
01.06.2021
Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.
Może teraz.
30.06
Tusk u bram… i coraz mniej mnie to obchodzi. Nie sądzę, by to coś w naszej ogólnej sytuacji zmieniło. Tym bardziej że mówi się również o powrocie jego drużyny; wszyscy zaś razem są, moim zdaniem, po prostu nie do recyklingu. W dodatku coraz wyraźniej widać, że towarzystwo usiłuje wykolegować (przyznaję: dość elegancko) Trzaskowskiego; i tu się chyba natnie. Jeśli ludzie będą postawieni przed wyborem Tusk–Trzaskowski – wybiorą Trzaskowskiego. Choćby dlatego, że jest młodszy.
Oczywiście – pożyjemy, zobaczymy. Może uda się wypichcić rozwiązanie do przyjęcia dla obu panów T.?
Zostawmy więc na kilka dni politykę. Nie sądzę, by jej aktorzy pozwolili nam na spokój aż tak długo; sami o sobie przypomną.
Dziś zatem skupię się na innej dziedzinie, na telewizji mianowicie. Otóż wydaje mi się, że przeżywa ona pewien kryzys formy – i nie mam tu na myśli Telewizji Kurskiego, tylko w ogóle całą branżę. Dostrzegam mianowicie wyraźnie dwie tendencje i obie mi się bardzo nie podobają.
Jedna – to coraz większe cwaniactwo telewizyjnych menażerów, którzy z każdej sekundy programu chcą wyciskać maksimum forsy. Najlepiej to dostrzec w programach informacyjnych. Nie wiem, czy państwo pamiętają, ale dawno, dawno temu wiadomości sportowe i prognoza pogody były częścią składową wiadomości; dziś są to zupełnie odrębne jednostki programowe – po to tylko, by utworzyć przerwę, którą da się wypełnić reklamami. Dziś obserwuję kolejny krok: oddzielają się wiadomości gospodarcze i techniczne: miewają już odrębną zupełnie scenografię i własnego prezentera – znów po to by można było „poinformować” (biorę w cudzysłów, bo guzik mi po takiej informacji), że sponsorem tego wyodrębnionego kącika jest… i tu nazwa jakiejś firmy.
Niebawem dojdziemy do tego, że każda informacja będzie miała własnego sponsora i pojawi się na antenie tylko wtedy, gdy będzie pasowała do zaplanowanych na dany dzień spotów…
Druga tendencja – to, nazwijmy to tak, „usportowienie” profesji prezentera czy dziennikarza telewizyjnego. W modzie jest bardzo głośne mówienie z szybkością karabinu maszynowego i licznymi transakcentacjami, „zaśpiew sprawozdawczy” znany dotychczas w zasadzie głównie z transmisji wrestlingu i innych mordobić, eufemistycznie zwanych sportami walki, wreszcie wyprawianie różnych przedziwnych rzeczy z kończynami: machanie rękami, kucanie, cyrkowe ustawienia nóg (w tym ostatnim celują zwłaszcza panie, ale mam też faworytów płci męskiej, którzy nie potrafią ustać spokojnie dwóch minut…). Wszystko to – bo widz podobno się szybko nudzi, wymaga więc pobudzenia akustycznego i „ruchu wewnątrzkadrowego”…
Wiem, że się narażam, ale to jest idiotyzm. Lansowany wyłącznie przez półgłówków, którzy myślą tylko o dojeniu forsy z reklam tu i teraz i nie zastanawiają się, że podcinają gałąź, na której siedzą: bo jak tak dalej pójdzie, to wychowają sobie widza–kretyna, który będzie się domagał bodźców coraz mocniejszych. Że tak będzie – świadczą kariery (także finansowe) rozmaitych patostreamerów, którzy już poważnie nadgryzają profesjonalistom jabłuszko dochodów reklamowych.
Więc żeby potem nie było mówione, że nie było powiedziane.
29.06
Kilka słów o sądach i prawie na początek.
Otóż dzień mi ustawiła poranna informacja, że odwołania ze stanowisk prezesów i wiceprezesów sądów bez podania przyczyn i możliwości apelacji od tej decyzji naruszają Europejską Konwencję Praw Człowieka – taki wyrok wydał dziś Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. To kolejna decyzja europejskiego sądu, podważająca reformę wymiaru sprawiedliwości w Polsce.
