
01.07.2021
Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.
Może teraz.
31.07
Trudny dzień.
Pomalutku narasta napięcie: pani Manowska apeluje do wszelkich możliwych władz, żeby jej dały wskazówki co i jak w związku z tą Izbą Dyscyplinarną, Morawiecki mówi, że on nie jest zadowolony, prezydent także… Z drugiej strony Ziobro i taki na przykład Wildstein zapierają się rękami i nogami, że żadnych ustępstw, bo to tylko pierwszy krok, a potem uczepią się nam KRS, a i może nawet zlekceważą fakt, że pani Julia smacznie gotuje…
Wszystko wskazuje na to, że szykują kiwkę. Że niby tę Izbę zlikwidują, ale i jej jednocześnie nie zlikwidują, przemianują jakoś. Oczywiście nikt (a w szczególności Unia) nie da się na taki cienki drut nadziać, ale pretekst, żeby się w oczach najwierniejszego elektoratu usprawiedliwić – będzie. A podejrzewam, że im tylko o ten elektorat chodzi.
Tylko też z uwagi na ten elektorat nie chcą wprowadzić prawdziwych ograniczeń dla unikających szczepień. Pewno im z badań wychodzi, że ci najwierniejsi to w tej sprawie „nie i nie”, więc nie chcą ich odepchnąć; ale tu taki kłopot, że brak decyzji może spowodować – jak się czwarta fala pandemii ładnie rozwinie – że ta grupa może się w sposób naturalny przerzedzić.
Kolejny kłopot to TVN. Tu stan na dziś jest taki, że się zaparli. Zaskutkuje to bez wątpienia przykrościami typu – nazwijmy to po imieniu, choć tom słowo pewno nie padnie – sankcji. Stawiam na to, że te sankcje będą na początek łagodne – jakieś zakazy wjazdu dla wybranych polityków, jakieś kłopoty z zagranicznymi kontami bankowymi… I to raczej nie da rezultatu. To wtedy wezwie się parę tysięcy żołnierzy z Polski „na dodatkowe przeszkolenie do USA” i ujawni, że – na przykład – w sprawie Abramsów to formalnej umowy nie będzie. Pan Brzeziński zostanie wezwany do Waszyngtonu „na konsultacje”. I wtedy zrozumieją.
Wszystko to się wyjaśni w ciągu dwóch tygodni, jak sądzę.
Tymczasem jutro mamy dzień, którego serdecznie nie lubię: rocznicę wybuchu Powstania. Bezsensownej imprezy, która zabrała kwiat warszawskiej młodej inteligencji i doprowadziła do wymazania z mapy Warszawy na długi czas. Która nie miała szans na sukces i była jedynie głupią demonstracją. Wszystkim wrogom dano pretekst do drastycznych działań, nie osiągnięto w sensie pozytywnym dokładnie niczego. Chyląc czoła przed ludźmi, którzy wykonali swój obowiązek żołnierski i z drugiej strony rozumiejąc doskonale tych, którzy jednak nie poszli z butelką benzyny i zepsutym visem przeciwko czołgom – nie jestem w stanie się nadziwić, że tych kilku ludzi, którzy podjęli decyzję o rozpoczęciu walk nie postawiono przed sądem; przeciwnie, niektórzy mają własne ulice.
Nie mogę się oprzeć myśli, że oni też obawiali się czyjejś opinii, która mogła zadecydować o ich losach. W sprawie pandemii też by pewno wątpliwości nie mieli.
30.07
Spoglądam na Facebooku na liczby polubień moich tekstów i na komentarze pod nimi – i widzę pewną prawidłowość. Otóż na ogół zgadzamy się ze sobą – co miłe – i na ogół tych reakcji jest mniej więcej tyle samo. Niektóre jednak moje opinie budzą gorący protest – i muszę przyznać, że z góry wiem, które.
Najgorętszy sprzeciw i najwścieklejsze emocje dotyczą mianowicie jednego tematu: pandemii. Antyszczepionkowców jest w tej naszej bańce mało, ale są okropnie obrażalscy i w swoich sądach nieustępliwi. Oni otóż nie przyjmują w ogóle do wiadomości istnienia jakichś autorytetów medycznych, negują na zasadzie naszego pana prezydenta – nie, bo nie. Albo wiedzą lepiej, że szczepionka to w ogóle nie jest żadna szczepionka, tylko taki specyfik uodporniający… No i w odróżnieniu od pana prezydenta nie deklarują najmniejszej chęci samokształcenia.
Nie będę polemizował i tłumaczył. Trafię na takiego idiotę – banuję i wyrzucam w diabły na równi z antysemitami. Niech się kiszą we własnym sosie: nie widzieć i nie rozumieć co się dzieje na świecie po blisko dwóch latach katorgi może tylko ktoś o specyficznej budowie mózgu i ja wiem, że do niego żadne argumenty nie dotrą.
Drugi temat, który pewnej liczbie Czytelników się nie podoba, to różne świętości narodowe, które ośmielam się czasami niecnie odzierać z czci. Ostatnio tak jest w związku z aferą z lewymi dyplomami ukończenia studiów wyższych, w której umoczony jest piękny zestaw naszych reprezentacyjnych piłkarzy. Ujawnienie tego przyjęli państwo z widocznym zażenowaniem i niechęcią; czuję wprost to skrzywienie warg – no i po co o tym mówić, przecież musimy kogoś wielbić… Polubień tekstu o tym – na lekarstwo.
Wyobrażam sobie reakcję części PT. Komentatorów, gdybym napisał co myślę o takiej na przykład Matce Teresie czy… Dajmy spokój.
Czy rzeczywiście musimy mieć jakieś świętości, których nijak szargać nie wolno? I czy dotyczy to tylko konkretnych ludzi, czy także zbiorowości, sytuacji lub pojęć? Czy na przykład stwierdzenie „nie znoszę bachorów i doskonale rozumiem osoby, które z góry zakładają bezdzietność” (nie twierdzę, że tak jest w moim wypadku; chodzi o przykład) jest oburzające i dyskwalifikuje mówiącego? Albo stwierdzenie, że wolę być wśród ludzi mądrych, wykształconych, dowcipnych i pięknych fizycznie, niż pozbawionych tych atrybutów, ale moralnie czystych – czy to stwierdzenie jest do przyjęcia, czy nie, bo to jakiś klasizm albo inny syfilis?
Na drażliwe tematy mi dziś przyszło. Będę zobowiązany, jeśli państwo zechcą do nich podejść z poczuciem humoru. Bo dla mnie jego brak jest najgorszym defektem, jaki się może przydarzyć. I, cholera, ten brak jest jednak nieuleczalny; nawet urodzonemu z jedną nogą da się coś przysztukować, dla pozbawionego poczucia humoru nie ma ratunku.
29.07
Wyraźnie narasta problem szczepień przeciw koronawirusowi. Wszędzie o tym mowa, mniej lub bardziej delikatnie. Mniej po stronie szurniętej, bardziej delikatnie po stronie zwolenników szczepień.
Wyłożę zatem swoje zdanie w tej kwestii. Kto mnie zna lub czyta mój teksty nie może mieć wątpliwości – jakie ono jest, ale na wszelki wypadek wyjaśnię. Otóż przeciwników szczepień uważam za skończonych idiotów i łobuzów. I właściwie na tym można skończyć, ale jeszcze dwa słowa trzeba dopowiedzieć.
Wydaje mi się mianowicie, że ogromna część kłopotów z tą sprawą wynika ze stanowiska zbrodniczej średniowiecznej instytucji, znanej jako Kościół katolicki. Ubrdali sobie jej przedstawiciele mianowicie, że używanie w toku produkcji czy też wstępnego testowania niektórych rodzajów szczepionek komórek, uzyskanych drogą sztucznego rozmnażania komórek uzyskanych wiele lat temu z płodów ludzkich – jest z nieznanych myślącemu człowiekowi powodów niemoralna. Kościelni zboczeńcy są w chory sposób zafiksowani na seksie, więc pewno ich stanowisko jest dla ludzi, którzy w głoszone przez nich bajdy wierzą – logiczne. Logiczne jest więc i to, że muszą przyjąć odpowiedzialność moralną za śmierć i cierpienie wielu spośród tych, którzy im zaufają.
Pomijając już zaś ten aspekt sprawy – dwa słowa w sprawie innego wątku. Czy można dokonać – jak to antyszczepionkowi kretyni zgrabnie nazwali – segregacji sanitarnej i w jakiś sposób ułatwić życie zaszczepionym a utrudnić tym, którzy tego nie chcą?
Moim zdaniem: można i trzeba.
Gdyby wyłącznie ludzie niezaszczepieni z własnej woli chorowali i umierali – powiedziałbym: pies z nimi tańcował. Ale oni zagrażają również mnie, mimo że dawno już jestem zaszczepiony. Zagrażają bezpośrednio – bo szczepionka nie chroni wszystkich w 100% – i pośrednio, bo może zachorować na przykład sklepikarz, u którego kupuję chleb.
A poza tym: coście się, durnie, nagle obudzili z ręką w nocniku? Szczepiliście się przeciw polio i przeciw gruźlicy? Pyskowaliście, gdy lecąc do Afryki musieliście udowodnić komplet wykonanych szczepień? Nie, dostosowaliście się do światowych przepisów grzecznie i szybciutko. To o co wam teraz chodzi? Co się takiego stało?
Pewno to, że wtedy nie tak łatwo docierał do was ze swoimi majaczeniami każdy bałwan i nawiedzony hochsztapler. Popularność rozmaitych telewizyjnych kaznodziei i innych oszustów w krajach wyżej rozwiniętych nie zapaliła wam w resztkach waszych niedorozwiniętych mózgów żadnych światełek ostrzegawczych – że to fajne i ciekawe bywa również groźne. No i poleciało.
Trudno będzie to poodkręcać. Ale to niestety niezbędne. Głupcy muszą stracić komfort życia – bo jeśli nie, to wszyscy stracimy nie tylko komfort, ale samo życie.
Pewno niekoniecznie tym razem; ale nieuchronnie.
28.07
Już myślałem, że dziś nie będzie o czym pisać. Pisanie o „lex TVN” nie ma sensu, bo wszystko jasne: Kaczyński idzie w zaparte. Będzie usiłował przepchnąć ustawę przez Sejm, a jak mu się nie uda – to podobno jest już gotowy stosowny wniosek do p. Julii, która uzna co trzeba za niezgodne z Konstytucją i po ptokach. Oczywiście, jak Amerykanie użyją jakiejś mniej grzecznej opcji niż dyplomatyczne słowa potępienia, to sprawa się rypnie – ale czy użyją i jakiej, to już zobaczymy znacznie później.
A ja nie jestem jakaś Pyta – jak mawiał jeden z wykładowców niezapomnianego Studium Wojskowego – żeby coś teraz zgadywać.
Z poczuciem tedy pewnej beznadziejności buszuję więc ja po Sieci – i… bęc. Mamy cudo. Naprawdę zatykające.
Pewna ambitna pani otóż postanowiła podnieść swoje kwalifikacje i zrobić studia podyplomowe. Wybrała w tym celu prywatną Uczelnię Nauk Społecznych w Łodzi, gdzie od jednego z jej pracowników naukowych otrzymała szczerą propozycję: za niedużą kwotę 2500 zł będzie stosowne świadectwo, a uczyć się nie trzeba.
Niby propozycja jasna i atrakcyjna, ale … wierz tu kobiecie. Okazało się, że jednak pani chodziło o wiedzę, a nie o dyplom; taka jakaś nienormalna ona jest. No i udała się z opisem całej historii do prokuratury…
Nie, to nie koniec. I to jeszcze żadna bomba: ogólnie wiadomo, że kupowanie wątpliwych dyplomów nieodbytych studiów to praktyka w uczelniach prywatnych nie tak rzadka.
Bomba eksplodowała dopiero wtedy, gdy zaczęto w aktach owej Uczelni Nauk Społecznych grzebać – i sprawdzać: kto tez tam uzyskał jakieś stopnie i tytuły.
No i proszę państwa: tragedia narodowa. Klęska. Spora część naszej kadry narodowej w piłce nożnej to absolwenci tej Uczelni. Tak pilnie studiowali, że egzaminy potrafili zdawać nawet w tym dniu, w którym rozgrywali Ważne Spotkania w innym kraju…
Wiem, o co – a raczej o kogo – państwo zapytają. Odpowiedź jest twierdząca. Tak jest, On również ma dyplom Uczelni. I Jego żona również. Ale sprawy nie będzie, bo oboje nigdzie nie powiedzieli, że te dyplomy mają – popisywali się natomiast dyplomami innych szkół. Po co tak i dlaczego tak – nie mam pojęcia. Ale fakt jest faktem.
Ta pasjonująca historia wyszła na jaw dzięki Łukaszowi Cieśli z Onetu i w tej witrynie wszystko szczegółowo opisano (jest kilka ciekawych nazwisk). Newsweek też podjął temat.
No jasne: opcja niemiecka.
Weźmiemy się za nich zaraz po TVN.
Nie wiem czemu przypomniała mi się historia z lat 50. ubiegłego wieku. Otóż poeta Adam Ważyk (skądinąd „reżymowy”) opublikował ni z tego, ni z owego troszkę już dziś zapomniany „Poemat dla dorosłych”, w którym dość niepochlebnie opisał życie przodującej klasy robotniczej w Nowej Hucie. Obraz tego życia da się mianowicie streścić w dwóch słowach: syf i malaria.
Złośliwa warszawska kawiarnia ukuła natychmiast wierszyk:
Nasrał Ważyk
Na ołtarzyk.
Niestety, nie da się tak ładnie zrymować nazwiska redaktora Cieśli. Ale moje gratulacje. Well done, kolego.https://www.onet.pl/…/afera-z…/lzf97cg,d87b6cc4
27.07
„Piździ jak w Kieleckiem”… Znają państwo ten zwrot? Nie jestem pewien, czy to nie nasz warszawski regionalizm, więc na wszelki wypadek wyjaśniam: tak się określa ohydną pogodę, wietrzną i zimną. Zwrot jest oczywiście uroczo bezsensowny i dlatego go ogromnie lubię.
Przyszedł mi on do głowy, gdy słuchałem sprawozdania z obrad komisji sejmowej, zajmującej się zmianami w ustawie medialnej. Te obrady też bowiem są bezsensowne, choć raczej ów nonsens w tym wypadku złości, niż bawi. A skojarzył mi się nie sens, ale brzmienie jednego słowa – i niniejszym coś akustycznie podobnego ośmielam się zaproponować.
Chodzi mi o słowo „pisdzi”.
