznie więcej miejsca poświęcić nauce i technice oraz wysokiej kulturze.

Czytelnik, o którym mówię – jest jeszcze do wzięcia. Ale już, już, niebawem – nawet nieznający języków obcych odda swoje pieniądze mediom zagranicznym, niekoniecznie papierowym. Tłumaczenie maszynowe i sztuczna inteligencja osiągnęły już – zrozummy to wreszcie – poziom użytkowy, choć z pewnością niedoskonały. Ale za kilka miesięcy może być za późno; chyba że wymyśli się jakieś inteligentne działania wyprzedzające. Bez depilacji okolic bikini jednak. I wpatrywania się w kolumny Excela.

Być może to nie da z dnia na dzień krociowych zysków i nie zapewni zarządowi Agory milionerskich pensji. Być może ruch w tym kierunku będzie wymagał lat ciężkiej pracy i szukania innych źródeł finansowania (jednak nie celem zwiększenia odpisu na akcje, ale celem dofinansowania samej gazety – jej formy, zarobków szeregowych dziennikarzy itp.). Prawdopodobnie nawet nie „być może” – tylko „tak będzie”.

Być może rynek odbiorców mediów jest już tak zgangrenowany, że i to nic nie da; ale właśnie: być może. Tabloidyzacja, dalsza obniżka kosztów i nastawienie na sentymenty pań, wielbiących niegdyś Michnika – czyli zmiany w przewidywanym kierunku – to pewna katastrofa i szybka śmierć gazety.

Krótko i węzłowato: polski „The New York Times” lub „The Guardian” skopiowany 1:1 wraz z ich ogromem mnie interesuje. Polski „The Sun” czy „Bild” – ani trochę. .

9.06

Od wczorajszego wieczora pół polskiego Internetu i większość mediów grzeje się do białości z powodu „ataku hakerskiego” na pana Dworczyka (jakoś nie potrafię niektórych ludzi opatrywać ich służbowymi tytułami; chyba mam jakiś defekt psychiczny).

Dlaczego w zdaniu powyżej jest cudzysłów? Z paru powodów. Po pierwsze, informacja o incydencie pojawiła się na koncie FB żony pana Dworczyka; konto jego samego nie zostało ujawnione, więc nie wiemy, czy rzeczywiście również i ono stało się obiektem ataku. Tylko o tym przeczytaliśmy.

Nie mamy też żadnej pewności, że informacja jest w całości prawdziwa. Tym bardziej że polszczyzna notki jest taka „więcej zza Buga”, czyli zawiera zdania z wyraźnymi rusycyzmami. Oczywiście może to znaczyć, że atakujący nie jest Polakiem; ale może też znaczyć, że on chce, abyśmy tak właśnie myśleli i popełnił błędy celowo.

Budzi też moje zastanowienie fakt, że informując o przekazaniu w komunikatorze Telegram wiadomości tajnych i poufnych, wpis pani Dworczyk… dokładnie je powtarza. Byłoby to oczywistym i bezmyślnym naruszeniem prawa, ale oto okazuje się, że to są jakieś nieistotne szpargały…

W sumie historia jest mocno podejrzana. Osobiście czytałbym ją raczej jako ostrzeżenie, że niebawem może stać się coś ciekawego, niż rzeczywisty atak. Nie musi to być też działanie żadnych wrażych służb specjalnych, ale na przykład osobistego wroga zaatakowanego. Może nie tyle idzie tu jakieś polskie Wikileaks, ile o zrobienie człowiekowi koło pióra…

Może.

W każdym razie jedno jest pewne: ochrona kontrwywiadowcza naszej ukochanej władzy raczej nie zabłysła. Nie wiem, czy to robota dla kontrwywiadu cywilnego, wojskowego, Służby Ochrony Państwa czy też Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – i, prawdę mówiąc, nie chcę wiedzieć. Wiem za to z pewnością, że ktoś spieprzył swoją robotę i powinien stracić posadę; może nawet jest i kilka takich osób. Może nawet jakiś minister?