Wyrok dotyczy co prawda tylko dwójki pokrzywdzonych sędziów, ale jest oczywiście precedensem i bez wątpienia będzie identyczny w przypadku ok. 160 innych. Sędziów nie przywrócono na poprzednie stanowiska (zapewne nie chcąc zaburzać toku pracy sądów, którymi kierowali), ale przyznano im odszkodowania w wysokości 20 tys. euro. Szkoda tylko, że z kasy państwowej, a nie z kieszeni pana Ziobry, ale inaczej pewno nie było można. Na początek jednak „pan Zbyszek” dostał ze Strasburga srogi policzek; mała rzecz faktycznie, ale cieszy.
Drugi wyrok, który mi sprawił niekłamaną przyjemność, to zasądzenie 10 miesięcy bezwzględnego więzienia dla chuligana i kibola z Białegostoku, który rzucił petardą w trakcie osławionego faszystowskiego Marszu Niepodległości w okno, w którym widniała tęczowa flaga – przy czym zrobił to tak zgrabnie, że trafił w zupełnie inne mieszkanie i wywołał pożar. Za jego skutki bandzior musi zapłacić nie tylko odsiadką, ale także żywą kasą w wysokości ok. 10 tys. złotych.
W tej sprawie dla mnie zasmucający jest wiek skazanego: 37 lat. Zazwyczaj ludzi w takim wieku uważa się za dorosłych i psychicznie ukształtowanych. Jeśli zaś tak, to warto również (źle) pomyśleć o szkole, do której uczęszczał – i o jego rodzinie. Proces wychowawczy w wypadku tego osobnika zawiódł na całej linii. Choć sądząc po głoszonych przez niego intencjach, Czarnek byłby pewno zachwycony…
I jeszcze à propos procesu wychowawczego. Pan minister od cyfryzacji – Jak–Tam–Się–To–Indywiduum–Nazywa – pokazał dziś, że i w jego wypadku odebrane w dzieciństwie wychowanie okazało się naskórkowe: na spotkaniu z dziennikarzami na w odpowiedzi zadane pytanie… odwrócił się plecami.
Swoją drogą, nie rozumiem dziennikarzy: stuliwszy uszy, przeszli nad tym do porządku dziennego. A przecież prosiło się, by następne pytanie brzmiało: Czy pan to chamskie zachowanie ma z domu, czy tak samo z siebie panu wyrosło?
28.06
Zaczyna się dziać coś ciekawego w Kościele.
Bardzo interesujące wieści przyszły z Kanady, gdzie ujawniono masowe groby setek dzieci przy prowadzonych przez Kościół katolicki szkołach, których to szkół celem było wynarodawianie rdzennej ludności miejscowej (przepraszam: „nauczenie cywilizowanego życia”) i nawracanie jej na katolicyzm. Szkoły te istniały niemal do końca ubiegłego wieku; dziś ich wstrętna działalność stała się w Kanadzie tematem nr 1. Były zaś czymś w rodzaju dziecięcych obozów koncentracyjnych.
Wzburzenie tymi wiadomościami było tak duże, że skutecznie podpalono cztery kościoły katolickie i usiłowano z rozpędu zniszczyć jedną świątynię protestancką. W jednym z kościołów miejscowy kapłan, prałat zresztą, więc nie byle kto, usiłował w kazaniu wezwać do pamiętania, że zbrodnicze szkoły uczyniły również wiele dobrego. Reakcja wiernych na ten ewidentny fałsz w granej melodii była taka, że w ciągu dosłownie godzin prałat został przez odpowiednią diecezję skierowany na „bezterminowy urlop”.
Bez jednoznacznego masowego posypania księżowskich głów popiołem, upokarzającego wyznania grzechów i … zapłacenia jakichś koszmarnych zupełnie odszkodowań się nie obędzie.
U nas jeszcze tak nie jest; pewno zresztą wyłącznie dlatego, że nie było u nas nigdy Indian ani żadnych plemion niechrześcijańskich nadających się do nawracania ogniem i mieczem. Ale i tak coś się dzieje: z Watykanu przybyła komisja do zbadania poczynań kardynała Dziwisza „w temacie” ukrywania księżowskiej pedofilii – i w dodatku nie zameldowała żadnym władzom polskiego Kościoła swego przyjazdu, tylko szparko wziąwszy się do roboty przesłuchała kogo trzeba nie pytając o zgodę ani p. Jędraszewskiego, ani p. Gądeckiego, po czym wyjechała.