Oznaczałoby ono tyleż durne, co napuszone uzasadnianie jakiegoś przedsięwzięcia.
No i tu mamy dwa warianty z grubsza. Można powiem pisdzić jak Suski – czyli z tępym uporem i kompletnie bez zrozumienia całej sytuacji, jedynie otrzymawszy stosowne zlecenie z góry – a można też pisdzić jak TVP, czyli też na polecenie, ale cynicznie robiąc swoje całkiem świadomie. W sumie nie wiem, co gorsze.
Niestety, pisdzić można skutecznie. Wystarczy mieć formalną większość choćby jednego głosu – i lecimy. Obawiam się, że to mocno chwieje moją dziecięcą wiarą w sens demokracji.
Ponuro.
Żeby zatem poprawić choć troszkę Czytelnikom humor – informacja z Niemiec, gdzie nasz ukochany ksiądz Oko został wyróżniony przez lokalny sąd w Kolonii za publikowanie ohydnych homofobicznych urojeń grzywną w wysokości niemal 5000 euro. W jego artykule prawa osób homoseksualnych są określane jako „ideologia homo” i „herezja homo”, osoby homoseksualne są zaś opisywane jako „kolonia pasożytów” „rozrost nowotworowy”, „dżuma homoseksualna” i „przerzuty nowotworowe”. No i zgodnie z opinią m.in. Mordo Iuris są to dopuszczalne poglądy, nie zaś wredna mowa nienawiści, stąd absolutny jazgot na turbokatolickiej prawicy…
No więc Mordo Iuris i spółka też pisdzi. To jeszcze jeden rodzaj tego działania. Ale tam, w Niemczech, nie mają większości – i to jest optymistyczne. A na marginesie tego ostatniego incydentu nasuwa mi się taki problem: co by mianowicie było, gdyby uznano, że Mordo i katabas Oko mają jednak rację – i wolno używać takich słów i takiej stylistyki?
Sam bym z takiego przyzwolenia chętnie skorzystał pod ich adresem. Nie byłoby miło, bo potrafię i ja i paru podobnych zaskurwysynić nie gorzej od nich. W tej działalności też inteligencja odgrywa sporą rolę, więc szans dla prawiczków zbyt dużo nie widzę. Oni potrafią tylko pisdzić jak Suski.
26.07
Wraca cichcem sprawa dekomunizacji Powązek. Zmarł bowiem 95-letni gen. W. Szklarski, który był podobno głównym autorem planu operacyjnego realizacji stanu wojennego w Polsce (jeśli chcecie znać moje niepopularne zdanie, choć przez niektórych podzielane – ten plan był znakomity i bezbłędnie zrealizowany przy minimalnych kosztach ludzkich: incydent w Wujku był nieszczęsnym, ale tylko właśnie incydentem, w żaden sposób nieobciążającym planistów). No i został pochowany na Powązkach, bo jako generałowi w stanie spoczynku przysługuje mu ten przywilej z mocy prawa.
Podniósł się ryk, stale z tej samej strony i stale ten sam. Żeby natychmiast MON się zabrał za problem, żeby oddać zarządzanie Powązkami wojsku albo jeszcze lepiej jakiejś organizacji kombatanckiej „żołnierzy niezłomnych”. Żeby wykopać komuchów, truchła pod płot wyrzucić…
No i ku mojemu zdumieniu MON odpowiedziało, że żadnych prac „w tym temacie” nie prowadzi. Zdrada! Albo jednak rozumieją, że podjęcie problemu zgodnie z postulatami prawicowych trupojadów oznaczałoby duże prawdopodobieństw ich definitywnego końca. Który i tak nastąpi.
Przy okazji taka obserwacja. Kostucha ma teraz żniwa wśród ludzi 80+, czyli takich, którzy kawał życia spędzili w PRL. Niektórzy bardzo aktywnie i zgoła nie po stronie opozycji. Zdumiewająco dużo ich nekrologów zaczyna się od „ś. p.” I różnych krzyżyków i innych religijnych symboli graficznych. Coś z tą walką komuchów z religia i Kościołem było chyba niezupełnie tak, jak nam to dzisiaj opowiadają. Albo odchodzący w niebyt sami byli hipokrytami, albo ich rodziny zlekceważyły poglądy nieboszczyka – „na wszelki wypadek” czy z przekory.
Jeśli idzie o mnie, to proszę pamiętać: ktokolwiek mnie kiedyś uświętopamieci – będzie przeze mnie ostro straszony. A jeśli się uda, to spuszczę z zaświatów nogę i dam kopa w dupsko.
To jeszcze dwa słowa o prof. Safjanie i tzw. medium pt. „Gazeta Polska”. Otóż ulubioną metodą tego środowiska profesorowi wyciągnięto za jednym zamachem niesłuszne pochodzenie etniczne i służbę jego ojca nie tylko w Informacji Wojskowej, ale tez w niemieckim Grenzschutzu. Proponuję poczytać o tym, jednak nie w „GP”, ale w Onecie. W skrócie mówi Safjan:
• – Łączenie historii mojego ojca z moim życiorysem jest ohydne. Mój życiorys był życiorysem odrębnym, ja od trzeciego roku życia nie mieszkałem z ojcem, nigdy nie należałem ani do organizacji młodzieżowej, ani do partii. A wciąż używa się wobec mnie stereotypu „Żyda-komucha” – mówi Onetowi prof. Safjan
• Zaznacza, że po raz pierwszy chce wyjawić, że jego ojciec został jako Żyd zmuszony do wstąpienia do służby pomocniczej przy Grenzschutzu — alternatywą była śmierć w obozie.
• – Ojciec podjął wybór życia. To, że ja pod wpływem ataków rodem z głębokiej komuny muszę opisywać jego traumę, jest wręcz poniżające — podkreśla prof. Safjan.
W sumie mamy ściek. Ale niczego innego się z tej strony nigdy nie spodziewałem. Zawsze śmierdzieli na całą Europę.
25.07
Nadal Olimpiada w zasadzie przykrywa wszystko, najzupełniej bez sensu. Inna sprawa, że dziś, gdyby nie pewna pani, która się nawaliła jak stodoła i skasowała busika z Ukraińcami gdzieś tam w interiorze, to nie byłoby o czym mówić: upał. Co prawda 4 promile to rzeczywiście wynik wart odnotowania i pokiwania głową, ale wysyłania na miejsce śmigłowca to już chyba nie.
Zaczyna się lekki cyrk wokół nowego RPO. Prawicy się okropnie nie spodobały jego pierwsze wypowiedzi o legalności działania sędziów–dublerów, lewica się marszczy z powodu zbyt dobrego wychowania pana profesora, aktywiści uliczni spodziewali się najwyraźniej, że chwyci sztandar w rękę i pobiegnie tuptusiem na najbliższą barykadę…
A ja coraz bardziej sobie myślę, że jak ktoś budzi tak szerokie wątpliwości, to może być dokładnie tą osobą, o którą chodzi. Powtarzam: patrzę na człowieka życzliwie. Bo widzę w nim przedstawiciela warstwy obecnie wymierającej, ale jedynej godnej właśnie życzliwej uwagi: inteligencji, mianowicie. Co oznacza, że żadna klasa wyższopółśrednia ani lud pracujący miast i wsi (nie mówiąc już o krwiopijcach z własnymi rakietami kosmicznymi) mnie emocjonalnie nie kręci.
Przy czym wyjaśniam, że do inteligencji nie zaliczam urzędników, kadry zarządzającej, działaczy partyjnych ani nikogo, kto nie żyje z twórczości: naukowej, technicznej lub szeroko rozumianej artystycznej albo się taką twórczością z najwyższym rozumieniem posługuje zawodowo.
Oczywiście – to wyjaśnienie jest tu konieczne, bo podjęcie tego tematu nieuchronnie prowadzi do nieporozumień – wszystko to są kryteria nieostre, niezwiązane w szczególności ani z pochodzeniem, ani wykształceniem.
A w ogóle to znam jedną tylko poprawną i precyzyjną definicję zbioru inteligentów. Otóż nie ulega wątpliwości, że inteligentem był mój idol, wielki matematyk Stefan Banach. I inteligentem jest każdy, kogo inteligent uważa za inteligenta. Jasne?
Kto widzi w tej definicji indukcję matematyczną zupełną i wie, co to jest, może sobie w nagrodę kupić ciastko. Kto nie widzi lub nie wie – też niech się cieszy: jest w ogromnej większości, która zdaniem populistów ma przecież zawsze rację i niczym nieograniczone prawo decyzji …
24.07
Ruszyła Olimpiada. Z reguły nie zabieram głosu na temat wyczynu sportowego (bo co powiem, to mnie masowo ochrzaniają), ale tym razem ta impreza jest tak dziwna, że nie mogę.
Otóż uważam, że Olimpiada jest całkowicie bez sensu i wciąż bardziej bez sensu. Wprowadzanie do niej – to przykład tego braku sensu – wciąż nowych dyscyplin sportowych (jakieś wspinanie po ściance na przykład, nie mówiąc już o zupełnej ohydzie, jaką jest boks kobiet) jest pomysłem tak jawnie i obrzydliwie komercyjnym, że zęby bolą.
Ktoś może powiedzieć – teatr czy jeszcze bardziej kino, to też przedsięwzięcia głównie dziś komercyjne. Tak; ale właśnie chodzi o to słowo „głównie”; poza działką obliczoną wyłącznie na zysk jest też w nich działka od myśli o pieniądzach absolutnie odległa. W sporcie już ta część niekomercyjna natomiast odeszła do sfery czysto prywatnej lub użytkowo–medycznej. Nic o takiej roli, jak – powiedzmy – teatr Kantora czy kino Nowej Fali nie istnieje.
A za chwilę będziemy mieli walki kobiet nago w błocie i zawody w szybkości jedzenia burgerów, oczywiście o nagrodę McDonalda, który zatrudni na wysoko płatnym etacie doradcy jakiegoś urzędnika z MKOl…
Jest natomiast sport wyczynowy wylęgarnią i wzmacniaczem nacjonalizmów. Jak słyszę rzewne brednie o łzawo wzruszającym „orle na koszulce” (tuż obok logo sponsora, naturalnie), to mi się po prostu flaki przewracają. A tym razem mamy w dodatku widowisko bez widzów. U nas mile się rozwijają nadal obie afery – sądowa i Banasia.
Pani Manowska wydala z siebie coraz bardziej miękkie oświadczenia i… pogrąża się coraz bardziej; pora chyba, by pojęła, że jedyną drogą do zachowania resztek pozorów jest szybciutkie podanie się do dymisji i natychmiastowe dożywotnie zniknięcie na jakiejś przyspieszonej emeryturze. Wygląda na to, że nasi milusińscy będą chcieli wypichcić jakiś numer na jesień. Żeby niby posłuchać TSUE, ale i nie posłuchać. Coś w rodzaju – myślę na głos – przemianowania Izby Dyscyplinarnej na Specjalną Komisję Nadzwyczajną na przykład.
Otóż nikt przytomny się na to nie nabierze.
Rozumiem, że prawdziwe ustępstwo musiałoby się łączyć z licznymi dymisjami i gwałtownym spadkiem pozycji społecznej wielu ludzi; a niektórzy z nich – na przykład komplet wyższych urzędników ministerstwa sprawiedliwości – nigdzie już nigdy uczciwej i tak płatnej pracy nie dostaną. Będą bolały i ambicje, i portfele. I pewno jednych żony a innych mężowie rzucą…
No ale nie ma wyjścia. Co się zaś tyczy pana Banasia: jeśli nie zachoruje nagle ciężko po wypiciu kawy albo prowadzony przez zupełnie pijanego menela samochód na niego nie najedzie, to da on im zdrowo popalić. I to migutkiem, bo on świetnie wie, że musi się spieszyć. Wybrał sobie niegdyś toksycznych kumpli, a to zawsze jest ryzykowne.
23.07
Autentycznie cierpiałem dzisiaj fizycznie, oglądają transmisję z Senatu, gdzie niejaki Kołodziejski składał sprawozdanie z działań Krajowej Rady Radia i TV. Jestem uczulony na sposób mówienia i w ogóle ekspresję mówcy – i już samo to, nie mówiąc o treści wystąpienia tego pana budziło żywą zgrozę. Nie ma sensu w ogóle analizowanie tego ponurego bełkotu jednej ósmej ćwierćinteligenta; jedyne pytanie, jakie się tu narzuca jest takie: skąd oni TO wytrzasnęli? Niestety, to samo pytanie narzuca się w wypadku pewno ponad 90% nominacji wysokich urzędników.
Kiedyś, kiedyś… Był sobie mało dziś znany Wydział Kadr w najprzegłówniejszej instancji partii rządzącej. Jaki był, taki był; znałem ludzi, głupi na pewno nie byli i swoją robotę – to znaczy wynajdywanie i opiniowanie kandydatur na różne stanowiska – wykonywali profesjonalnie, choć bez wątpienia stronniczo; stosowane tam kryteria z pewnością nie były zupełnie obiektywne. Ale zaproponowanie zupełnego debila na stanowisko sekretarza stanu raczej im się nie zdarzało. Nie znaczy, że nie było na takim szczeblu idiotów; sam znałem paru. Ale oni byli nominowani poza procedurą.
Podejrzewam, że dziś nic takiego nie istnieje; wygląda na to, że wszystko odbywa się na zasadzie „wiesz, Janusz, szwagier mojej ciotki szuka akurat jakiejś kasy; nadałby się nam, bo potulny jak myszka, nie za mądry, nie będzie się stawiał”…
Na marginesie: zastanawiałem się, co bym zrobił (zakładając u siebie pełnię formy fizycznej i psychicznej), gdyby kiedykolwiek zaproponowano mi objęcie jakiegoś Wysokiego Urzędu. Otóż możecie mi wierzyć albo nie, ale – przy całej mojej zarozumiałości i nadmiernej zapewne wierze we własną inteligencję, połączonych z zamiłowaniem do luksusu i zbytku (szczery jestem, co nie?) – odrzuciłbym taką propozycję z miejsca bez względu na wysokość uposażenia i ewentualne przywileje.
Trzeba mieć naprawdę silnie ograniczoną wyobraźnię, by podjąć się „z marszu” tego rodzaju działalności. Jedyną drogą do wysokich stanowisk, jaką rozumiem i akceptuję – jest żmudne pięcie się po szczeblach drabiny służbowej, połączone z ciągłym podnoszeniem kwalifikacji. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie na przykład ministra spraw zagranicznych, który nie spędził lat jako konsul, ambasador i tak dalej; wiem oczywiście, że tacy się zdarzają nagminnie i nawet niektórym to nieźle wychodziło w historii, ale…
Ja bym się po prostu bał. Nie można zostać profesorem, nie odkiblowując uprzednio doli asystenta.