Tym bardziej że podobno atak został dokonany dobrze rozpracowaną metodą phishingu, czyli dość prostego wyłudzenia danych dostępowych do konta. Pomijając już sprawę wspomnianej ochrony kontrwywiadowczej, która powinna tu zadziałać z automatu – ochrona przed tego typu atakami jest w zasadzie banalna. Nie trzeba mieć jakiejś obłędnej wiedzy informatycznej czy kryptograficznej i wydawać jakichś niebotycznych kwot na zabezpieczenia: zwykły malutki aparacik łatwo legalnie dostępny za ok. 150 zł, który się nazywa klucz U2F, sprawę załatwia. Albo się to wtyka w odpowiednie gniazdko komputera, albo po prostu kładzie koło smartfonu – i po kłopocie. Atak phishingowy na tak zabezpieczone urządzenie nie będzie już możliwy (chętni z łatwością znajdą szczegóły i odpowiedni sklep na stronie niebezpiecznik.pl).

Nawiasem mówiąc, rekomenduję to także osobom najzupełniej prywatnym: obiektem podobnych ataków często bywają konta w banku…

8.06

Różne dziwne rzeczy się dzieją. Niektóre rozumiem, inne nie do końca.

Rozumiem na przykład, że kiedy polityk schodzi ze swego tronu i staje się „byłym”, to już mu zaczyna wypadać więcej i może mówić szczerzej. Ot, na przykład Barack Obama w wywiadzie dla CNN powiedział: „Gdy popatrzymy na takie miejsca, jak Węgry albo Polska, które nie miały takich demokratycznych tradycji jak my, nie były w nich tak mocno zakorzenione. A jednak jeszcze 10 lat temu były dobrze funkcjonującymi demokracjami, a stały się w gruncie rzeczy autorytarne”. Dalej zgodził się z prowadzącym rozmowę, że „demokracja nie zawsze umiera w wyniku przewrotu wojskowego, ale także przy urnach wyborczych”.

Odpowiedział mu z właściwą naszym rządzącym dostojną godnością i dowcipem Marek Kuchciński (ja go już prawie nie pamiętam, ale w moim wieku to dość normalne): „Prezydentowi zdarzało się już mówić o polskich obozach zagłady, a mimo to wciąż nie zmienił źródła informacji o naszym kraju”.

No tak… Co racja, to racja. Komentatorzy (polscy) tego – chyba jednostronnego jednak – dialogu obu wybitnych polityków pojechali już po całości, czego za pozwoleniem Czytelników nie zacytuję. Zacytuję natomiast powiedzenie mojego syna, który będąc dziecięciem na widok pewnego pana w telewizji spytał mnie „Tato, kto to strugał?” – które to pytanie dedykuję panu eksmarszałkowi.

Z całym szacunkiem, należnym jego pozycji społecznej i ogrodniczemu wykształceniu.

Tę sytuację, jako się rzekło – rozumiem. Nie do końca natomiast rozumiem wyrok tzw. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego w sprawie sędzi Beaty Morawiec. To znaczy rozumiem, że ją uniewinnili, bo jest niewinna w sposób oczywisty. Niby o czym gadać, skoro nie ma o czym mówić. Ale członkowie owej izby nie po to zostali przecież przez Władzę powołani, by robić tej Władzy wbrew, a nawet w oko.

Czyżby ci dzielni uczeni ludzie zaczynali mieć pełne gacie? Bo jeśli nie, to mamy sprzeczność: przecież gdyby od zawsze uznawali, że Władza nie zawsze musi mieć rację i szlachetne pobudki, to by się nie dali powołać do tego dziwnego organu, czyż nie?

Psy podobno potrafią wyczuć chorobę właściciela. Tak słyszałem – i to by mogło coś tłumaczyć.

Z dużym zaciekawieniem oglądam też piękny spektakl „M. Banaś vs. IV RP”. Pan przewodniczący komisji sejmowej stawał dzisiaj na rzęsach, żeby nie dopuścić do szerszego publicznego informowania o wynikach kontroli NIK w sprawie „wyborów kopertowych”, ale niestety za chude ma uszy (nie wiem czemu, ale tak mówiliśmy w czasach mojej młodości), żeby mu się to udało. Bladł tedy na przemian za maseczką i czerwieniał, a tu leciały opisy przestępstw jeden za drugim. Fajnie było, naprawdę. Ale i tu jednak pewnej sprawy nie rozumiem.

