czyli próbujmy naprawiać, ale bez złudzeń
07.06.2021

- Pojęcie elity nie oznacza dziś ludzi broniących interesu „suwerena”, który elitę wybrał, lecz interesu samej elity. Dla lepszego dbania o te interesy podzieliła się na korporacje z własnym etosem korporacyjnym. Elita ta wybiera się sama.
- Elita manipuluje ludem i oszukuje go, a lud się tego właśnie domaga. Zmienić się tego w rozsądnej perspektywie nie da.
O czym to jest? Jednym z ważniejszych problemów współczesnych społeczeństw są dobre stosunki elity z ludem, który ja wybrał. Jeśli społeczeństwo traktować będziemy jako system, którego infrastrukturę tworzy prawo, a ludzie odpowiadają przemieszczającym się w nim obiektom, to zmiany (np. rozmaite „ulepszania systemu”) podzielić można na modyfikację prawa lub zachowań (np. poprzez edukację) ludzi. Pytanie o możliwość zmian poprzez wpływ na ludzkie zachowania podejmowane jest przez wiele systemów pedagogiki i m.in. ze względu na koneksje ideologiczne prowadzi do kłopotliwych i trudnych rozważań światopoglądowych. W tekście rozważana jest pierwsza możliwość. Wydaje się otóż, że zmiany w jakimś sensie „zasadnicze” poprzez samo tylko poprawiania praw nie są możliwe, bo nie będą akceptowane ani przez „trzymająca władzę” elitę, ani przez podejrzliwy (i słusznie!) lud. W tym sensie poniższy tekst widzieć można jako „uzasadnienie” dla jego tytułu. Adresatami są głównie entuzjaści każdej maści wierzący kolejnym obiecywaczom szybkich sukcesów.
Czy elita to elita?
Słowo „elita” pochodzi z francuskiego i oznacza „wybrani”. Wybrani przez kogoś „z zewnątrz”, spoza samej „elity”. Tym wyborcą był kiedyś tzw. suweren, posiadający jakąś władzę człowiek, potrzebujący elity do pomocy w realizacji swych celów (np. trzymania poddanych „za pysk”). Dwa podstawowe atrybuty członka tak rozumianej elity to wierność i sprawność w dbaniu o interes „suwerena”. Wzajemny stosunek suwerena i tak rozumianej elity można chyba widzieć podobnie, jak stosunek suwerena i jego wasali w średniowiecznej Europie. Typowe przykłady takich, „klasycznych”, elit, to polityczne otoczenia rządzących; prezydentów, premierów, kanclerzy itp. Ten typ współczesnych elit zasługuje niewątpliwie na osobny opis, aby jednak nie wprowadzać zbyt wielu wątków groteskowych, odłożymy go na inną okazję.
Drugie, częściej dziś używane, znaczenie słowa „elita” różni się od „klasyki” pojęciem suwerena. Pojedynczego suwerena, np. króla zastępuje zwykle suweren „zbiorowy”, np. naród, którego interes trudny jest do zdefiniowania i zwykle jest pełen sprzeczności. W takiej sytuacji w miejsce wspomnianej sprawności w dbaniu o ten interes pojawia się wymóg sprawności rozumianej w jakimś sensie „abstrakcyjnie”, jako posiadanie umiejętności, które mogłyby być wykorzystane dla dobra suwerena. Mogłyby, ale nie muszą, bo dobro suwerena zastąpiono rozmaitymi „wartościami”; prawdą, pięknem, humanitaryzmem i diabli wiedzą czym jeszcze. O wierności nikt chyba dziś nawet nie wspomina; ostatnimi, którzy brali to serio byli chyba SS-mani (Meine Ehre heisst Treue) i ich japońscy odpowiednicy – samurajowie. No i trudno się dziwić, bo stare powiedzenie, że „Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim (np. wszystkim Polakom, Niemcom czy inszym nacjom) dogodził” naprawdę wyraża bardzo głęboką mądrość ludową; wiernym wszystkim, w szczególności całemu narodowi, być się nie da. Elity wierne więc są (a przynajmniej wierne być mają) wartościom. Nikt, niestety, owych „wartości” jasno nie określił, ale ogólnie rzecz biorąc przyjmuje się, że są to atrybuty jakiegoś „dobra”; stanu, do którego trzeba dążyć i (w skrajnym przypadku), jeśli zajdzie taka potrzeba, ponieść w tym dążeniu jakieś ofiary (np. oddać życie). Kłopoty z określaniem tego, co dobre, a co złe widać już w biblijnej przypowieści o Ewie, którą wredny wąż namówił do zerwania jabłka w Raju. Przeciętny człek uznaje więc za elitę ludzi po prostu od siebie w jakimś sensie mądrzejszych (cwańszych), którzy o owych „wartościach”, gadać potrafią językiem używanym przez jakiś „autorytet”, który powiedział mu, że takim właśnie językiem gadają/przemawiają ludzie uczeni (prawi, moralni, niezłomni, etc.), czyli członkowie elit właśnie. I to dokładnie ten „autorytet” robi tak naprawdę za suwerena i wybiera elity. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż sam do owych elit należy. W tym sensie elity wybierają się same; widziany (przez siebie samego) jako suweren naród/lud robi tu za przygłupa, który nie kumając, o co biega, uśmiecha się, gdy śmieje się „autorytet” i wkurza, gdy autorytet jest niezadowolony. Tak – z wydatną pomocą władzy czwartej, czyli mediów – działa oferująca zbyt wiele dowolności (wolności?) w myśleniu demokracja.
Podział elit
Rosnąca z czasem liczebność, rozumianej jako zbiór ludzi „lepszych” od przeciętnego obywatela, elity generowała coraz większe kłopoty z określaniem interesu/dóbr, o który trzeba było dbać. Potrzeby ludzi są tak różne, jak oni sami i właściwie o niczym nie da się powiedzieć, że jest dobre dla każdego członka odpowiednio dużej elity. Rozwiązywano to m.in. poprzez tworzenie tzw. korporacji, czyli mniej lub bardziej formalnych grup ludzi powiązanych w pewien naturalny sposób wspólnym celem, sposobem zarabiania na życie czy – znacznie rzadziej – uznawaniem tych samych wartości. Zazwyczaj każda z tych cech jest dla korporacji ważna, ale wzajemny stosunek ich znaczenia/wagi decyduje o tym, jaką „łatkę” przypisze takiemu związkowi społeczeństwo; organizacja przestępcza, np. terrorystyczna (jeśli celem jest szkodzenie temu, co aktualnie lubimy), zawodowa, gdy jej członkowie w ten sam sposób zarabiają na życie, naukowa, gdy mają takie same – „naukowe” właśnie – pomysły na opisywanie świata itd. Możliwości jest tu wiele, bo ludzie skupiać się mogą z wielu, bardzo niekiedy dziwnych, powodów.
Etos i władze korporacji
Cechą wspólną większości (wszystkich?) korporacji jest tworzący się stopniowo etos; system wartościowania zachowań, często obejmujący też specyficzny dla rozmowy o wspólnych sprawach język. Etos ten bywa rozmaity; niektóre korporacje wpisywały do niego np. powiedzenie, że „szlachectwo zobowiązuje”. Było to bardzo dawno, dziś zastępowane jest coraz częściej przez zdanie „cel uświęca środki”. Większość współczesnych korporacji wprowadziła do swej etyki dwie ważne zasady „wynalezione” przez nazwany późnej mafią, włoski, dokładniej sycylijski, ruch oporu; „cosa nostra” (nasza sprawa/rzecz; pilnuj zwartości szeregów, obcym dostęp do nich zabroniony) i „omerta” (milcz, nie zdradzaj naszych spraw/tajemnic). To podstawowe obowiązki członka korporacji. A ponieważ każda większa grupa ludzi musi jakoś rozstrzygać pojawiające się w niej konflikty, więc i korporacje dorabiają się zwykle jakichś władz, w tym rozmaitych form tzw. władzy sądowniczej nazywanej tu zwykle władzą (komisją, izbą itp.) dyscyplinarną.
Zadanie tej władzy jest teoretycznie bardzo podobne do roli sądu; ma oceniać czy członkowie korporacji przestrzegają przyjętych w niej zasad. Tak więc korporacja to takie „społeczeństwo w społeczeństwie” czy jak kto woli „państwo w państwie”.
Teoretycznie określające to „państwo w państwie” reguły, czyli szumnie mówiąc „etos”, uwzględnia wszystkie prawa społeczeństwa, w którym funkcjonuje; każdy lekarz jest najpierw obywatelem, a dopiero potem lekarzem, sędzia/prawnik, budowlaniec, naukowiec czy urzędnik państwowy podobnie. Określające etos korporacji zasady są „nadpisane” na prawa społeczeństwa, w którym korporacja funkcjonuje. Taka jest teoria.
