02.06.2021

Powiada się, że przed ciągniętym na egzekucję pojawia się niewidzialna przestrzeń, uniemożliwiająca powrót do przeszłości. Jednak powrót ten nie ma bezpiecznej formy. Przybiera skale, poziomy i zakresy jeszcze zamglone, a już nieosiągalne, jeszcze rozświetlające mrok, a już nasączone jadem pesymizmu, bezapelacyjnością, syndromami przedwczesnej rejterady z życia, ucieczki, która nadaje rzeczywistości – nowy sens.
Mój wzrok, rozjarzony gasnącymi zmysłami, odsłania przede mną porzucone chwile zdziwień, które, stwierdzam, kiedyś należały do mnie i dawno temu były moim nieupozowanym paktem ze światem. Mówię więc sobie, że jestem teraz uosobieniem prochu: wierzę w nadzwyczajność swojej znikomości, w bycie pyłem, którego tragedia polega na biologicznej degradacji; za każdym razem, gdy zabieram się za szukanie najświeższych wiadomości, czynię to z lękiem. Szczególnie ostatnio, czytając powiadomienia o śmierci ludzi wyciskających na mnie piętno.
Czynię to z obawą, bo nie wiem, co znajdę. W zastraszającym tempie ubywa mi znany świat, a na dodatek, razem z nim, obumierają we mnie – oczekiwania i mam wtedy wrażenie, iż za często odchodzą ludzie szlachetni, a na opuszczone po nich miejsca, wskakują komiczne figurki z koszmarnych kreskówek; wymykają się z istnienia takie potęgi, jak Kapuściński, Herbert, Lem, Gombrowicz, a zamiast nich gramolą się na piedestały i drabinki skwaśniałe pokurcze i hucpiarskie fachury od oceny ich dorobku.
Lecz są i tacy, którym żaden wyrok, żadna tragedia, nie przeszkadzają dobrze się trzymać i być notorycznie zadowolonym z całokształtu swojego postępowania. Odwrotnie, od im większego kociokwiku się opędzają, tym bardziej chcą go sobie chwalić.
Wtedy pociechą dla nich jest wiara w to, że na sumieniu nie mają wyrzutów, na co dzień kierują się natchnieniami, dążą do celów, o których w gruncie rzeczy nic nie wiedzą, a cele te prowadzą ich do wrażeń o niejasnym przeznaczeniu. I w tej osobliwej aureoli trwogi, przychodzą do ich głów spóźnione obrazy uchodzącego świata. Potem uprzytamniają sobie, że nie ma nic żałośniejszego, aniżeli widok dowcipnisia bez powodu; swoim upiornym optymizmem, nieszczerą postawą i słowotokiem głuszca, wyprowadzają w szczere pole niejednego wyznawcę realizmu. A gdy „zaniepokojeni zatroskani”, zostawiają ich w zaciszu szaleństwa, odczuwają, że stosowane przez nich metody rozwiązywania problemów są starym zwiastunem wiary w to, że nie wydobyte na jaw marzenia, zostaną odwzajemnione bez nich. Lecz również i o tym wiedzą, że choć są odporne naprawdę, to i tak nikt rozsądny nie zechce trudzić się ich zrozumieniem.
Rankiem, gdy wstają, wolniutko dochodzą do pełni władz umysłowych. Natomiast w niespiesznych obrzeżach południa zaczynają się u nich odwrotne procesy: odchodzenia od zmysłów. I te procesy martwią ich na dłużej, bo razem ze świadomością, dociera do nich pytanie o to, kim są de facto. Stwierdzają więc, że ich ciemnogrodzka wiara w przyszłość wcale nie ma umocowania w rzeczywistości. Kątem jaźni wyczuwają, że uczestniczą w grze o niewyjaśnionych zasadach, że nawet w środku nocy, wyrwani z krzyków, demonstrują, że jest im bardzo nieźle, wstrząsająco świetnie, niczego nie chcą i niczego nie żądają, na wszystko się godzą, przy czym bucha z nich wręcz obrzydliwa pewność, że to, o czym bzdurzą, jest zgodne z tym, co się o nich sądzi.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Mam podobne odczucia. Ale to mleko rzeczywiście już się rozlało. A może to olej z początku „Mistrza i Małgorzaty”? I zaraz nadjedzie tramwaj z komsomołką za sterami? A kontynuując ten nastrój; ma Pan pomysł kogo powsadzać na „puste cokoły” z piosenki Okudżawy? Ja kandydatów nie widzę.