Otóż pan PCP (Prezes Całej Polski) wziął szlachetnie i heroicznie na siebie odpowiedzialność za wszelkie decyzje w kwestii tych dziwnych okoliczności. Niektórzy dyskutanci nawet to z uznaniem podkreślali; ale dlaczego nikt nie spytał: jakim prawem osoba niepiastująca w danym momencie żadnych stanowisk uprawniających do decyzji państwowych miałaby w tej sprawie mieć więcej do powiedzenia niż, powiedzmy, strażnik sejmowy?

To jest niezbadana tajemnica wiary. W człowieka naturalnie.

7.06

Coraz ciekawiej się dzieje z panem Gowinem. Zapowiada się, że jego ludzie zagłosują za kandydatem opozycji na Rzecznika Praw Obywatelskich – przeciw Zjednoczonej Prawicy. Co więcej, wyraził chęć dana po nosie Terleckiemu za jego haniebny tweet w sprawie Białorusi, żadnych nowych ugrupowań w Zjednoczonej Prawicy nie ma zamiaru akceptować, i w ogóle – jak ktoś tam oświadczył – Zjednoczona Prawica ma przed sobą 10 dni istnienia.

Zapowiada się nieźle, ale obawiam się, że – jak wdzięcznie mawiała jedna z moich paru teściowych – stanie się tak: huk duży, szkody żadne. Obym się mylił.

Opinia publiczna się grzeje ewentualnym powrotem na ring Tuska. Może i ktoś coś takiego planuje, formalnie nie byłoby to trudne do przeprowadzenia i Tusk jest bez wątpienia silniejszą osobowością polityczną niż obecni przywódcy Koalicji Obywatelskiej – ale nie rokuje temu pomysłowi powodzenia. Przy całej swojej niewątpliwej klasie Tusk jest – moim zdaniem – zużyty moralnie jak starszy model mercedesa. Da się tym jeździć, nawet miło, ale szpanu już nie ma. Licealistki będą piszczeć raczej na widok najnowszego mustanga; kłopot z tym tylko taki, że tego nikt nie oferuje…

Grzegorz Braun został wyrzucony z przedwyborczej dyskusji kandydatów na urząd prezydenta Rzeszowa. Został za chamskie odzywki najpierw ostrzeżony, potem zaś prowadzący (Andrzej Stankiewicz) go po prostu wyłączył. Wrzask się podniósł pod niebiosa! Jakże to – dziennikarz ośmielił się przerwać Wybrańcowi…

A no – ośmielił się. I dobrze zrobił; dokładnie tak, jak powinien. Nie powiem, że dziennikarz nie jest tylko stojakiem pod mikrofon dla rozmówcy, bo to powinno być oczywiste. Czekam teraz na podobne zachowania ze strony różnych innych „koleżanek i kolegów po mordzie i piórze”; niekoniecznie, żeby od razu dawać klientowi kopa na rozpęd, ale chciałbym usłyszeć na przykład głośno wypowiedziane pytanie typu „panie ministrze, dlaczego pan tak bezczelnie kłamie?” albo „dawno nie słyszeliśmy podobnych bredni, czy zechciałby pan powtórzyć, żeby widzowie mogli to dobrze zapamiętać”.

Może się doczekam. Może. Ale to grozi kłopotem dla akwizycji reklam, więc…

6.06

Mam w obozie władzy parę sztuk hominidów szczególnie lubianych.

Tym razem zachwycił mnie żelazną konsekwencją w odbijaniu argumentów swoich przeciwników w dyskusji pan Janusz Kowalski. Może dlatego zwrócił on już niegdyś moją uwagę, że jest to dżentelmen wspaniałej postury i wyróżnia się z pisowskiej masy niezwykle intelektualnym wyrazem twarzy; szczególnie ciekawie wygląda z półuchylonymi ustami, nadającymi mu – w połączeniu ze stylowym niedogolonym zarostem – wygląd autentycznego myśliciela.

