Bogdan Miś: Upusty żółci (sierpień)

1.08

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.

Może teraz.

31.08

No i chcieli – to będą mieli. Sami sobie zrobili.

Ileż to razy słyszałem, że między rządami PRL a obecnymi nie ma żadnego podobieństwa, bo „myśmy stanu wojennego nie wprowadzili”. Pomijając fakt, że ta akurat różnica wydaje mi się mało znacząca, to właśnie przestała istnieć.

To znaczy – zapowiedzieli stan wyjątkowy na pograniczu Białorusi. Na razie tylko zapowiedzieli i rzucili paroma szczegółami – jak zakaz zgromadzeń w tej strefie, zakaz przebywania tam dla niezameldowanych itp. – ale w ogóle, to powiedzieli tylko, że mają gotowe dokumenty i rzecz uruchomią, jak tylko Duda podejmie decyzję.

Ale pochylmy się trochę nad tym stanem wyjątkowym. Jest tak:

„Zgodnie z Konstytucją, ten stan nadzwyczajny może zostać wprowadzony przez prezydenta wyłącznie na wniosek rządu w sytuacji szczególnego zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego, w tym spowodowanego działaniami o charakterze terrorystycznym lub działaniami w cyberprzestrzeni, które nie może być usunięte poprzez użycie zwykłych środków konstytucyjnych.

Wprowadzenie stanu wyjątkowego wymusza na prezydencie określenie dokładnych informacji o tym, dlaczego został wprowadzony, ile będzie trwał, jaki obszar obejmuje i jakiego rodzaju ograniczenia wolności i praw człowieka i obywatela zostaną użyte. Rozporządzenie o wprowadzeniu takiego stanu może zostać uchylone przez Sejm”.

A Sejm zbiera się bardzo niebawem. I może się zrobić ciekawie, nawet jeśli „Pan Prezydent” się będzie długo zastanawiał nad przyjęciem tej propozycji nie do odrzucenia.

O tych sprawach pogadałem dzisiaj ze swoim nosem. No i ten nos mi mówi, że NUW (Nasza Ukochana Władza) wykonała sobie właśnie najgłupszy w swojej historii strzał w stopę. Nos powiada, że niewielu rzeczy Polak nie lubi zdecydowanie: wzrostu cen kiełbasy zwyczajnej mianowicie, zamknięcia dostępu do Internetu – i rozmaitych stanów, ograniczających nadmiernie jego ulubione „wolnoć Tomku w swoim domku”.

A chodzi przecież tylko o dwustronną blokadę informacyjną, której władza nie umie założyć innymi środkami. Bo ona tak ma, że nie umie. Jeśli coś umie w ogóle, poza rzucaniem inwektyw i sięganiem po pałę…

Zobaczymy czy nos się myli.

30.08

Typowa g…burza dzisiaj, w związku z wypowiedzią Sławomira Nitrasa na Campusie Polska. Nitras otóż – stwierdzając, że Kościół katolicki jest nadmiernie uprzywilejowany w Polsce – użył sformułowania, że te przywileje trzeba „odpiłować”…

Ale się zaczęło dziać! Że prawica się wściekła, to rozumiem – ale część opozycji (i to ta z tzw. niezłymi nazwiskami) tez się zaczęła od tego obrazoburstwa odcinać. Zupełnie tak, jakby Nitras proponował odpiłowanie tego i owego członkom Episkopatu, a co najmniej głów pomnikom polskiego papieża. Co zresztą… ale milcz, serce.

Nad reakcją obozu władzy nie ma co się zastanawiać: była oczywista i inna być nie mogła. Refleksja natomiast nad zachowaniem opozycji jest taka: jak wy się, panie i panowie, potwornie boicie tego klechistanu… I jak źle oceniacie społeczeństwo… Bo – przepraszam najmocniej – w waszą wiarę i „urazę uczuć religijnych” ośmielam się nie ufać. To typowa zagrywka w walce o kiepską zresztą publikę; zagrywka akurat na waszą miarę, czyli ligi okręgowej (jeśli coś takiego jeszcze istnieje, bo mnie to nic a nic nie obchodzi).

Dużo ważniejsza wiadomość nadeszła w momencie, gdy napisałem już te słowa; a powinna się w gruncie rzeczy ukazać tu jako pierwsza. Otóż cytuję komunikat:

Przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski wysłał do operatorów telewizyjnych zgodę na wpis do rejestru programu „TVN24” na koncesji Discovery Communications Benelux B.V. – głosi komunikat KRRiT.

Jak to należy czytać?

Tak chyba, że kaszaloty z Krajowej Rady uparły się, że koncesji nie dadzą – a przyszedł z Nowogrodzkiej prykaz, żeby dać po hamulcach, bo zorientowano się, że dupa będzie zbita i zaboli. No więc pan Kołodziejski uznał sprawę za niebyłą. Kaszaloty zachowały cnotę niezłomności, polecenie wykonano akuratnie, problemu nie ma.

No więc – nie. Problem pozostaje, bo przecież w projektowanej ustawie przede wszystkim nie o sam kanał TVN24 szło, tylko o całą stację TVN, ze wszystkimi jej kanałami – zwłaszcza zaś o kanał główny, który nadawany na multipleksie ma zasięg ogólnopolski i trafia do każdego mużyka, nie tylko do mającej kablówki burżuazji. A tam idą „Fakty”, w których zgoła nie wielbi się Jarosława Najprzemądrzejszego i jego rycerzy… To te „Fakty” są przed wyborami najistotniejsze przecież…

Projekt ustawy leży zaś nadal na stole. I dopóki nie zostanie ostatecznie udupiony – braw nie bijmy. To tylko dziwny pan Kołodziejski usiłuje uratować resztki poharatanego oblicza, nic więcej.

29.08

Jakichś szalenie aktualnych aktualności dzisiaj nie będzie.

Odnotuję zatem jedno nie największej rangi wydarzenie i jedno zdziwienie natury ogólnej.

