
01.07.2021
Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.
Może teraz.
31.07
Trudny dzień.
Pomalutku narasta napięcie: pani Manowska apeluje do wszelkich możliwych władz, żeby jej dały wskazówki co i jak w związku z tą Izbą Dyscyplinarną, Morawiecki mówi, że on nie jest zadowolony, prezydent także… Z drugiej strony Ziobro i taki na przykład Wildstein zapierają się rękami i nogami, że żadnych ustępstw, bo to tylko pierwszy krok, a potem uczepią się nam KRS, a i może nawet zlekceważą fakt, że pani Julia smacznie gotuje…
Wszystko wskazuje na to, że szykują kiwkę. Że niby tę Izbę zlikwidują, ale i jej jednocześnie nie zlikwidują, przemianują jakoś. Oczywiście nikt (a w szczególności Unia) nie da się na taki cienki drut nadziać, ale pretekst, żeby się w oczach najwierniejszego elektoratu usprawiedliwić – będzie. A podejrzewam, że im tylko o ten elektorat chodzi.
Tylko też z uwagi na ten elektorat nie chcą wprowadzić prawdziwych ograniczeń dla unikających szczepień. Pewno im z badań wychodzi, że ci najwierniejsi to w tej sprawie „nie i nie”, więc nie chcą ich odepchnąć; ale tu taki kłopot, że brak decyzji może spowodować – jak się czwarta fala pandemii ładnie rozwinie – że ta grupa może się w sposób naturalny przerzedzić.
Kolejny kłopot to TVN. Tu stan na dziś jest taki, że się zaparli. Zaskutkuje to bez wątpienia przykrościami typu – nazwijmy to po imieniu, choć tom słowo pewno nie padnie – sankcji. Stawiam na to, że te sankcje będą na początek łagodne – jakieś zakazy wjazdu dla wybranych polityków, jakieś kłopoty z zagranicznymi kontami bankowymi… I to raczej nie da rezultatu. To wtedy wezwie się parę tysięcy żołnierzy z Polski „na dodatkowe przeszkolenie do USA” i ujawni, że – na przykład – w sprawie Abramsów to formalnej umowy nie będzie. Pan Brzeziński zostanie wezwany do Waszyngtonu „na konsultacje”. I wtedy zrozumieją.
Wszystko to się wyjaśni w ciągu dwóch tygodni, jak sądzę.
Tymczasem jutro mamy dzień, którego serdecznie nie lubię: rocznicę wybuchu Powstania. Bezsensownej imprezy, która zabrała kwiat warszawskiej młodej inteligencji i doprowadziła do wymazania z mapy Warszawy na długi czas. Która nie miała szans na sukces i była jedynie głupią demonstracją. Wszystkim wrogom dano pretekst do drastycznych działań, nie osiągnięto w sensie pozytywnym dokładnie niczego. Chyląc czoła przed ludźmi, którzy wykonali swój obowiązek żołnierski i z drugiej strony rozumiejąc doskonale tych, którzy jednak nie poszli z butelką benzyny i zepsutym visem przeciwko czołgom – nie jestem w stanie się nadziwić, że tych kilku ludzi, którzy podjęli decyzję o rozpoczęciu walk nie postawiono przed sądem; przeciwnie, niektórzy mają własne ulice.
Nie mogę się oprzeć myśli, że oni też obawiali się czyjejś opinii, która mogła zadecydować o ich losach. W sprawie pandemii też by pewno wątpliwości nie mieli.
30.07
Spoglądam na Facebooku na liczby polubień moich tekstów i na komentarze pod nimi – i widzę pewną prawidłowość. Otóż na ogół zgadzamy się ze sobą – co miłe – i na ogół tych reakcji jest mniej więcej tyle samo. Niektóre jednak moje opinie budzą gorący protest – i muszę przyznać, że z góry wiem, które.
Najgorętszy sprzeciw i najwścieklejsze emocje dotyczą mianowicie jednego tematu: pandemii. Antyszczepionkowców jest w tej naszej bańce mało, ale są okropnie obrażalscy i w swoich sądach nieustępliwi. Oni otóż nie przyjmują w ogóle do wiadomości istnienia jakichś autorytetów medycznych, negują na zasadzie naszego pana prezydenta – nie, bo nie. Albo wiedzą lepiej, że szczepionka to w ogóle nie jest żadna szczepionka, tylko taki specyfik uodporniający… No i w odróżnieniu od pana prezydenta nie deklarują najmniejszej chęci samokształcenia.