No więc pan Kowalski oświadczył ostatnio publicznie, że nie zna dowodów, że przez zanieczyszczenie powietrza w Polsce umiera rocznie 40 tysięcy osób. Szybko przezeń zrobiona w pokładach osobistej wiedzy kwerenda niczego bowiem takiego nie odnotowała.

Rychło pokazano mu, że takie właśnie dane opublikował oficjalnie… jego ukochany rząd. Dzielny mąż Kowalski uznał jednak, że i rząd oparł się na nieznanych mu – a więc niewiarygodnych – źródłach. No to mu powiedziano, że cytowane przez rząd dane pochodzą z Europejskiej Agencji Środowiska. Kowalski dumnie odparł, że interesują go tylko wiarygodne POLSKIE dane.

Podziwiam konsekwencję i erudycję tego pana. I jego niezłomny patriotyzm. Oraz konsekwentne używanie zwrotu „według mojej wiedzy”. Jej ogrom oszałamia.

Kiedyś, kiedyś, dawno temu, za czasów PRL, po ówczesnych salonach snuła się pewna para dostojników państwowych średniego szczebla; takich „z rozpędu”, co to kiedyś byli tzw. aktywem, więc im się dostojeństwo należało niejako genetycznie. Mili ludzie nawet podobno byli, ale wyróżniali się dość oryginalną urodą i byli – jakby to delikatnie powiedzieć – nieprzesadnie lotni. To się dostojnikom zdarza od początków świata.

No i kiedyś uczestniczyli w jakiejś imprezie, w której brał udział także Antoni Słonimski; jak wiadomo, przez pewien krótki czas tolerowany po Październiku przez władzę w ramach Odwilży. W pewnym momencie znany z piorunujących odzywek pan Antoni podszedł do bohaterów mojej anegdoty i powiedział, patrząc na nich z niekłamanym podziwem: jak państwo będą mieli małe, to poproszę o parkę…

Szukam kandydatki do sparowania z panem ministrem Kowalskim. Kilka przychodzi mi na myśl. Potomstwo zachwyciłoby nas zapewne, ale te akurat damy są poza wiekiem rozpłodu. Nie tracę jednak nadziei.

Aha, jeszcze jedno: lawina błota, którym obrzucono Olgę Tokarczuk Chodzi o wywiad w czołowym włoskim dzienniku „Corriere della Sera”, w którym – zdaniem prawicy – noblistka szkaluje Polskę, zrównując ją bezpośrednio z reżimem Łukaszenki. Bez kpin i całkiem serio: to brednia. Niczego takiego w tym wywiadzie nie ma, natomiast jest nieszczególnie udany tytuł.

Pochodzący od redakcji.

No, ale trudno wymagać, by – jakby to poprawnie politycznie powiedzieć? – polityk z pewną taką niepełnosprawnością intelektualną czytał cokolwiek poza tytułami, prawda? Nie starczy, że w ogóle umie czytać? A świętego Oburza trzeba przecież karmić…

5.06

Mamy więc na rocznicę 4 czerwca pomnik „Solidarności” w Warszawie, w eksponowanym miejscu. Nie będę oceniał jego walorów artystycznych, bo się nie znam; mogę tylko powiedzieć, że mnie jako dzieło plastyczne się nie podoba. Jak zresztą większość stołecznych monumentów, dosłownych i „z anegdotą” wyłożoną przesadnie łopatologicznie. Wymowa pomnika – że niby „Solidarność” przebija Mur Berliński – też mi się zresztą wydaje mocno naciągana. Niekoniecznie kolejność czasowa zdarzeń jest tożsama z kolejnością przyczynowo–skutkową; warto pamiętać.

I nie wszystko na świecie stało się za przyczyną polskiej husarii. Ani nawet Matki Boskiej Częstochowskiej.