Na szczęście nikt mi nigdy czegoś takiego nie proponował. Jednak stykałem się z mądrymi ludźmi.
Drugi temat dzisiaj – to nagły wybuch afery z Banasiem i zatrzymanie jego syna. Niektórzy twierdzą, że to próba przykrycia tego, co się dzieje wokół sądów i afery TVN. Nie wierzę w to; sądzę, że prezes NIK stał się po prostu tak groźny dla rządzących, że nie mogli już dłużej ryzykować. Banaś wie za dużo i ma dostęp do służb, których nie da się wyłączyć z działania jednym pstryknięciem palców. No i nie sposób mu zamknąć ust żadnym poleceniem służbowym ani „decyzją polityczną”. Niezbędny jest młotek.
Na marginesie tej sprawy powiem tylko tyle, że angażuje mnie ona emocjonalnie w mniej więcej takim stopniu, jak biologa obserwowanie najazdu czarnych mrówek na mrowisko czerwonych. Jeśli w przyrodzie coś takiego się faktycznie zdarza. Patrzę. Dziwuję się trochę. I to wszystko.
22.07
Pan (hm…) prezydent był łaskaw powołać się dziś na polsko–japońskie wojenne braterstwo broni. Nawet nie warto się zastanawiać, co miał na myśli. Jakoś mi się to idealnie wpasowuje we wczorajszą obronę Czarnka przez Morawieckiego w Sejmie. Jedyny komentarz może być taki, że obóz Zjednoczonej Prawicy jest faktycznie intelektualnie zwarty i jednolity.
Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł był dzisiaj, że Izba Dyscyplinarna nie jest żadnym sądem w sensie prawa europejskiego. Nie nowina, bo od dawna to mówią wszyscy przytomni ludzie, a potwierdzał wielokrotnie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czyli: drobiazg, a cieszy. Pani mecenas, która skarżyła się do ETPC na odrzucenie przez wspomnianą Izbę jej skargi, dostała 15 tys. euro zadośćuczynienia. Podobno otwiera to drogę do całkiem sporej listy wypłat; oczywiście, turbopatrioci jęczą o zdradzie ojczyzny, ale powiedzmy sobie prawdę: pokrzywdzeni przez ojczyznę – nie mają jej.
A w każdym razie zrozummy, że miejsce, w którym ją mają, jest niewypowiadalne. I świadczy to źle o niej, nie o nich.
Pani Manowska, pierwsza prezesica Sądu Najwyższego, załkała, że jest gotowa podać się do dymisji, jeśli decyzja Władzy w sprawie ostatnich orzeczeń TSUE będzie w jej mniemaniu naruszać niezależność sądów. Jednocześnie „odmroziła” sławetną izbę Dyscyplinarną.
No to lu, pani Manowska – na co czekać?
Ten z pozoru sprytny manewr unikowy na nic się pani nie zda: już jest po pani reputacji naukowej, prawniczej i ludzkiej. Po prostu: nie ma ich, poszły się kołysać na drzewkach przed gmachem SN, sama je pani tam dobrowolnie posłała. Pani to zresztą doskonale pojmuje, więc późniejsze szlochy będą już tylko niemądrym spektaklem.
Acha, jeszcze na moment wrócę do Czarnka. Wygłosił wczoraj w Sejmie przy okazji dyskusji nad swoim odwołaniem mowę. Wrzask, gestykulacja – skąd ja to znam? Nie, nie z czasów PRL; może Gomułka potrafił trochę podobnie, ale jednak nie. Pod tą maseczką antycovidową jakoś chyba widziałem rysujący się wąsik… I czy się mylę, czy tylko wyobraźnia mi podpowiada taki charakterystyczny loczek nad czołem?
Za dobry mam jeszcze słuch i niebezpieczną pamięć. Chyba lepiej mnie uśpić.
22 lipca. Nie przepadałem za tym świętem. Było jakieś sztuczne; nikt go w gruncie rzeczy nie celebrował poza jakąś garstką oficjeli. Cały pomysł z tym Manifestem Lipcowym był dęty i tak jawnie lipny, że zęby bolały. Nie przyjęło się, krótko mówiąc. Ale pozdrawiam Państwa z tej okazji. Bo czemu nie?
21.07
Dwa ważne wydarzenia.
Po pierwsze, po kilku próbach mamy nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Chyba najlepszego z dotychczasowych kandydatów; w każdym razie między nim a poprzednio egzaminowaną w Senacie panią Staroń jest modelowa przepaść intelektualna.
Niektórzy młodemu profesorowi zarzucają tzw. pozytywizm prawniczy, czyli nadmierne przywiązanie do litery prawa a lekceważenie jego ducha. Nie wiem, nie znam się – na mój pruski rozum to jednak jest raczej zaleta niż wada. Owszem, profesor Wiącek wykazał w toku senackiego przesłuchania zapewne zbyt dużo dobrego wychowania niż niektórzy by lubili; ale znów: nie mogę a priori uznać tego za wadę. Kilka natomiast jego odpowiedzi na pytania senatorów bardzo mi się podobało.
Rzecznik Praw Obywatelskich ma być skuteczny i pomagać ludziom. Nie musi się mocą samej definicji określać jako wróg władzy; jestem zresztą spokojny, że to raczej niebawem ona go tak ustawi. Jeśli zatem uda mu się to proste w sformułowaniu zadanie wykonać skutecznie w sześciu próbach z podjętych dziesięciu – to będzie nie najgorzej.
Na razie – jak widzicie – ma mój kredyt zaufania. Co nie znaczy, że mam orgazm z zachwytu.
Druga sprawa – to niespodziewane wrzucenie ustawy „antyTVN” do zamrażarki, czyli skierowanie jej do komisji z założeniem, że jak owa komisja się ze swym zadaniem upora, to 16 sierpnia wrócimy do tematu. Niektórzy wiążą to z przybyciem do Warszawy wysokiego urzędnika Departamentu Stanu USA i obawą, że podjęcie sprawy przed zakończeniem z nim rozmów mogłoby słusznie zostać uznane za przesadną już arogancję. Inni sądzą, że PiS po prostu nie uskładał niezbędnej do uchwalenia ustawy większości i obawia się przegranej i chce sobie spróbować kolejnych przekupstw.
Jeszcze inni – że chodzi o obie te okoliczności jednocześnie. Jakkolwiek jest – mamy chyba dwa tygodnie spokoju; a jestem przekonany, że w tej sprawie czas gra przeciwko Kaczyńskiemu.
Nawiasem mówiąc, dziwna szamotanina, jaką w związku z tym zademonstrował Kukiz, potwierdza moje głębokie przekonanie, że zgoła nie każdy nadaje się do polityki, a już najmniej poza perukarzami popowi artyści. Pomysł, by pozwolić wymuszoną „nadmiarową” część akcji TVN kupić tylko prywatnemu polskiemu nabywcy jest tak idiotyczny, że już tylko śmieszny. Damy kasę z jakiejś spółki Skarbu Państwa prostym trikiem odpowiednio posłusznemu szwagrowi brata ciotki polityka z Górki Dolnej – i już mamy to, co chcemy. Daj pan sobie siana, panie Kukiz. Kup pan sobie nową gitarę i nie zawracaj gitary nam.
20.07
Oczywiście – temat dnia to przesłanie Komisji Europejskiej pod adresem krajów naruszających praworządność. Piszę przesłanie, choć prawicowy Internet grzeje się słowem ultimatum – z jednej strony, a bagatelizując całe wydarzenie z drugiej. Swoją drogą dziwi mnie – jak oni potrafią na tych samych często łamach zamieścić dwa teksty zupełnie przeciwstawne, gdy chodzi o fakty, choć dźwięczące w czytaniu tą samą antyzachodnią i antycywilizacyjną nutą. No ale – potrafią.
Co do samego słowa – ultimatum to żadne nie jest. Raczej pogrożenie paluszkiem, że jak będziemy nadal niegrzeczni, to Unia się zastanowi co dalej. Muszę takie stanowisko z niechęcią przyjąć do wiadomości: widać takie są reguły gier dyplomatycznych. Ja bym tam sztachetą po łbie, ale co to ja. 16 sierpnia ma się coś stać jednakowoż.
Bardzo mnie tylko bawi (choć nieładnie jest śmiać się z idioty) udawanie przez to towarzystwo, że w sprawie TVN24 zupełnie nie o to chodzi, o co chodzi naprawdę. Pan Fogiel, człowiek zadziwiającej kariery od czeladnika piekarskiego do rzecznika rządu, powiada na przykład marszcząc groźnie brew, że chodzi wyłącznie o to, żeby nam się nie zalęgła jakaś Russia Today w Polsce. Oczami wyobraźni widzę to zmartwienie na twarzy Putina, że został rozszyfrowany i załatwiony.
Co chwilę mam ochotę zapytać – kto tu z kogo usiłuje robić idiotę?
Druga wiadomość to lot Jeffa Bezosa i jego wesołej kompanii do granic Kosmosu. Nie powiem, efektowne. Poza tym – kto bogatemu zabroni? Ale jakiś niesmak temu wydarzeniu towarzyszy. Fajnie, jak miliarder finansuje badania i technikę. Ale ja bym jednak ograniczył rolę tych dobroczyńców do wyłożenia kasy; no może do pamiątkowej plakietki na rakiecie.
Tak jak jest – powtórzę to, co kilka dni temu napisałem – mamy do czynienia z czystą wysublimowaną próżnością, egocentryzmem i lansowaniem. Dla mnie niestety – fuj.
19.07
Ciekawostka. Pisze Niebezpiecznik.pl:
Dziennikarze 17 redakcji rozpoczęli dziś publikację serii artykułów opisujących wspólne śledztwo dotyczące Pegasusa — narzędzia do inwigilacji smartfonów, sprzedawanego przez izraelską firmę NSO agencjom rządowym różnych krajów, w tym polskiemu CBA. Reporterzy pozyskali listę 50 000 numerów telefonów osób, które były na celowniku Pegasusa. Ta lista zostanie dziś opublikowana o 17:00.
[…] kolejny raz udowodniono, że nie jest prawdą, iż to narzędzie jest wykorzystywane tylko do walki z terrorystami i „poważnymi” przestępcami. Na liście celów znaleźli się niewygodni dla poszczególnych krajów dziennikarze, aktywiści, a nawet prawnicy.
[…] Listę 50 000 numerów telefonów osób, które były na celowniku Pegasusa pozyskali dziennikarze Forbidden Stories i Amnesty International. Podzielili się nią z wybranymi mediami na całym świecie, by dziś o 17 rozpocząć publikację serii artykułów obnażających hipokryzję zarówno NSO, producenta Pegasusa, jak i kłamstwa poszczególnych jego klientów, czyli rządów ok. 40 krajów.
Ciekawych dalszych szczegółów odsyłam do niebezpiecznika. O ile wiadomo, dane z Polski nie zostaną w pierwszej kolejności ujawnione (co nie znaczy, że nas nie namierzano). W każdym razie afera jest potężna; przede wszystkim okazuje się, że izraelska firma, zarzekając się, że sprzedaje swoje oprogramowanie tylko rządom i instytucjom demokratycznym i walczącym z terroryzmem – łgała na potęgę: pieniądz nie śmierdzi. Bardzo to jest w sumie przygnębiające. Pisze o tym już obszernie The Guardian. Jutro pewno pójdzie lawina.
U nas – idą w zaparte. To, co wygadują – o Unii, praworządności, obyczajach i wychowaniu – właściwie jednym głosem przedstawiciele partii rządzącej – przyprawia o mdłości. I prowadzi do wniosku, że jedynym kryterium otrzymania w „Nowej Polsce” stanowiska jest kryształowy brak charakteru. Wszyscy zadają sobie pytanie: co z tego wyniknie?
Odpowiadam precyzyjnie: to – albo tamto. Przy czym na Unię bym raczej nie liczył: pani Urszula jest tak grzeczna i pełna uśmiechów do każdego, że ośmielam się nie ufać w jej niezłomność. Jeśli ktoś wyciągnie ku nam pomocną dłoń to, będą to raczej Amerykanie, dla których ich interes i prawa rynku to świętość, ale za świętość mają też wolność słowa i bardzo formalnie rozumianą praworządność. Powstaje tylko problem: czy miliardy zaoferowane przez nas za czołgi i kilka wyrzutni rakietowych – to już jest interes dostatecznie duży, by schować do kieszeni tę drugą świętość? Gdyby przewodził im Pomarańczowy, byłbym i w tej sprawie czarnej myśli; prezydentura Bidena to jednak jakieś – nikłe – światełko w tunelu.
Jedno wydaje się niestety pewne: sami z siebie nic nie zrobimy. Na żaden Wielki ZRYW się nie zanosi, partie i ugrupowania polityczne są pokłócone od cholery, także wewnętrznie, więc tu mamy kichę. Jeden z moich miłych czytelników i korespondentów namawia mnie, żebym pochwalił w tej sytuacji Tuska, który ma tu odegrać rolę Wodza…
Pochwalam. Wodzów jako takich nieprzesadnie lubię, ale przyznaję: na polskiej scenie politycznej nie ma dziś nikogo inteligentniejszego i lepszego. Dziś był świetny w Gdańsku.
18.07
Obejrzałem sobie wczoraj panią marszałkinię Witek na jakimś wiecu gdzieś w interiorze. Ma kobita szczęście, że na stare lata złagodniałem i nie napiszę w czystych żołnierskich słowach, co o niej myślę. Ale myślę i nie jest to myślenie pozytywne.
Inna sprawa, że ona się specjalnie nie wyróżnia. Ta druga, co z nią tam była, europosłanka zresztą, to taki sam model, tylko nieco wydłużony. I w ogóle można przestać być hetero, jak się na to patrzy i tego słucha. Z drugiej strony, jeśli alternatywą miałaby być miłość fizyczna do pana Suskiego albo i samego prezesa…
No nie. Narzekam czasem, że starość to fatalny wynalazek, ale okazuje się, że niekoniecznie: takie dylematy przestają istnieć!
Bez żartów zaś: koszmarne jest to całe towarzystwo. Jego istnienie oznacza zaś kolosalną klęskę PRL: bo to my przecież, proszę towarzyszy, tę mierzwę wyprodukowaliśmy, nikt inny. Cała nasza edukacja okazała się w skali masowej do dupy. I po co było analfabetów uczyć czytać, skoro rzucili się natychmiast głównie na książeczki do nabożeństwa, kolejne mutacje „Małego Dziennika” i „Dzieła wybrane” Romana Dmowskiego?