Nie będę polemizował i tłumaczył. Trafię na takiego idiotę – banuję i wyrzucam w diabły na równi z antysemitami. Niech się kiszą we własnym sosie: nie widzieć i nie rozumieć co się dzieje na świecie po blisko dwóch latach katorgi może tylko ktoś o specyficznej budowie mózgu i ja wiem, że do niego żadne argumenty nie dotrą.
Drugi temat, który pewnej liczbie Czytelników się nie podoba, to różne świętości narodowe, które ośmielam się czasami niecnie odzierać z czci. Ostatnio tak jest w związku z aferą z lewymi dyplomami ukończenia studiów wyższych, w której umoczony jest piękny zestaw naszych reprezentacyjnych piłkarzy. Ujawnienie tego przyjęli państwo z widocznym zażenowaniem i niechęcią; czuję wprost to skrzywienie warg – no i po co o tym mówić, przecież musimy kogoś wielbić… Polubień tekstu o tym – na lekarstwo.
Wyobrażam sobie reakcję części PT. Komentatorów, gdybym napisał co myślę o takiej na przykład Matce Teresie czy… Dajmy spokój.
Czy rzeczywiście musimy mieć jakieś świętości, których nijak szargać nie wolno? I czy dotyczy to tylko konkretnych ludzi, czy także zbiorowości, sytuacji lub pojęć? Czy na przykład stwierdzenie „nie znoszę bachorów i doskonale rozumiem osoby, które z góry zakładają bezdzietność” (nie twierdzę, że tak jest w moim wypadku; chodzi o przykład) jest oburzające i dyskwalifikuje mówiącego? Albo stwierdzenie, że wolę być wśród ludzi mądrych, wykształconych, dowcipnych i pięknych fizycznie, niż pozbawionych tych atrybutów, ale moralnie czystych – czy to stwierdzenie jest do przyjęcia, czy nie, bo to jakiś klasizm albo inny syfilis?
Na drażliwe tematy mi dziś przyszło. Będę zobowiązany, jeśli państwo zechcą do nich podejść z poczuciem humoru. Bo dla mnie jego brak jest najgorszym defektem, jaki się może przydarzyć. I, cholera, ten brak jest jednak nieuleczalny; nawet urodzonemu z jedną nogą da się coś przysztukować, dla pozbawionego poczucia humoru nie ma ratunku.
29.07
Wyraźnie narasta problem szczepień przeciw koronawirusowi. Wszędzie o tym mowa, mniej lub bardziej delikatnie. Mniej po stronie szurniętej, bardziej delikatnie po stronie zwolenników szczepień.
Wyłożę zatem swoje zdanie w tej kwestii. Kto mnie zna lub czyta mój teksty nie może mieć wątpliwości – jakie ono jest, ale na wszelki wypadek wyjaśnię. Otóż przeciwników szczepień uważam za skończonych idiotów i łobuzów. I właściwie na tym można skończyć, ale jeszcze dwa słowa trzeba dopowiedzieć.
Wydaje mi się mianowicie, że ogromna część kłopotów z tą sprawą wynika ze stanowiska zbrodniczej średniowiecznej instytucji, znanej jako Kościół katolicki. Ubrdali sobie jej przedstawiciele mianowicie, że używanie w toku produkcji czy też wstępnego testowania niektórych rodzajów szczepionek komórek, uzyskanych drogą sztucznego rozmnażania komórek uzyskanych wiele lat temu z płodów ludzkich – jest z nieznanych myślącemu człowiekowi powodów niemoralna. Kościelni zboczeńcy są w chory sposób zafiksowani na seksie, więc pewno ich stanowisko jest dla ludzi, którzy w głoszone przez nich bajdy wierzą – logiczne. Logiczne jest więc i to, że muszą przyjąć odpowiedzialność moralną za śmierć i cierpienie wielu spośród tych, którzy im zaufają.
Pomijając już zaś ten aspekt sprawy – dwa słowa w sprawie innego wątku. Czy można dokonać – jak to antyszczepionkowi kretyni zgrabnie nazwali – segregacji sanitarnej i w jakiś sposób ułatwić życie zaszczepionym a utrudnić tym, którzy tego nie chcą?
Moim zdaniem: można i trzeba.