Samego Dziwisza się nie przelękła, który wszak był drugi po „naszym papieżu”…
Dziwy, panie, dziwy. Gotowi komuś uznanie świętości cofnąć?
Gądecki wprawdzie wypuścił z siebie jakiś oficjalny oburz na Unię Europejską, która ośmieliła się mieć inne zdanie w kluczowej dla sukienkowych sprawie aborcji, ale zabrzmiało to, jak jakiś pisk bez znaczenia i wywołało u większości odbiorców pogardliwe wzruszanie ramion. Naprawdę, Kościół wszedł po dwóch tysiącach lat w fazę schyłkową. W każdym razie Kościół katolicki i szczególnie Polski.
Co zresztą grozi pewnym zamętem wśród naszego ludu i może nawet mało ciekawymi konsekwencjami politycznymi: będziemy mieli tu na miejscu kolejną linię podziału.
Różne tabu już jednak pękły. A to znamionuje nadchodzącą zmianę jakościową.
27.06
Dziś tematem jest naturalnie Gowin. Czy to znaczy – udało mu się? Tak, skoncentrować uwagę z pewnością. Wysłuchałem całej jego mowy bez obrzydzenia i chęci wyłączana telewizora, a to już coś jest. Inna sprawa – nie patrzę na niego z żadną sympatią, a raczej okiem ucznia, robiącego wiwisekcję żaby (przed laty na lekcjach biologii robiono takie sekcje; dziś to chyba barbarzyństwo…).
Wracając do Gowina. Jest to pan dosyć właśnie żabowato śliski, ale nie sposób mu odmówić inteligencji. Mówi składnie i dobrą polszczyzną, co już go pozytywnie wyróżnia z całej Zjednoczonej Prawicy. Na jego konwentyklu przemawiał przedstawiciel Kaczyńskiego – i to była ćwierćinteligencka zgroza: jak wszyscy oni, nawet czytać z sensem nie umie. Kogokolwiek więc Kaczyński by posłał na tę imprezę – to by uległ wizerunkowemu samozniszczeniu. Ale ten zarośnięty jest dodatkowo dość obleśny. Podobno teraz po prezesie najważniejszy.
Ale to są imponderabilia. Ważne jest to, że Gowin: a) wyraźnie odciął się od Czarnka i jego pomysłów; b) powiedział, że kompromisy mają granicę; c) dość precyzyjnie sformułował brak zgody na tzw. polski ład i reformy podatkowe; d) delikatnie, bo delikatnie, ale przyznał człowieczeństwo ludziom LGBT; e) z pogardą roztarł na proszek Bielana; f) ani razu nie wymienił nazwiska nadprezesa, w żadnym kontekście.
Czy to oznacza, że go pokochamy? Ja – z pewnością nie. Długo nie, a potem wcale nie. Ale uważam, że można i należy z nim rozmawiać. Reprezentuje taką prawicę, która nie wywołuje u mnie żadnych myśli o konieczności rozwiązań gwałtownych. Raczej zresztą niekoniecznie prawicę, a ludzi, którzy zawsze wiedzą, z której strony chleb jest posmarowany masełkiem; z takimi zawsze można coś załatwić, trzeba tylko mieć to masełko.
To wszystko na dziś. Myślę, że Kaczyńskiego wieczorem będzie jednak bolał brzuch.
26.06
O czym myśli stary matematyk, spacerując z psem?
Myśli tak. Powiedzmy, że samochód może mieć karoserię w jednym ze 100 kolorów równoprawdopodobnych (można tak ustalić zakresy barw, żeby rzeczywiście tak było). Wyobraźmy sobie ulicę, mieszczącą zaparkowaną – dla przykładu – setkę samochodów (liczba nie jest istotna, chodzi o to, by łatwiej się liczyło procenty). Za zgrupowanie jednobarwne będziemy uważać przynajmniej 2 samochody jednej barwy karoserii, ustawione jeden za drugim.
Pytania: 1) Jakie jest prawdopodobieństwo wystąpienia choćby jednego zgrupowania barwnego wśród tych samochodów? 2) Jakie jest prawdopodobieństwo wystąpienia n takich zgrupowań przy dowolnym n? 3) Jak to będzie wyglądać, gdy za zgrupowanie będziemy uznawać trzy samochody jednej barwy? A inną liczbę?
I odwrotnie: zauważyliśmy k zgrupowań barwnych z m barwami w obserwowanej kolejce; czy coś możemy powiedzieć o rozkładzie kolorów wśród wszystkich samochodów?