To wydarzenie zaczęło się od tego, że jedna ze znajomych podrzuciła mi link do telewizyjnego programu internetowego Moniki Jaruzelskiej, pytając, czy jestem widzem i rekomendując specjalnie jedno wydanie. Otóż nie jestem, bo w ogóle nie przepadam za telewizją; to medium się (przepraszam za klasizm…) tak sproletaryzowało, że mnie już niespecjalnie bawi. A telewizja internetowa… Doceniam, szanuję, ale możliwości techniczne są tu jednak dość w porównaniu z profesjonalną telewizją umiarkowane.

No ale miałem wolne, więc odpaliłem kompa. I obejrzałem dwugodzinną rozmowę autorki z Jerzym Urbanem. I rozmówca i prowadząca są z natury rzeczy osobami kontrowersyjnymi (nie w mojej opinii, lecz w osądzie publiki), więc było ciekawie i momentami dość pikantnie.

Zdziwią się państwo być może, ale Monika Jaruzelska w roli prowadzącej jest znakomita. Reaguje naturalnie, jest doskonale przygotowana, nie ma tremy, nie napada na rozmówcę, nie wypycha się siłą na pierwszy plan, używa nienagannej polszczyzny… Gdyby nasze telewizje nie były tak – przepraszam – kołtuńskie, jak są – miałaby z pewnością własny program w prime time. Jest zdecydowanie lepsza od większości tzw. gwiazd małego ekranu. Podobało mi się nawet to, że wbrew wszelkim regułom telewizyjnym paliła w trakcie programu jednego papierosa za drugim i zapijała to palenie lampką koniaku. A co!

Podobał mi się też Urban; ale on mi się zawsze podobał, odkąd przed kilkudziesięciu laty go poznałem osobiście. Nigdy nie byliśmy wprawdzie zaprzyjaźnieni, ale go lubiłem i szanowałem; i tak jest nadal. W każdym razie w wiadomym okresie nie opuściłem żadnego z jego znakomitych shows i rozumiem, dlaczego korespondenci zagraniczni na te spektakle walili drzwiami i oknami.

W sumie – nie będę programu streszczał. Warto popatrzeć i posłuchać, choć to bite dwie godziny. Mądre, ciekawe – a chwilami bardzo zabawne.

Wspomniane na wstępie moje zdziwienie dotyczy tematu absolutnie nienowego (niestety). Mianowicie pleniącej się i szalenie podsycanej przez tzw. prawą stronę – ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła homofobii.

Otóż szanowni państwo: ja tego nie rozumiem kompletnie.

Co komu szkodzą „odbiegające od normy” (ale co nią do cholery jest?) zachowania seksualne ludzi? Przecież jeśli nie lubicie uprawiania seksu z przedstawicielami własnej płci, to go nie uprawiajcie; nie zmuszą was (jeśli nie wybieracie się do mamra, ale to sytuacja dość specyficzna)!

Nie zarazicie się, bo to nie choroba. Nikogo z waszych bliskich nie uwiodą podstępem, bo tak bez określonych predyspozycji też się nie da.

Że z takich związków nie ma dzieci? No to nie ma; znam masę par najpełniej heteroseksualnych, które też nie mają i nie chcą; ich wybór. Że są barwni i lubią być widoczni? No lubią, bo jak nie będą widoczni, to żadnych praw nie uzyskają. Że chcą swoje związki nazywać „małżeństwem”? Nie rozumiem, w czym rzecz, dla mnie może się to nazywać „kocia łapa” albo „nocnik”; byle miało określone prawa – które przecież nikomu nie wadzą, nikomu niczego nie odbierają i polegają na dobrowolnej umowie dwojga ludzi.

Bo jakoś nie potrafię zrozumieć uzasadnienia tego zjawiska jakimiś zapisami w starożytnych księgach, dokonanymi przez nieznanych autorów. A w to, że jakaś Nadzwyczajna Istota wypowiedziała w tej kwestii jakąś opinię – sorry, dokładnie nie wierzę. A jeśli nawet była i wypowiedziała, to – znów przepraszam – jej sprawa. Normalny człowiek nie czuje się czymś takim związany.

Ale gdzie są dziś normalni ludzie w większej liczbie? Ja sporo znam, ale jest nas chyba dużo za mało…

28.08

Jedni szlochają, inni chichoczą – a pewnej znacznej liczby ludzi to zapewne nie obchodzi. A to już cztery miesiące minęło, jak 12 kwietnia w TVP ukazał się ostatni odcinek programu opanowanego nieodwzajemnioną miłością do polityki i dziennikarstwa muzykanta Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”…

I już go więcej nie będzie. Bo był niezgodny z poglądami różnych ważnych osób, zdecydował p. Kurski.

Teraz cytat:

Kolejny był już nagrany i gotowy do emisji, jednak nie pojawił się ani na antenie TVP3, ani w TVP1 czy TVP Polonia, gdzie trafiały jego powtórki. Dopiero kolejnego dnia światło dzienne ujrzało stanowisko Komisji Etyki TVP, w którym tłumaczono powody takiego stanu rzeczy. Jak tłumaczyła Komisja, w programie „Warto rozmawiać” z 12 kwietnia naruszono zasady etyki dziennikarskiej, przedstawiając wyłącznie krytyczne opinie o walce rządu z epidemią. Zaproszeni tam lekarze, prawnik i publicysta nie zostawili suchej nitki na strategii walki z pandemią, przedstawianej i forsowanej przez rząd Zjednoczonej Prawicy. […]

— Nawet komuniści, którzy rezygnowali z naszej obecności na antenie, zapraszali nas do gabinetu i po prostu komunikowali nam to wprost — załkał Pospieszalski w nagraniu opublikowanym na swoim kanale na You Tube.

Skomentuję to – jako były pracownik prawdziwie „komuszej” TVP Sokorskiego/Szczepańskiego, a nie jakichś potransformacyjnych podróbek – tak: w ogóle by się pan Pospieszalski nie dostał do sekretariatu jakiejś osoby, mogącej wtedy podejmować decyzję. O żadnej rezygnacji z jego usług nie byłoby mowy. Myśmy jednak wymagali — no, na ogół… — fachowości i talentu.