Na dodatek będzie wokół tego afera, dość typowa zresztą. Pieniacka, mianowicie. Otóż wódz dzisiejszej „S”, p. Piotr Duda czuje się właścicielem „brandu” i oświadcza, że kierowana przez niego organizacja „nie zezwoliła”. Żeby to nie było żenujące, to byłoby po prostu śmieszne. Jak i groźne miny pana przewodniczącego. Z kolei portal braci Karnowskich wolałby zamiast jakiegoś pomnika – ulicę imienia Lecha Kaczyńskiego, co jak wiadomo jest zawsze prawe i sprawiedliwe.

Internety dziś dudnią od dyskusji o tweetach Terleckiego, któremu nie spodobało się, że pani Cichanouska spotkała się z ludźmi, których on osobiście nie lubi. Z opozycją mianowicie. Cóż można dołożyć do bęcków, które pan wicemarszałek dostał? Chyba to tylko, że dość zabawne jest to, że pan wicemarszałek nie dostrzegł, że sam zachowuje się dokładnie tak, jak Łukaszenka, zwalczany przez panią C. To jak ma się ona rzucać na szyję, w dodatku rezerwując takie zachowania na wyłączność?

Powiedziałem „dość zabawne”. Ale przede wszystkim obrzydliwe.

Poza tym zaczynam się przygotowywać do obejrzenia manta, jakie – mam nadzieję – za parę dni spuści kandydat opozycji swoim przeciwnikom w Rzeszowie. W sondażach ma ok. 47% poparcia, czyli jest o włos od wygranej w pierwszej turze. Druga jest kandydatka PiS, która dobiega połowy jego wyniku. Na trzecim miejscu – co byłoby znowu zabawne, gdyby nie było tym razem groźne – jest nacjonalista i antysemita Braun. Około 10% rzeszowian, chcących na niego oddać głos, to liczba bez znaczenia, jeśli idzie o ostateczny rezultat, ale jednak dość niepokojąca. Wrócimy do tego miasta.

4.06

W związku z nie dość panegiryczną (no dobra: krytyczną) wypowiedzią o Polsce Olgi Tokarczuk w „obcej” prasie, nasza niezawodna prawica zainicjowała akcję odsyłania noblistce jej książek. Jak większość inicjatyw tej strony politycznej – jest to czyste wysublimowane kretyństwo: żeby coś odesłać, trzeba to coś mieć; a żeby mieć należy na ogół kupić. Wtedy zaś nielubiana autorka zarobi procent od ceny. I jeszcze dostanie egzemplarz swojego dzieła, który będzie mogła dać np. pobliskiej bibliotece i jeszcze bardziej je upowszechnić.

Ludzie bywają mundre. Ale nie wszystkie.

Jak pisze „Wprost”, Jarosław Kaczyński nie wiąże już z szefem Porozumienia żadnych planów. Dość mają też mieć trwający przy nim politycy. Lecz jeszcze w czerwcu Zjednoczona Prawica zyska innego koalicjanta, który pomoże zachować sejmową większość.

Oczywiście chodzi o Bielana i to, co on tam majdruje łapkami pod kołdrą. Pewno doliczają jeszcze głosy Kukiza, choć ten wypiera się koalicji, a bełkoce coś o „porozumieniu”. Nie rokuję tym poczynaniom sukcesu i raczej w irytacji prezesa upatruję szansy na rozpad tego towarzystwa. Oczywiście, nie zaraz – czeka nas okres niezłej bijatyki.

Może być ciekawie, a z pewnością będzie dość śmiesznie. Już widzę zwłaszcza jak pewna grupa młodych wiceministrów będzie z dnia na dzień zmieniała zdanie i pokazywała w różnych telewizjach zaplute tym samym świętym oburzeniem oblicze – we wtorek diametralnie odmienne od poniedziałkowego. „Szkło kontaktowe” zdecydowanie zyska oglądalność i spory wybór smakowitych kawałków.

Pisze we właściwej sobie pełnej pojednawczości i eleganckiej stylistyce portal Karnowskich: …rozpoczęła się wspólna inicjatywa Adama Bodnara, skrajnie upolitycznionego stowarzyszenia sędziów „Iustitia” oraz „Strajku Kobiet” i kilku pomniejszych, kanapowych instytucji. Tour de Konstytucja to oznaka jawnego już sojuszu lewackich środowisk z sędziowską rebelią.

