Marek Jastrząb: Paramnezja

07.07.2021

Bohater serialu „Dom”, Ryszard Popiołek, nie dożył naszych świetlanych czasów. Niestety, gdyż jego powiedzenie „koniec świata”, miałoby teraz nowy sens. Tak jak jego powiedzenie, że „mogą zmieniać się systemy, a brama być musi”.

Zwolennik logicznej oceny rzeczywistości dziwił się, jak wiele jego prawd schodzi na psy. Warszawski stróż, miłośnik zdrowego rozsądku i trzeźwych ocen ludzkich postaw, czuł się wszędzie obco i nigdzie nie był na swoim miejscu.

Widział, jak do normalnego życia garnęły się niedobitki rodowitych mieszkańców. Pociągami, na piechtę i czym kto miał, powracały matki obwieszone tobołami z ocalałym dobytkiem. Uzbrojeni w nadzieję szli do warszawskich ruin ojcowie, synowie i córki szukając na bramach ogłoszeń skierowanych do siebie: „tu jestem”, „tu czekam”.

Z ironicznym a dosadnym komentarzem patrzył, jak oprócz rodowitych warszawiaków zlatuje się do miasta nieludzka szarańcza, Sowieccy Polacy i ludzie napływowi: obywatele o rodowodzie pieczeniarskim. Obserwował, jak razem z nimi nadciągają zbrojne hufce bolszewickich karłów gotowych dzielić się cudzym, jak do powojennego życia wdziera się nowa azjatycka elita mająca zastąpić zamordowaną w Katyniu, wybitą w Warszawskim Powstaniu, rozproszoną w stepach i tajgach Syberii. Jak po chamsku i buńczucznie gramolą się na szczyty władzy.

Ideologicznie przestarzały, nie potrafił zrzucić dawnej skóry i przedzierzgnąć się w chwalcę narzuconego systemu. Nie potrafił zaakceptować miasta, w którym przed wojną był sobą, a które po wojnie, z roku na rok, przekształcało się we własną parodię i obrastało w zakłamany autentyzm.

Na zewnątrz pogodny, dusił w sobie własne poglądy na niechcianą rzeczywistość. Przepojony ideami optymista, nauczony tego, że nie istnieje taka opresja, takie nieszczęście, które by go powaliło, rozłożyło, wpędziło w niemoc, bezradność i depresję, przeświadczony, że cała ta nowa Polska jest zjawiskiem przejściowym, istniejącym chwilowo, bo nie ma w niej stalowych wartości, niezłomnych prawd, bo rozleci się jak puch, był świadkiem zachodzących zmian i trwał na posterunku; na podwórzu, na klatce schodowej, w służbowej kanciapie.

Nie dożył i już na szczęście nie widział, jak horda ich wnuków, pociotków i nienażartych kleszczy, obsiadła biura i uplasowała się w strategicznych gabinetach. Nie widział, jak bez końca naprawiają, reformują i polepszają. Jak bez przerwy pochylają się nad cudzym losem i na nim żerują. Jak po ustrojowym przeistoczeniu nie byli już znienawidzonymi komuchami, ale nawrócili się na pieczeniarski kolor zacnych rzodkiewek.

Zastąpił go Obywatel Prokop, gorliwy kapuś (o którym jeden z bohaterów mówi: „donosi, lecz przedtem się spowiada”) i zaradna i obrotna zmora lokatorów przy ulicy Złotej 25, przekleństwo mieszkańców trzymanych przez niego za pysk. Z czasem Złota 25 przebrała się za betonowy kurnik z serialu „Alternatywy 4”, gdzie królował cwaniak i zdegradowany działacz z prowincji, podstępny kukiełek skonstruowany z właściwie zaadresowanych ukłonów i dużej ilości wazeliny: dozorca nowej generacji, gospodarz domu traktujący lokatorów jak swoich poddanych.

Rzec trzeba, iż oba te seriale były proroczymi zapowiedziami transformacyjnych czasów. Wstępem i jednocześnie kontynuacją chwil po teoretycznym odzyskaniu częściowej niepodległości. Dałoby się ten dziwaczny stan naszej powtórki ze wspomnieniowej rozrywki nazwać fachowym terminem deja vu, ale nie byłoby to trafne sformułowanie, bo deja wu jest chwilową wizją własnej przeszłości, a ta, w której tkwimy, liczy parę dekad.

*

Irytujące, a ciągle jeszcze mało uświadamiane następstwa obecnych wydarzeń dotkną nas boleśnie dopiero wtedy, gdy na własnej skórze odczujemy ich skutki. Gdy jeszcze wyraźniej okaże się, że na międzynarodowej arenie przestaliśmy istnieć. Gdy większość rodaków namacalnie stwierdzi, że im więcej szczycimy się sukcesami gospodarczymi, tym bardziej rośnie nasze zadłużenie, tym bardziej powiększa się inflacja i galopująca drożyzna pustoszy nam portfele.

Kiedy wreszcie zauważymy, że jesteśmy od lat rąbani w tyłek i naszedł czas, by otrząsnąć się z wygodnego letargu? W serialu, osobliwie trafnej wizji naszej skorumpowanej rzeczywistości, po partyjnym zebraniu pada z ust tamtejszego aparatczyka znamienne zdanie „krytyka jest wtedy, gdy jest reklamą władzy”. I zdanie to przyświeca bezkarnościom obecnych polityków.

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com