Gdyby wyłącznie ludzie niezaszczepieni z własnej woli chorowali i umierali – powiedziałbym: pies z nimi tańcował. Ale oni zagrażają również mnie, mimo że dawno już jestem zaszczepiony. Zagrażają bezpośrednio – bo szczepionka nie chroni wszystkich w 100% – i pośrednio, bo może zachorować na przykład sklepikarz, u którego kupuję chleb.
A poza tym: coście się, durnie, nagle obudzili z ręką w nocniku? Szczepiliście się przeciw polio i przeciw gruźlicy? Pyskowaliście, gdy lecąc do Afryki musieliście udowodnić komplet wykonanych szczepień? Nie, dostosowaliście się do światowych przepisów grzecznie i szybciutko. To o co wam teraz chodzi? Co się takiego stało?
Pewno to, że wtedy nie tak łatwo docierał do was ze swoimi majaczeniami każdy bałwan i nawiedzony hochsztapler. Popularność rozmaitych telewizyjnych kaznodziei i innych oszustów w krajach wyżej rozwiniętych nie zapaliła wam w resztkach waszych niedorozwiniętych mózgów żadnych światełek ostrzegawczych – że to fajne i ciekawe bywa również groźne. No i poleciało.
Trudno będzie to poodkręcać. Ale to niestety niezbędne. Głupcy muszą stracić komfort życia – bo jeśli nie, to wszyscy stracimy nie tylko komfort, ale samo życie.
Pewno niekoniecznie tym razem; ale nieuchronnie.
28.07
Już myślałem, że dziś nie będzie o czym pisać. Pisanie o „lex TVN” nie ma sensu, bo wszystko jasne: Kaczyński idzie w zaparte. Będzie usiłował przepchnąć ustawę przez Sejm, a jak mu się nie uda – to podobno jest już gotowy stosowny wniosek do p. Julii, która uzna co trzeba za niezgodne z Konstytucją i po ptokach. Oczywiście, jak Amerykanie użyją jakiejś mniej grzecznej opcji niż dyplomatyczne słowa potępienia, to sprawa się rypnie – ale czy użyją i jakiej, to już zobaczymy znacznie później.
A ja nie jestem jakaś Pyta – jak mawiał jeden z wykładowców niezapomnianego Studium Wojskowego – żeby coś teraz zgadywać.
Z poczuciem tedy pewnej beznadziejności buszuję więc ja po Sieci – i… bęc. Mamy cudo. Naprawdę zatykające.
Pewna ambitna pani otóż postanowiła podnieść swoje kwalifikacje i zrobić studia podyplomowe. Wybrała w tym celu prywatną Uczelnię Nauk Społecznych w Łodzi, gdzie od jednego z jej pracowników naukowych otrzymała szczerą propozycję: za niedużą kwotę 2500 zł będzie stosowne świadectwo, a uczyć się nie trzeba.
Niby propozycja jasna i atrakcyjna, ale … wierz tu kobiecie. Okazało się, że jednak pani chodziło o wiedzę, a nie o dyplom; taka jakaś nienormalna ona jest. No i udała się z opisem całej historii do prokuratury…
Nie, to nie koniec. I to jeszcze żadna bomba: ogólnie wiadomo, że kupowanie wątpliwych dyplomów nieodbytych studiów to praktyka w uczelniach prywatnych nie tak rzadka.
Bomba eksplodowała dopiero wtedy, gdy zaczęto w aktach owej Uczelni Nauk Społecznych grzebać – i sprawdzać: kto tez tam uzyskał jakieś stopnie i tytuły.
No i proszę państwa: tragedia narodowa. Klęska. Spora część naszej kadry narodowej w piłce nożnej to absolwenci tej Uczelni. Tak pilnie studiowali, że egzaminy potrafili zdawać nawet w tym dniu, w którym rozgrywali Ważne Spotkania w innym kraju…
Wiem, o co – a raczej o kogo – państwo zapytają. Odpowiedź jest twierdząca. Tak jest, On również ma dyplom Uczelni. I Jego żona również. Ale sprawy nie będzie, bo oboje nigdzie nie powiedzieli, że te dyplomy mają – popisywali się natomiast dyplomami innych szkół. Po co tak i dlaczego tak – nie mam pojęcia. Ale fakt jest faktem.
Ta pasjonująca historia wyszła na jaw dzięki Łukaszowi Cieśli z Onetu i w tej witrynie wszystko szczegółowo opisano (jest kilka ciekawych nazwisk). Newsweek też podjął temat.