Wnikliwie chłopcy analizują sprawę, trzeba przyznać. Zareagowali szybko; widać, że w brzuszkach burczy i spodnie grożą przepełnieniem. Ja ten „Tour” czytam przede wszystkim jako inaugurację obecności prof. Bodnara w zwykłej polityce. To cenny nabytek; sam zaś Bodnar, to świetny kandydat na prezydenta. Kiedy to połączę z coraz bardziej prawdopodobnym wejściem smoka, czyli zaangażowaniem się w krajowe sprawy Tuska – znajduję potwierdzenie sformułowanego wyżej sądu, że może być tego roku gorąca jesień.

3.06

Dziś kilka dość świeżych obrazków z Polski.

Kazimierz Marcinkiewicz (tak, tak – były premier i bankowiec z City, ten od Isabel) jest już po pierwszym pojedynku MMA. Wyjaśniam: to jest po prostu mordobicie. Były premier zmierzył się na ringu z niejakim Rafałem Collinsem na gali charytatywnej, a walka zakończyła się remisem. 61-latek dotrwał do końca pojedynku, wchodził w odważne wymiany ciosów z dużo młodszym rywalem, a także wyszedł z nie lada tarapatów.

Obejrzałem fragmenty. Dość żałosne. Nie potrafię pojąć motywacji tego pana; z drugiej strony słowo „patologia” niczego wszak nie tłumaczy… Narzucające się seksistowskie i ageistowskie stwierdzenie, że panom w pewnym wieku szajba odbija też wydaje mi się wątpliwe. Tajemnica naukowa.

Drugi obrazek. Pani Anna Karwot, działaczka wiadomej partyi, która jako sekretarz miasta Knurowa wydała ponad 40 tys. zł z publicznych pieniędzy na… porady jasnowidza (ponoć zasięgała konsultacji w sprawach służbowych, żadnej tam prywaty nie było), nie oddała ich – zgodnie z umową – wraz ze swoim odejściem z funkcji. A nie było wyjścia – w tej sytuacji trzeba było ją zwolnić. Zrobiła to dopiero po sprawie sądowej. Nie byłaby to w gruncie rzeczy żadna wiadomość, defraudantka jak defraudantka, w dodatku kasa wróciła, ale… Pani Karwot to obecnie… audytor wewnętrzny w Ministerstwie Klimatu i Środowiska.

Znaczy, naszym zginąć nie damy. W końcu Goering też podobno konsultował się z jasnowidzem, więc nie ma sprawy.

Trzeci obrazek. „Człowiek zbuntowany” – taki tytuł będzie nosiła pierwsza produkcja dokumentalna o udziale Jarosława Kaczyńskiego w opozycji antykomunistycznej i jego drodze politycznej. Wyreżyseruje ją Ewa Świecińska, znana z innego dokumentu dziennikarskiego „Pucz”, który wyemitowała Telewizja Polska w 2017 roku.

Wyjaśnijmy: znana tym, którzy to oglądają.

Wiedza o planowanej produkcji nie była upowszechniana, ale Bogdan Borusewicz (wredny zdrajca, co nie?) opublikował mejla, otrzymanego w tej sprawie od pracownicy TVP. Ekipa przygotowująca opowieść o działalności prezesa PiS wysłała wiadomość do wielu osób z prośbą o udział na planie; widać bidule się pomyliły i wysłały nie tylko do swoich… Proszę mi wybaczyć, ale daruję sobie łatwe do wymyślenia podpowiedzi dla scenarzystów. Tylko powiem, że pan Jarosław z wąsiskami i Matką Boską w klapie będzie wyglądał jednak dość oryginalnie. No ale w filmie musi być suspens, nieprawdaż. Nawet w najprawdziwszym dokumencie; wszak TVP innych nie produkuje, nieprawdaż.

2.06

Taki dzień nadejść musiał.