We Wrocławiu odsłonięto tablicę poświęconą prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu. Zawsze dbał o ludzi pracy — mówił podczas uroczystości premier Mateusz Morawiecki. Z kolei prezes PiS Jarosław Kaczyński podkreślił w liście do uczestników, że jego brat walczył o godność i wartość pracy. Rzecz się odbyła z należytą pompą i z asystą wojskową; i tu ciekawostka: na jakiej podstawie? Nie była to wszak uroczystość państwowa ani religijna, stwierdza płk. Mazguła…

Propagandzistom PiS–u podpowiadam: trzeba koniecznie zorganizować międzywojewódzkie współzawodnictwo w dziedzinie upamiętniania Lecha Kaczyńskiego. Regulamin może być prosty: tablica pamiątkowa – 10 pkt, nazwanie szkoły Jego imieniem 20 pkt podstawowej, 25 liceum, 40 – szkoły wyższej, nadanie imienia ulicy 30 pkt, pomnik 50 pkt za każdy metr bieżący wysokości (postumentu nie liczymy). Nagroda — a co tam! – 10 mln złotych, z czego 9 dla wojewody; zadziała.

Z rzeczy tyleż śmiesznych, co strasznych (jak ta sytuacja ze znanej rosyjskiej anegdotki o tygrysie) Jak pisze „Los Angeles Times”, wart 1,5 mld dolarów segment gospodarki (tak, tak – idzie o kasę!) dbania o siebie i nowoczesnych form duchowości staje się – oprócz porad psychologicznych i treści wspierających dobre samopoczucie – wylęgarnią trendów takich, jak myślenie magiczne, wątpliwej jakości suplementy diety, których działanie oparte jest na niepotwierdzonych naukowo danych, a także na negowaniu medycyny, w tym – działania szczepionek (nie tylko przeciw COVID-19). A wszystko to łączy się teraz ze skrajnie prawicowym ruchem zwolenników Trumpa QAnon…

Idioci wszelkich branż, łączcie się! Dziś niczym, jutro wszystkim my!

Ale i tak was przeliczą na dolary…

27.08

Ciekawą informację puścił Onet. Ale zanim kilka słów o niej – przypomnę państwu anegdotkę.

Otóż idzie facet z workiem na plecach, w którym coś się kotłuje, wyraźnie żywego. Co pewien czas facet przystaje, potrząsa workiem – jazgot cichnie – i idzie dalej. Przechodzień pyta: co pan tam ma? Jegomość odpowiada: szczury. Na to przechodzień: a po co pan nimi tak potrząsa? A facet, oburzony: ja nie potrząsam, ja reorganizuję; inaczej się nie uspokoją.

No i do rzeczy: we wrześniu – zdaniem Onetu – ma być przeprowadzona reorganizacja (teraz się mówi: rekonstrukcja) rządu. I właściwie na tym mógłbym skończyć, bo przytoczona anegdotka wyjaśnia istotę sprawy, ale rozumiem: nic ciekawszego od personaliów, w każdym razie w polityce.

Tak więc pan wicepremier Kaczyński ma opuścić rząd i powrócić do swego ulubionego knucia (sorry: zarządzania partią). Podobno stanowisko w rządzie stracić może nawet jeden z najbliższych współpracowników premiera Mateusza Morawieckiego Michał Dworczyk. W przypadku Dworczyka przyczyną ma być afera związana z wyciekiem państwowych maili z jego prywatnego konta. Dworczyka broni jakoby jedynie Morawiecki, a na jego odwołanie naciskają m.in. Beata Szydło, Mariusz Kamiński i Mariusz Błaszczak.

Onet twierdzi, że prawie pewny odwołania może być minister rolnictwa Grzegorz Puda. „Zarzuca mu się nieudolność, brak kontaktu oraz wzrost notowań AgroUnii, która może stanowić zagrożenie dla PiS w najbliższych wyborów, podbierając partii rządzącej elektorat wiejski”.

Według Onetu ze stanowiskiem pożegna się także minister klimatu Michał Kurtyka — tutaj przyczyną ma być konflikt z Czechami wokół kopalni w Turowie.

Marcin Ociepa (niedawno opuścił Porozumienie i przeszedł do PiS) ma zostać z kolei ministrem rozwoju. Znaczy, fikołek się opłacił.

W ramach rekonstrukcji ma zostać również przywrócone ministerstwo sportu (zlikwidowane w zeszłym roku). Uznano ponoć, że wicepremier Gliński nie radzi sobie z tą problematyką. Co mnie o tyle nie dziwi, że pan Gliński głównie wymienia różnych ważnych dla życia kulturalnego ludzi na swoich i jakoś nikt mu nie umiał powiedzieć, jak się wymienia rekordzistę lub mistrza świata na „naszego”, co go frustruje i pozbawia poczucia sprawczości. Swoją drogą, mianowanie p. Suskiego rekordzistą w skoku o tyczce — to byłby jakiś wyczyn.

Dziecko zrozumie, że ta „rekonstrukcja” nic nie zmieni. Ale rządowi stratedzy są innego zdania, co nasuwa uzasadnione podejrzenia o ich brak kompetencji. Ale może po prostu chodzi o parę czy paręnaście nowych dobrych pensji do rozdania?

26.08

Dziś mnie najbardziej poruszyła wiadomość, że Włodzimierz Czarzasty praktycznie usunął z Nowej Lewicy Andrzeja Rozenka.

Jak wiadomo, 9 października ma się odbyć kongres zjednoczeniowy SLD i Wiosny, które to ugrupowania staną się frakcjami nowej partii. Ale dla ich członków nieautomatycznie: trzeba zadeklarować taką chęć, zaś przywódca frakcji musi na to wyrazić zgodę. No i Czarzasty zgody Rozenkowi – jak podaje „Przegląd Tygodniowy” – nie dał; innymi słowy mówiąc, w praktyce wyrzucił go z partii.

Smutne to zjawisko. Andrzej Rozenek jest dla mnie człowiekiem głęboko ideowym, wyrazistym i uczciwym. Jest w dodatku – a może tylko miał w życiu taki epizod, ale udany – zawodowym dziennikarzem. Z punktu widzenia Czarzastego ma jednak zasadniczą wadę: chce mianowicie współzawodniczyć z nim o przewodzenie partii. Ma także w życiorysie kilka „haków”, które łatwo przeciw niemu wykorzystać: współpracował z Jerzym Urbanem i twardo broni tzw. emerytów mundurowych, czyli byłych funkcjonariuszy służb, którym w ramach zorganizowanej odpowiedzialności zbiorowej odebrano środki do życia.