Teoretycznie więc członkowie korporacji to tacy trochę lepsi (np. zawodowo, intelektualnie czy etycznie; w końcu oprócz „normalnych” muszą jeszcze przestrzegać wielu innych ograniczeń prawnych/etycznych) obywatele państwa, w którym żyją. Jak to wygląda w praktyce wiedzą ci, którzy mieli z członkiem korporacji konflikt; z lekarzem, gdy przed sądem wypowiedzieć się musi Izba Lekarska czy sędzią, gdzie najpierw korporacja musi wyrazić zgodę na pozbawienie go immunitetu. To samo dotyczy, oczywiście, członków korporacji polityków, np. parlamentarzystów. Tu nie ma miejsca na żadne wartości etyczne czy jakąś np. prawdę lub sprawiedliwość; wartością nadrzędną jest ochrona interesu członków korporacji. Pod hasłem dbania o dobro ludu, oczywiście, bo pochopne skrzywdzenie, np. poprzez wsadzenie do pierdla za zwykłą kradzież członka korporacji pozbawiłoby lud osoby wielkiej wartości, która normalnie nic, jeno o dobro tego ludu zabiega, a ukradła przez zwykły przypadek lub chwilową słabość. Podział tych „lepszych” współobywateli, czyli elity właśnie, na korporacje znakomicie takie podejście usprawiedliwia, bo łatwiej jest szaremu obywatelowi zaakceptować ważną społecznie rolę korporacji, np. naukowców, lekarzy czy sędziów, niż pojedynczego sędziego.
Tak więc członek korporacji może spokojnie wygrzewać się w blasku jej (tj. korporacji) świetności wygenerowanej przez utrzymywany na właściwym poziomie widzenia rzeczywistości lud, który wątpiących w ową świetność współziomków potrafi bardzo niekiedy dotkliwie ukarać. Dobrym przykładem wydaje się tu staruszka dorzucająca drewno na stos Husa (to stąd pochodzić ma powiedzenie o „świętej naiwności”). Korporacja zwykle broni każdego ze swych członków, ale nie wszystkich z taką samą determinacją. „Równiejsi” są wszędzie, więc podana definicja nie jest idealna, ale w realnym świecie ideałów nie ma, a na potrzeby tego tekstu to określenie wystarcza. Tyle o elitach.
Lud. Co to takiego?
Znaczeń słowa „lud” jest znacznie więcej niż słowa „elita”. I mają one rozmaite zabarwienia emocjonalne; od pejoratywnego „lud ciemny”, którego ambicje/wymagania (zob. Pan Zagłoba „… chamy taki miód piją” czy Jakub Szela) znacznie przewyższają znaczenie społeczne, po najważniejszą, zdrową moralnie, część/klasę(?) społeczeństwa (zob. „lud pracujący” w niektórych ideologiach).
W tym tekście przez „lud” rozumieć będziemy wszystkich obywateli nienależących do (podzielonej na broniące ich interesów korporacje) elity.
Tak więc zapijaczony menel jest równie dobrym reprezentantem naszego ludu, co „niestowarzyszony” inteligent, np. znakomity programista czytający Dostojewskiego i słuchający Chopina. To, co ich łączy, to fakt, iż nie widać siły społecznej zainteresowanej ich obroną, gdy zdarzy im się podpaść jakiemuś ważniakowi. Można dyskutować, czy tzw. idole lub celebryci należą do ludu, czy elit; ja zaliczyłem ich do elit, bo w telewizji widzę ich częściej niż np. programistów, a „parcie na szkło”, to jeden z niewymienionych wyżej (ale zob. niżej) atrybutów elity.
Nie ma wprawdzie jak dotąd żadnej dobrze określonej korporacji celebrytów, ale ich interesy są skutecznie bronione przez inne korporacje. Gdyby porównać elitę społeczną do organizmu, to korporacje odpowiadałyby organom, a celebryci płynowi międzykomórkowemu. Elita potrzebuje ludu głównie, choć nie jedynie, po to by było komu pracować na chleb i np. produkować coraz lepsze samochody. Lud potrzebuje elity by miał kto nim (ludem) zarządzać (np. organizować pracę), rozstrzygać konflikty czy wskazywać wzorce zachowań i wspomnianych wyżej „wartości”. Lud narzeka, że elita go oszukuje; więcej zarabia (nie wiadomo dlaczego, jak żołądki mamy takie same), wykorzystuje swe możliwości do unikania odpowiedzialności czy nepotyzmu, czyli „ustawiania” swych krewnych i znajomych na lukratywnych posadach (nb. wydaje mi, się, że nepotyzm bardziej drażni wspomnianego wyżej programistę, niż np. kiepsko zarabiająca ekspedientkę), że ludem pogardza i ogólnie rzecz biorąc elity nie lubi głównie za to, że ma ona to, czego on (lud) nie posiada.
Tak całkiem nawiasem mam nieprzyjemne odczucie, że, przynajmniej ta „gorzej ustawiona” część ludu, bardziej tych „eliciarzy” nie lubi za ich przewagę intelektualną, niż finansową. Być może dlatego, że przy odrobinie szczęścia nawet matoł może się dorobić, a żadne szczęście nie pomoże mu przeistoczyć się w faceta/facetkę inteligentnego.
Elita też za ludem nie przepada. Ta bardziej „intelektualna” jej część nie trawi prymitywnego w jej pojęciu sposobu myślenia, pojmowania świata, systemu wartości i wygenerowanych przezeń zachowań ludu („ryba zamiast wędki”, „sprawiedliwość musi być po naszej stronie”, „jak Kali ukraść to dobrze, jak ukraść Kalemu to źle” itp.). Akceptując oficjalnie fakt, iż byt naprawdę określa świadomość ludzie ci wymagają od ludu bycia podobnymi do nich, „zapominając” przy okazji różnice w dostępie do wiedzy (na chleb lud pracować musi dłużej i nie ma czasu na „poszerzanie horyzontów”), wychowania („wydolność wychowawcza” rodziny rośnie z jej zamożnością), środowisku i podobnych duperelach. Bardziej „praktyczni” członkowie elit również nie lubią ludu; m.in. – choć nie tylko – dlatego, że sami się zeń często wywodzą i jak wszyscy nuworysze chętnie by o tym zapomnieli (I słusznie, bo niby po jaką cholerę byle gnój ma ich pytać skąd wzięli forsę na „wkupienie” się do elity).
Jak się elita z ludem układa, czyli skąd ten tytuł.
O dobrej, owocnej, koegzystencji ludu i elity poczytać można u Platona, ale wskazać takie zjawisko w jakimkolwiek społeczeństwie byłoby trudno; ja nie znam żadnego przykładu. Obie strony czują się jakoś pokrzywdzone, lud ma odczucie, że elita żyje „na jego koszt”, a elita widzi lud jako masę prymitywów czyhających np. na zagarnięcie nienależnych jej dóbr (należących do elity, oczywiście). To ostatnie uczucie staje się coraz bardziej „uzasadnione” przez znaczący wzrost udziału „pracy intelektualnej” (informatyzacja, robotyzacja, organizacja czy (pozytywnie rozumiana) wielkoskalowa spekulacja) w dochodzie narodowym. Ten trend wydaje się nieodwracalny i generować będzie coraz to gorsze stosunki między ludem, a JEGO w końcu elitą. I, podobnie jak każdy normalny, przekonany o swej wartości, człowiek, elita bronić będzie tego – co słusznie, w jej pojęciu – posiada. Jeśli nazwiemy to „ludowo” korytem, to mamy pierwszą część tytułu tego tekstu; elita broni koryta.
Lud próbował już wielokrotnie poprawiać swoje położenie poprzez eliminację elit. Były to rewolucje, które prowadziły zwykle do powstania jeszcze gorszych elit „ludowych” (np. Francuska – zob. Wandea, Październikowa – liczby ofiar nikt oszacować nawet dobrze nie potrafi czy powstanie i rozwój naszej PRL – zob. działalność i skład społeczny np. UB i SB). Było i tak, że zmiany poprawiając znacząco dolę ludu prowadziły go jednak w raczej niebezpieczne sytuacje (zob. np. faszyzm we Włoszech czy nazizm w Niemczech), w których trwał do tragicznego często końca oddając za elitę np., życie.
Rewolucje potrzebują zwykle swoich dobrze określonych wodzów; ludzi, którym lud ufa w zasadzie bezgranicznie. To niespotykane w innych sytuacjach zaufanie potrzebne jest głównie po to, by w przypadku – zawsze, oczywiście, chwilowych – niepowodzeń można było – podobnie jak kibic po przegranym meczu – powiedzieć „nic się nie stało”. I dalej wodzowi wierzyć. Wódz musi mieć czas. Bywa, że po jakimś ustabilizowaniu sytuacji w miejsce wodza wchodzi np. partia lub rząd. Oni też muszą mieć czas i zaufanie.