Pospacerowałem sobie i zaobserwowałem (ale liczba obserwacji jest zapewne za mała), że na parkingach grupują się samochody czerwone i niebieskie (zwłaszcza), często szare (których jest najwięcej). Nie widziałem zgrupowań zielonych.
Że szczęśliwi są ludzie, którzy nie mają większych kłopotów? Tak, do pewnego stopnia z pewnością. Ale może to być też patent na odsunięcie na moment myślenia o rzeczywistości.
25.06
Kilka dobrych wiadomości. Niekoniecznie przełomowych, nawet z pewnością – nie, ale dobrych.
Pierwsza to oczywiście rozpad Zjednoczonej Prawicy. Mało sympatyczny pan Giżyński i jeszcze dwójka innych posłów wystąpili z PiS i utworzyli własne koło. Nie towarzyszy im cień mojej sympatii, jak nie może towarzyszyć nikomu, kto choćby otarł się o tę partię, ale dobrze się stało, że Kaczyński będzie miał jakiś kłopot: trzeba będzie negocjować w każdej sprawie i nie będzie już tak, że zdanie prezesa to karnie wykonywany rozkaz. Dodatkową satysfakcję miałem słuchając zażenowanego i żenującego bełkociku rzeczniczki PiS, komentującej to wydarzenie.
Choć tu nachodzi mnie smętna refleksja: co któreś z nich otworzy usta i wypowie publicznie jakąś swoją mądrość, to właściwie powinno automatycznie odpadać im parę tysięcy co inteligentniejszych wyborców. A tu – dowolna głupota, dowolne chamstwo, dowolny idiotyzm – i jeno głośniejsze brawa. Budzi to we mnie poważne zwątpienie w umiejętności polskich socjologów, bo tego przedziwnego fenomenu nikt dotychczas wiarygodnie nie wyjaśnił. Może się boją powiedzieć prawdę, bo by jakąś ważną zbiorowość obrazili?
Następne dobre wieści przyszły z Rzymu. Jak informuje Konferencja Episkopatu Polski, dwaj kolejni biskupi zostali „wyłączeni z obiegu” i odesłani na zieloną trawkę. Niespecjalnie dolegliwa to kara, ale ważne jest to, że nie mogą brać udziału w pracach Episkopatu. Chodzi o panów Stefana Regmunta i Stanisława Napierałę. Jednocześnie Watykan poinformował, że zaczyna pracę komisja, która zbada zarzuty stawiane kard. Dziwiszowi.
Nie są to wielkie kroki, ale nie jest to też już dreptanie w miejscu. Pomalutku, pomalutku – a nadejdzie taki moment, w którym znikną z obiegu publicznego tacy panowie, jak rozmaici „księża profesorowie” typu Guza czy Bortkiewicza wraz ze swoim patronem Rydzykiem. Albo zniknie cały Kościół jako instytucja; trzeciego wyjścia chyba nie ma.
Jest natomiast reakcja Episkopatu na rezolucję Parlamentu Europejskiego w sprawie praw kobiet. Pan Gądecki wali z grubej rury:
Wyrażam głęboki smutek po rezolucji Europarlamentu, w której wzywa się do zapewnienia możliwości zabijania dzieci nienarodzonych. Kultura życia, o jakiej myśleli Ojcowie Założyciele UE przeradza się w kulturę śmierci i wykluczenia, a ideologia bierze górę nad rozumem.
Święte słowa, proszę pana. Zwłaszcza zakończenie. Powtórzę: „ideologia bierze górę nad rozumem”. Tyle że w niektórych gremiach tego rozumu w ogóle nigdy nie było. Może to od noszenia na głowach tych śmiesznych toreb na cukier?
24.06
Kiedyś, kiedyś – dawno temu – pracowałem w agencji prasowej. Panowały tam – gdy chodzi o płacenie za pracę – bardzo sympatyczne obyczaje: za najróżniejsze rzeczy można było poza stałymi zarobkami dostać premię. Między innymi autor informacji, którą w danym tygodniu przedrukowało za agencją najwięcej gazet, dostawał jakieś godne uwagi banknoty.
Współpracowaliśmy z około 25 gazetami, więc przedruk w 6–8 już dawał sporą szansę na uciechę i miłą wizytę w sąsiednim barku.