I owszem, wyrosło nam paru Noblistów. No i mamy na kim wieszać psy, tyle z tego zostało.
Chyba będę musiał zrewidować sentymenty do czasów młodości. A w każdym razie – jak Stirlitz – zanotować sobie temat do późniejszego przemyślenia…
17.07
Dziś tematem dnia jest dla mnie sytuacja na lewicy (cokolwiek to słowo znaczy, bo coś mi się zdaje, że ma ono tych znaczeń wiele).
No bo tak: łączy się SLD z Wiosną i chodzi o to, że umówiono się na powołanie w powstającej Nowej Lewicy dwóch równorzędnych frakcji: jednej z dawnego SLD, drugiej z Wiosny. Oznacza to, że będzie dwóch współprzewodniczących i w ogóle równowaga personalna; tymczasem zarejestrowanych członków SLD jest dużo więcej i chcieliby niektórzy znaczyć więcej. Co oznaczałoby naturalnie nie przyłączenie, ale wchłonięcie Wiosny. No i tu zaczęły się ruchy: ktoś kogoś zawiesił, tamten kwestionuje jego prawa… Zamęt.
Cokolwiek ktoś powie – dla mnie to walka o stołki, przynajmniej jednej ze spierających się stron. Frakcje w partii – tak jak ja to rozumiem – powinny się różnić programowo, a nie personalnie i liczbą stanowisk w aparacie. Wyobrażam więc sobie na lewicy frakcję, dla której na pierwszym miejscu jest problematyka ideologiczno–obyczajowa (prawa człowieka, LGBT, małżeństwa jednopłciowe, pełny dostęp do aborcji, ostre postawienie problemu świeckości państwa, nastawienie na skrajnie zracjonalizowaną równościową edukację i kilka podobnych problemów) – i drugą, która będzie na pierwszym miejscu stawiała problematykę równości ekonomicznej, ograniczenie stref ubóstwa, zapewnienie praw pracowniczych kosztem ograniczenia pracodawców itp. Obie są w zasadzie równo ważne i wypracowanie kompromisu między nimi owocuje programem całej partii.
Ale ludzie z tej Nowej Lewicy chyba takiego podziału (niewykluczającego przecież współpracy, bo to spór o priorytety, a nie cele) nie chcą. Odnoszę wrażenie, że nie chcą się tak deklarować, żeby jakiejś części ewentualnego elektoratu nie zrazić. Takie chowanie głowy w piasek – bez myślenia o tym, że jak się przyjmuje taką pozycję, to nie sposób nie wystawić innej części ciała na szwank.
Oczywiście, możemy mówić jeszcze o innym rodzaju lewicy (czy też grupie, lubiącej się tak nazywać). To są ci przeciwni w ogóle własności prywatnej środków produkcji, marzący o rewolucji i rządach jakiejś wyimaginowanej klasy pracującej; wyimaginowanej, bo trudno chyba mówić o wspólnych interesach pracującego w korporacji wysoko kwalifikowanego informatyka i pani/pana z recepcji, czy firmowej „złotej rączki”. Ta grupa najczęściej nie miałaby nic przeciw temu, by pozostałych członków społeczeństwa trochę (lub bardziej…) przymusić do tego–i–owego; stąd starannie nie dostrzegają na przykład dwuznaczności niektórych poczynań, powiedzmy, Komunistycznej Partii Chin.
I właśnie z tego ostatniego powodu, tej zasady „cel uświęca środki” grupę tę wykreślam z pola rozważań. Na szczęście jest nieliczna i bez szans na jakiekolwiek znaczenie. Jej czas już dawno minął.
Nie ukrywam, że wspomniana wyżej hipotetyczna frakcja „ekonomiczna” też nie budzi mojego przesadnego entuzjazmu. Jej przedstawiciele zbyt łakomym oczkiem popatrują na „rozwiązania socjalne” PiS–u i są skłonni do rozmów z reprezentantami tego ugrupowania celem handelku na przykład ograniczeniem praw kobiet czy przymknięciem oka na przestępstwa kościelne w zamian za wzrost stopy życiowej. A mnie się takie handelki nie podobają – przy czym na dodatek owo podniesienie stopy życiowej zazwyczaj dotyczy w pierwszej kolejności tzw. aktywu partyjnego.Ale w ogóle lewicy – z wyłączeniem tych „rewolucjonistów–internacjonalistów” – życzę powodzenia w demokratycznych wyborach.
I przede wszystkim dogadania się między sobą. Bez żadnych ustępstw wobec prymitywów i bandytów.
16.07
Komu ufają Polacy?
Wedle CBOS–liderem kolejnego sondażu zaufania został Andrzej Duda. Ufa mu 45 proc. Polaków, czyli mniej więcej co drugi. Drugie miejsce zajmuje Szymon Hołownia (41), na trzecim mamy premiera Mateusza Morawieckiego (40).
Największą nieufność Polacy wyrazili z kolei wobec Jarosława Kaczyńskiego (52 proc.), Zbigniewa Ziobry (47 proc.) i Donalda Tuska (45 proc.).
I w zasadzie na tym kończymy dzisiejsze rozważania polityczno–społeczne. Komentarze są tak oczywiste i jednoznaczne, że ograniczę się do anegdotki; zapewniam – prawdziwej.
Otóż któregoś wieczoru na naszym cotygodniowym brydżyku wielki adwokat Tadeusz de Virion z zadziwieniem opowiadał o innym swoim koledze – prawniku, który umiejętnościami zawodowymi nie grzeszył, ale cieszył się niebywałą wprost popularnością i klientów miał mnóstwo. De Virion postanowił zbadać sprawę i poszedł pod salę, w której bronił ów prawnik. Spotkał tam tłumek interesantów, więc zapytał: co powoduje, że tak ufają akurat temu koledze. I wtedy jedna z obecnych tam pań (jak mówił Tadeusz, „włościanek”) powiedziała „a bo pan mecenas się wcale sądu nie boi i okropnie na sędziów krzyczy”…
Wszystko wtedy zrozumiałem – powiedział de Virion – on jest przecież po prostu prawie zupełnie głuchy…
No więc tak: nasi wybrańcy rzeczywiście głośno mówią. Początek listy staje się logiczny. Ale jaka cecha łączy tych z końca i jak ją NARUT dostrzegł? Oto jest pytanie.
(Uwaga do komentatorów: tak, wiem; to jest istotnie czysty klasizm. Bardzo naganny, ale nic nie poradzę).
Acha, jeszcze jedno: kanał Telegrama POUFNE ROZMOWY (ujawniający dokumenty Dworczyka) został na wniosek rządu RP zamknięty. Tylko że pojawiły się natychmiast dwie jego dokładne kopie pod nieznacznie zmienionymi nazwami. Tak że tak.
15.07
Przyznam, że rozwój sytuacji mnie po prostu zniesmacza. TSUE wydaje rozmaite orzeczenia, rząd Polski ma je kolejno w nosie – i tak toczy się ten dialog. Dziś Bruksela dała Polsce dwa miesiące na dostosowanie się do ostatnich decyzji; nie pojmuję, skąd ta łaskawość.
Strategia Kaczyńskiego jest czytelna: poszedł na zwarcie i teraz cokolwiek Europa zrobi – będzie jego zdaniem złe: odłoży czy odwlecze jakąś ostrą decyzję, to okaże słabość; nie odłoży – to będzie, że zła, zdemoralizowana Unia niszczy katolicką Polskę. I – co najgorsze – NARUT to gładko kupi.
Wystarczy poczytać komentarze zamieszczane na prawicowych mediach, by wiedzieć, z kim mamy do czynienia: z tępym, sfanatyzowanym, żądnym krwi, rasistowskim motłochem.
Czarno to widzę i nie w tym nic zabawnego; to się nawet do wykpienia nie nadaje. Ale może się mylę. Chciałbym; w każdym razie sprężynki w tej maszynie są chyba już naciągnięte do ostatecznych granic.
Więc zostawmy sprawy bieżące.
Skończyłem właśnie „Chama z kulą w głowie”, ostatnią powieść Ziemowita Szczerka. Czyta się płynnie i z satysfakcją, ale nie jest to łatwa i zabawna lektura, choć autor wybrał konwencję kryminału, rozgrywanego w alternatywnej rzeczywistości.
Mamy otóż coś w rodzaju literackiego odpowiednika filmu Tarantina, jakiegoś „Pewnego razu w Hollywood” tylko dziejącego się w Polsce, która… wygrała II wojnę światową (bo Hitler potknął się, spadł ze schodów i zginął na miejscu, więc nasze wojska z łatwością opanowały Berlin). I… wszystko potoczyło się mniej więcej tak samo. Mieliśmy nawet Marzec ’68. No i oczywiście Berezę. I oczywiście pokłóciliśmy się ze wszystkimi prócz Bałtyku. Tylko wodzowie nosili inne nazwiska, komunistów nie było i nacjonaliści nieco silniej i łatwiej podnieśli łeb. Ale Polska – nadęte pseudomocarstwo kolonialne (tak jest: mamy jakąś wysepkę na Karaibach) jest jeszcze paskudniejszym miejscem na ziemi, niż pod rządami pana prezesa. Po prostu mamy w sobie – zdaniem autora – jakiś obrzydliwy gen autodestrukcji.
Przedstawione w książce pomysły i prognozy polityczne są dość koszmarnie pesymistyczne, ale ogromnie ciekawe. Nieco gorzej jest z wątkiem sensacyjno–kryminalnym, który momentami traci spójność i konsekwencję, jest psychodeliczny i narkotyczny; ale to do wybaczenia, bo przecież to tylko pretekst do „oplucia ojczyzny”, jak niewątpliwie ocenią to recenzenci z prawej strony. Może zresztą to zabieg stylistyczny całkiem celowy. Czytało się to ze złością, ale i z rozbawieniem autorskimi szyderstwami. I nie odłożyło się, dopóki nie pojawiła się końcowa kropka.
14.07
TSUE zdecydował w sprawie nieuznawanej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zamroził ją całkowicie, co oznacza, że państwo mogą brać swoje pensje, spotykać się i coś tam uchwalać – ale z punktu widzenia międzynarodowego nie ma to najmniejszego znaczenia.
W jakiś czas po tym tzw. Trybunał Konstytucyjny uznał, że orzeczenia TSUE w Polsce nie obowiązują.
POLEXIT wystartował o godz. 16.37.
Przedtem obejrzeliśmy pokaz możliwości p. Piotrowicza w dziedzinie buty i brutalności. Okazały się nawet jak na niego nadspodziewanie duże.
A jeszcze przed tym pewien nieduży pan mocno sepleniąc zapowiedział, że kupimy sobie za jakieś monstrualne zupełnie pieniądze 250 amerykańskich czołgów Abrams. Które są tak ciężkie (76 ton sztuka w sztukę), że zdemolują każdą polską drogę; a to tylko jedna z ich trudnych zalet.
Zbliżamy się do punktu bez powrotu. Pora się pakować.
13.07
Przyjęcie u pani Julii jeszcze potrwa. Odroczyła podanie głównej potrawy do 15 lipca. Nikt jednak chyba wątpliwości, jak to będzie smakowało: raczej marnie, ale w gust pana prezesa jego ulubiona pani domu zapewne trafi. Najgorsze jest to, że w spektaklu biorą po stronie rządowej udział strasznie kiepscy aktorzy, którzy podkreślają swoje przekonania głównie machając dramatycznie rękami i „modulując” (w swoim mniemaniu) głos. W sumie przedstawienie żenujące, a scenarzysta grafoman.
Historyk (w każdym razie tak go przedstawiają niektóre źródła) Mirosław Szumiło, profesor Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, który jest też ekspertem Ministerstwa Edukacji – opiniuje mianowicie podręczniki do historii – komentując finał piłkarskich ME i przegraną Anglii w rzutach karnych, zwrócił uwagę, że przestrzelili tylko „ciemnoskórzy” zawodnicy i w dopuszczeniu ich do gry upatruje przyczynę przegranej Anglii. Wywołało to spory oburz, ale mnie się wydaje, że ekipa Czarnka po prostu konsekwentnie buduje w ichnim ministerium gospodarstwo pomocnicze: ZOO mianowicie. Sądzę, że na oglądaniu tych egzemplarzy da się faktycznie zarobić niezłe pieniądze. Tyle rzadkich okazów w jednym miejscu… Szumiło tu świetnie pasuje.
Na obchodach rocznicy zbrodni w Jedwabnie nie zjawił się żaden prominentny działacz opozycji. Z władzy też nie, ale to niedziwne. Natomiast opozycja – cóż, pokazała co myśli o wyborcach i uczyniła to, by się im spodobać.„
A przed polskim Trybunałem Konstytucyjnym słychać teraz niemiecką muzykę… Przed polskim Trybunałem Konstytucyjnym znowu i to jeszcze głośniejsza niemiecka muzyka mająca zagłuszyć Polskę…” — pisze na Twitterze nieoceniona pani Krystyna Pawłowicz swoim niepowtarzalnym stylem. I dołącza zdjęcie na tle krzyżackiej zbroi, dodając „Bezczelne strachy na Lachy”. Wszechstronnie utalentowana osoba, bez wątpliwości. Mogłaby z powodzeniem dołączyć do tego, co buduje Czarnek – powiedział mi kumpel; ale mylił się: ona tam jest od dawna.
12.07
Na marginesie idiotycznej afery wokół TVN (idiotycznej, bo projektodawcy zdaje się nadal nie dostrzegają jak potwornie sobie strzelili w stopę, a brną dalej…) kilka uwag o współczesnej telewizji w ogóle. Z góry uprzedzam, że są to uwagi idące bardzo pod prąd współczesnym tendencjom – i nie spodziewam się zrozumienia. Ale będę rad, jeśli niektórzy Ważni Czytelnicy przyjmą do wiadomości, że przedstawiony niżej punkt widzenia jest nadal w przestrzeni społecznej obecny. Gdzieś w kącie, zakurzony, ale tkwi. A nadal – bo niegdyś był ważny. W czasach niesłusznych mianowicie.
Zacznę jednak od informacji bieżącej. Otóż szykują się nam pewne zmiany ustawowe w kwestii nadawania reklam. Propozycję tych zmian przedstawił Komisji Kultury i Środków Przekazu Jarosław Sellin, wiceminister kultury. Dla mnie osobiście postać nawet na tle swojego towarzystwa wyjątkowo odrażająca, ale mniejsza o to.