W oczach tumanów to są obciążenia; dla mnie – powód do chwały i szacunku dla Rozenka.

Nie muszę po powyższym stwierdzać nic więcej, ale powiem expressis verbis: jestem całkowicie po stronie Rozenka. Oświadczam, że jeśli zechce założyć własne ugrupowanie, to go poprę; ubolewając jednocześnie, że wszystko wskazuje na to, że zorganizowana dotychczasowa lewica zakiwała się na śmierć. Chyba w pogoni za stanowiskami i pozycją swoich przywódców (cokolwiek to słowo znaczy); jeśli się nie mylę, to tym gorzej.

No to trochę żółci ulałem. Jeszcze jedno spostrzeżenie na dziś, nieoryginalne, bo już czytałem w Sieci dwie wypowiedzi na ten temat: wszystko wskazuje, że „lex TVN” idzie na drzewo. Kaczyński zrozumiał, że posunął się za daleko – ale nie może sam ustąpić, bo straci twarz wobec swojego twardego elektoratu. Wobec tego wypuścił Dudę, który ustawę zawetuje – albo nawet zostanie ona w porę wycofana z Sejmu „wobec pewnego weta”. Całe odium zatwardziałych pissmanów spadnie na Dudę, któremu to wisi, bo i tak kończy kadencję.

Ale co smród poszedł, to poszedł.

O sytuacji na granicy nic nie piszę dzisiaj, bo mnie coraz bardziej mdli. Dziś czytam wyniki jakiegoś badania opinii, według którego na pytanie:

Czy według Pani/Pana Polska powinna uszczelnić granice i zbudować ogrodzenie na granicy z Białorusią, jeżeli napływ imigrantów będzie się nasilał?

twierdząco odpowiedziało aż 61 proc. badanych, z czego 34 proc. wybrało odpowiedź „zdecydowanie tak”, a 27 proc. „raczej tak”. Przeciwko budowie ogrodzenia jest zaledwie 20 proc. badanych. 19 proc. nie miało zdania w tej sprawie. Budowę płotu popiera aż 87 proc. wyborców Zjednoczonej Prawicy i 60 proc. wyborców Polski 2050.

Poglądów Lewicy na wszelki wypadek nie badano.

Największy sceptycyzm ze zbadanych wyrażają wyborcy Koalicji Obywatelskiej; płot popiera 43 proc., przeciw jest 38 proc.

No i to mdli.

25.08

Wiadomość spóźniona o dwa dni, ale dowiedziałem się dopiero wczoraj wieczorem: zmarł prof. Andrzej Schinzel, jeden z najwybitniejszych polskich matematyków, mój równolatek (choć studiował rok wyżej ode mnie: zdał maturę w wieku 16 lat, nieco wcześniej niż ja).

Był ogromnie ciekawą postacią: niby zasadnie uchodził za kompletnego abnegata, którego tzw. bieżące życie w najmniejszym stopniu nie obchodzi – ale nigdy nie widziałem go ubranego inaczej, jak w znakomity szary garnitur ze świetnie dobranym nieodłącznym krawatem… Nie wiązał sznurowadeł; ale był mimo to bezbłędny.

Uprawiał teorię liczb; to taka dziedzina, którą sam wielki Gauss nazwał „królową matematyki”. Pojęciowo dość prosta (choć tylko na pierwszy rzut oka…) wymaga piekielnie trudnych rozumowań i niesamowitej dłubaniny. Jeśli matematyka jest dostępna nie dla wszystkich, to teoria liczb jest gdzieś na samym szczycie wymogów dla ludzkiego umysłu.

Andrzej – uważany przez wielu za następcę genialnego Wacława Sierpińskiego – był tego ostatniego ulubionym uczniem i młodszym przyjacielem. Był człowiekiem niezwykle cichym, bezkonfliktowym i w gruncie rzeczy – samotnikiem.

Jedna anegdotka o nim. Otóż pewien pan nadesłał na adres Sierpińskiego memoriał, w którym dowodził, że matematycy mylą się, uważając liczbę pi za niewymierną. Memoriał liczył kilkadziesiąt stron przekształceń i wyliczeń; Sierpiński – człowiek skądinąd o gołębim sercu – nie potraktował go jak należy (czyli: nie wrzucił z miejsca do kosza), tylko poprosił Andrzeja o recenzję. A Sierpińskiemu się nie odmawiało…

W trzy dni po otrzymaniu dzieła zmordowany, ale ale rozradowany Andrzej przyszedł do Instytutu Matematycznego z triumfem. – Mam! – wykrzyknął. – W sumie to jest całkiem poprawne – powiedział – tylko na 11 stronie facet przyjął, że pierwiastek z pięćdziesięciu równa się dokładnie 7. I dalej już poszło.

Autorowi odpisano, ale nie przyjął negatywnej opinii do wiadomości. – Wielka mi pomyłka – powiedział – raptem o jeden (7 do kwadratu to 49, nie 50).

I przesłał swoje dzieło do Chińskiej Akademii Nauk ze skargą na nieuctwo Polaków.

Historia milczy jaka była odpowiedź chińskich matematyków. A w Instytucie śmieliśmy się, że Schinzel miał szczęście: błąd mógł być 10 stron dalej i następne trzy dni diabli by wzięli…

Więc dzisiaj innych spraw nie będzie. O śmierci jednego z najsłynniejszych naszych uczonych, członka kilku akademii nauk, kilkukrotnego doktora h.c., autora ponad 200 publikacji – w mediach ani słowa. O odejściu perkusisty rockowego – oczywiście, artysty wybitnego i popularnego – pełno. Rozumiem. Ale nie pochwalam.

24.08

Koszmar na granicy trwa.

Coś tam dzisiaj na ten temat powiedziała Unia Europejska, ale zabrzmiało to – jak niegdyś mawiano – miękkotwardo. Że z jednej strony Polska broni granic Unii, z drugiej – trzeba postępować humanitarnie. To się dużo dowiedziałem.