Pewnego razu wybuchła prawdziwa bomba. Informacja kolegi Rysia zaliczyła absolutny komplet przedruków. To się nie zdarzyło nigdy przedtem ani potem, jeśli nie liczyć informacji o zgonach ważnych osób, które uzyskiwały komplet właściwie z samej natury rzeczy. Tymczasem informacja ta dotyczyła … jakiegoś starego wiatraka, który coś tam–coś tam. Sekret tkwił … w tytule. Który brzmiał „Ma 85 lat i wciąż dmucha”.
No i teraz mamy informację, która zapewne obiegnie cały świat, muszę więc ją tu odnotować – choć państwo ją z pewnością już znają. Otóż abepe Głódź został wybrany sołtysem wsi, w której zamieszkał, gdy mu nakazano opuścić biskupie pałace w Gdańsku. I otóż nos dziennikarski mówi mi, że jest to historia tak uroczo i bezsensownie śmieszna, że ubawiwszy redaktorów dyżurnych trafi nawet na wyspę Pitu pitu.
Bo – jak uczy teoria – informacja ma wartość wtedy tylko, gdy opowiada o czymś rzadkim i niezwykłym. Gdyby p. Głódź zakończył przed laty swoją karierę na stanowisku sołtysa, tak jak proporcjonalnie do swych wartości moralnych i intelektualnych powinien – pies z kulawą nogą by się tym słusznie nie zainteresował.
Powiecie: to stwierdzenie niesprawiedliwe. Odpowiadam: może tak, może nie; zależy jak się na rzecz patrzy. Ale w tej informacji jest coś rzeczywiście zastanawiającego, co nie dotyczy samego abepe, ale wybierających go lokalsów. Otóż nie tylko go wybrali, ale zrobili to jednogłośnie. I to dopiero jest godne namysłu socjologa, a może i politologa jakiegoś.
Bo to jest zapowiedź (może raczej potwierdzenie) czegoś bardzo groźnego. Czego?
A to już proszę sobie samemu odpowiedzieć.
23.06
Znów wraca temat Czarnka. Nie chce mi się już o nim pisać, ale muszę: robi się groźnie. To, co on wygaduje – i zdaje się, w co wierzy – to są rzeczy przerażające. Gdyby tylko mógł – w tym kraju zapłonęłyby stosy, na których obok ludzi o „nienormalnej” orientacji seksualnej i ateistów płonęłyby feministki, wegetarianie, Żydzi, Niemcy, Rosjanie… Czyli, ogólnie rzecz biorąc, komuniści i złodzieje.
Dzisiejsze zachowanie tego faceta w Sejmie zapiera dech w piersiach. To jest po prostu zwykłe chuligaństwo. Jak pomyślę, że to jest doktor habilitowany prawa, którego karierę zbudował KUL, uczelnia kilkadziesiąt lat temu przez naiwną i nierozsądną część ówczesnej opozycji uważana za rodzaj oazy intelektualnej, to wniosek jest tylko jeden; chyba o nim Czarnek nie pomyślał. Ten wniosek brzmi: rozwiązać to w cholerę, zanim nie będzie za późno. Albo, łagodniej: zbojkotować. Widać wyraźnie, że studiowanie tam grozi poważnym wypaczeniem charakteru. Nadejdą – mam nadzieję – czasy, że absolwenci tej uczelni będą się tego wstydzić i fakt ten ukrywać w CV.
Druga sprawa, która dziś mi podnosi ciśnienie, to konflikt związany z „Gazetą Wyborczą”. Dziś wieczorem ma się w tej sprawie odbyć spotkanie on–line w Internecie. Obawiam się, że zarząd Agory idzie w tej sprawie w zaparte. Gdyby było inaczej, już by przecież zabrali głos. Jeżeli staną na pozycji czysto formalnej i oświadczą, że interesują ich tylko zyski akcjonariuszy – zadadzą ciężki cios polskiej demokracji. Przychylam się do opinii, że redakcja GW w tej sytuacji powinna zrobić wszystko, co możliwe, żeby się całkowicie usamodzielnić.
O ile pamiętam, spółka powołana do wydawania Gazety powiększała swoje zasoby i poszerzała działalność nie z myślą o zysku paru pań i panów, ale z myślą o zapewnieniu maksymalnie dobrych warunków działania redakcji: świetnego wyposażenia technicznego, najlepszych w Polsce płac dla setek najlepszych w swojej specjalności pracowników i tak dalej.
To, co widać dziś, to zaproszenie do stolika jakichś Obajtków. Żeby paru dziadersom zrobić lepiej.