No więc dobowy czas antenowy będzie podzielony na trzy okresy: 6-18, 18-24 i 24-6. W ciągu pierwszych dwóch reklamy będą mogły być emitowane według starego porządku, tj. przez 20% z każdej godziny (12 minut na godzinę). W przypadku ostatniego nocnego pasma, które obowiązywać będzie od 24 do 6 rano nadawcy będą mogli transmitować właściwie… same reklamy. Oznacza to, że nasi władcy traktują telewizję wyłącznie jako maszynkę do wyciskania pieniędzy z kogo się da: z widza, płacącego najprzeróżniejsze abonamenty oraz – przede wszystkim – z gospodarki, płacącej za reklamy.
Pomijam w tym miejscu sprawę jakości reklam. Większość z nich – moim zdaniem – to dzieła niezdolnych debili, żerujących na najniższych instynktach odbiorcy i cynicznie kłamiących gdzie się da; to jednak temat na oddzielną bajkę.
Uważam, że takie czysto „biznesowe” podejście do telewizji jest dla tego medium zabójcze. Prowadzi w prosty sposób do zawalenia małego ekranu różnymi produkcjami dla idiotów kosztem treści mniej „atrakcyjnych”, ale cywilizacyjnie ważnych. A jeszcze bardziej jest zabójcze dla społeczeństwa – nieuchronnie prowadząc do apoteozy prostactwa, chamstwa i nieuctwa.
Wiem, że czysto misyjnej telewizji zrobić się nie da, bo skądś na nią trzeba wziąć pieniądze. Choć już państwo jakąś stację niekomercyjną utrzymać może, i to „na bogato”; dowodu wszak nie trzeba. Ale przecież rzadko która prywatna kompania telewizyjna nadaje dziś jeden tylko kanał; czy byłoby niewykonalne żądanie, by jeden na każdych pięć kanałów był z mocy prawa całkowicie wolny od reklam? I miał charakter informacyjny lub był poświęcony edukacji, lub szeroko rozumianej kulturze wysokiej? Cztery pozostałe niech na niego zarobią!
Czy naprawdę trzeba wyciskać urobek z każdych dziesięciu wolnych sekund, z każdej kiecki prezenterki, każdej lampki na stoliku i każdego widocznego na zbliżeniu zegarka?
11.07
Daję sobie spokój (na dobę?) z polityką. Dziś postanowiłem ulać żółci na trzech bogaczy i ich zabawy oraz na jedną kanciarę.
Otóż za kilkadziesiąt minut od momentu, w którym to piszę, startuje kosmiczna wyprawa VSS Unity z Richardem Bronsonem na pokładzie. Miała wystartować o 15.00 czasu polskiego, ale z jakichś tam powodów start przesunięto o 90 minut.
Informacja:
Pojazd zostanie wyniesiony na wysokość 15 tys. metrów przez dwukadłubowy samolot Eve (nazwany imieniem matki Bransona). Po osiągnięciu tej wysokości VSS Unity odłączy się od samolotu i uruchomi silnik rakietowy, który pozwoli mu osiągnąć wysokość 88 kilometrów. Następie silnik zostanie wyłączony, zaś pojazd odwróci się, pozwalając pasażerom przez kilka minut oglądać Ziemię z orbity. Po tym wszystkim VSS Unity powróci na Ziemię, na kosmodrom w Nowym Meksyku, z którego startował.
W ten sposób Bronson gra na nosie dwóm następnym bogaczom, Elonowi Muskowi i Jeffowi Bezosowi (który ostatnio, zostawszy z jakimś zupełnie monstrualnym majątkiem najbogatszym człowiekiem świata, zrezygnował z szefowania Amazonowi). Ci dwaj mieli być w Kosmosie przed nim – a tu kicha.
Bronson planował swój lot na listopad i nagle go przyspieszył; nikt nie ma wątpliwości, że chodzi tu o wyścig o miano pierwszego kosmicznego turysty lub pierwszego biznesmena w Kosmosie.
No i otóż, szanowni państwo, mam to w głębokim poważaniu. Wszystkie trzy loty nie mają najmniejszego znaczenia cywilizacyjnego i są tylko zaspokojeniem zachcianek i niezdrowych ambicji ludzi, którym nawet zrobiony z czystej platyny atomowy przyrząd do czyszczenia pępka nie zaimponuje.
Czyli wzdętych zer, wykształconych prostaków.
O ileż innych mentalnie od Billa Gatesa, który swój także gigantyczny majątek w części chociaż przeznacza na cele pożyteczne społecznie.
A tu – nic, tylko próżność, próżność i chorobliwa ambicja. Może i panu Bronsonowi się uda. Ale zdobędzie tytuł, którego pewno nie będzie lubił: Pierwszego Kosmicznego Kutasa. Niniejszym mu go nadaję oficjalnie.
Zamieniając temat. Coś tak miesiąc temu wszystkie serwisy plotkarskie świata — i, niestety, nie tylko plotkarskie — obiegła sensacyjna wiadomość o porodzie rekordowych wieloraczków. Gosiame Thamara Sithole z RPA urodziła otóż jakoby 7 czerwca dziesiątkę dzieci w jednym miocie, ustanawiając tym samym rekord świata na najbardziej liczną ciążę mnogą. Ale… 9 czerwca władze prowincji Gauteng, w której mieszka Sithole, przekazały do informacji publicznej, że żaden szpital w tym regionie, publiczny ani prywatny, nie zarejestrował przyjęcia pacjentki, która miałaby urodzić dziesięcioraczki.
Wszystko to kit, zawracanie głowy i próba naciągnięcia ludzi na pomoc rzekomej wieloródce. Badacze fake newsów potwierdzili: nabrano świat. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.
Nie tylko czysta polityka jest obrzydliwa.
10.07
Awantura wokół TVN rozwija się ciekawie.
Nadspodziewanie szybko warknęła Unia Europejska (ale tylko warknęła, żadnych konkretów); najważniejsze jednak, że w poniedziałek wybiera się z wizytą do Warszawy wysoki urzędnik Departamentu Stanu Matthew G. Boyse (oficjalnie: zastępca asystenta sekretarza biura ds. europejskich i Eurazji). Który podobno świetnie mówi po polsku i podobno (plotkuję!) ma różne upodobania osobiste ciężkie do zaakceptowania dla naszych władców, co będzie nieco obraźliwe.
Podobno (to też plota, absolutnie nieoficjalna i moim zdaniem ze zbioru tzw. niepobożnych życzeń, czyli dość nieprawdopodobna) ma on zapowiedzieć, że w razie niepomyślnego rozwoju sytuacji wokół wiadomej koncesji może nastąpić znaczne zmniejszenie zaangażowania militarnego USA w Polsce i całkowite odcięcie Polski od dostępu do amerykańskich technologii.
Pożywiom, uwidim – jak mawiają bracia Czesi.
Mnie osobiście interesuje, na jakim szczeblu odbędą się rozmowy, bo poniżej wiceministra spraw zagranicznych to już byłby chyba afront.
Z dzisiejszych ciekawostek mamy jeszcze uchwałę stołecznej rady, zakazującą używania w Warszawie osławionych furgonetek z antyaborcyjną i homofobiczną makabrą. Nie ulega wątpliwości, że pan wojewoda Radziwiłł ten bezbożny i antypatriotyczny dokument zawetuje, ale wówczas stolica niewątpliwie pójdzie do sądu. A tam ohydna kasta może się zachować nie w takt…
Na stolicę napadł także niejaki Duda, który zgłosił projekt odbudowy pałaców Saskiego i Bruhla oraz jeszcze paru budynków na pl. Piłsudskiego za skromną sumę blisko 2,5 mld złotych. Ma to w dodatku robić spółka, w której p. Duda chce zagwarantować (bardzo hojnie) pensje większe niż jego własna. A w dodatku do budowy ma się w ogóle nie wtrącać ani żaden konserwator zabytków, ani nadzór budowlany. I ma nie być wolno do końca świata (a przynajmniej do następnego składu Sejmu…) zmienić na tym placu już niczego, w szczególności ruszać żadnych pomników. Ani zapewne muzeum Lecha Kaczyńskiego, które podobno ma tam zostać zlokalizowane.
Ten projekt pana prezydenta wydaje mi się jednak ograniczony i nieśmiały. Po co narażać się na jakieś głupie dyskusje gryzipiórków i innych jajogłowych zboczeńców w każdej sprawie? Idźmy na całość, panie D.! Proponuję ustawę, że w każdej sprawie dowolna propozycja Jarosława Kaczyńskiego jest automatycznie akceptowana i wchodzi w życie trzy dni po jej zgłoszeniu. Umożliwi to kolosalne oszczędności w postaci zwolnienia 460 nieźle w końcu płatnych etatów w gmachu na Wiejskiej, a jak się policzy wszystkie biura i wszystkich urzędników, którzy staną się zbędni, to ho–ho!
Tylko — i to kłopot! — może się to odbić negatywnie na dochodach rodzin polityków. Ale to się też da załatwić przez wprowadzenie państwowych pensji dla członków Zjednoczonej Prawicy i ich rodzin. W końcu opracowanie odpowiedniego taryfikatora (bo przecież taki Suski nie może zarabiać tyle samo, co jakiś Gowin…) nie jest zadaniem przerastającym intelektualnie na przykład pana Sasina.
9.07
Awantura wokół koncesji dla TVN się rozkręca.
Na dziś wygląda na to, że pomysł restrykcji, sygnowany przez pana Suskiego – legnie już w Sejmie: wypowiedział się przeciwko niemu Gowin i kilku Konfederatów, więc raczej nie ma szans. W każdym razie, jeśli Kaczyński pragnął wywołać po prostu drakę – to cel osiągnął w wymiarze globalnym. I nadal nie jestem w stanie zrozumieć: po co mu to było?
Skonfliktował się już absolutnie ze wszystkimi.
Nie widzę żadnego racjonalnego celu. Bo nie może nim być chęć „przykrycie” powrotu Tuska; owszem, ludzie na jakiś czas o tym ewenemencie zapomną, ale za kilka dni emocje wrócą jeszcze silniejsze, sam Tusk zaś otrzymał znakomite narzędzie do walenia w „dojną zmianę” jak w bęben.
Nie może to być również satysfakcja z tego, że najbliżsi ludzie pana prezesa w hołdzie dla jego geniuszu raz jeszcze zaczęli publicznie pieprzyć bez sensu (swoją drogą, kiedy wysłuchałem jak pan premier z miedzianym czołem oświadczał, że ten pomysł z pewnością wspiera 99% Polaków, to miałem ochotę zwymiotować). Robili to już nie raz i – co to dla prezesa za satysfakcja usłyszeć, że znów zaszczekają na gwizdek?
Jedyną osobą, która z przekonaniem zapewne przyzna w tej sprawie prezesowi rację jest Orban. Z pewnością ucieszą się z rozwoju sytuacji chłopcy z rosyjskich służb specjalnych; ale czemu miałoby to prezesowi być na rękę? To, że ten abnegat i człowiek bez potrzeb jest na cudzym żołdzie — jest dla mnie absurdalne.
Krótko mówiąc: nie rozumiem tego pana. Kilkakrotnie zresztą usiłowałem sobie wyobrazić jak działa jego psychika. Czego pragnie? Jak ma wyglądać polska szkoła, nasze życie codzienne, nasza kultura? Czy rzeczywiście sądzi, że prowadzone przez niego intensywne przeróbki wszystkich dziedzin – przetrwają jego niezbyt długie już zapewne życie? Bo dziś – służą oczywiście jego władzy, ale nikt nie jest przecież wieczny.
Jest oczywiście wytłumaczenie tego wszystkiego: defekt psychiczny. Ale to jakoś dla mnie za proste. Więc: po co? Po jaką cholerę?
8.07
Pewno Szanowni Czytelnicy spodziewają się, że wezmę na tapetę „prawo Suskiego”, czyli próbę pozbawienia prawa nadawania w Polsce TVN–u.
Jasne: to jest temat dnia i dawno nic tak ludzi nie poruszyło.
Stary, dobrze znany PiS: idiotyzm wrzucony nocą. Obiecali Amerykanom zakup jakiejś ogromnej liczby czołgów Abrams (cztery bataliony z całą obsługą – wozy dowodzenia, remontowe itp.) za jakieś monstrualne miliardy dolarów i sądzą, że za to kupią sobie prawo zamknięcia ust wrażej w stosunku do siebie stacji…
Granda, oczywiście. Duractwo, jak zawsze, gdy do decyzji państwowych dopuszcza się perukarzy lub innych ogrodników.
Ale…
Zacytuję Piotra Rachtana:
Projekt będzie musiał być notyfikowany w Brukseli, bo dotyczy ograniczenia swobody inwestycji w UE, a ta wolność jest gwarantowana w TUE, który braciszek podpisał. Formalnie właścicielem nie jest Discovery, tylko holenderska spółka Polish Television Holding BV. Poza tym zdaje się (do sprawdzenia), że wciąż obowiązuje umowa z NL o wzajemnej ochronie inwestycji. I jeszcze jeden klops: wprowadzenie w życie tego dziwoląga spowoduje unieważnienie wszystkich koncesji dla grupy TVN, w tym nie tylko TVN24, ale i TTV, TVN7, wszystkie kanały Discovery, a także kanały Canal+. Burdel zacznie się niebywały, jak to przy każdej demolce PiS–u.
Więc… Nie tak łatwo pod tę górę.
Bardziej mnie interesuje pytanie: po co to robią? Odpowiedź narzuca się sama: żeby przykryć powrót na arenę polityczną Tuska i kolosalny klops z uchwałą o walce z nepotyzmem, która zamiast przynieść im uznanie, spowodowała śmiech i mdłości od Bałtyku do Tatr.
Zobaczymy jak się sprawa rozwinie. Mogą się na tym zdrowo przewieźć, sądzę. Założyli, że dla USA (pod rządami Bidena!) liczy się tylko kasa. Założyli, że Unia Europejska łyknie całą sprawę w imię unikania zadrażnień. Założyli, że masowe demonstracje i awantury uliczne już się Polakom znudziły.
Każde z tych założeń oddzielnie i wszystkie razem wydają się mocno wątpliwe. Wróżę monstrualną awanturę; to jedno jest pewne.
7.07
Trochę aktualnej statystyki. Co wiemy o miejscu Polski w świecie, którym się tak puszą nasi rządzący?
Dzięki serwisowi Numbeo – całkiem sporo. Wszystkie dane są aktualne na połowę bieżącego roku.