W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak popuścić wodze marzeniom.

Wyobraźcie sobie taką scenę: nadjeżdża w nieodległe od koczowiska uchodźców sznur autokarów. Wysiada z nich 20 biskupów na czele z prymasem, 100 księży i 100 zakonnic. Idą ponurym pochodem w kierunku granicy, odmawiając głośno modlitwy…

Ciekaw jestem: zatrzymają ich? Spałują? Użyją gazu? Nie pozwolą zabrać ze sobą uchodźców i udzielić im pomocy?

Po prostu: nie mieliby dobrego ruchu w tej sytuacji.

Jestem pewien, że nie ma telewizji na świecie, która by czegoś takiego nie pokazała. Jestem też pewien, że z punktu widzenia także własnego wizerunku Kościół nie mógłby zrobić nic lepszego i ważniejszego.

Ale to marzenie, nieco złośliwe – przyznaję. Nie mam wątpliwości, że nic takiego nie nastąpi. Byłoby to równoważne z trzęsieniem Ziemi o magnitudzie 10. Wielu ludziom świat by się zawalił.

23.08

Od początku pandemii w Polsce koronawirusem zakaziło się 2 886 805 osób. 75 316 z nich zmarło. Tymczasem od wielu dni mamy około setki zarejestrowanych zachorowań… i usypiamy. Gdzie wejdziesz – ludziska bez maseczek; zwrócenie uwagi skutkuje coraz częściej awanturą. W innych krajach – kiepsko, a nawet bardzo kiepsko – a my „pod opieką Przenajświętszej Panienki”, jak powiedziała jedna pani, zapalając świeczkę przy podwórkowej kapliczce.

Tymczasem model matematyczny rozwoju epidemii zapowiada pod koniec września 500–1000 dziennych zachorowań i przewiduje, że w listopadzie możemy dojść nawet do 30 000. Rzadko kiedy stare hasło „bawmy się, kto wie, jak będzie wyglądał nasz świat za parę tygodni” było tak aktualne. No ale przecież jakiekolwiek przygotowania na taką ewentualność, to byłaby „dyskryminacja sanitarna”, czyż nie – panie Braun?

Na marginesie: dlaczego im bardziej na prawo, tym większa odporność na wiedzę i kult krzepy? Wytłumaczenie, że to wynik korelacji z religijnością jest pewnie słuszne, ale czy to związek przyczynowo–skutkowy? I co jest czym?

À propos wiedzy i odporności na nią. Dawno nie było o Czarnku. Otóż rzekł był on ostatnio: „Dokładnie wiemy, skąd są ci migranci na granicy białoruskiej, kto ich do Białorusi przywiózł, kto, jakie pieniądze wziął za tych migrantów. To jest wiedza, która do nas trafia, jeśli chodzi o środki finansowe, jakie dyktator na Białorusi bierze za to. Wiemy, że jest to celowa akcja, więc dzisiaj uleganie presji może spowodować taką sytuację jak w Niemczech czy we Francji”.

Oświadczył, że w krajach tych liczba ataków na kobiety, gwałtów i zabójstw „jest potężna” i tamtejsze „służby nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom tych krajów”.

Ciekawe, że Czarnek do tej pory nie uruchomił (oczywiście na nazwisko żony albo kogoś z rodziny, jak to oni) fabryki płotów antyimigracyjnych do ustawiania na granicach. Powinien być na to we Francji i w Niemczech cholerny zbyt w tej sytuacji. Taki brak biznesowej smykałki?

Ostatnia, ale nie najmniej ważna sprawa na dziś, to wczorajsza wypowiedź Frasyniuka w rozmowie z Kajdanowiczem, w której pan Władysław – mówiąc oględnie – z wyraźną niechęcią i dezaprobatą odniósł się do poczynań NAP (Naszej Armii Przenajświętszej) na granicy z Białorusią. Mam tu takie pytanie: czy gdyby użył innych wyrazów – albo wręcz ograniczył się do dyskretnego splunięcia – byłoby to dla naszych patriotów do przełknięcia, czy także nie? Tak tylko pytam.

Żeby nieco rozładować napiętą atmosferę, przypomnę tu – już kiedyś opowiedzianą – anegdotkę z lat dawnych. Otóż w starej dobrej Redakcji Teleturniejów panowała atmosfera na tyle swobodna, że nasza pani sekretarz redakcji, czyli Joasia Rostocka, nabyła gliniany dzban i zarządziła, że od tej pory za każde niewłaściwe słowo, jakie padnie publicznie – mówiący zapłaci polskich złotych pięć, wrzucając stosowną monetę z rybakiem do owego naczynia.

Następnego dnia Ryszard Serafinowicz, ówczesna nasza gwiazda, rzekł był surowym tonem do mnie – w związku z pewną „sypką”, którą wykonałem na antenie: „drogi kolego: męski narząd płciowy ci między pośladki, a także drugi w grób zamiast krzyża; i oby pies odbył z tobą intensywny stosunek płciowy”.

Joasia bez słowa wzięła dzbanek i rozbiła go o podłogę.

I tu pytanie: jakich sformułowań powinien użyć Frasyniuk?

22.08

Cytacik (z „Wprost”):

Część jednego z ostatnich odcinków programu „W kontrze” poświęcona została osobom LGBT+. Jarosław Jakimowicz porównał Marsze Równości do pielgrzymek do Częstochowy. „Pamiętasz, jak rozmawialiśmy, że po pielgrzymkach w Częstochowie trzeba sprzątać ulice i dezynfekować? To przecież po takim Marszu Równości, gdzie wiemy kto idzie, jak się zachowuje to pełna deratyzacja powinna być! To jest zawsze to ładne pytanie, które zadają dziennikarze, oczywiście nigdy nie słyszałem, choćby je zadawali setki razy: ale przykład, ale gdzie pani nie może, czego pani zabroniono, no pani powie, pan powie…” – stwierdził.

Komentarza nie będzie. Ot – tak, do wiadomości PT. Czytelników, jeśli kto nie wie, z kim mamy dziś w pewnej telewizji do czynienia. Tę telewizję też pewno warto będzie zdezynfekować, choć – o ile wiem – równość tam ostatnio nie bywa w żadnej postaci.