No jasne: opcja niemiecka.
Weźmiemy się za nich zaraz po TVN.
Nie wiem czemu przypomniała mi się historia z lat 50. ubiegłego wieku. Otóż poeta Adam Ważyk (skądinąd „reżymowy”) opublikował ni z tego, ni z owego troszkę już dziś zapomniany „Poemat dla dorosłych”, w którym dość niepochlebnie opisał życie przodującej klasy robotniczej w Nowej Hucie. Obraz tego życia da się mianowicie streścić w dwóch słowach: syf i malaria.
Złośliwa warszawska kawiarnia ukuła natychmiast wierszyk:
Nasrał Ważyk
Na ołtarzyk.
Niestety, nie da się tak ładnie zrymować nazwiska redaktora Cieśli. Ale moje gratulacje. Well done, kolego.https://www.onet.pl/…/afera-z…/lzf97cg,d87b6cc4
27.07
„Piździ jak w Kieleckiem”… Znają państwo ten zwrot? Nie jestem pewien, czy to nie nasz warszawski regionalizm, więc na wszelki wypadek wyjaśniam: tak się określa ohydną pogodę, wietrzną i zimną. Zwrot jest oczywiście uroczo bezsensowny i dlatego go ogromnie lubię.
Przyszedł mi on do głowy, gdy słuchałem sprawozdania z obrad komisji sejmowej, zajmującej się zmianami w ustawie medialnej. Te obrady też bowiem są bezsensowne, choć raczej ów nonsens w tym wypadku złości, niż bawi. A skojarzył mi się nie sens, ale brzmienie jednego słowa – i niniejszym coś akustycznie podobnego ośmielam się zaproponować.
Chodzi mi o słowo „pisdzi”.
Oznaczałoby ono tyleż durne, co napuszone uzasadnianie jakiegoś przedsięwzięcia.
No i tu mamy dwa warianty z grubsza. Można powiem pisdzić jak Suski – czyli z tępym uporem i kompletnie bez zrozumienia całej sytuacji, jedynie otrzymawszy stosowne zlecenie z góry – a można też pisdzić jak TVP, czyli też na polecenie, ale cynicznie robiąc swoje całkiem świadomie. W sumie nie wiem, co gorsze.
Niestety, pisdzić można skutecznie. Wystarczy mieć formalną większość choćby jednego głosu – i lecimy. Obawiam się, że to mocno chwieje moją dziecięcą wiarą w sens demokracji.
Ponuro.
Żeby zatem poprawić choć troszkę Czytelnikom humor – informacja z Niemiec, gdzie nasz ukochany ksiądz Oko został wyróżniony przez lokalny sąd w Kolonii za publikowanie ohydnych homofobicznych urojeń grzywną w wysokości niemal 5000 euro. W jego artykule prawa osób homoseksualnych są określane jako „ideologia homo” i „herezja homo”, osoby homoseksualne są zaś opisywane jako „kolonia pasożytów” „rozrost nowotworowy”, „dżuma homoseksualna” i „przerzuty nowotworowe”. No i zgodnie z opinią m.in. Mordo Iuris są to dopuszczalne poglądy, nie zaś wredna mowa nienawiści, stąd absolutny jazgot na turbokatolickiej prawicy…
No więc Mordo Iuris i spółka też pisdzi. To jeszcze jeden rodzaj tego działania. Ale tam, w Niemczech, nie mają większości – i to jest optymistyczne. A na marginesie tego ostatniego incydentu nasuwa mi się taki problem: co by mianowicie było, gdyby uznano, że Mordo i katabas Oko mają jednak rację – i wolno używać takich słów i takiej stylistyki?
Sam bym z takiego przyzwolenia chętnie skorzystał pod ich adresem. Nie byłoby miło, bo potrafię i ja i paru podobnych zaskurwysynić nie gorzej od nich. W tej działalności też inteligencja odgrywa sporą rolę, więc szans dla prawiczków zbyt dużo nie widzę. Oni potrafią tylko pisdzić jak Suski.