Zasadnicza różnica między elitą, a ludem pojawia się w sytuacjach krytycznych; tu elita kombinuje jakby tu wodza/rząd/partię wymienić na inny, sprawniejszy, egzemplarz, a lud trwa w swych przekonaniach i dalej wodzowi/rządowi/partii wierzy. Jeśli trzeba to walczy. I czeka.
W sytuacjach beznadziejnych czeka na cud (np. na to, że elita w imię „solidarności” czy „sprawiedliwości” społecznej, dla dobra ludu zaniedba swoje interesy). To drugi człon tytułu tego tekstu. Ponieważ sytuacje krytyczne pojawiają się cyklicznie (choć mogą być rozmaitych rodzajów), więc w okresach „międzykryzysowch” tytuł tego tekstu wydaje się dość dobrze opisywać sytuację społeczną wielu grup/społeczeństw. Dla znakomitej większości ludzi życie bez nadziei, wiary w możliwość poprawy swej sytuacji życiowej traci sens. Kłopot polega na tym, że oczekują oni, że zrobią to (tzn. poprawią ich sytuację) za nich jacyś wyjątkowo uczciwi i prawi (choć nikt nie potrafi jasno powiedzieć co to znaczy) ludzie elity. Nigdy, nigdzie i nikomu nie udało się znaleźć wystarczającej liczby takich uczciwych, a równocześnie inteligentnych i sprawnych wspanialców; sprawiedliwych sędziów, rzetelnych naukowców, przedkładających dobro pacjenta nad forsę lekarzy czy empatycznych, lecz przestrzegających prawa urzędników państwowych. Lud jednak wierzy, że akurat jego aktualnym wybrańcom ten numer się uda. Nieliczne, ale istniejące (w końcu nie każdy naukowiec jest oszustem i nie każdy lekarz czy sędzia draniem), wyjątki „podpadają” zarówno elitom, jak i samemu ludowi. Najlepiej chyba znanym przykładem był Chrystus i jego droga na Golgotę, gdzie dokładnie ten lud, któremu chciał pomagać, potraktował go w znany nam sposób. O tym nieszczególnie chlubnym epizodzie lud szybko zapomniał, a powiedzenie, że „Każda władza pochodzi od Boga” było przez wieki uzasadnieniem nie tylko „sprawiedliwych” rządów.
Smutna konkluzja
Używany w tym tekście podział członków społeczeństwa na elity i lud nie jest, oczywiście, idealny. Nie jest nawet powszechnie akceptowany. Idealne podziały występują jednak rzadko, najczęściej w matematyce, i ich praktyczne znaczenie jest zwykle wątpliwe. Uznanie za elitę osób, mających tzw. plecy, czyli takich, w których obronie stanie jakaś znacząca społecznie grupa ludzi, np. korporacja nie dlatego, by ich (tych „zaatakowanych”) bronic z jakichkolwiek „normalnych” (np. uznania za niesłusznie oskarżonych, krzywdzonych przez wredną władzę czy podobnie duperelnych) powodów, ale dla własnego (tej korporacji) interesu budzić może opór (odrazę?) ludzi wrażliwych, którzy widzą elitę jako emanację jakiegoś społecznego dobra; mądrości, moralności, empatii itp.
Lud w takie szczegóły jednak nie wchodzi; hierarchię widzi jako kolejność dziobania. Jeśli osobnik A może dziobać osobnika B, a ten ostatni nie może się odwzajemnić, to A jest ważniejszy niż B. Porządek taki też nie jest najlepszy; może się zdarzyć, że zawierać będzie „pętle dziobania”; A może dziobać B, B może dziobać C, a ten ostatni dziobać może A. Matematycy przerabiają tę sytuację „wsadzając” wszystkich (tj. A, B i C) do jednego wora, i zamiast hierarchii pojedynczych osobników rozważa hierarchie takich właśnie „worów”, ale rzadko który obywatel robi podobnie.
Tę kolejność dziobania akceptujemy zazwyczaj na zasadzie jakiejś, przekazywanej przez szkołę, rodzinę czy jakiekolwiek inne środowisko tradycji nie badając, czy ma to sens, czy nie (np. dlatego, że dawniej „człowiek honoru” przyłapany na szwindlu strzelał sobie w łeb, a dziś kombinuje jakby tu „uwalić” faceta, co szwindel ujawnił). Co więcej, ekstrapolujemy naszą kolejność dziobania z jednej dziedziny na inne, uznając np. że znakomity naukowiec, powiedzmy noblista, w dziedzinie ekonomii ma również wysokie kwalifikacje etyczne. Jest to chyba najpowszechniejszy i najbardziej szkodliwy stereotyp (pop?)kulturowy.
Najlepiej widać to w przypadku tzw. elit naukowych, gdzie Miłoszowe „… na pomieszanie dobrego i złego …” jest nagminne. Jeden z moich znajomych mawiał, że „Kanalizacja jest dobra, gdy woda płynie do góry, a gówno na dół, zła, gdy jest odwrotnie i fatalna, gdy woda miesza się z gównem”. To mieszanie wody z gównem uprawiają ochoczo zarówno elity manipulując informacją, językiem jej przekazywania (emocje, zadęcie, „dopinanie się” do idei, których nie rozumieją itp. ale zawsze z miną eksperta, omnibusa „od wszystkiego”), jak i lud domagający się rozwiązań prostych, „zrozumiałych”, a nade wszystko „dobrych i sprawiedliwych”.
Pytającego o szczegóły tego, jak to „dobro i sprawiedliwość” rozumieć lud uznaje za swego wroga i wyznacza mu rolę Sokratesa w sądzie skorupkowym. On też za dużo pytał i wprawiał rozmówców w zakłopotanie.
Nie widać, niestety, żadnej możliwości zmiany tej sytuacji, bo większość ludu ma większe zaufanie do sprawności elity (w sensie możliwości wygenerowania pomysłów na zmianę) niż do współplemieńców i oczekuje, że wyłoni ona z siebie ludzi mądrych i sprawiedliwych, którzy dolę ludu poprawią. W tej sytuacji każda próba zastąpienia choćby części tych potencjalnych „świętych sprawiedliwych”, np. przez komputer czy jasno napisane, możliwe do skontrolowania przez szarego obywatela prawo traktowana jest podejrzliwie i widziana jako kolejna próba zawłaszczenia kawałka demokracji. Ten spektakl (w wielu przypadkach rozumieć to można dosłownie, bo mnóstwo „eliciarzy”, nie tylko polityków, uwielbia prezentować w telewizorni swe zadęcie i mniej lub bardziej wyimaginowane walory estetyczne), gdzie elity robią za aktorów, a lud za klakierów trwa od zawsze.
Być może zmieni go malejące gwałtownie zapotrzebowanie na „wykonywaczy” wielu zawodów (np. amerykańscy kierowcy ciężarówek już dziś czują się zagrożeni przez pojazdy autonomiczne) i powiększanie się tłumu ludzi nikomu niepotrzebnych, ale jest to (na szczęście) perspektywa wielu lat i ja już tego nie obejrzę.
Waldemar Korczyński

Do tych uwag o pochodzeniu elit warto też wspomnieć o takich badaczach jak Vilfredo Pareto z jego krążeniem elit, czy Wright,Mils z jego uwagami o bialych i niebieskich kołnierzykach czy też modne w swoim czasie w Stanach teorie rewolucji menedżerów jako przejmujących w oparciu o władzę kontrolę nad tymi którzy mają własność.
Bardzo mi odpowiada forma tej opowieści a już definicje kiedy kanalizacja jest dobra, kiedy zła a kiedy fatalna to dla mnie bomba.
To co Pan pisze o przyszlości, o zmianach jakie nas czekają to woda na mój młyn, rola i znaczenie SI będzie rosła i to w takim tempie jak rozwój narzędzi informacyjnych w ostatnich 30 latach – wystarczy pomyśleć jak wtedy wyglądała łączność telefoniczna, zwłaszcza w PRL a jak to jest obecnie…
Dzięki za ciepłe słowa. SI na pewno zmieni nasz świat. Problem w tym, ze ani szkoła ani tzw. media czy ktokolwiek inny nas do tego nie przygotowuje. A może się zdarzyć, że szykujemy brzytwę, by dać ja do reki małpie. Nie wiem ile mamy czasu; gdyby brać serio przepowiednie Michio Kaku („Fizyka przyszłości”), to raczej niewiele, bo może być i tak, ze równolegle dostaniemy całkiem nowe technologie robienia sobie (jako ludziom w ogóle) krzywdy. Ja zastanawiam się kiedy nadejdzie czas, gdy politycy zamiast walczyć o władzę na jutro (mam nieprzyjemne odczucie, że ostatnio właśnie to ich tak ich absorbuje, że o innych sprawach myśleć nie maja czasu) przypomną sobie, że pojutrze tez trzeba będzie jakoś i elity pogłaskać i ludowi jakieś ochłapy rzucić. I to tak, by jedni drugich z zawiści nie pozabijali. A jak dziś nie zaczną w szkołach jakoś młodzi z realiami tego życia oswajać i emocji na wiedzę zamieniać, to może to jeszcze i na nas trafić. Nie znam się prawie zupełnie na socjologii, ale o tym krążeniu elit i rewolucji menedżerów chętnie poczytam. Mam nadzieję, że dam radę. A tak nawiasem; czy ten Pareto, to ten od teorii preferencji?