Przy okazji: „deratyzacja”, o której mówi pan J., to odszczurzanie. Tyż piknie, prawda?

A w ogóle to trudno przestać myśleć i rozmawiać o sytuacji na granicy z Białorusią. Uniemożliwianie hałasem silników i zdaje się – dźwiękiem syren alarmowych – komunikacji chcących pomagać uchodźcom z tymi ostatnimi, to już coś tak obrzydliwego, że nie chce się wierzyć. Mniejsza o żołnierzy, ale wydający (a właściwie powtarzający po jakimś wrednym polityku) takie rozkazy oficerowie powinni się spalić ze wstydu. I zdać sobie sprawę, że nic nie trwa wiecznie – a ich kariera w wojsku właśnie się zakończyła. Być może nastąpi to formalnie z pewnym opóźnieniem, ale na pewno. Żadne usprawiedliwienia przyjęte nie będą. Mam w każdym razie taką nadzieję.

Pan z Konfederacji stwierdził dziś w TVN24, że uchodźcy są wyraźnie zbyt zamożni i noszą za drogie ciuchy, by im pomagać. Też ciekawe podejście.

Coraz bardziej nieciekawa robi się ta okolica.

21.08

Kilka obserwacji sobotnich.

Dowiaduję się otóż, że przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki skierował do premiera Mateusza Morawieckiego list, w którym negatywnie ocenia część zapisów tzw. Polskiego Ładu. Pismo opublikowało Rządowe Centrum Legislacji, jednak po pewnym czasie list zniknął ze strony internetowej – podaje Onet.

Znaczy – wpędzili się w kilka kłopotów jednocześnie. Stanowisko Kościoła mocno podważa pomysły Kaczyńskiego. Opublikowanie tego listu, a następnie jego usunięcie – to przyznanie, że na styku państwo–Kościół mocno zaiskrzyło. Ale nie należy myśleć, że duchowni nawrócili się nagle na zdrowy rozsądek polityczny; chodzi tu oczywiście o sprawę zgoła prozaiczną: są przede wszystkim przeciwni objęciu księży 9-procentową składką zdrowotną i wytykają rządowi pominięcie przy konsultowaniu owego Ładu — czytamy w „Pulsie Biznesu”. No bo jakże to tak: to wolno nie pytać księdza?

Druga sprawa, która zwróciła moją uwagę, to wyznaczenie terminu procesu pisarza Jakuba Żulczyka o obrazę pana prezydenta. Przypomnę, że Żulczyk użył publicznie w stosunku do Osoby określenia, oznaczającego stan upośledzenia umysłowego w stopniu lekkim. Pierwsza rozprawa w tym procesie odbędzie się 16 listopada. Wcześniej, na początku sierpnia, sąd nie uwzględnił wniosku obrony o umorzenie sprawy, argumentując, że konieczne jest przeprowadzanie postępowania dowodowego.

No i na to postępowanie dowodowe bardzo liczę. Argumenty, których ewentualnie użyją biegli zarówno prokuratury, jak i obrony mogą być niezmiernie ciekawe poznawczo i wnieść dużo świeżości zarówno do polityki, jak i psychiatrii. A bez wątpienia obie strony nas serdecznie ubawią. „Szkło kontaktowe” będzie miało temat na kilka emisji…

Trzecia sprawa: kolejny trafiony–przytopiony. Watykan – piszą zakłopotane media wiadomej strony – ukarał abp. Mariana Gołębiewskiego w związku z udowodnionymi zaniedbaniami dotyczącymi pedofilii. Nakazał mu mianowicie prowadzenia życia w duchu pokuty i modlitwy i poleciła wpłatę na rzecz Fundacji św. Józefa.

Lubię tę delikatność sformułowań. Żadnego „krycia przestępców”, tylko „zaniedbania”. „Życie w pokucie i modlitwie” z kolei – czym się ma mianowicie różnić in minus od normalnego bytowania starszego pana? Enigmatyczna zaś wpłata – czy zostanie dokonana, gdy abepe wysupła dwa pięćdziesiąt, czy liczy się dopiero od piątaka?

A i tak przeczytałem w jednym z portali wyrazy zbrzydzenia „nękaniem starca”. A jakichś stuletnich funkcjonariuszy słusznie minionego ustroju, to byśmy z chęcią dożywotnio na chleb i wodę – i to tylko dlatego, że już się w Polsce nie używa ani plutonu egzekucyjnego, ani szubienicy?

„Ewentualna utrata przez Zjednoczoną Prawicę stanowiska marszałka Sejmu uniemożliwiłaby przeprowadzenie w najbliższych miesiącach ustaw Polskiego Ładu, czyli tak naprawdę ten program nie mógłby być realizowany, co byłoby dla PiS-u stanem — łagodnie mówiąc — niepożądanym” – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl prof. Waldemar Paruch, politolog, był szef Centrum Analiz Strategicznych.

I dlatego właśnie kretyński warunek Konfederastów, uzależniający udupienie marszałkini od rezygnacji z „selekcji sanitarnej”, czy jak tam chłoptysie to nazywają – należy ochoczo przyjąć. Jest tysiąc legalnych sposobów, by potem sobie jakoś z tym poradzić. A miny zasiadających obok wodza w sejmie i jego samego w momencie ogłaszania wyniku głosowania – byłyby bezcenne. Nie mówiąc już o tym, że sam fakt miałby znaczenie historyczne.

Jak od wielu lat jestem w zasadzie minimalistą w dziedzinie spożywania pewnych płynów, tak bym chyba popłynął w siną dal z pieśnią na ustach.

Arribaparias de la Tierra

20.08

Będzie w punktach.

1. Konfederacja zażyczyła sobie ułatwień w dostępie do broni. PiS w panicznym poszukiwaniu sprzymierzeńców popiera. No pewno – rzucanie petardami w okna kamienic – to prymityw. Gdyby tak mieć jakiegoś Stingera albo choćby kałacha z nasadką do miotania granatów, to byśmy dopiero tym elgiebetom pokazali, co nie?