26.07
Wraca cichcem sprawa dekomunizacji Powązek. Zmarł bowiem 95-letni gen. W. Szklarski, który był podobno głównym autorem planu operacyjnego realizacji stanu wojennego w Polsce (jeśli chcecie znać moje niepopularne zdanie, choć przez niektórych podzielane – ten plan był znakomity i bezbłędnie zrealizowany przy minimalnych kosztach ludzkich: incydent w Wujku był nieszczęsnym, ale tylko właśnie incydentem, w żaden sposób nieobciążającym planistów). No i został pochowany na Powązkach, bo jako generałowi w stanie spoczynku przysługuje mu ten przywilej z mocy prawa.
Podniósł się ryk, stale z tej samej strony i stale ten sam. Żeby natychmiast MON się zabrał za problem, żeby oddać zarządzanie Powązkami wojsku albo jeszcze lepiej jakiejś organizacji kombatanckiej „żołnierzy niezłomnych”. Żeby wykopać komuchów, truchła pod płot wyrzucić…
No i ku mojemu zdumieniu MON odpowiedziało, że żadnych prac „w tym temacie” nie prowadzi. Zdrada! Albo jednak rozumieją, że podjęcie problemu zgodnie z postulatami prawicowych trupojadów oznaczałoby duże prawdopodobieństw ich definitywnego końca. Który i tak nastąpi.
Przy okazji taka obserwacja. Kostucha ma teraz żniwa wśród ludzi 80+, czyli takich, którzy kawał życia spędzili w PRL. Niektórzy bardzo aktywnie i zgoła nie po stronie opozycji. Zdumiewająco dużo ich nekrologów zaczyna się od „ś. p.” I różnych krzyżyków i innych religijnych symboli graficznych. Coś z tą walką komuchów z religia i Kościołem było chyba niezupełnie tak, jak nam to dzisiaj opowiadają. Albo odchodzący w niebyt sami byli hipokrytami, albo ich rodziny zlekceważyły poglądy nieboszczyka – „na wszelki wypadek” czy z przekory.
Jeśli idzie o mnie, to proszę pamiętać: ktokolwiek mnie kiedyś uświętopamieci – będzie przeze mnie ostro straszony. A jeśli się uda, to spuszczę z zaświatów nogę i dam kopa w dupsko.
To jeszcze dwa słowa o prof. Safjanie i tzw. medium pt. „Gazeta Polska”. Otóż ulubioną metodą tego środowiska profesorowi wyciągnięto za jednym zamachem niesłuszne pochodzenie etniczne i służbę jego ojca nie tylko w Informacji Wojskowej, ale tez w niemieckim Grenzschutzu. Proponuję poczytać o tym, jednak nie w „GP”, ale w Onecie. W skrócie mówi Safjan:
• – Łączenie historii mojego ojca z moim życiorysem jest ohydne. Mój życiorys był życiorysem odrębnym, ja od trzeciego roku życia nie mieszkałem z ojcem, nigdy nie należałem ani do organizacji młodzieżowej, ani do partii. A wciąż używa się wobec mnie stereotypu „Żyda-komucha” – mówi Onetowi prof. Safjan
• Zaznacza, że po raz pierwszy chce wyjawić, że jego ojciec został jako Żyd zmuszony do wstąpienia do służby pomocniczej przy Grenzschutzu — alternatywą była śmierć w obozie.
• – Ojciec podjął wybór życia. To, że ja pod wpływem ataków rodem z głębokiej komuny muszę opisywać jego traumę, jest wręcz poniżające — podkreśla prof. Safjan.
W sumie mamy ściek. Ale niczego innego się z tej strony nigdy nie spodziewałem. Zawsze śmierdzieli na całą Europę.
25.07
Nadal Olimpiada w zasadzie przykrywa wszystko, najzupełniej bez sensu. Inna sprawa, że dziś, gdyby nie pewna pani, która się nawaliła jak stodoła i skasowała busika z Ukraińcami gdzieś tam w interiorze, to nie byłoby o czym mówić: upał. Co prawda 4 promile to rzeczywiście wynik wart odnotowania i pokiwania głową, ale wysyłania na miejsce śmigłowca to już chyba nie.
Zaczyna się lekki cyrk wokół nowego RPO. Prawicy się okropnie nie spodobały jego pierwsze wypowiedzi o legalności działania sędziów–dublerów, lewica się marszczy z powodu zbyt dobrego wychowania pana profesora, aktywiści uliczni spodziewali się najwyraźniej, że chwyci sztandar w rękę i pobiegnie tuptusiem na najbliższą barykadę…
A ja coraz bardziej sobie myślę, że jak ktoś budzi tak szerokie wątpliwości, to może być dokładnie tą osobą, o którą chodzi. Powtarzam: patrzę na człowieka życzliwie. Bo widzę w nim przedstawiciela warstwy obecnie wymierającej, ale jedynej godnej właśnie życzliwej uwagi: inteligencji, mianowicie. Co oznacza, że żadna klasa wyższopółśrednia ani lud pracujący miast i wsi (nie mówiąc już o krwiopijcach z własnymi rakietami kosmicznymi) mnie emocjonalnie nie kręci.