A najgorsze jest to, że zupełnie nie wiadomo, jak możemy – my, czytelnicy – temu zaradzić. Bo w świecie polityki nie widzę takiego ugrupowania, które zrozumie, że do sprawnej i efektywnej działalności konieczne jest przede wszystkim utrzymywanie w możliwie luksusowej kondycji zaprzyjaźnionych – czy nawet tylko: niewrogich – mediów. Mówiąc krótko: szef partii może zarabiać 5000 miesięcznie, ale to jest też pensja co najwyżej dla sprzątaczki w takiej gazecie.
Wiem, że nigdy się czegoś takiego nie doczekam. Bo (poczytajcie dzisiejszą Politykę, dowiecie się z ciekawej rozmowy Żakowskiego, dlaczego tak jest) szefują nam na świecie z reguły idioci.
22.06
Ujazdowski uznał, że Koalicja Obywatelska jest zbyt lewicowa i przeszedł do kosiniaków. Ci bulgocą, że to dla nich ogromny zaszczyt. Może i tak, facet rzeczywiście chyba sporawy. W każdym razie tkanki tłuszczowej im trochę przybyło. Szarych komórek niekoniecznie – ale to już moje zdanie prywatne.
Legutko napisał wielki memoriał do władz Uniwersytetu Jagiellońskiego, wyrażając zaniepokojenie postępowaniem uczelni „Ze zdumieniem dowiedziałem się, że na Uniwersytecie Jagiellońskim powstała i od pewnego czasu działa komórka zajmująca się równym traktowaniem całej społeczności studenckiej i doktoranckiej UJ”. Jak wiadomo, równość jest w całości niesłuszna i niebezpieczna, bo prowadzi do demokracji. Logiczne.
PE pracuje nad rezolucją w sprawie aborcji. Nie ma być zakazana i nikomu z tego powodu nie będzie się ucinać ręki ani niczego. Abp Gądecki apeluje do europosłów o głosowanie przeciwko projektowi: To pogwałcenie praw człowieka – powiada. I nie, Kościół nie wtrąca się do polityki i nikomu niczego nie narzuca. A poza tym niesie Dobrą Zmianę… przepraszam, oni mówią chyba o jakichś Nowinach; zapewne Rzeszowskich.
Pawłowiczówna ciągnie – to w związku z jakimś meczem chyba – temat zrabowanych przez Szwecję polskich dóbr w czasie Potopu. Wskazała co powinno zostać nam zwrócone. „Całe gabloty rabunkowe z polskim dziedzictwem … W szwedzkich muzeach… Zamiast w polskich, ku chwale polskiego oręża i ku nauce młodych, którzy nie mając wielu materialnych dowodów wielkości naszego oręża pętają się po ulicach i zaczepiają z nudów innych…” Jedno względnie krótkie zdanie, a ileż w nim treści. Co intelekt, to jednak intelekt.
Fajnych mamy prawicowych erudytów. Wrażliwych. W sam raz na upał. Nie tylko mnie się mózg lasuje.
21.06
Wstrząsnęła mną dziś „Gazeta Wyborcza”, a ściślej dodatek „Duży Format”.
Jest w nim ogromny artykuł poświęcony synowi Władysława Bartoszewskiego, noszącemu dwa imiona Władysław Teofil. Jest to polityk związany obecnie z PSL i dość często to ugrupowanie reprezentujący w mediach. Jakoś za nim nie przepadałem; zresztą jak za całym PSL–em, który zupełnie nie jest partią z mojej bajki mimo całkiem sympatycznego i inteligentnego lidera.
Ale tekst o Władysławie Teofilu jest – jak to się dziś często mówi – porażający.
Nie chcę powielać szczegółów; zachęcam do poczytania. Bardzo oględnie mówiąc narysowana tam sylwetka człowieka jest mocno nieciekawa, żeby nie powiedzieć odrażająca. W takim stopniu, że moja intuicyjna niechęć do niego okazuje się w pełni uzasadniona.
Zmiana tematu. Nie mogę też ochłonąć po wczorajszej transmisji wystąpienia Nadprezesa na uroczystości narodzin (a może chrzcin?) partii Republikanie. Nadprezes otóż najpierw przyznał szczerze, że pomylił termin imprezy o tydzień, potem zademonstrował na nogach dwa różne buty, żeby wreszcie w swojej podniosłej mowie między innymi obiecać rolnikom, że nad ich polami niebawem będą nisko latać… sputniki, co znacznie ułatwi zbieranie plonów.