2. Zmarł i został pochowany abp Hoser. Dość wyjątkowo wredna postać, nawet jak na Kościół. Ja tam pamiętam, jak się pytał ks. Lemańskiego czy jest obrzezany. Coś mi się kojarzy, że kilka epok temu znałem jakąś jego kuzynkę, ale pewien nie jestem. Nie była bowiem wredna, nawet powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. W dodatku lubiła prawie to samo, co ja – i założyłbym się, że abp by tego publicznie nie pochwalił. Gdybym się nie mylił, to byśmy mieli dowód, że wredność to jednak nie jest cecha genetyczna.

3. RPO chce zaskarżyć kontrowersyjną modyfikację kpa (tę, co to wywołała kryzys w stosunkach z Izraelem) do Trybunału Konstytucyjnego. Motywacja? Nowe zasady stwierdzenia nieważności decyzji administracyjnej, zgodnie z przepisami przejściowymi, będą dotyczyć również spraw, które już się toczą. No i tak naprawdę uzależniają one sytuację obywateli, którzy wnieśli o stwierdzenie nieważności decyzji, od wydolności i sprawności aparatu administracyjnego. Logiczne. Przypominam, że z wyborem tego RPO kaczyści wiązali spore nadzieje i ogłosili nawet swój triumf. Ten się śmieje… Ale tu jednak nie do śmiechu zupełnie.

4. Na granicy polsko-białoruskiej pojawili się przedstawiciele Straży Narodowej. Prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości Robert Bąkiewicz poinformował, że jego środowisko domaga się postawienia muru, który chroniłby Polskę przed napływem migrantów. Trump też chciał coś takiego budować. Nie najlepiej się to dla niego – jak na dziś – skończyło.

19.08

Odnotowuję z najwyższym obrzydzeniem uchwałę małopolskiego sejmiku, który nie wycofał się z obskuranckiej i ciemniackiej deklaracji w sprawie swojej wojny z LGBT. Boję się, że to źle wróży nam wszystkim: prymitywy idą w zaparte i „w imię najświętszej panienki” gotowi są sprowadzać na ludzi biedę i nieszczęście.

Ten fanatyzm staje się już nie do zniesienia. Stracą kolosalną forsę. Uczciwi ludzie zostali przez nich po prostu okradzeni.

Przerażające jest to, co się dzieje na granicy z Białorusią. Nasze dzielne służby traktują zapędzonych tam uchodźców jak zwierzęta – i jeszcze rozmaite Wąsiki są z tego powodu najwyraźniej dumne. Ciekawe – co powiedzą, jak tam trzymani w nieludzkich warunkach na zimnie ludzie zaczną umierać. Jak nam wytłumaczą sytuację?

Odrażające staje się to państwo.

A na dodatek mamy kretyński festiwal w Sopocie. Cyrkowe błazeństwo dla najmniej wymagających z udziałem tzw. artystów. Nie wiem – pewno jestem stary zgred, ale dla mnie artystami są Rafał Błechacz i Maria Callas oraz Aznavour i Ewa Demarczyk, dla przykładu. Te dziwne panie i ci dziwni panowie bez głosów i krztyny talentu estradowego, którzy tam się dziwnie poprzebierani kręcą po scenie ku ogólnemu entuzjazmowi publisi, to po prostu w większości czysta zgroza, nawet nie wyrób artystopodobny.

Opowiadano kiedyś, jakoby pewien polski bokser odmówił ważnej walki, dopóki przeciwnik nie odezwie się i udowodni, że umie mówić. Może byłoby jakimś pomysłem sprawdzanie, czy nasi „artyści” potrafią czytać. Nie, nie – nuty, tylko litery.

I pomyśleć, że mimo wszystko trzeba bronić stacji telewizyjnej, która to koszmarne gówno organizuje – bo prócz tego zdarzają się w niej rzeczy wartościowe… Typowy konflikt poznawczy.

18.08

O wydarzeniach politycznych króciutko i z minimalnym komentarzem – bo i co właściwie uczciwy człowiek ma dziś obszernie komentować? Enuncjację Glińskiego, że Polska i teraz (po kryzysie w Afganistanie) „obroni się przed imigrantami”? Komunikat Wąsika, że 1000 żołnierzy wzmocniło Straż Graniczną na granicy z Białorusią, którą to granicę ciupasem obudowano zasiekami z drutów kolczastych? Oświadczenie Kukiza, że zagłosuje przeciw odwołaniu madame Witek ze stanowiska „bo umówił się z Kaczyńskim na poparcie również w sprawach personalnych”?

Nie warto tego komentować. Hańba i tyle.

Zresztą nie mam zamiaru konkurować z Tuskiem; on to robi z pasją i świetnie. Oj, boją się go okrutnie… A w Kurwizji pewno kolejny wyznaczony do zadania Tuskowi „druzgocącego” pytania ma ochotę strzelić sobie w łeb, bo wie, że zostanie starty na proszek i zmieszany z gównem.

Ale może w tej ostatniej kwestii mylę się. Oni chyba podobierali sobie tam w TVP Info takich jałopów, którzy idą w bój z ochotą, mając w perspektywie miłą wpłatę na konto – i nic ich więcej nie obchodzi. Nie wiedzą, że każdy taki numeras ściera im kawałek twarzy. Jeśli jeszcze ją mają, oczywiście. Bo większości bozia nie dała tego fragmentu anatomii.

Zostawmy zatem politykę. Z autentyczną przyjemnością donoszę PT. Czytelnikom, że zakończyłem lekturę świetnej książki. Jednej z najlepszych książek o matematyce, jakie czytałem; a przeczytałem, gdy chodzi o literaturę z tej półki chyba wszystko. No i większość tych lektur dotyczyła tzw. dużej matematyki, na różnych poziomach trudności; w każdym razie takiej, której przeciętny niezainteresowany i niemający choć trochę wiedzy specjalistycznej czytelnik po prostu nie zrozumie. Kogo poza maniakami będą interesowały takie rzeczy, jak paradoksalny rozkład kuli, przestrzenie o nieskończonej liczbie wymiarów czy Problemy Millenijne? Wszystko to są sprawy pasjonujące, ale dla absolwenta dzisiejszego liceum raczej poza zasięgiem.