Jeśli idzie o współczynnik jakości życia – chyba najważniejszy i najbardziej syntetyczny – mamy 43 miejsce. Pierwsze trzy – to Szwajcaria, Dania i Holandia. Ostatnie trzy to Bangladesz, Iran i Nigeria; wskaźnik obliczono dla 83 państw, więc jesteśmy nieco poniżej połowy.
Pod względem bezpieczeństwa przodują na świecie Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Tajwan. My jesteśmy na 25 pozycji. Listę zamykają Peru, Brazylia i Afryka Południowa.
Wskaźnik zanieczyszczenia czyta się inaczej: tu im wyżej, tym gorzej. Najgorzej jest w Nigerii, Wietnamie i Bangladeszu, najlepiej w Norwegii. Islandii i Finlandii. Nam przypadło mało zaszczytne 41 miejsce.
Wskaźnik kosztów utrzymania. Najdroższa trójka to Szwajcaria, Norwegia i Islandia, najtańsza – Kolumbia, Indie i Pakistan. Polska – 51.
Jak to się u nas zmieniało? Cofnijmy się o 5 lat. W połowie roku 2016 zajmowaliśmy, gdy chodzi o współczynnik jakości życia, miejsce 30 (czyli polecieliśmy w dół o 13 miejsc), pod względem bezpieczeństwa – 22 (spadek o 3), zanieczyszczenia 32 (czyli tu mamy poprawę). Wskaźnik kosztów utrzymania troszkę się poprawił: byliśmy na liście na miejscu 46.
W sumie wychodzi na to, że do mocarstwa dobrobytu i jakości życia dość nam daleko. Niestety, Numbeo nie interesuje się liczbą uwiedzionych ministrantów na jednego czynnego księdza. Ale tez nie sądzę, byśmy mieli się specjalnie czymś chwalić.
Aha: w ważnym indeksie jakości opieki zdrowotnej zajmujemy 56 miejsce. Słownie: pięćdziesiąte szóste. Przez 5 lat spadliśmy o 5 pozycji. Proponuję ministerstwu zdrowia zbiorowe sepukku na placu Piłsudskiego. Chętnie popatrzę.
6.07
Trochę się nadziało.
Raz. Zdaniem sądu Zbigniew Komosa nie znieważył pomnika smoleńskiego w Warszawie, kładąc pod nim wieniec „pamięci ofiar Lecha Kaczyńskiego”. Czci monumentu mogą natomiast urągać żołnierze i policjanci, którzy co miesiąc siłą usuwają wieniec. Wyrok niby oczywisty (choć słowo „oczywistość” wyraźnie co innego znaczy z tej i tamtej strony). 1:0 dla nas. Przy okazji: termin „cześć pomnika” wprawia mnie w nerwowy chichot. Niebawem zaczniemy mówić o czci płotu na ulicy Nowogrodzkiej?
Dwa. Rząd wprowadził zakaz zgromadzeń publicznych bez należytej podstawy prawnej i wbrew Konstytucji – czytamy w uzasadnieniu stosownego wyroku Sądu Najwyższego. SN uniewinnił dwóch mężczyzn skazanych za udział w strajkach kobiet. Sąd I instancji ukarał dwóch mężczyzn 500-złotowymi grzywnami za udział w tym zgromadzeniu (w Tarnowskich Górach) oraz za brak maseczek i za wykrzykiwanie „wulgarnych haseł”. Wyrok wydano w trybie nakazowym, czyli bez rozprawy. Kasację do Sądu Najwyższego w tej sprawie złożył Rzecznik Praw Obywatelskich. 2:0 dla nas.
Ciekawostka o stosunkach polsko–amerykańskich. Ambasada USA poprosiła o spotkanie z Krajową Radą Radia i Telewizji w sprawie niepokojącego zwlekania z odnowieniem koncesji dla TVN24. KRRiT zastrzegła, że z uwagi na trwające postępowanie koncesyjne zakres rozmowy musi uwzględniać związane z tym ograniczenia, co więcej – rozmowa musi być nagrywana i protokołowana. Przedstawicielka placówki dyplomatycznej zgodziła się na termin i obecność tłumacza, dodając przy tym, że „nie ma zgody na nagrywanie spotkania, a jedynie obecność osoby sporządzającej notatki”. Dyrektor KRRiT nie zgodziła się z kolei na odstąpienie od procedur, stawiając również warunek polegający na nieporuszaniu podczas spotkania tematu koncesji dla TVN 24. W związku z tym ambasada zdecydowała się zrezygnować ze spotkania.
Nie rokuję KRRiTV sukcesu w tej walce z USA. Nie to, że przyślą kanonierki albo Navy Seals. Ale nasi geniusze nie wzięli pod uwagę, że TVN ma ważną koncesję na nadawanie kanału TVN24 bis, z którym najwyraźniej zresztą nie bardzo wie, co zrobić: koncepcje programowe latają tu od ściany do ściany. No to machną ręką na ten kwestionowany kanał, przeniosą się do tego drugiego i „pocałujta w dupę wójta”.
A ponieważ będzie to miało aspekt prestiżowy, to rząd USA może na przykład odwołać swój kontyngent wojskowy „na pilne przeszkolenie” i poinformować, że w związku z problemami technicznymi dostawy „Patriotów” i samolotów F35 przenosi się na druga połowę stulecia…
Po czym kilku generałów GRU schla się z radości w cztery srebrne lisy. A wszystkiemu winni będą oczywiście ludzie LGBT, Żydy i Donald Tusk. Oraz te wściekłe baby, ofkors.
Takie pytańko: kto jest patronem tego domu wariatów?
5.07
Zaczyna być nudno: znowu Tusk. Ale co zrobić, jak on dzień w dzień kradnie show pozostałym? Dziś był na Zachodnim Pomorzu i strzelił kolejną konferencją prasową. Która przyniosła mi dwie przyjemności.
Pierwsza to taka, że Tusk nie unika konfrontacji z dziennikarzami i nie selekcjonuje pytań. Już samo to odróżnia te jego spotkania z prasą od nudnych i ceremonialnych imprez rządowych. Założę się, że żadna drewniana piła urzędnicza nie przerwie pytającemu stwierdzeniem, że „wychodzi poza temat dzisiejszego spotkania”. I – tym samym zmusi pisowskich dostojników do zejścia ze swoich piedestałów, bo inaczej będą w oczach opinii załatwieni.A na dodatek za jakieś dwa tygodnie, jeśli sytuacja się będzie rozwijać podobnie jak w kilku ostatnich dniach, TVP Info i inne prawicowe media przestaną zadawać pytania. Bo oni potrafią tylko zadawać pytania z tezą, agresywne i „kłopotliwe”; a Tusk inteligentnie to wykorzystuje, odwraca sytuację i robi z pytającego kompletny wiatrak, żeby nie powiedzieć idiotę. Jak dotychczas wychodzi mu to bezbłędnie.
Więc myślę, że niebawem prawoskrętni media workers (bo przecież dziennikarzy tam jest pewno ze dwóch i obaj wyjechali…) zaczną się po prostu bać i delegowanie na spotkanie z Tuskiem zacznie być dla nich powodem ciężkich nerwic.
Tak: mam wredny charakter i czuję z tego powodu satysfakcję.
Swoją drogą, najciemniej jest pod latarnią – przecież metoda Tuska to nic odkrywczego, wystarczy na agresję odpowiedzieć tym samym z przyprawą odrobiny inteligencji. Ciekawe – dlaczego odnoszę wrażenie, że poprzednicy Tuska wybierali raczej z góry przegraną strategię tłumaczenia się i usprawiedliwiania? Poza Tuskiem „odwinąć się” potrafi moim zdaniem jeszcze tylko Czarzasty, reszta to towarzystwo zbędnie grzeczne i niepotrzebnie dobrze wychowane.
Ale może się mylę i jednych krzywdzę, innych przeceniam.
Rozbawiła mnie reakcja Ziobry na ten rozwój wydarzeń. Groźnie zapowiedział jakieś pozwy przeciw Tuskowi – tylko zapomniał wyjaśnić, o jakie konkretnie przestępstwo, a jednocześnie spuścił ze smyczy jakiegoś dość zabawnego z wyglądu prokuratora, który opowiedział długawą historyjkę o przestępczej działalności Nowaka. Tylko dziecko z przedszkola może uwierzyć, że działania Tuska z tym wydarzeniem nie mają nic wspólnego.
Coś mi się zdaje, że to nerwowe pobrzękiwanie szabelką ze strony obozu władzy (bo to nie tylko Ziobro jest w akcji) dobiega do nas stłumione przez drzwi kibelka, bo jakaś bolesna biegunka zaczyna atakować kręgi zbliżone do wiadomych. A może i samego wiadomego. Tyż miło.
4.07
Dzisiejszy komentarz z pewnością nie spodoba się wszystkim czytelnikom. Że nie spodoba się zwolennikom partii rządzącej – to w porządku, nie dla ich przyjemności i miłych doznań tu piszę. Ale jestem pewien, że nie spodoba się również radykałom z opozycji, tym, co to „wszystko albo nic” i którzy uważają, że skoro interesuje nas 10 to 7 to 0.
Swoją drogą taka arytmetyka mogłaby być dość ciekawa formalnie i pewno rzecz przemyślę jak będę miał czas; na razie jednak pozostańmy przy rozwiązaniach klasycznych.
Dziś Tusk odbył dość długą konferencję prasową, która a) była żywa i ciekawa, b) było słychać zadawane pytania. To już rzadkość, ale to nie wyczerpuje pozytywów; a są one takie, że Tusk odpowiedział na większość moich wczorajszych wątpliwości. Nie migał się – i chyba już wie, że będzie bez litości rozliczony z każdego wypowiedzianego słowa. Nie wszystko mnie zachwyciło – na przykład pewne relatywizowanie duchowieństwa i dzielenie go na „jednak fajną mniejszość znajomych” i na ogół nieciekawą większość. Sam bym powiedział dosadniej: w dostatecznie licznym gangu zawsze się znajdzie paru z wątpliwościami, więc nie ma o czym deliberować; uwzględnijmy jednak, że ja jestem na punkcie religii i Kościoła zafiksowany negatywnie, a Tusk nie jest mną i nie musi.
Inny plus dodatni jest taki, że Tusk pokazał mnóstwo pozytywnej energii oraz zademonstrował rzadką umiejętność punktowania przeciwnika a vista. Chyba też zrozumiał, że powrót po wielu latach oznacza, że musi się skonfrontować z masą ludzi, którzy w czasie jego nieobecności dorośli i go po prostu nie znają; z całą pewnością nie jest to zaś pokolenie wyrosłe z tradycji mocno podstarzałej tymczasem panny „S” ani noszące krótkie spodenki ZHR. W każdym razie – nie w większości.
Poza tym Tusk pokazał osobowość dojrzałego polityka. Z pewnością reprezentuje raczej centroprawicę niż centrolewicę; tak, czy tak – jest to i tak o niebo lepsze od pisowsko–nacjonalistycznego kołtuństwa. A w dodatku nikt znajdujący się bardziej na lewo od niego nie dorównuje mu poziomem intelektualnym, zręcznością polityczną ani temperamentem polemicznym.
Nawiasem mówiąc, poczytałem ostatnio trochę wypowiedzi w tzw. lewicowych bańkach na FB. Wrażenie jest mocno przygnębiające: dominuje tam prymitywny antyamerykanizm i ukochanie „urawniłowki” połączone z kompletnym lekceważeniem czegoś takiego jak prawa człowieka czy praworządność. Co więcej, odnoszę wrażenie, że spora część zabierających pryncypialnie głos i w czambuł potępiających kapitalizm – w ogóle nie do końca wie, o czym mówi i po prostu przeczytała w życiu o parę setek książek za mało… I nadal „po leninowsku” walczy z reformizmem, socjaldemokracją i renegatem Kautskym oraz potępia swobodę obyczajową jako „wykwit zdegenerowanej moralności burżuazyjnej”.
Miałem ochotę zrobić uwagę, że jak jeszcze przeczytam jakąś uwagę o „służebnej roli inteligencji w stosunku do ludu pracującego miast i wsi”, to kogoś zastrzelę; ale dałem spokój, bo oni mają specyficzne poczucie humoru; „klasowe” zapewne…
Wracając do początku. Tusk ma moje TAK.
3.07
Powrót Tuska. „Amerykański” spęd konwencyjny (trzeba przyznać: bez specjalnej przesady, choć te wędrujące reflektory i ogólnie troszkę cyrkowy entourage to jak na mój minimalistyczny gust mocna przesada – ale widać specjaliści od PR uznali już na dobre, że uprawianie polityki ma w sobie coś z wrestlingu…).
Co mi się podobało? Jednoznaczne ustawienie przeciwnika i nazywanie go odpowiednim rzeczy słowem.
Czego mi brakło w mowie Tuska? Niektórych ważnych tematów. Nie padły sformułowania o konieczności przywrócenia praworządności i wyczyszczenia do spodu ziobrowej stajni Augiasza. Brak było kilku ciepłych a soczystych słów pod adresem nacjonalistów – chyba przede wszystkim. Brakowało deklaracji wsparcia i sympatii dla działań aktywistów, typu Strajku Kobiet. Brakowało wyraźnego opowiedzenia się przeciw Czarnkowi w jego walce z naukowcami i szkołą. Brakowało deklaracji poparcia dla świeckiego państwa. Brakowało opowiedzenia się po stronie ludzi LGBTQ+. A także wyraźnego odwołania się do ludzi młodych i wykształconych.
Co mi się nie podobało? Nie podobało mi się podkreślenie sympatii konserwatywnych. To słowo źle mi się kojarzy i wolałbym, żeby w ogóle nie padało w kontekście nawet obojętnym; a co dopiero pozytywnym. Nie podobało mi się też ustawienie wyraźnie na boku całej operacji Trzaskowskiego. To poważny błąd. Żeby była jasność: jeśli celem głównym jest odsunięcie PiS–u od władzy, to cel ten popieram. Odejście w niebyt prezesa i jego drużyny warte jest samo w sobie każdego działania. Jeśli więc Tusk & Co. tego dokona – pierwszy będę bił brawo. Zezwalam potem zwycięzcom na dwa tygodnie euforii, nawet z nadużyciem różnych płynów.Ale później poprosimy o więcej. O dużo, dużo więcej. I – jak sądzę – będziemy w tym żądaniu bardzo stanowczy. Żeby potem nie było zaskoczenia.
2.07
Trzy wydarzenia, które powodują, że oczęta mi się robią wielkości spodków i zaczynam myśleć, że pora już opuszczać ten padół, ponieważ najwyraźniej przestaję cokolwiek rozumieć z otaczającej rzeczywistości.