Ciekawie napisany i inspirujący tekst. Wydaje mi się, że na przyszłość można jednak patrzeć z optymizmem. Lud potrzebuje elity dla własnej korzyści. Każda grupa ludzi pod wpływem stresu środowiskowego spontanicznie wyłania przywódcę wspomaganego przez znawcę duszy i ciała, i innych najwyżej cenionych członków swojej społeczności. Dzieje pokazują, że lud po utracie własnej elity, zazwyczaj zostaje przejęty przez obcą elitę. Można się zastanowić, po co właściwie danej społeczności potrzebna jest ich oryginalna elita, skoro jakaś obca elita oferuje im więcej korzyści? Masowe migracje dowodzą, że elity nie mogą spać spokojnie. „Wynalazek” systemów religijnych i późniejszych rozmaitych supremacji wydaje się tutaj bardzo logiczny z punktu widzenia elit.
Interesującym byłoby pytanie, czy elity mogą funkcjonować bez ludu. Gdyby do fascynujących rozważań Autora dodać czynnik czasu, to można chyba pokusić się o stwierdzenie, że w stabilnym, nie kryzysowym czasie, procentowy udział elit w społeczeństwie narasta. Czy możliwa jest hipotetyczna sytuacją, że całe społeczeństwo przekształci się w elitę? Społeczeństwo specjalistów, albo superkorporacja (korporacja korporacji)? Do mnie bardziej przemawia taka wizja przyszłości niż wizja zrobotyzowanego świata zarządzanego przez nieliczną i hermetyczną elitę. Przecież odebranie „wykonywaczom” pracy przez roboty wymusi kształcenie nowych pokoleń w kierunku pracy wymagającej intelektualnej sprawności i kreatywności. W końcu podobno mamy zasiedlać nowe planety.
Wracając do tu i teraz, dla mnie optymistyczne jest właśnie zjawisko tworzenia się korporacji. Korporacja wydaje się być najskuteczniejszym sposobem egzekwowania zasad współżycia swoich członków, czyli dobrego skanalizowania, posługując się przywołaną przez Autora analogią. Wspólny, koherentny etos, W konsekwencji coraz ważniejsze stałoby się ułożenie relacji pomiędzy korporacjami, a nie pomiędzy ludem i elitą. W takim świecie, a moim zdaniem wcale nie tak całkiem odległym, idea państw narodowych będzie traciła na znaczeniu na rzecz organizacji (państw?) korporacyjnych, chociaż możliwe, że termin korporacja zostanie zastąpiony łatwiejszymi w odbiorze pojęciami. Jeszcze tylko jeden lub dwa kryzysy po drodze…
Myślę, że spora część odpowiedzi zależy od tego jak zdefiniujemy elity. Dawniej rozumiano przez to ogół ludzi jakoś „lepszych” od reszty społeczeństwa. Dziś przeważa, jak mi się wydaje, bardziej „utylitarne” rozumienie elity, jako grupy, której członkom „więcej wolno” i „więcej mają” niż ta reszta. Najlepiej (najładniej, najbardziej etycznie, itp.) byłoby, aby część wspólna desygnatów tych pojęć była w miarę duża. Ze tak nie jest, a oba pojęcia coraz bardziej się „rozjeżdżają” widać gołym okiem. No i mamy nowy problem; czy elity mają ludowi „przewodzić”, pokazując co dobre, a co jeszcze lepsze, czy iść za „wolą ludu” i utwierdzać go w przekonaniu o swojej wysokiej wartości („Międzynarodówka”, „Horst Wessel Lied” itp.). Pierwsze, to droga pełna konfliktów i raczej nie gwarantująca „eliciarzom” np. forsy, drugie, to wprawdzie na krótka metę opłacane wazeliniarstwo, ale bez gwarancji, że wnukom tez pomoże. W obu przypadkach ważna jest komunikacja między elitą a „jej” ludem. Bez zaufania pojawia się tu mnóstwo kłopotów. Być może, zgodnie z Pana sugestią korporacje spełnią tu rolę pozytywną, bo z jednej strony będzie to mniej patetycznie niż przemowy „ex cathedra” wierchuszki elit, z drugiej różnorodność i współbrzmienie głosów takiej elity pozwoli trochę tę barierę osłabić. Ja na to nie wpadłem, a wątek jest – szczególnie w sferze układania relacji między korporacjami – ciekawy. Zmieniłoby to też chyba i rozumienie pojęcia korporacji, bo trzebaby uwzględnić jej „korporacyjne” otoczenie. Nie podzielam jednak Pańskiego optymizmu co do terminu dojścia do tej sytuacji. Może byłoby to nawet bardziej „ludzkie” niż, platoński w istocie, świat elit/strażników wykorzystujących SI do rządzenia ludem. A tak nawiasem; czy ta „korporacja korporacji” (to naprawdę ciekawa koncepcja) miałaby tez jakąś gradację stopnia należenia? Chodzi mi o coś takiego jak mamy w tych „zwykłych” korporacjach, gdzie są członkowie ważni i ważniejsi. Na dziś mamy chyba sytuację, gdzie korporacje służą głownie do ochrony tych członków elity, którym zdarzyło się na czymś „pośliznąć”, a SI wykorzystywane jest głównie do budowy mniej lub bardziej autonomicznych maszyn (najczęściej broni do zabijania się) lub robienia forsy. No i jeszcze do tworzenia jakiejś klasy „post-prekariatu”, która dochód bezwarunkowy wprawdzie dostanie, ale o sensie egzystencji gadać nie będzie chciała. Ja się po prostu boję, że jak się te drogi ludu i elit (w tym pierwszym rozumieniu) całkiem rozjadą, to będziemy mieli powtórkę z jakiejś rewolucji. W Polsce, to chyba najbliżej do Szeli.
Myślę, że nikt nie ma złudzeń co do konsekwencji całkowitego rozjechania się dróg ludu i elit. Nawet w solidnych demokracjach, czego byliśmy świadkami w styczniu br. (atak na Kapitol). JK chwilowo zapobiegł temu rozjezdżaniu się w Polsce choć zapewne nie to było jego celem. W kwestii definicji elity mnie najbardziej podoba się prosta wykłądnia: elita to te osoby, bez których pozostali (niech będzie lud) nie byliby w stanie funkcjonować jako grupa, jako społeczność. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że materia ta jest bardziej skomplikowana niż proste definicje.
Obraz korporacji nie wydaje się być jednoznaczny. Ja nie jestem specjalistą od życia korporacyjnego, wyciągam jedynie wnioski z własnych doświadczeń i obserwacji. Mamy całą gradację korporacji, od egoistycznych (pasożytniczych?), takich, które rzeczywiście głównie służą do ochrony swoich członków w kontrze do otoczenia, do dojrzałych, w których przestrzegane są normy etyczne i demokratyczne, i które przy tym rozumieją swoje otoczenie. W drodze do ideału kluczowy jest czynnik czasu i nieustanna ewolucja organizacyjna. Sądzę, że zawsze można skorzystać z gotowych wzorów wypracowanych w dojrzałych demokracjach jeżeli chwilowo brak własnych. Siłą korporacji jest ich silne wewnętrzne spoiwo, które pozwala egzekwować zasady współżycia niemal bez wysiłku. Spoiwo o wiele silniejsze niż w przypadku państw narodowych, które ciągle muszą pracować nad narodowym spoiwem i wciąż wymyślać go na nowo. Naturalnie korporacje posiadają swoje własne elity, wyłonione według kryterium kompetencyjnego, bez których cała korporacja nie byłaby w stanie funkcjonować jako oddzielny byt.