Nawiązując do tytułu popularnej niegdyś powieści E. Remarque’a „Na Zachodzie bez zmian”, powinienem napisać: na Wschodzie, czyli w Polsce – bez zmian. Jak zazwyczaj ten bardzo zamożny pan w okularach i z krzywymi ustami coś długo i zawile w telewizji tłumaczył – ale prawdę mówiąc, już nie mam siły go słuchać. Zamiast więc jakichś uwag krytycznych będzie stara anegdota.

Otóż przed laty polska delegacja – wówczas nazywało się to „partyjno–rządowa” – pojechała do Chin poszerzać i pogłębiać. Tradycyjną przyjaźń, ma się rozumieć. No i szef polskiej delegacji zaczął mowę. Gadał kwadrans, po czym – nieco zdziwiony – spojrzał na chińskiego tłumacza (polski stracił głos i miał chrypkę), który uśmiechnął się przepraszająco i powiedział „ping”. Mówca niespeszony gadał dalej i po drugim kwadransie tłumacz powiedział znowu „ping”. Mówca dobrnął do końca, tłumacz powiedział tym razem „pong” i wszyscy zaczęli klaskać.

Po powrocie do hotelu szef delegacji spytał polskiego tłumacza co znaczą te tajemnicze słowa i zaczął się zachwycać zwięzłością chińskiego języka. – Nie o to chodzi – usłyszał w odpowiedzi – to nie kwestia zwięzłości. „Ping” otóż znaczy „pieprzy”, zaś „pong” przestał pieprzyć.

Nie wiem czemu mi się to przypomniało. To znaczy wiem, ale nie chcę mówić. A poza tym coś tam jeszcze mówili o Kukizie, że Tusk może wróci, a Miller to niezupełnie lewica i takie tam. Jak zwykle. Pong.

1.06

Temat dnia – to dziś Kukiz i jego porozumienie (zastrzega: nie koalicja!) z Kaczyńskim w kwestii poparcia tzw. Nowego Ładu.

Poważnie się zastanawiałem, czy jest to warte tych paru słów, które tu skreślam codziennie. Na ogół pisuję tu o czymś, co mnie denerwuje w bieżącej polityce i ma jakieś konsekwencje; tu rzecz jest w istocie bez znaczenia a samo puszenie się przez obie strony sukcesem – wręcz groteską.

Ale Kukiz to jednak fenomen. Nie, nie on „sam w sobie”, tylko przyjęcie, jakie mu zgotowała publika, gdy startował na scenie politycznej. Jeden z moich niedawno zmarłych przyjaciół (dla jasności: nie miał na imię Stefan) ogłosił nam wtedy, że zamierza na niego głosować.

Widząc nasze mocno zdumione miny wyjaśnił, że nie może głosować na SLD, bo uważa tę partię za komercyjną politycznie – swoją drogą, niezłe określenie – ani na nikogo, kto wywodzi się z „Solidarności”. Bo ci, którzy byli coś warci – Jacek, Karol, Zbyszek, Władek – albo wzięli i poumierali, albo się wycofali i zajmują się bardzo rozsądnie nauką, lub biznesem; a reszta jest tak przykościółkowa i poza tym bezideowa, że mnie mdli. Oczywiście nic skrajniejszego w prawo nie wchodzi w ogóle w rachubę, żadni nacjonaliści ani nic takiego. Zostaje mi więc – perorował przyjaciel – tylko Kukiz. Może się natnę z tym głosowaniem, ale on jest świeży. A teraz mnie zastrzelcie – zakończył.

Nie zastrzeliliśmy. Na stare lata człowiek ma prawo do dziwactw i nawet zaburzeń mentalnych; nie ma tylko prawa się ześwinić.

I to będzie tyle w tej materii.

Czekam teraz na wynik gry o RPO. Wydaje mi się, że to będzie ciekawy mecz – i nie chodzi mi o startujących zawodników, ale o ich kibiców. Możliwości konfiguracji jest tu tak wiele (mimo że kandydatów na RPO tylko dwoje), że nie podejmę się nawet tu ich wyliczyć. Intuicja mi mówi, że od wyniku wiele może zależeć. Ale pewno się tylko łudzę i świat polityki jest dużo prostszy, niż mi się wydaje. Bo że dużo bardziej prostacki niż kiedyś myślałem – to już wiem.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com