Przy czym wyjaśniam, że do inteligencji nie zaliczam urzędników, kadry zarządzającej, działaczy partyjnych ani nikogo, kto nie żyje z twórczości: naukowej, technicznej lub szeroko rozumianej artystycznej albo się taką twórczością z najwyższym rozumieniem posługuje zawodowo.
Oczywiście – to wyjaśnienie jest tu konieczne, bo podjęcie tego tematu nieuchronnie prowadzi do nieporozumień – wszystko to są kryteria nieostre, niezwiązane w szczególności ani z pochodzeniem, ani wykształceniem.
A w ogóle to znam jedną tylko poprawną i precyzyjną definicję zbioru inteligentów. Otóż nie ulega wątpliwości, że inteligentem był mój idol, wielki matematyk Stefan Banach. I inteligentem jest każdy, kogo inteligent uważa za inteligenta. Jasne?
Kto widzi w tej definicji indukcję matematyczną zupełną i wie, co to jest, może sobie w nagrodę kupić ciastko. Kto nie widzi lub nie wie – też niech się cieszy: jest w ogromnej większości, która zdaniem populistów ma przecież zawsze rację i niczym nieograniczone prawo decyzji …
24.07
Ruszyła Olimpiada. Z reguły nie zabieram głosu na temat wyczynu sportowego (bo co powiem, to mnie masowo ochrzaniają), ale tym razem ta impreza jest tak dziwna, że nie mogę.
Otóż uważam, że Olimpiada jest całkowicie bez sensu i wciąż bardziej bez sensu. Wprowadzanie do niej – to przykład tego braku sensu – wciąż nowych dyscyplin sportowych (jakieś wspinanie po ściance na przykład, nie mówiąc już o zupełnej ohydzie, jaką jest boks kobiet) jest pomysłem tak jawnie i obrzydliwie komercyjnym, że zęby bolą.
Ktoś może powiedzieć – teatr czy jeszcze bardziej kino, to też przedsięwzięcia głównie dziś komercyjne. Tak; ale właśnie chodzi o to słowo „głównie”; poza działką obliczoną wyłącznie na zysk jest też w nich działka od myśli o pieniądzach absolutnie odległa. W sporcie już ta część niekomercyjna natomiast odeszła do sfery czysto prywatnej lub użytkowo–medycznej. Nic o takiej roli, jak – powiedzmy – teatr Kantora czy kino Nowej Fali nie istnieje.
A za chwilę będziemy mieli walki kobiet nago w błocie i zawody w szybkości jedzenia burgerów, oczywiście o nagrodę McDonalda, który zatrudni na wysoko płatnym etacie doradcy jakiegoś urzędnika z MKOl…
Jest natomiast sport wyczynowy wylęgarnią i wzmacniaczem nacjonalizmów. Jak słyszę rzewne brednie o łzawo wzruszającym „orle na koszulce” (tuż obok logo sponsora, naturalnie), to mi się po prostu flaki przewracają. A tym razem mamy w dodatku widowisko bez widzów. U nas mile się rozwijają nadal obie afery – sądowa i Banasia.
Pani Manowska wydala z siebie coraz bardziej miękkie oświadczenia i… pogrąża się coraz bardziej; pora chyba, by pojęła, że jedyną drogą do zachowania resztek pozorów jest szybciutkie podanie się do dymisji i natychmiastowe dożywotnie zniknięcie na jakiejś przyspieszonej emeryturze. Wygląda na to, że nasi milusińscy będą chcieli wypichcić jakiś numer na jesień. Żeby niby posłuchać TSUE, ale i nie posłuchać. Coś w rodzaju – myślę na głos – przemianowania Izby Dyscyplinarnej na Specjalną Komisję Nadzwyczajną na przykład.
Otóż nikt przytomny się na to nie nabierze.