I wszystko to razem wzięte wcale nie jest śmieszne.
Bo przecież człowiek ten ma ogromny wpływ na bieg rzeczy w naszym kraju; ktoś napisał, że dobrze, że nie mamy broni atomowej, bo Nadprezes gotów byłby odpalić rakiety w Nowy Jork sądząc, że podaje pokarm swojemu kotu. Ale to też są śmichy–chichy – a powinno się wołać lekarza. Naprawdę.
I na dodatek temu specjaliście od niezbornych mentalnie i pełnych mlaskań przemówień o niczym … ufa bezgranicznie nie tylko znaczna część cwaniaków z tzw. klasy politycznej, ale – skromnie licząc – co czwarty obywatel Polski. „Lot nad kukułczym gniazdem” powinien być tu wyświetlany przez wszystkie kanały telewizyjne codziennie.
Przenośnia szpitala psychiatrycznego okazuje się do naszej Dobrej Zmiany z wszystkimi jej Ładami pasować akuratnie.
20.06
No więc – mamy nową partię. Hura. W dodatku pobłogosławioną publicznie przez pana prezesa więc dobrą, a nawet chyba niezbędną. I z taką piękną nawą: Republikanie.
Szefuje tej partii mąż zacnej postury, umysłu wybitnego i – nie bójmy się tego powiedzieć – dużej męskiej urody. Pan Adam Bielan. W nieprzesadnie długim (z mojego punktu widzenia, naturalnie) 46-letnim życiu zdołał zmieścić wiele ważnych funkcji: posła, senatora, przedstawiciela Rzeczypospolitej w Parlamencie Europejskim. Był też szefem kuźni kadr intelektualnych III RP, Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Słowem – postać.
A być może nawet posiedzieć, ale zostawmy ten akurat temat. W każdym razie chodzi oczywiście o odpowiedni stołek, bo o cóż by innego?
Wbrew jednakże pierwszemu zdaniu tej notki – partia o tej nazwie nie jest nowa w Odrodzonej Rzeczpospolitej. Pierwsza została założona jesienią 1994 roku i istniała całe cztery lata. W roku 1998 część działaczy, dla których partia była niewystarczająco prawicowa, utworzyła organizację o nazwie Republikanie RP, która z kolei istniała do roku 2006 – a potem przyłączyła się do Stronnictwa Konserwatywno–Ludowego. Z którego wywodzą się m.in. prezydent Bronisław Komorowski, Jan Rokita i Artur Balazs. Cześć działaczy SKL przeszła też do ugrupowania Jarosława Gowina, „Polska Razem”.
No i teraz mamy Republikanów na nowo. Z tym że nie odwołują się do tradycji związanej z tą nazwą. Nie chcą reanimacji. Tworzą nową jakość polityczną. Rozumiem to: rodowód nie jest taki do końca słuszny.
To znaczy: tak im się wydaje, a dokładniej to chcą nam przekazać.
Tak naprawdę chodzi o to, by stworzyć wrażenie, że w Polsce istnieje kilka prawicowych ugrupowań politycznych, które w Zjednoczoną Prawicę łączy jedno: przywództwo Jarosława Kaczyńskiego, czyli podległość PiS–owi.
Nie ma bowiem boga prócz Allaha, a Jarosław jest jego prorokiem, czyż nie?
Wszystko, co mieni się prawicą, a prawdy powyższej nie uznaje (i fika) – prawicą nie jest i być nie może. W związku z tym brykający Gowin lada moment zapewne okaże się co najmniej zgniłym liberałem a prawdopodobnie komunistą. No i dobrze, no i na zdrowie – jak powiadał Poeta.
Swoją drogą, nie tylko Republikanie nie mają uroku nowalijki, a nawet troszkę zajeżdżają stęchlizną, ale całemu temu układowi politycznemu daleko do świeżości. Znamy go przecież dokładnie z PRL: przewodnia Partia i zrzeszone z nią stronnictwa. Wypisz wymaluj – identiko.
Myślę, że koniec tego układu będzie też podobny. Sojusznicy zdradzą (przepraszam: odzyskają tożsamość), Partia wyprowadzi sztandar, ludzie odetchną.
Tylko kto teraz będzie sojuszników zakulisowo namawiał do zmiany frontu? Znowu Kaczyński?
To już by była kompletna paranoja.
Ale jakoś by mnie to nie zdziwiło.