Zdaje się, że określając elity startujemy z rożnych ich parametrów i rożne dostajemy definicje. Dobre, precyzyjne, określenia funkcjonują, jak podejrzewam, tylko w matematyce, gdzie badanie ich (tych definicji) wzajemnych stosunków jest ulubioną zabawą wielu ludzi. Elita na pewno spełniać powinna wspomnianą przez Pana funkcję „integrującą”. Czy i kiedy tak jest, to już inna sprawa (zob. wojsko czy polityka, gdzie cechy charakteru pomagające w awansach – czyli drodze do elity – od tzw. zasad etycznych często daleko odbiegają. A to jest chyba kliniczny przykład integrującej roli elit,). Gdybyśmy pod nasze definicje elit podkładali charakter, intelekt, czy wrażliwość, to rozkład tych cech jako predyspozycji do bycia „eliciarzem” bardzo by się różnił. No i kłopot polega m.in. na tym, że zwykły obywatel za elitę uważa na ogół ludzi najpierw etycznych, potem mądrych, a potem to już bywa różnie, ale potrzebne do funkcjonowania np. w polityce cwaniactwo i brak wrażliwości lokuje raczej nisko. Pytanie o to czy elity mogą funkcjonować bez ludu może stać się bardzo aktualne m.in. dzięki tzw. postępowi technicznemu, głownie SI, która faworyzując sprawność intelektualną (ludzi!) spowodować może marginalizacje grupy nazywanej dziś ludem. Ten „lud” może całkiem dobrze funkcjonować materialnie czy kulturowo, ale elicie potrzebny będzie coraz mniej. Gdyby tak się stało, to i pojęcie korporacji uległoby pewnie zmianie i np. programista komputera kwantowego miałby mniej wspólnych interesów niż dzisiejszy programista i np. człowiek naprawiający komputery. A obaj są informatykami. A byłaby też spora grupa ludzi nie wykonująca żadnej pracy i mająca zainteresowania stosowne do tej sytuacji. I powinno się pomyśleć o „daniu” im tematów do rozmów, które nie będą budzić zbyt silnych emocji. Bo wylądują je na jakiejś elicie (i nie tylko, bo elity tez nieźle emocjami potrafią sterować.). Pozdrowienia i dzięki za ciekawe uwagi.
Dopiero teraz przeczytałem ten artykuł. To dość swoiste studium antagoznizmów i współpracy między dwiema umownymi kategoriami – ludu i elity. Swoistość sprowadza się do tego, że analizie poddany został nieomal wyłącznie proces polityczny. Tymczasem podział na elity i klasę ludową jest znacznie szerszy i dotyczy dwóch innych obszarów, z których każdy ma poważniejszy wpływ na nasze życie niż polityka. Tymi obszarami są stosunki społeczne oraz gospodarka.
*
W świecie polityki uwagi Autora być może dałyby się jakoś obronić, chociaż samo rozumienie czym lub kim są elity, oraz stwierdzenie że lud wybiera elity są mocno dyskusyjne. Lud wybiera rządzących, ale co oni mają wspólnego z elitami? Czy grupy ludzi wyłonionych w drodze negatywnej selekcji daje się nazwać elitami? Również pojęcie korporacji, jeżeli sprowadza się je głównie lub wyłącznie do ludzi przynależących do pewnych organizacji zawodowych, religijnych, czy politycznych jest mocno zawężone.
*
Na szczęście w sferze społecznej i gospodarczej obowiązuje trochę inny kanon wyłaniania i kształtowania się elit. Elity powstają, trwają i rozwijają się dzięki kompetencjom, a mechanizmem skłaniającym te elitarne grupy ludzi do rozwoju jest konkurencja. Konkurencja osobista i grupowa. Wybitnego lekarza, uczonego, muzyka, pisarza, inżyniera czy nauczyciela nie wybiera lud, a jego własne działania – kształcenie się, zapobiegliwość, talent a przede wszystkim praca. Politycy mogą co prawda awansować na stanowska kierownicze własnych nominatów, ale to nie tworzy elit. Wybitny chirurg będzie elitą a miernota awansowana na stanowisko ordynatora zwykłym konowałem, a czasami szkodnikiem niszczącym zdrowie czy życie ludzkie, na skutek własnej niekompetencji.
*
W gospodarce jest dokładnie tak samo jak w życiu społecznym – wykształcenie, zdolności, umiejętności i kwalifikacje nabywa się nie drogą wyboru, a własnej, ciężkiej, uporczywej pracy czasami uzupełnionej talentem inaczej nazywanym predyspozycjami. To właśnie w gospodarce pojęcie korporacji zrobiło największą karierę w dobrym, ale także w złym znaczeniu. Korporacje niosą ze sobą zasady, kulturę organizacyjną, strategię, struktury i procedury, a podział pracy i możliwości awansu zacierają różnicę między elitami i ludem. W korporacji nikt nie ma trwałego miejsca jako elita, ani nikt nie jest wiecznie skazany na rolę „ludu” czyli pracownika wykonawczego. Ta właśnie możliwość awansu pionowego, ale często także poziomego zmienia współczesny obraz pojęć ludu i elity.
*
NIe przypadkiem socjologia organizacji i doktryny zarządzania formułują ekstensywną oraz intensywną filozofię władzy. Ekstensywna prawie w całości wiąże się z tradycyjnie a często anachronicznie rozumianą polityką. Intensywna równie często z nowoczesnymi systemami zarządzania instytucjami (korporacjami) gospodarczymi i społecznymi. Proces rozwoju sztucznej inteligencji (AI) czerpie i będzie coraz więcej czerpał z gospodarki właśnie i coraz więcej tych doświadczeń będzie przenoszonych na grunt polityki, aby proces polityczny przestał być aż tak bardzo destrukcyjny jak to się dzieje obecnie.
*
Na koniec warto uświadomić sobie jak niewielką rolę we współczesnym świecie odgrywa polityka sama w sobie i jak bardzo podporządkowana jest gospodarce właśnie. Dwa największe mocarstwa światowe USA i CHINY to są państwa z wyraźnym prymatem gospodarki nad polityką, mimo iż należą do odmiennych systemów politycznych. Kilka mniejszych państw, będących wszakże potęgami lokalnymi, też opiera sie o taki prymat – Niemcy, Japonia, Korea, etc. Największe ugrupowanie państw narodowych jakim jest UE również opiera się o prymat gospodarki nad polityką.
Z kolei Rosja, w której polityka dominuje nad gospodarką i życiem społecznym przez szereg lat, z pozycji dawnego mocarstwa stacza się systematycznie do roli coraz bardziej marginalnej we współczesnym świecie.
*
Czkawkę historyczną, którą przechodzi Polska w postaci pisu i krk dużo szybciej a zarazem trwalej i głębiej pozwoli pokonać gospodarka i stosunki społeczne, niż czysto rozumiana polityka właśnie.
Z tymi elitami, to same kłopoty. Ja pisałem o pojęciu realnym w tym sensie, w jakim ja czy inny szary obywatel elit „doświadcza”. A ja z elitami „przymiotnikowymi” (dalej napiszę dokładnie, o czym myślę), praktycznie spotkać się bezpośrednio nie mam szans. Jeśli nawet trafię na wybitnego chirurga, to moja wiedza nie pozwala mi tego rozpoznać; ja po prostu się na tym nie znam. Wiem jednak, że ordynator, na pewno jest ważniejszy niż najwybitniejszy jego podwładny, bo to on (ten ordynator) podejmuje zasadnicze dla oddziału decyzje. Z mojego punktu widzenia ten wybitny chirurg nie jest normalnie elitą, bo jest dla mnie niedostępny. Wiem, że to bardzo brzydki punkt widzenia, ale ja, jako chory, innego nie mam. A elitę chciałbym widzieć jako ludzi (dla mnie) w jakimś sensie użytecznych. Sugerowane pojęcie elity jako grupy ludzi o wybitnych kompetencjach bliskie jest rozmaitym „Kodeksom etycznym”, np. w środowisku akademickim. Warto przypomnieć, że jedną z ważniejszych zasad tych kodeksów jest znaczne ograniczenie „elitarności”; noblista z fizyki zabierający głos (jako autorytet) w sprawie zakupów na bazarze w moim mieście uznany zostanie – i słusznie – za faceta nieetycznego. Tak więc rozumiane w ten sposób elity, mają, podobnie jak niektóre uczelnie (nawet uniwerki!), charakter „przymiotnikowy”. Nie ma oczywiście przeszkód aby używać ich z dowolnymi przymiotnikami. No i to właśnie budzi moje opory. Jako przymiotnikowe, elity, o których piszę możnaby nazwać elitami „ogólnospołecznymi”, elitami „władzy”, ale te chyba „elitami zwykłych ludzi” i w tym ostatnim znaczeniu tego określenia używam. Tych przymiotnikowych elit rzeczywiście nie wybiera lud, lecz ich kompetencje, które jednak muszą być przez kogoś zauważone i jakoś „ogłoszone”, by inni, np. lud, wiedzieli, że Kowalski do elity należy, a Nowak już niekoniecznie. I ten proces wyboru i „proklamowania elitarności” przeprowadza sama elita (w tym sensie wybiera się sama), a w tzw. demokracji zatwierdza suweren czyli właśnie lud. To, oczywiście teoria, ale praktyka jest raczej smutna i nie warto sobie psuć nastroju. Bardzo ciekawe uwagi, szczególnie w sprawie prymatu gospodarki nad polityką. Ja się z tym – jako długą perspektywą – zgadzam. Pytanie czy jakakolwiek „grupa trzymająca władzę” taką perspektywę rzeczywiście ma. Moim zdaniem nie i stąd polityka halsuje często pod wiatr gospodarki jak łódka na jeziorze. Chyba tego nie przeskoczymy, bo ambicje polityków są znacznie większe inż temperatura ich uczuć do ludu, co (ta własciwa temperatura uczuć) mogłoby powodować „wyprzedzające” szukanie korelacji między stanem gospodarki, a polityką państwa.