Rozumiem, że prawdziwe ustępstwo musiałoby się łączyć z licznymi dymisjami i gwałtownym spadkiem pozycji społecznej wielu ludzi; a niektórzy z nich – na przykład komplet wyższych urzędników ministerstwa sprawiedliwości – nigdzie już nigdy uczciwej i tak płatnej pracy nie dostaną. Będą bolały i ambicje, i portfele. I pewno jednych żony a innych mężowie rzucą…
No ale nie ma wyjścia. Co się zaś tyczy pana Banasia: jeśli nie zachoruje nagle ciężko po wypiciu kawy albo prowadzony przez zupełnie pijanego menela samochód na niego nie najedzie, to da on im zdrowo popalić. I to migutkiem, bo on świetnie wie, że musi się spieszyć. Wybrał sobie niegdyś toksycznych kumpli, a to zawsze jest ryzykowne.
23.07
Autentycznie cierpiałem dzisiaj fizycznie, oglądają transmisję z Senatu, gdzie niejaki Kołodziejski składał sprawozdanie z działań Krajowej Rady Radia i TV. Jestem uczulony na sposób mówienia i w ogóle ekspresję mówcy – i już samo to, nie mówiąc o treści wystąpienia tego pana budziło żywą zgrozę. Nie ma sensu w ogóle analizowanie tego ponurego bełkotu jednej ósmej ćwierćinteligenta; jedyne pytanie, jakie się tu narzuca jest takie: skąd oni TO wytrzasnęli? Niestety, to samo pytanie narzuca się w wypadku pewno ponad 90% nominacji wysokich urzędników.
Kiedyś, kiedyś… Był sobie mało dziś znany Wydział Kadr w najprzegłówniejszej instancji partii rządzącej. Jaki był, taki był; znałem ludzi, głupi na pewno nie byli i swoją robotę – to znaczy wynajdywanie i opiniowanie kandydatur na różne stanowiska – wykonywali profesjonalnie, choć bez wątpienia stronniczo; stosowane tam kryteria z pewnością nie były zupełnie obiektywne. Ale zaproponowanie zupełnego debila na stanowisko sekretarza stanu raczej im się nie zdarzało. Nie znaczy, że nie było na takim szczeblu idiotów; sam znałem paru. Ale oni byli nominowani poza procedurą.
Podejrzewam, że dziś nic takiego nie istnieje; wygląda na to, że wszystko odbywa się na zasadzie „wiesz, Janusz, szwagier mojej ciotki szuka akurat jakiejś kasy; nadałby się nam, bo potulny jak myszka, nie za mądry, nie będzie się stawiał”…
Na marginesie: zastanawiałem się, co bym zrobił (zakładając u siebie pełnię formy fizycznej i psychicznej), gdyby kiedykolwiek zaproponowano mi objęcie jakiegoś Wysokiego Urzędu. Otóż możecie mi wierzyć albo nie, ale – przy całej mojej zarozumiałości i nadmiernej zapewne wierze we własną inteligencję, połączonych z zamiłowaniem do luksusu i zbytku (szczery jestem, co nie?) – odrzuciłbym taką propozycję z miejsca bez względu na wysokość uposażenia i ewentualne przywileje.
Trzeba mieć naprawdę silnie ograniczoną wyobraźnię, by podjąć się „z marszu” tego rodzaju działalności. Jedyną drogą do wysokich stanowisk, jaką rozumiem i akceptuję – jest żmudne pięcie się po szczeblach drabiny służbowej, połączone z ciągłym podnoszeniem kwalifikacji. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie na przykład ministra spraw zagranicznych, który nie spędził lat jako konsul, ambasador i tak dalej; wiem oczywiście, że tacy się zdarzają nagminnie i nawet niektórym to nieźle wychodziło w historii, ale…
Ja bym się po prostu bał. Nie można zostać profesorem, nie odkiblowując uprzednio doli asystenta.
Na szczęście nikt mi nigdy czegoś takiego nie proponował. Jednak stykałem się z mądrymi ludźmi.
Drugi temat dzisiaj – to nagły wybuch afery z Banasiem i zatrzymanie jego syna. Niektórzy twierdzą, że to próba przykrycia tego, co się dzieje wokół sądów i afery TVN. Nie wierzę w to; sądzę, że prezes NIK stał się po prostu tak groźny dla rządzących, że nie mogli już dłużej ryzykować. Banaś wie za dużo i ma dostęp do służb, których nie da się wyłączyć z działania jednym pstryknięciem palców. No i nie sposób mu zamknąć ust żadnym poleceniem służbowym ani „decyzją polityczną”. Niezbędny jest młotek.