19.06
Kilka słów dzisiaj muszę poświęcić osobie, która nie budzi – bardzo delikatnie to ujmując – nawet cienia mojej sympatii. Nie warto byłoby o niej zresztą mówić, gdyby nie to, że wydaje się ona reprezentatywna dla całego swojego ugrupowania politycznego, którego jest wierną żołnierką. No i niestety pełni funkcję, która daje jej możliwość wpływania na bardzo wrażliwą dziedzinę życia publicznego.
Chodzi o panią Barbarę Nowak, kuratorkę oświaty z Krakowa. Powiedzieć o niej, że ma poglądy konserwatywne – to obrazić konserwatystów. Czego bym nie chciał, bo w końcu każdy ma prawo być dziwakiem i błaznem, jeśli tylko swojego dziwactwa i błazeństwa nie usiłuje narzucać innym. Ale pani Nowak usiłuje.
Ostatnio zarzuciła Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, że zamienił się w dom publiczny (nazwała go „agencją towarzyską”, ale to przecież eufemizm). Z tego to powodu, że zrobił ankietę, w której jedno z pytań dotyczyło samookreślenia płci studenta. No i występowały tam w proponowanych odpowiedziach więcej niż dwie możliwości. Ankieta dotyczyła wprawdzie badania poczucia bezpieczeństwa studentów, ale pani Nowak doczytała się w niej segregacji i w ogóle wszelkich możliwych herezji.
Jaki to miałoby mieć związek z użytym przez panią kuratorkę określeniem – tylko jej bóg, któremu jest niezachwianie wierna, może wiedzieć. Bo z logiką nie ma to nic wspólnego.
Na osobliwy obraźliwy tweet kuratorki godnie i spokojnie odparł w formie listu otwartego rektor UJ. Momentalnie pani Nowak napięła mięśnie brzucha i wydaliła z siebie pełną swoistej godności odpowiedź, w której odmówiła rektorowi udziału w proponowanej rozmowie, by zaraz potem stwierdzić, że prywatnie jest chętna do pogawędek. Na dodatek włączył się w tę wymianę uprzejmości Czarnek, który zapowiedział, że trybie pilnym zażąda od UJ wyjaśnień…
Można byłoby powiedzieć: poujadali, poujadali – i pies z nimi tańcował. Żądać w trybie pilnym wyjaśnień, to Czarnek może od swojej cioci, nie od wybieralnego rektora niezależnej uczelni. Pani Nowak z kolei, której do szkolnictwa wyższego w ogóle nic – rzeczywiście ma prawo pokazać swoje nieciekawe oblicze i takiż intelekt w mediach społecznościowych (i zebrać tam zasłużone bęcki…).
Ale nie jest to takie proste: oboje reprezentują pewne poglądy i zachowania oficjalne i najwyraźniej uważają swoje beknięcia za uprawnione. Musimy im zatem dać do zrozumienia, że pozostają – jak pięknie mówił klasyk – w mylnym błędzie.
Ale trochę racji w pretensji do uczelni mają, zwłaszcza pani Nowak, która jest absolwentką UJ. Uczelnia, która wypuszcza taki produkt magistropodobny w świat – ma jednak jakiś defekt.
18.06
Składam sam sobie gratulacje: dziś przed telewizorem wytrzymałem całą szopę wokół próby wyboru pani senator Lidii Staroń na Rzecznika Praw Obywatelskich.
Dziwny to był spektakl, rozgrywany wedle schematu jednakowych odpowiedzi kandydatki na niemal wszystkie pytania. Ta standaryzowana odpowiedź brzmiała tak: „Powiem tak… Jako RPO będę postępowała zgodnie z prawem iw granicach prawa. A co do tego konkretnego przypadku, to go rozpatrzę, jak się z nim zapoznam. A w ogóle nie chcę pytań politycznych”.
Naprawdę, mniej więcej tak właśnie było. Tylko z gorszą składnią i z serią jąkań. Podziwiam prowadzących obrady: ja bym w paru miejscach ryknął i ustawił mówczynię brutalnie do pionu. I to mimo że obawiam się trochę reakcji zjednoczonych w swej kobiecości pań. Oni wykazali się przesadnie – moim zdaniem – dobrym wychowaniem. Może to i lepiej dla wszystkich – włącznie ze mną – że żadne funkcje publiczne mi już nie zagrażają…
Nie będę się dłużej pastwił nad panią senator. Łatwe zadania nigdy mnie nie interesowały. Tylko… jeżeli to jest najlepszy kandydat