Na chirurga, o którym Pan wspomniał, można patrzeć i podchodzić do niego inaczej. To oczywiste, że przeciętny pacjent, nie związany z medycyną, ma prawo nie wiedzieć kto jest wybitnym chirurgiem, a kto niekoniecznie. Utarta ścieżka racjonalizacji społecznej wśród zwykłych ludzi powoduje, że w takim przypadku zasięgamy języka w otoczeniu – pośród rodziny, krewnych, kolegów, znajomych i w ten sposób otrzymujemy jakąś informację. Pragmatyka postępowania podpowiada często skorzystanie z wizyty u takiego chirurga w przychodni dostępnej dla pacjentów. Następnie, często na podstawie skierowania tego chirurga trafiamy do szpitala i poddajemy się leczeniu. Czasami korzystamy z wizyt u kilku takich rekomendowanych specjalistów i sprawdzamy czy diagnozy są zbliżone lub sie pokrywają.
Ma Pan rację, że zwykle ordynatorami są wybitni czy wyróżniający się lekarze, jednak tutaj także zdarzają się fatalne nominacje polityczne i o takich wspominałem.
Inny przypadek ordynatorów to sytuacje, kiedy jest to wiekowy specjalista, a jego zespół jest od niego sprawniejszy. Przypomina mi się historia sąsiada, który leczył syna u profesora- ordynatora i ten był ciągle chory. Kiedy dowiedziałem się od zaprzyjaźnionej lekarki, kto w tym zespole jest najlepszy zasugerowałem sąsiadowi wizytę z synem u tego specjalisty. Po kilku wizytach syn był zdrów i taki pozostaje do dzisiaj.
To oczywiście są przypadki jednostkowe, które tylko ilustrują zagadnienie, o którym rozmawiamy.
*
Elity są zjawiskiem powszechnym i niezależnym od nas, czyli w jakimś sensie intersubiektywnym, żeby nie powiedzieć obiektywnym. Wprowadzone przez Pana określenie przymiotnikowe „elity zwykłych ludzi” jest bardzo ciekawe, chociaż budzi więcej pytań niż odpowiedzi. To oczywiste, że elity same się kreują, ogłaszają, bowiem to opinia środowiska jest najbardziej kompetentna – tylko ludzie dysponujący wysokimi kwalifikacjami w konkretnej dziedzinie mogą miarodajnie ocenić kogoś wybitnego.
Z dalszą częścią opinii, że elity „… w tzw. demokracji zatwierdza suweren czyli właśnie lud.”, trudno się zgodzić i jest ona bardzo ryzykowna. Jeżeli lud, czy suweren nie zatwierdzi kogoś czy całych grup to one nie są elitami? W dobie powszechnego upadku autorytetów, wynikającego z niechęci tzw. zwykłych ludzi do wszelkiego wysiłku intelektualnego, niechęci wspomaganej przez cynicznych polityków, proces kwestionowania elit przez lud jest co najmniej niefortunny, albo po prostu nie ma żadnego znaczenia.
W Polsce pisowskiej rządzący próbują zakwestionować nie tylko wybitnnych polityków z którymi im nie po drodze, ale także ludzi spoza świata polityki, którzy nie popierają pisowskich praktyk. Mowa o uczonych, sędziach, przedsiębiorcach, aktorach, adwokatach, itp. Takim groteskowym przykładem tej pisowskiej praktyki jest próba zakwestionowania wielkości pisarki Olgi Tokarczuk.
Reasumując – moim zdaniem elity są zjawiskiem obiektywnym i lud nie ma nic do ich zatwierdzania, bowiem elity sa wyłaniane w drodze konkurencji kwalifikacji a nie procesu demokratycznego wyboru. W procesie demokratycznego wyboru wyłania się rządzących i w POlsce jest to od wielu lat proces wyłaniania ludzi coraz bardziej niekompetentnych.
Tak trochę podświadomie, to bardzo chciałbym się z Panem zgadzać. Nie mam, niestety, wystarczającej ilości optymizmu. Ja widzę elity jako ludzi mających jakiś realny wpływ na rzeczywistość, Pan, jak rozumiem, bardziej „klasycznie” (Platon?), jako wysoce etycznych, a co najmniej wysoce kompetentnych ludzi (nb. czy będących znakomitymi wojownikami Gurkhów i Marokańczyków, którzy dla zabawy we Włoszech obcinali jeńcom głowy i gwałcili kobiety i dzieci lub inkwizycyjnych fachowców od przesłuchiwania czarownic też uznamy za elitę?). Na pewno była to „elita przymiotnikowa”, ale podejrzewam, że miałby Pan kłopot z opuszczeniem tu stosownego w tej sytuacji przymiotnika. Nie ma tego problemu w przypadku „mojej” definicji, choć i ona ma wady, bo Hitlera czy Stalina (razem z Napoleonem, na pocieszenie) do elity chyba zaliczylibyśmy. Napisał Pan „Z dalszą częścią opinii, że elity „… w tzw. demokracji zatwierdza
suweren czyli właśnie lud.”, trudno się zgodzić i jest ona bardzo
ryzykowna. Jeżeli lud, czy suweren nie zatwierdzi kogoś czy całych grup
to one nie są elitami? ” Uważam, ze w jakimś sensie tak właśnie jest. To trochę podobnie jak z pojęciem prawdy. W potocznym, bardzo „utylitarnym”, sensie prawdą jest to, w co człowiek/lud jest_w_stanie/chce uwierzyć. W krucjatach ludzie umierali (ich dzieci też w słynnej krucjacie dziecięcej!) w imię Boga, pod Stalingradem czy Kurskiem w imię Hitlera czy Stalina. Nie neguję tu, oczywistego faktu, że ludzie po prostu lubią się zabijać, ale w obu (a szczególnie w pierwszym) przypadkach umierali za jakąś „prawdę”. Pisząc „elita” mam na myśli opinię ludu właśnie. Gdyby przeciętnemu człowiekowi próbował ktoś tłumaczyć, że jak go wyślą w podróż z dużą szybkością, to stanie się cięższy i cieńszy, to nasz przeciętniak uznałby tego kogoś (np. wybitnego fizyka) za głupka. I nie ma praktycznie sposobu, by wykazać mu, że nie ma racji. Można, oczywiście, pocieszać się tym, że to nie ten przeciętniak ma rację, ale gdy przychodzi np. do finansowania badań, to właśnie jego (przeciętniaka) głos może okazać się decydujący. Z „praktycznego” punktu widzenia, „O tym, kto jest elitą decyduje .. lud”. Napisał Pan też „W dobie powszechnego upadku autorytetów,
wynikającego z niechęci tzw. zwykłych ludzi do wszelkiego wysiłku
intelektualnego, wspomaganego przez cynicznych polityków, proces
kwestionowania elit przez lud …”, z czym ja się, z bólem serca zgadzam. Z dalszą – tą mniej emocjonalną, a chyba istotniejszą – częścią tego zdania ” … jest co najmniej niefortunny, albo po
prostu nie ma żadnego znaczenia.” trudno mi się jednak zgodzić. Tak się składa, że to realne pojęcie elit w sensie wpływu na rzeczywistość przerabiałem/analizowałem na własnej osobie. I wyszło mi tak, jak napisałem. Demokracja daje ludowi wiele praw; w tym do decydowania, kto jest, a kto nie jest elitą. Odpowiedzialności nie nakłada nań żadnej. I to, co elita w Pańskim (które mi się podoba!) rozumieniu tego słowa o tym myśli nie ma praktycznego znaczenia. Fakt, iż powiedzenie, że zły pieniądz wypiera ten dobry, pochodzi chyba od Kopernika, nie jest tu szczególnie pocieszające.
Ani Górków czy Marokańczyków, ani urzędników inkwizycji, ani stalinowców a tym bardziej hitlerowców nie mieszałbym ze współczesnym rozumieniem elit. Po doświadczeniach XX wiecznych totalitaryzmów uczeni, przynajmniej w doktrynach zarządzania oraz filozofii, socjologii czy psychologii społecznej uznali, że same wysokie kwalifikacje bez zasadniczych walorów etycznych zamieniają się łatwo w łajdactwo czy zbrodnię i nie mają nic wpsólnego z elitami. Ma Pan rację kiedy sugeruje, że rozumiem elity także jako ludzi odwołujących się do zasadniczych kanonów etycznych. Uważam, że kwalifikacje moralne są istotną częścią kwalifikacji zawodowych, społecznych czy gospodarczych konkretnych ludzi.