Pierwsze to rozwój sytuacji wokół afery ze skrzynką mailową druha Dworczyka. Okazuje się, że osoba publikująca stopniowo różne ciekawe dokumenty ma dostęp nie tylko do prywatnego konta druha w Wirtualnej Polsce, ale także do jego konta w Sejmie. Co więcej, opublikowane dziś dokumenty są datowane tak, że musiały zostać odczytane … w tydzień po ujawnieniu afery. Oznacza to w szczególności, że to ujawnienie nie wywołało żadnego alarmu w służbach, które powinny natychmiast przecież odciąć Dworczyka od świata, ściślej zaś przenieść całą jego korespondencję na jakieś doskonale zabezpieczone konta awaryjne. Niezrobienie tego – to czyste partactwo i zupełny brak profesjonalizmu.
Jeszcze gorsza sprawa to fakt, że podobno znajomość haseł dostępowych do serwerów sejmowych umożliwia nie tylko czytanie poczty, ale również służy do głosowań; stawia to zatem automatycznie poprawność wszystkich ostatnich głosowań sejmowych pod dużym znakiem zapytania. A to już jest kryminał o znaczeniu wręcz ustrojowym. Piszę „podobno” bo nie mogę w taką niefrasobliwość uwierzyć.
Powstaje oczywiście pytanie – jak uzyskano dostęp do kont naszego dzielnego druha. Pozwolę sobie nie wierzyć w istnienie jakiegoś genialnego hakera. Każe mi w to wątpić przede wszystkim fakt, że wszystkie rzekome włamania dotyczą jednej osoby. Na mój nos mamy do czynienia z jedną z dwóch sytuacji: albo druh wypaplał komuś swoje parametry dostępowe, albo zapisał je na jakiejś niezbyt trudno dostępnej karteczce. W obu wypadkach afera jest przede wszystkim jego zasługą. I powinna ta zasługa zostać odpowiednio doceniona i wynagrodzona.
Druga sprawa dotyczy afery wokół sporu Agory z redakcją „Gazety Wyborczej”. Agora otóż jest holdingiem różnych spółek (czy jak tam tego typu forma korporacji się nazywa) i w jej skład jako do pewnego stopnia samodzielne wchodzą różne podmioty. Jest między nimi bardzo ponoć dochodowa sieć kin „Helios”, która ma oczywiście jakiś zarząd. No i ów zarząd… obraził się na redakcję i odmówił współpracy finansowej pod pretekstem zachowania obiektywizmu w sporze.
Głupi zrozumie, że ów zarząd nie działał sam. Bo i niby dlaczego? Czy ktokolwiek pójdzie albo nie pójdzie do kina zależnie od wyniku sporu „Gazety” z Agorą? Musi to być co najmniej jakaś podpucha ze strony władz Agory, mająca na celu danie do zrozumienia redakcji, że jak nie ustąpi, to zostanie zagłodzona także przez „swoich”; a jeśli tak, to – powiedzmy otwarcie – zapach, dolatujący z okolic ulicy Czerskiej to nie jest bynajmniej Chanel No 5. Naprawdę, cała historia zaczyna mi się bardzo nie podobać.
I sprawa numer trzy: sytuacja w Platformie Obywatelskiej, związana z ewentualną reanimacją Donalda Tuska. Niestety, czuję tu ten sam zapach, który opisałem akapit wyżej. Nie chcę rozwijać tematu, ale jedno muszę powiedzieć trzem zainteresowanym dżentelmenom: panowie, toczycie rozgrywkę, w której nie chodzi już wcale o wasze ambicje; mówiąc szczerze – pies z waszymi ambicjami i karierami tańcował. Chodzi – przepraszam za patos, którego sam nie znoszę – o to państwo, w którym wspólnie żyjemy. O nas wszystkich. Zatem: bardzo proszę, uważajcie do kurwy nędzy, gdzie stawiacie nogi.
1.07
Dziś moją uwagę zwraca jedno tylko doniesienie. Co prawda, ma się coś wydarzyć po południu (podobno głos ma zabrać Nadprezes i część prawicowych mediów internetowych dostała napadowego kołatania, ale nie sądzę, by wyartykułował jakąś oszałamiającą nowinę).
Skupmy się więc na tym, co mamy „na tę chwilę, na ten moment”, jak to ukochały mówić panie prezenterki w telewizyjnych stand–upach (panowie zresztą też), co mnie powoli zaczyna doprowadzać do białej gorączki.
A mamy wiadomość miłą.
Otóż dowiaduję się z niejakim opóźnieniem, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej odrzucił we wtorek skargę Ordo Iuris. Dotyczyła ona rezolucji Parlamentu Europejskiego, która potępiała październikowe orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji w Polsce. Ordo Iuris zażądało, by Parlamentowi nakazano wycofanie tej rezolucji. TSUE nie tylko odrzucił skargę, ale uznał ją za „oczywiście niedopuszczalną”.
Czyli powiedział katotalibom, żeby spadali na drzewo się bujać z takimi pomysłami.
Ordo Iuris i Opus Dei. Dwie organizacje, które chciałyby zawrócić historię wprost do średniowiecza. I są o krok od sukcesu, niestety.
Jedyna nadzieja w tym, że ludzie młodzi zrozumieją wreszcie, że ten świat naprawdę należy już do nich; że już nie tylko moje pokolenie, ale i następne są dość zużyte i do czego jak do czego, ale do rządzenia się nie nadają. A pokolenie 50+ też już powinno się pakować. Jeśli zaś nie będą chcieli, to trzeba ich ładnie poprosić.
Przecież, dziewczęta i chłopcy, znacie takie słowo, które się przy takiej okazji wypowiada; czasami już go ostatnio używaliście. Zaczyna się na wy…
Bogdan Miś

Do 3 i 4 lipca – właściwie mój ogląd rzeczy jest taki sam jak Redaktora BM.
Do 5 lipca:
„Poza Tuskiem „odwinąć się” potrafi moim zdaniem jeszcze tylko Czarzasty, reszta to towarzystwo zbędnie grzeczne i niepotrzebnie dobrze wychowane.”
Oprócz przesadnej grzeczności innym politykom brakuje celności, dosadności i zdecydowania. Tusk jest na tle pisowców bardzo dobrze wychowany, ale jego dosadność i stanowczość jest zaprzeczeniem ich chamstwa i prymitywizmu. Nareszcie ktoś nie unika konfrontacji!
Do 7 lipca – ja proponuję ogłosić w sejmie dzień modlitwy, jeśli nie pomoże trzeba zastosować ostrzejsze środki – np. coś na wzór średniowiecznych biczowników.
Swoją drogą, przydałaby się informacja o stanie szkolnictwa u nas w kraju. Po ostatnich reformach p. Czarnka na pewno notowania wzrosły, tyle że w TV Trwam.
Nie wiem, czy to branżowy dowcip czy może jakaś autokorekta poprawiła słowo, ale jakoś razi mnie ta tapeta na której miało wylądować prawo Suskiego.
Zazwyczaj takie rzeczy bierze się jednak na tapet.
Suski może nie zasługuje na takie wyróżnienie, ale tym bardziej, żeby tapetę nim obwieszać.
Przyznaję się do błędu. Z rozmachu go zrobiłem. Na usprawiedliwienie mam to, że on ogromnie popularny.
Do 9 lipca. Chyba jednak frustracja Kaczyńskiego jest powodem jego błędów. Każdy gracz, czy to szachista, czy bokser wie, że w takiej sytuacji (gdy przeciwnik wykazuje objawy frustracji) jest najlepsza okazja do ataku.
10 lipca – mój autorski upust żółci – wraca sprawa roszczeń. Zawsze, gdy dzieje się coś w tej sprawie, tak samo jeśli chodzi o reparacje z Niemiec, zawsze chce mi się śmiać.
Po pierwsze, znowu nadarza się okazja, żeby dać ujściu wściekłego antysemityzmu części skrajnej prawicy. Młodzież wszechpolska ostatnio wyrzuciła gruz pod ambasadą Izraela. Prawdę mówiąc kretyńskie akcje tej formacji wołają o pomstę do nieba i dziwie się, że nikt z tym nic nie robi. Jak powie się coś złego o Kościele albo o Jezusku to natychmiast człowiekowi wytoczą sprawę o obrazę uczuć, a tak nic się nie dzieje. Panie Tusk, jeśli dojdzie Pan do władzy z powrotem, proszę jako wyborca by zrobić coś z tym warcholstwem.
Po drugie zaś – muszę się spytać kogo, do jasnej cholery w Polsce czy Izraelu obchodzi ta cała afera? Problem spłat mienia straconego po drugiej wojnie jest poważny, ale tylko dla ludzi, którzy coś stracili i ich potomków. Nie ma sensu ciągać w to całych społeczeństw. Jeśli w Izraelu mieszka ponad 1mln ludzi pochodzących z Polski, to czemu nasz wspaniały rząd nie stara się utrzymywać przyjaznych relacji z nimi? Pewno część byłaby zainteresowana zobaczeniem Polski. Można byłoby pokazać im nie tylko obozy, ale też wpływ jaki przez lata wywarli polscy Żydzi na naszą historię i kulturę.
Do 14 lipca – szczerze wątpię, że Joe Biden będzie chciał sprzedać krajowi, który nieustannie łamie prawa międzynarodowe i wypina się na wartości demokratyczne najlepsze czołgi świata, których nie udostępnił tak ważnym sojusznikom jak Niemcom czy UK. Polski rząd jest w stanie wysłać policję na swoich obywateli, więc nie chcę by dysponował taką bronią. Także z sojuszu nici, mam nadzieję. Oby Joe Biden nie był tak naiwny jak Ronald Regan, który dostarczał broni muzułmańskim fanatykom, tylko dlatego, że walczyli z ZSRR.
Poza tym – Polexit czas zacząć. Żeby nie stało się coś złego – Tusk, Trzaskowski, Hołownia i Czarzasty muszą wkroczyć do akcji. Trzeba przekonać Gowina do pokazania prezesowi środkowego palca. Zanim wiadomości TVP ruszą pełną parą oczerniając UE i USA (ciemny lud to kupi). Jeżeli wyjdziemy Z Unii, czeka nas przejażdżka razem z Węgrami, Słowenią i Turcją do WNP.
do 13. lipca. To nie jest ZOO. To jest coś starszej daty, i nazywało się wtedy Menażeria. Niektóre one włączały też do ekspozycji różne Potworniaki. Tu też mamy ich sporo. Nie w spirytusie, tylko przyżyciowo. I óny jeszcze szpiewajom !
Reaktor w wydaniu z 18 lipca na chwilę się chyba zapomniał.
Odpycha mnie to nieustannie od SO. Miałam już przygotowaną sążnistą odpowiedź, ale dam sobie spokój.
Poczytam co innego.
Miałem nie komentować Pani wpisu, ale właśnie przeczytałem piękną polemikę Krzysztofa Łozińskiego z Olgą Tokarczuk, która wywarła na mnie duże wrażenie: https://studioopinii.pl/archiwa/206055
Może jednak warto?
Do wpisu z dn. 18 lipca:
„Bez żartów zaś: koszmarne jest to całe towarzystwo. Jego istnienie oznacza zaś kolosalną klęskę PRL: bo to my przecież, proszę towarzyszy, tę mierzwę wyprodukowaliśmy, nikt inny. Cała nasza edukacja okazała się w skali masowej do dupy. I po co było analfabetów uczyć czytać, skoro rzucili się natychmiast głównie na książeczki do nabożeństwa, kolejne mutacje „Małego Dziennika” i „Dzieła wybrane” Romana Dmowskiego?”
*
Warto dodać, że to również a może przede wszystkim porażka całego okresu 1989-2015. Jeżeli zatem połączymy obydwa okresy, to przyczyny klęski politycznej, światopoglądowej, edukacyjnej, cywilizacyjnej, moralnej i zdroworozsądkowej staną się bardziej czytelne. Czeka nas mnóstwo pracy niemal na ugorze, a wojny na razie nie było.
Do 18 lipca ale nie tylko .
Właśnie też mam tak , po co nauczyliśmy ich czytać skoro ONI nawet dobrze nie potrafią odczytać książeczki do nabożeństwa a już myśleć samodzielnie to dla nich abstrakcja …. Nawet urodą nie grzeszą mówiąc delikatnie .
Do 18 lipca – nie dość, że czytają tylko książeczki to jeszcze fałszują podczas śpiewu. Co do p. Witek – faktycznie, jeżeli osoba o tym poziomie ma stopień magistra, to coś z naszymi uniwersytetami jest nie tak. Odpowiedź na pytanie co jest oczywista – masowa produkcja magistrów i inżynierów przez uczelnie wyższe na różnych pseudokierunkach powoduje spadek jakości kształcenia i produkuje ludzi takich jak powyżej.
W sąsiednim kraju odchodzi ze stanowiska kobieta jakże innego formatu i poziomu intelektualnego, co zresztą widać po ukończonych przez nią studiach. Można mówić co się chce o pewnych decyzjach Angeli Merkel, ale w porównaniu z marszałek sejmu czy panią europoseł to mniej więcej tak jak Macierewicz w porównaniu z Tuskiem. Kanclerz Niemiec reprezentowała sobą przede wszystkim inteligencję i w zestawieniu z naszymi politykami była innym formatem przywódcy mocarstwa. Nic dziwnego piana sącząca się z ust PiSowskich polityków, bo wiedzą, że nigdy nie osiągną takiego poziomu, ani nie będą rządzić krajem tak silnym jak Niemcy.
To nie tylko kwestia jakości kształcenia: „…masowa produkcja magistrów i inżynierów przez uczelnie wyższe na różnych pseudokierunkach powoduje spadek jakości kształcenia i produkuje ludzi takich jak powyżej”, chociaż wciąż obniżająca się jakość ma jakiś wpływ. Nawet gdyby ta jakość była na znacznie wyższym poziomie, to żaden tytuł – magistra, doktora, profesora nie chroni przed elementarnym brakiem przyzwoitości, prymitywizmem i chamstwem, a także jawnym zakłamywaniem rzeczywistości. Problem PiSu i tzw. „prawicy” to problem braku hamulców. Ci ludzie w imię zdobycia i utrzymania władzy są w stanie przekroczyć wszelkie bariery – moralne, przyzwoitości, prawdy, racji stanu, interesu Polski, dobra i piękna oraz dowolne inne, które są ważne. Znaleźli na to sposób – zakłamanie języka i odwracanie znaczeń!
*
Z tego smutnego doświadczenia płyną dwa wnioski:
– niezbędności przywrócenia tych barier na poziomie wychowania i edukacji,
– konieczności wbudowania w system społeczny i polityczny twardych mechanizmów prawnych blokujących narusznie tych barier, a w razie ich naruszenia, szybkiego karania takich zachowań.