Na marginesie tej sprawy powiem tylko tyle, że angażuje mnie ona emocjonalnie w mniej więcej takim stopniu, jak biologa obserwowanie najazdu czarnych mrówek na mrowisko czerwonych. Jeśli w przyrodzie coś takiego się faktycznie zdarza. Patrzę. Dziwuję się trochę. I to wszystko.
22.07
Pan (hm…) prezydent był łaskaw powołać się dziś na polsko–japońskie wojenne braterstwo broni. Nawet nie warto się zastanawiać, co miał na myśli. Jakoś mi się to idealnie wpasowuje we wczorajszą obronę Czarnka przez Morawieckiego w Sejmie. Jedyny komentarz może być taki, że obóz Zjednoczonej Prawicy jest faktycznie intelektualnie zwarty i jednolity.
Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł był dzisiaj, że Izba Dyscyplinarna nie jest żadnym sądem w sensie prawa europejskiego. Nie nowina, bo od dawna to mówią wszyscy przytomni ludzie, a potwierdzał wielokrotnie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czyli: drobiazg, a cieszy. Pani mecenas, która skarżyła się do ETPC na odrzucenie przez wspomnianą Izbę jej skargi, dostała 15 tys. euro zadośćuczynienia. Podobno otwiera to drogę do całkiem sporej listy wypłat; oczywiście, turbopatrioci jęczą o zdradzie ojczyzny, ale powiedzmy sobie prawdę: pokrzywdzeni przez ojczyznę – nie mają jej.
A w każdym razie zrozummy, że miejsce, w którym ją mają, jest niewypowiadalne. I świadczy to źle o niej, nie o nich.
Pani Manowska, pierwsza prezesica Sądu Najwyższego, załkała, że jest gotowa podać się do dymisji, jeśli decyzja Władzy w sprawie ostatnich orzeczeń TSUE będzie w jej mniemaniu naruszać niezależność sądów. Jednocześnie „odmroziła” sławetną izbę Dyscyplinarną.
No to lu, pani Manowska – na co czekać?
Ten z pozoru sprytny manewr unikowy na nic się pani nie zda: już jest po pani reputacji naukowej, prawniczej i ludzkiej. Po prostu: nie ma ich, poszły się kołysać na drzewkach przed gmachem SN, sama je pani tam dobrowolnie posłała. Pani to zresztą doskonale pojmuje, więc późniejsze szlochy będą już tylko niemądrym spektaklem.
Acha, jeszcze na moment wrócę do Czarnka. Wygłosił wczoraj w Sejmie przy okazji dyskusji nad swoim odwołaniem mowę. Wrzask, gestykulacja – skąd ja to znam? Nie, nie z czasów PRL; może Gomułka potrafił trochę podobnie, ale jednak nie. Pod tą maseczką antycovidową jakoś chyba widziałem rysujący się wąsik… I czy się mylę, czy tylko wyobraźnia mi podpowiada taki charakterystyczny loczek nad czołem?
Za dobry mam jeszcze słuch i niebezpieczną pamięć. Chyba lepiej mnie uśpić.
22 lipca. Nie przepadałem za tym świętem. Było jakieś sztuczne; nikt go w gruncie rzeczy nie celebrował poza jakąś garstką oficjeli. Cały pomysł z tym Manifestem Lipcowym był dęty i tak jawnie lipny, że zęby bolały. Nie przyjęło się, krótko mówiąc. Ale pozdrawiam Państwa z tej okazji. Bo czemu nie?
21.07
Dwa ważne wydarzenia.
Po pierwsze, po kilku próbach mamy nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Chyba najlepszego z dotychczasowych kandydatów; w każdym razie między nim a poprzednio egzaminowaną w Senacie panią Staroń jest modelowa przepaść intelektualna.
Niektórzy młodemu profesorowi zarzucają tzw. pozytywizm prawniczy, czyli nadmierne przywiązanie do litery prawa a lekceważenie jego ducha. Nie wiem, nie znam się – na mój pruski rozum to jednak jest raczej zaleta niż wada. Owszem, profesor Wiącek wykazał w toku senackiego przesłuchania zapewne zbyt dużo dobrego wychowania niż niektórzy by lubili; ale znów: nie mogę a priori uznać tego za wadę. Kilka natomiast