Dlaczego uważam, że lud nie zatwierdza elit tak, jak nie zatwierdza prawdy? Myślę, że wysokie kwalifikacje podobnie jak prawda nie podlegają zatwierdzaniu. Oczywiście politycy współcześni, zwłaszcza populistyczni manipulują ludem tak, aby od nich (populistów) zależało kto jest elitą i co jest prawdą. Populiści celowo zakłamują rzeczywiśtośc bo tylko dzięki takiemu zakłamaniu mogą chodzić w aureoli rozumnych i sprawnych polityków. Od ponad 6 lat Polską rządzi PiS w tandemie z Dudą. Czy w takim razie JK i Duda są elitą? A może Pawłowicz, PIotrowicz czy Przyłębska są elitą? Albo Terlecki, Suski, SAsin czy Ziobro są elitą? Moim zdaniem to wysocy funkcjonariusze partii rządzącej ale co oni mają wspólnego z elitami? Czy to co opowiadają ma cokolwiek wspólnego z prawdą? ZArówno elity jak i prawda istnieją niezależnie od woli rządzących polityków i od woli ludu. To co lud wybiera może być pseudo-elitą i postprawdą czyli fake-newsami, jeżeli wybiera niezgodnie ze stanem istniejącym. Ponadto istnieje problem jak czytać wybory ludu. Jeżeli PiS w POlsce rządzi na podstawie wyboru 40% głosujących to czy te 40% wybrało trafnie a pozostałe 60% sie myliło? Czy zatem o elicie i prawdzie decydować ma mniejszość? A może każda z tych grup ma swoje elity i swoje prawdy? Rozumując w ten sposób doszlibyśmy prędzej czy później do absurdu.
*
ZAbierając głos w dyskusji nie przesądzam czy mam rację czy nie. Staram się jedynie przedstawić własny punkt widzenia i stawiać pytania, które moim zdaniem wymuszają odpowiedzi objaśniające rzeszywistość. W każdym razie temat jest szeroki, ciekawy i bardzo ważny dla naszej teraźniejszości i przyszłości.
Oglądałem przed chwilą w telewizorze „Kawę na ławę”. Nie wiem czy o jakimkolwiek polityku można mówić, że ma coś wspólnego z elitą, ale większość znanych mi ludzi właściwie wszystkich biorących w tym programie udział za elitę uważa. Ja dokładnie tak jak Pan pojmowałem elity przez długie lata. To problem trochę wychowania w rodzinie, trochę w szkole, a chyba głównie tego co czytałem. Osobisty bliższy i częstszy kontakt z takimi elitami (przynajmniej tymi „kompetencyjnymi”) miałem właściwie dopiero na studiach. I podobnie pewnie do wielu innych ludzi mających podobną do mojej „historię czytelnictwa” utwierdziłem się wtedy w takich jak Pańskie poglądach na elity. Później bywało już różnie, ale – też pewnie podobnie do większości Polaków – zauważone różnice między moimi wyobrażeniami o społecznym miejscu elity (cały czas mówimy o Pańskim jej rozumieniu), realiach PRL-u tłumaczyłem naszą nieszczęsna (głownie tą powojenną) historią. Po roku 1989 miałem – też pewnie podobnie do większości rodaków – nadzieje na znaczące zmiany; w tym zmiany alokacji „moich” elit w społeczeństwie. Dziś widzę, że się myliłem i np. oglądani we wspomnianym programie ludzie są do realnej elity politycznej tamtych lat bardzo podobni. I podobnym mówią językiem. I tak jest wszędzie. Ja nie kwestionuję ISTNIENIA elity w takim jak Pańskie rozumieniu. Ja tylko nie widzę, by miała ona jakąkolwiek siłę sprawczą, by jej opinie cokolwiek w życiu społecznym znaczyły. Nie twierdzę, że jest to sytuacja „wewnętrznej emigracji” jak to kiedyś mówiono, ale raczej udział w jakimś „chocholim tańcu”, który część społeczeństwa może i podziwia, ale wielu cwaniaków wyśmiewa ciesząc się z faktu, iż mało kto z tego kręgu się wyłamuje. Niech Pan zwróci uwagę np. na (zamierzoną?!) jałowość kłótni o wymiar sprawiedliwości. Temperatura sporu jest wysoka, oskarżenia padają potężne, a NIKT nie zwrócił uwagi na JAKOŚĆ, w szczególności niesprzeczność, prawa czy rozumowań sądowych. Gdzie są w tym sporze elity? Inny obszar to edukacja, nauka i szkolnictwo wyższe. W nauce (nie tylko u nas) w zasadzie wszyscy akceptują rozliczanie/ocenianie ludzi wg. rozmaitych punktoz czy grantoz (nie wiem jak to odmieniać, mam nadzieję że moje „byki” dadzą się jakoś „przejść”). Bezsensowność tych ocen widać m.in. w porównaniu „kosztów” (rozmaitych,nie tylko finansowych, ale również np. kadrowych czy „moralnych”) uzyskiwania znaczących, w jakimś sensie „przełomowych”, tj. zmieniających paradygmat, wyników. Tu akurat część naukowych elit rozmaite problemy zaczyna zauważać, ale trudno powiedzieć, że wiele z tego wynika. Elity jakoś się „rozmydliły”, dokooptowały wielu zręcznych cwaniaków i samooczyszczenie na zasadzie, iż „szlachectwo zobowiązuje” chyba nie jest już możliwe. A innej zasady nie widać. No to niby dlaczego miałbym te dzisiejsze elity traktować tak jak te XIX – to wieczne, gdzie facet złapany na szwindlu strzelał sobie w swój łeb zamiast jak dziś szukać tego, co jego kondycję moralną czy intelektualna ujawnił? Sytuacja ta boli mnie tak samo jak Pana czy innych dyskutantów tego portalu, ale brak mi koniecznego w tym przypadku optymizmu, by mieć nadzieję, że bez zasadniczych zmian (na które szans nie widzę żadnych) elity w Pańskim rozumieniu mogły odegrać jeszcze jakakolwiek znacząca rolę. Boję się, że powinniśmy odświeżyć przesłanie Duerrenmatta z jego „Fizyków”. Ale to zadanie dla moich wnuków. Dla mnie jest już za późno.
Zrobiła się ciekawa dyskusja – udało by się z niej sklecić niejeden artykuł na SO.
Czytając Pański ostatni komentarz doszedłem do wniosku, że podobnie postrzegamy elity prawdziwe, natormiast różnimy się w ocenie ich wpływu na rzeczywistość.
Pan uważa, że elitami są ci ludzie, którzy mają największy wpływ na rzeczywistość. Ja z kolei rodzielam te pojęcia. Elita jest według mnie odrębną kategorią ludzi o najwyższych kwalifikacjach w swoich specjalnościach, a ludzie wywierający wpływ na rzeczywistość są odrębną kategorią społeczną. Jedni nazywają ich elitą władzy, czyli elitą przymiotnikową, inni nazywają ich politycznymi celebrytami, a ja uważam że do tej kategorii należą politycy i związani z nimi ludzie, którzy są członkami rozmaitych elit lub politycy ich za członków takich elit uważają. Politycy i ich totumfaccy robią wszystko aby dla swoich wyborców być elitą wyłączną. Dla Pana konstatacja tego faktu jest źródłem dość przygnębiającego pesymizmu. Dla mnie to tylko obraz rzeczywistości, który owszem, nie jest przyjemny ale nie budzi mojego pesymizmu ani tym bardziej przygnębienia.
*
Dlaczego tak myślę. Jeżeli spojrzymy wstecz na historię powszechną, historię Europy, USA, CHIN, Rosji, Niemiec, Japonii, UK, Francji oraz innych krajów europejskich w ciągu tylko ostatnich 220 lat to łatwo skonstatujemy, że elity w każdym z tych krajów wywierały różny wpływ na rzeczywistość. Rzadko był to wpływ dominujący a przeciętnie bywał to wpływ częściowy i w dodatku falujący okresowo. Można pokusić się o uogólnienie (intuicyjne), że im większy wpływ elity wywierały na rzeczywistość w konkretnym kraju, tym ten kraj lepiej i pomyślniej się rozwijał. To naturalnie intuicja, ale mógłbym podać szereg przykładów ją potwierdzających.