Do 20 lipca.
Pytanie
do Pana Redaktora. Czy gdyby miał Pan te paręset milionów dolarów, to
nie chcaiłby Pan polecieć w kosmos? Był Pan przecież przy narodzinach w
Polsce komputera, a to wydarzenie mniej więcej takiego samego formatu.
Nie ukrywam, że ja odpowiedziałbym tak.
Co do
polityki – Unia pomacha szablą, Polska i Węgry coś poszczekają i temat
się skończy. Czy PiS znowu wygra za 2 lata – jest to coraz mniej
prawdopodobne, ale niestety możliwe. Chyba, że Jarosław Rajmundowicz
zacznie przejawiać objawy Altzheimera, bądź się dopadnie go starość.
Osobiście źle mu nie życzę, chcę by żył jak najdłużej i zobaczył jak
panoszy się u nas cywilizacja śmierci, Polska się sekularyzuje od
Bałtyku po Tatry, a para gejów czy lesbijek bierze ślub na Wawelu.
20.07
No przecież już raz Francuzi sprzedali Rosji dwa okręty wojenne z jedno euro, więc dlaczego Amerykanie nie mieliby sprzedać Rosjanom albo Iranowi TVN24 za dolara?
Niech żyje 22 Lipca dawniej E. Wedel!
22 lipca, to nie tylko Święto Wedla. Również https://www.facebook.com/events/2851853948462423
Dla mnie skandalem skandali olimpijskich jest dopuszczenie w kategorii „kobiece podnoszenie ciężarów” (swoją drogą, dla mnie to oksymoron) osoby, która obecnie jest nominalnie kobietą, a jeszcze parę lat temu była mężczyzną i trenowała tę dyscyplinę jako mężczyzna, z miernymi sukcesami. No, ale jak się stała kobietą, ma szanse medalowe. MKOL – w ramach promowania równości – postawił wymóg, aby transpłciowi sportowcy uregulowali poziom testosteronu na rok przed zawodami. Polskie sztangistki protestują, że siła mięśni zostaje, itd, ale co z tego. Mastodont o ciele i wyglądzie Bułgara-sztangisty z czasów RWPG, podnosi ciężary w Tokio w roku 2021 jako kobieta, i co mu zrobisz ? Gdzie tu sportowa równość szans ?
Za dużo konkurencji olimpijskich! Teraz jeszcze doszły deskorolki, a wkrótce wypączkują w szereg pokrewnych dyscyplin, np. dla startujących lewą nogą i tych co startują prawą. Podzieliłbym olimpiadę na cztery różne, w tym jedną wyłącznie dla osób transpłciowych.
Już boks mężczyzn to obrzydlistwo, a kobiet…
26.07
coś Redaktorowi się pomyliło. „tam” nie ma żadnych nóg, „stamtąd” nóg się nie spuszcza. nogi zostają „tu”, są zakopane na pastwę białych robali, lub spalone na popiół.
a w ogóle, „tam” nie istnieje.
oczywiście, wg materialistycznego i matematycznego światopoglądu deklarowanego przez Redaktora. chyba że coś się zmieniło i Redaktor nam oczy mydli.
bo np. ja jestem przekonana o istnieniu światów równoległych i przeżywaniu w nich nieskończonych wariantów losu. waham się jeszcze co do matrixa, który też jest prawdopodobny.
do 27. Nie wiem czy pamiętasz jeszcze określenie Alika Wieczorkowskiego na tę małą secesję ziobrowców z Pisu ?
Pisdzielcy. I mała rzecz, co mnie, nie wiem czemu, ucieszyła. Austriaczka Anna Kiesenhofer, matematyczka, z doktoratem, złoty medal na tej durnej olimpiadzie. To jednak niecodzienne.
Do 26.07. Nie należy się zbytnio przejmować skrótem śp. On może przecież oznaczać „świeckiej pamięci ” , a którą wersję wybierze czytający, to my już na to nic nie poradzimy.
PS. Czy nie dało by się umieszczać komentarzy bezpośrednio pod komentowanym dniem ?
popieram w sprawie komentarzy; byłoby ciekawiej i łatwiej
To nie jest tylko ciemnota, ale łatwość ulegania najgłupszym wyjaśnieniom. Moja znajoma, osoba inteligentna i wykształcona, nie chce sie szczepić, bo wyczytała pogląd negatywny na szczepienia jakiegoś laureata Nobla i jakiegoś medyka. I zna jakieś preparaty które zapobiegają zachorowaniu na Covid-19. Znajomy nie wierzy w informacje podawane w mediach, uważa że chorych jest mniej, bo wyczytał gdzieś, że jakiś medyk (w jakimś mieście w Polsce) skrytykował liczby podawane oficjalnie i podał własne – niższe.
Ja myślę, że wiele osób boi się szczepień. Na początku pandemii natknęliśmy się przed sejmem na grupę protestujących. Podeszliśmy żeby dowiedzieć się przeciwko czemu protestują, a oni wyjaśnili że przeciwko propagandzie pandemiowej. Przyjechali zaprotestować aż ze Śląska. Wyjaśniali nam, że od noszenia maseczek można nabawić się choroby płuc.
Pani Magdaleno, czy pani zniesmaczenie wywodami redaktora na temat kobiet PiS wynika z iego oceny ich fizycznosci? Jesli tak to musze z pokora pzyznac ze to takie zboczenie nas mezczyzn – dziadersow wychowanych w PRL od malego. I naprawde tego spojrzenia ciezko sie pozbyc. Ja np patrzac na kobiety PiS czuje to samo co p.Mis – obrzydzenie i niedowierzanie, ze cos takiego moze chpdzic po tym lez padole. Na pewno najwybitniejsza przedstawicielka tego gatunku jest p. Kepa, ale reszta nie jest zostawiona daleko z tylu. Co do antyszczepionkowcow to tocze batalie o wytlumaczenie im istoty szczepionek mRna na kilku forach, ale wydaje mi sie to misja nie do zrobienia, przeciez zeby to pojac trzeba aparatu pojeciowego i jakiegos poziomu wiedzy na ten temat, nie mowiac o checiach, o ile latwiejsze do pojecia sa proste stwierdzenia teorii spiskowych..Jedyne pytanie o cel tej gigantycznej zmowy wszystkich rzadow na swiecie i calego swiata medycznego tez dostalo swoja odpoiwedz: ” Bo chca nas upodlic” stwierdzila pewna interlokutorka mojej zony ( mikrobiologa z wyksztalcenia ) gdy ta zadala jej to pytanie
Panie Adamie, odpowiedź na pytanie brzmi: tak. Drugie zdanie z Pańskiego wpisu, które wyjaśnia, nie wyjaśnia. I właśnie o tę rzekomą niemożność zmiany postawy mi chodzi. I ona, ta rzekoma niemożność, wku*wia mnie do białości. Mam 59 lat. Ja też wychowałam się i zdążyłam wykształcić w PRLu. I oczywiście pamiętam, jaki był stosunek panów do pań w przestrzeni publicznej wówczas i jeszcze w latach 90-ych, a nawet później. Lecz, jak sentencjonalnie mawiali Rzymianie, tempora mutantur et nos mutamur in illis. Stopniowo i w Polsce powietrze wypełniło się świadomością potrzeby równości, a z nią świadomością niestosowności postaw paternalistycznych i patriarchalnych, nie mówiąc o szowinizmie męskim. Dziś wydaje się to oczywiste, a dziwaczne to, że kiedyś kobiety znosiły takie traktowanie, niekiedy z satysfakcją (jeśli zostały przez mężczyznę „pochwalone”; za urodę, oczywiście, lub z nieśmiertelnym dodatkiem „jak na kobietę, to nieźle”). Tak, my też od małego byłyśmy uczone, że nie wystarczy być, co wystarcza chłopcom, lecz trzeba być grzeczną, ładną i posłuszną. Nic o walorach umysłu, czy ducha. Nie nazywano wówczas tego szklanym sufitem, bo nikt go nie zauważał; był elementem „naturalnego” porządku. Pisałam tu już nieraz na ten temat, bo on mnie za każdym razem uruchamia. Napiszę raz jeszcze: w domenie publicznej, zawodowej, przy ocenie postaw, działań, wypowiedzi ludzi publicznych (polityków, prawników, lekarzy, naukowców, publicystów itd) nie może być stosowane kryterium płci, ani warunków fizycznych. Tak się składa zresztą, że to kryterium działa tylko w jedną stronę. Nie słyszałam, aby ktokolwiek (ani mężczyźni, ani kobiety) o polityku płci męskiej, niech będzie, że także z PIS, wypowiadał się odwołując się do jego atrakcyjności fizycznej, czy sprowadzając jego istnienie do sfery damsko-męskiej.
W tej sprawie kobiety są nadal zamurowane, a jeśli się odzywają, to stają się wulgarne jak p.Lempart. Może więc sama zacznę, że odechciewa mi się być hetero, kiedy patrzę na pana A; że nie odmówiłabym, gdyby pan B pomógł mi w zawieszeniu obrazu; że nie wyobrażam sobie tete-a-tete z panem C, który sapie i ma zepsute zęby; że pan D jest w przenoszonej ciąży gastronomicznej, którą z dumą obnosi nazywając „brzuszkiem”, a swoją sylwetkę „sportową”; że pan E ma nieseksowny obwisły tyłek: że pan F ma odstręczające dłonie …. eehhh
Może więc sama zacznę, że odechciewa mi się być hetero, kiedy patrzę na pana A; że nie odmówiłabym, gdyby pan B pomógł mi w zawieszeniu obrazu; że nie wyobrażam sobie tete-a-tete z panem C, który sapie i ma zepsute zęby; że pan D jest w przenoszonej ciąży gastronomicznej, którą z dumą obnosi nazywając „brzuszkiem”, a swoją sylwetkę „sportową”; że pan E ma nieseksowny obwisły tyłek: że pan F ma odstręczające dłonie …. eehhh
TAK! Właśnie tak proszę robić! O to chodzi. Równość (w tym wypadku płci) nie polega na tym, że się nie bierze pod uwagę jakiegoś kryterium, tylko że się je stosuje jednakowo! I co — nie czytała pani o obrzydliwych facetach w skarpetkach do sandałów, z piwnym mięśniem zamiast brzucha, z paskudnie zakudłaconą klatą, fatalnie zaniedbanym uzębieniem — i tak dalej? Pewno jest tego faktycznie mniej, niż — powiedzmy — zachwytów nad zgrabną damską kończyną. Ale — powtarzam — przemilczanie istniejących uwarunkowań to nie ta droga.
Muszę zaprotestować w sprawie skarpetek do sandałów. Krytykowanie tego jest wyrazem jakiejś dziwnej snobistycznej mody. Ja noszę, bo wtedy sandały nie obcierają stóp, no i jak kamyczek wleci pod stopę to mniej razi.
Nie zgadam się z Panem, Redaktorze. Nie mówimy tu o ocenie fizyczności pań i panów na ulicy czy plaży, tu można rozpuścić jęzor na cały regulator. Mówimy o wypowiedziach publicznych, odnoszących się do ludzi publicznych, mających na celu ocenę ich działalności (roli) publicznej, a które wybrzmiewają seksistowsko, patriarchalnie, czy to w całości, czy w ramach szowinistycznego dodatku. Przeciw temu protestuję i nie godzę się na żadną symetrię, gdyż uważam, że rola publiczna nie ma nic wspólnego z walorami / niedostatkami ciała czy seksapilu. To jest zapoznana zasada w stosunku do ludzi publicznych z niepełnosprawnościami, nikt nie odważy się odnieść do ich urody, seksapilu, figury, sposobu ubierania się – czemu więc przyjmuje się milcząco, że osoba bez fizycznych uszkodzeń może być oceniana wg takich kryteriów ? Np. wypowiedź Owsiaka skierowana medialnie do Pawłowicz, aby poużywała sobie seksu, to złość jej odpuści (przytaczam sens z pamięci, bo było to parę lat temu) – to czystej wody szowinistyczne chamstwo. Albo Frasyniuk, parę lat temu, gdy brylował jako stary opozycjonista, o Gasiuk-Pihowicz, że nie miałby nic przeciwko wynoszeniu śmieci za panią Kamilę (a celem jego odezwania się była wszak aprobata ówczesnej aktywności publicznej pani poseł). Itd. A czy powiedzieliby to do/o Ochojskiej ? To takie znajome, że jak kobietę chce się docenić, czy pognębić, to najpierw ciało … Jedynym tabu, jest kobieta niepełnosprawna. Czy o Sasinie, Suskim czy Dudzie powiedziano publicznie, że nie grzeszą seksapilem, czy aby sobie poużywali ? a o Trzaskowskim, że ciacho ? Tak mówi się prywatnie, nawet bardziej dosadnie, plotkując, wtedy ocenia się także fizyczność, bo to z nią ludzie się wystawiają na widok publiczny. Ale nie publicznie. Publicznie, krytycy wymienionych panów S, S, D słusznie używają sobie na ich ujemnym IQ i braku charakteru. W stosunku do Trzaskowskiego publicznie co najwyżej wskazuje się na jego młodzieńczość. A gdyby to była kobieta, ochom i achom jaka to piękna pani prezydent Warszawy jest nie byłoby końca. A zresztą, co ja tam będę się żołądkować, i tak pana nie przekonam.
Istotnie, nie przekona pani. Gdy mówię o kimś, że według mnie głupi czy paskudny — nie mam na myśli płci; nie obchodzi mnie ona. Co więcej, wyrażam opinię, uwzględniając subiektywną własną ocenę. A opinii może być tyle, ilu ludzi — i opinie na przykład prawa nie interesują, stwierdzenia faktu — i owszem; i to jest właściwe. Co jeszcze więcej, opinie w odniesieniu do ludzi zainteresowania publicznego mają prawo być radykalne, obraźliwe i nawet chamskie. Może to być niemiłe; trudno. Ja to akceptuję. To koszty popularności, w szczególności bycia politykiem.
uciekł pan całkiem w bok, sądzę, że celowo, bo opisałam rzecz wyraźnie; po 1. rozmowa dotyczy dopuszczalności publicznej oceny fizyczności, a nie umysłu czy charakteru, po. 2. że tej właśnie ocenie fizyczności podlegają jedynie kobiety. tego właśnie, tych dwóch kwestii, dotyczy mój protest, a nie tego, że o jednym czy drugim polityku płci obojętnie jakiej mówi się, że jest durniem, czy wałkoniem.
Usuniety post