Ten częściowy wpływ elit na rzeczywistość jest w sumie racjonalnym rozwiązaniem społecznym z kilku powodów. Po pierwsze elity są różnorodne i gdyby miały 100% wpływ na rzeczywistość mielibyśmy dużo więcej problemów niż mamy, bo kwalifikacje oraz postulaty społeczne z nich wynikające musiałyby być drastycznie sprzeczne wewnętrznie i prowadzące do nieuchronnych konfliktów. Po drugie nie istniałby mechanizm korygujący te sprzeczności i rozwiązujący konflikty. Takim mechanizmem jaki ludzkość wypracowała jest mechanizm polityczny. To co Pan pesymistycznie ocenia i opisuje w istniejącej rzeczywistości to zdegenerowany mechanizm polityczny i coraz mniej rozumny lud, nazywany za przeproszeniem suwerenem. Trendy cywilizacji współczesnej dostarczającej przeciętnym ludziom coraz bardziej zdawkowego i miałkiego wykształcenia, tabloidyzacja życia publicznego, ucieczka szerokich rzesz społecznych od wysiłku intelektualnego na rzecz biernego odbioru tabloidalnego obrazu rzeczywistości jest cześcią degeneracji mechanizmu politycznego. Ta degeneracja najsilniejsza jest w państwach peryferyjnych – w naszej częśći świata jest to Europa Wschodnia. Gdzie indziej Ameryka Południowa i Środkowa. O Afryce i Azji nie będę się wypowiadał bo za mało znam kraje tam położone.
NA tę degenerację nakłada się także silna penetracja naszych krajów w Europie Wschodniej przez służby specjalne, głównie rosyjskie które tę degenerację wpolityki wzmacniaja, bo to w ich interesie.
*
Mając tego świadomość zastanawiam się, a na SO robi to wielu autorów i komentatorów, jak tę degenerację mechanizmu politycznego zmienić. Jak naprawić źle działający świat polityki. I samo myślenie w tym kierunku, oraz formułowanie postulatów napawa mnie ostrożnym, racjonalnym optymizmem. Nie mam nadziei, że zmienimy szybko i radykalnie cały mechanizm. Mam za to przypuszczenie graniczące z pewnością, że jeśli jako społeczeńśtwo chcemy przetrwać musimy ten mechanizm zmienić dość zasadniczo i w miarę szybko, bo świat zewnętrzny nie będzie na nas czekał.
Żeby zrozumieć konsekwencje tego nie czekania świata warto przeanalizowac historię Rosji oraz Chin Ludowych po 1989 r.
Rosja odwołała się do mechanizmu imperialnego znanego w jej historii od Iwana Groźnego, polegającego nie na tym aby swój kraj rozwijać, ale aby szkodzić innym ciemięząc własne społeczeństwo i sąsiadów w swojej strefie wpływów.
Chiny Ludowe, które nadal są monokratycznym imperium komunistycznym, postanowiły wrócić do swojej historycznej polityki z okresu przed XIX wiekiem, polityki mandarynów, i skorzystały zmechanizmu kapitalistycznego systemu gospodarczego aby rozwijać swój kraj. Rezultat jest taki, że Chiny są teraz drugą, a niektórzy oceniajrzą że już pierwszą potęgą gospodarczą świata, a Rosja przestała być imperium globalnym, a sądząc po jej PKB nie należy nawet do 20 najpotęzniejszych gospodarek świata. Tak się kończy niedopasowanie mecanizmu politycznego do wymagań współczesności.
*
Na koniec uwaga o „Kawie na ławę”. Od ponad 6 lat nie ogladam prawie w ogóle telewizji, a zwłaszcza takich programów. Informację o świecie czerpię głównie z internetu, radia, czasami prasy i bardzo w związku z tym uspokoiłem skołatane nerwy. Jeżeli ludzie uważają, że w „Kawie na ławę” czy w „Kropce nad i” występuje elita, to ci ludzie maja problem z rozumieniem rzeczywistości.
Przedstawiciele elity owszem bywają zapraszani do inteligentnych programów radiowych w TOK FM czy Radio Nowy Świat a także innych rogłośni oraz portali internetowych, ale reprezentatów elity w partiach politycznych można policzyć na palcach i na pewno nie sa nimi wszyscy uczestnicy choćby najbardziej pyskatych programów.
@Sławek
Bardzo mi się Pański ostatni wpis podoba. „Intelektualnie” podpisałbym się pod 80% stwierdzeń, a pozostałe 20% pewnie bym trochę osłabił, ale tez bym podpisał. Nb. bardzo trafnie widzi Pan różnicę w naszym spojrzeniu na elity, ja dokładnie tak je widzę; bez istotnego wpływu na rzeczywistość są już trochę mniej „elitarne” (to jest chyba złe słowo, bo w potocznym rozumieniu odwołuje się raczej do liczności niż kompetencyjno – moralnych atrybutów, ale lepszego teraz nie mam). „Mentalnie” byłoby już gorzej. Pan wierzy w mechanizmy regulujące wpływ elit na życie społeczne i to, że „oliwa (zawsze) na wierzch wypływa”. Ja wstawiam do tego rozumowania czas, i wychodzi mi, że możemy nie zdążyć. Dzięki, ta dyskusja sporo mi dała.
Dziękuję za wartościową dyskusję. Jeżeli idzie o przyszłość któryś z nas może mieć rację, obaj możemy mieć rację lub obydwaj możemy się mylić. Dzięki myśleniu o przyszłości możemy być nią troche mniej zaskoczeni.
Na chirurga, o którym Pan wspomniał, można patrzeć i podchodzić do niego inaczej. To oczywiste, że przeciętny pacjent, nie związany z medycyną, ma prawo nie wiedzieć kto jest wybitnym chirurgiem, a kto niekoniecznie. Utarta ścieżka racjonalizacji społecznej wśród zwykłych ludzi powoduje, że w takim przypadku zasięgamy języka w otoczeniu – pośród rodziny, krewnych, kolegów, znajomych i w ten sposób otrzymujemy jakąś informację. Pragmatyka postępowania podpowiada często skorzystanie z wizyty u takiego chirurga w przychodni dostępnej dla pacjentów. Następnie, często na podstawie skierowania tego chirurga trafiamy do szpitala i poddajemy się leczeniu. Czasami korzystamy z wizyt u kilku takich rekomendowanych specjalistów i sprawdzamy czy diagnozy są zbliżone lub sie pokrywają.
Ma Pan rację, że zwykle ordynatorami są wybitni czy wyróżniający się lekarze, jednak tutaj także zdarzają się fatalne nominacje polityczne i o takich wspominałem.
Inny przypadek ordynatorów to sytuacje, kiedy jest to wiekowy specjalista, a jego zespół jest od niego sprawniejszy. Przypomina mi się historia sąsiada, który leczył syna u profesora- ordynatora i ten był ciągle chory. Kiedy dowiedziałem się od zaprzyjaźnionej lekarki, kto w tym zespole jest najlepszy zasugerowałem sąsiadowi wizytę z synem u tego specjalisty. Po kilku wizytach syn był zdrów i taki pozostaje do dzisiaj.
To oczywiście są przypadki jednostkowe, które tylko ilustrują zagadnienie, o którym rozmawiamy.
*
Elity są zjawiskiem powszechnym i niezależnym od nas, czyli w jakimś sensie intersubiektywnym, żeby nie powiedzieć obiektywnym. Wprowadzone przez Pana określenie przymiotnikowe „elity zwykłych ludzi” jest bardzo ciekawe, chociaż budzi więcej pytań niż odpowiedzi. To oczywiste, że elity same się kreują, ogłaszają, bowiem to opinia środowiska jest najbardziej kompetentna – tylko ludzie dysponujący wysokimi kwalifikacjami w konkretnej dziedzinie mogą miarodajnie ocenić kogoś wybitnego.
Z dalszą częścią opinii, że elity „… w tzw. demokracji zatwierdza suweren czyli właśnie lud.”, trudno się zgodzić i jest ona bardzo ryzykowna. Jeżeli lud, czy suweren nie zatwierdzi kogoś czy całych grup to one nie są elitami? W dobie powszechnego upadku autorytetów, wynikającego z niechęci tzw. zwykłych ludzi do wszelkiego wysiłku intelektualnego, wspomaganego przez cynicznych polityków, proces kwestionowania elit przez lud jest co najmniej niefortunny, albo po prostu nie ma żadnego znaczenia.
W Polsce pisowskiej rządzący próbują zakwestionować nie tylko wybitnnych polityków z którymi im nie po drodze, ale także ludzi spoza świata polityki, którzy nie popierają pisowskich praktyk. Mowa o uczonych, sędziach, przedsiębiorcach, aktorach, adwokatach, itp. Takim groteskowym przykładem tej pisowskiej praktyki jest próba zakwestionowania wielkości pisarki Olgi Tokarczuk.
Reasumując – moim zdaniem elity są zjawiskiem obiektywnym i lud nie ma nic do ich zatwierdzania, bowiem elity sa wyłaniane w drodze konkurencji kwalifikacji a nie procesu demokratycznego wyboru. W procesie demokratycznego wyboru wyłania się rządzących i w POlsce jest to od wielu lat proces wyłaniania ludzi coraz bardziej niekompetentnych.