A pięknej klasyki – jak „Kalejdoskop matematyczny” Steinhausa czy kilku dzieł przedwojennych raczej się nie wznawia…

I trafiłem – skuszony reklamą – na „Pi razy oko” Matta Parkera (wyd. Insignis), który podszedł do tematu w sposób absolutnie świeży i odkrywczy. Zajął się mianowicie matematyką dość elementarną; zresztą miejscami raczej arytmetyką niż czymś więcej. No, może jakimiś podstawami rozumowań statystycznych.

A nowość podejścia polega na tym, że pokazał, jak przez brak zrozumienia i niewłaściwe stosowanie prostych pojęć maszerujemy dziarskim krokiem czasami ku zwykłym wpadkom, czasami zaś ku poważnym katastrofom z dziesiątkami i setkami ofiar śmiertelnych. Niektóre z opisanych przez Parkera autentycznych sytuacji tylko śmieszą, ale niektóre stawiają włosy dęba na głowie.

Co jeszcze jest zupełną nowością w literaturze tego typu, to sięgnięcie przez Parkera do doświadczeń zwykłego człowieka – ucznia, urzędnik czy naukowca – z komputerami. Zdziwicie się, z jakimi idiotyzmami mamy tu do czynienia – idiotyzmami, wynikającym często ze zwykłego gapiostwa i bezmyślności.

Bardzo polecam tę lekturę. Jest pouczająca, świeża i powinien ją zrozumieć każdy, dla kogo dodawanie i mnożenie nie jest tym samym działaniem.

A oto przykład sytuacji, jakimi się zajmuje Parker. W książce go nie znajdziecie, bo to moje prywatne doznanie; sądzę jednak, że gdybym autorowi o nim opowiedział, to uznałby, że pasuje mu do tematu jak ulał.

Przed wielu laty otóż pewna młoda lekarka robiła doktorat. W pisanej przez nią rozprawie znalazły się proste obliczenia; mianowicie, trzeba było zsumować setkę liczb – wyników przeprowadzonych doświadczeń. Każda z tych liczb była dodatnim ułamkiem mniejszym od jedności. No i jak suma była większa niż 1, to znaczyło, że badane w pracy lekarstwo działa, a jak mniejsza niż 1 – że nie działa. Jakiś taki test mieli.

Młoda badaczka poprosiła mnie, żebym sprawdził jej wyniki obliczeń. Zastrzygłem uchem i zapytałem jej, jaka jest dokładność pomiaru tych liczb, będących wynikami doświadczeń. Odparła – jedno miejsce po przecinku. Spytałem, czy wie, jaki będzie błąd sumy stu takich liczb; nie wiedziała.

Nieznającym się na tym zupełnie wyjaśniam, że błąd przy dodawaniu się też sumuje. Zatem suma stu liczb znanych z dokładnością do jednej dziesiątej może być w zasadzie w pewnym zakresie (jakim, kotku?) dość dowolna, w każdym razie porównywanie jej z jedynką jest kompletnie bez sensu.

Pani doktor (bo zrobiła ten doktorat) usłyszawszy to, ciężko się na mnie obraziła. Gdyby wszyscy podchodzili do tego tak pedantycznie, jak ty – powiedziała – to pewno co drugi doktorat z tej dziedziny trzeba by było unieważnić…

Na szczęście nie zapadłem na tę chorobę, na którą szukała lekarstwa.

Czytajcie Parkera. Koniecznie.

17.08

Jednak jestem naiwny. Miałem cień nadziei, że w wyjaśnieniach Morawieckiego dla Komisji Europejskiej będą jakieś argumenty i cień sensu oraz próba rozładowania konfliktu. Nic z tych rzeczy: ośli upór, negowanie oczywistości i siadanie na honorze. Od czego, jak wiadomo, można sobie tylko zagnieść fałdy w różnych mało komfortowych miejscach.

Ktoś z komentatorów powiedział, że każde zdanie tej naszej „odpowiedzi” będzie warte jakieś parę milionów euro kary, którą będziemy musieli płacić.

Oczywiście, któryś z bubków – bodajże z sitwy pana Zero – buńczucznie powiedział, że w takim razie Polska przestanie płacić składki na Unię. Nie wziął bidak pod uwagę, że wówczas mogą zostać na poczet kary zajęte nasze statki i samoloty, jak się tylko pojawią w innym kraju. Ale co ja będę gamoniowi tłumaczył.

Jakby na dodatek pani marszałkini niefrasobliwie przyznała, że w sejmie w sprawie rzekomego zasięgania opinii prawników, co miało uzasadniać długość przerwy w obradach – łgała jak bura suka. Opinie były sprzed trzech lat i w innej sprawie. Mam cień nadziei, że uda się tę postać usunąć z jej posady. Trzeba w tym celu zawrzeć jakąś chwilową choćby koalicję antypisowską w sejmie. Znów – być może naiwnie – liczę na to, że może jednak nie wybraliśmy samych kukizopodobnych karykatur posłów…

Zapadło też pełne zakłopotania oficjalne milczenie w sprawie TVN, gdy okazało się, że stacja może nadawać na podstawie licencji z innego kraju Unii. Już jedyna chyba rzeczą, która im zostaje do zrobienia, to wysłanie policji albo wojsk obrony terytorialnej, żeby urojenia prezesa zrealizować siłą. Osobiście bym doradzał raczej wysłanie karetki psychiatrycznej gdzie trzeba. Wydatek mniejszy a skutki mogłyby być zbawienne.

Na deser dostaliśmy zmienioną listę lektur szkolnych, która podpisał Czarnek. Mówiąc krótko – zajaniepawlił wszystko. To aż śmieszne; czy oni naprawdę sądzą, że zmuszenie młodzieży do czytania tej nadętej patetycznej grafomanii da jakiś efekt dla nich pozytywny? Chyba że chcą, aby ludzie w ogóle przestali czytać; może to jest i pomysł. W końcu jeden z moich przyjaciół mawiał niegdyś, że całe zło na świecie wzięło się w gruncie rzeczy stąd, że mnisi zaczęli uczyć alfabetu tych, którym to było zupełnie niepotrzebne i tylko im poprzewracało we łbach…

Krótko mówiąc: syf i malaria. Aleśmy sobie ogród zoologiczny wyhodowali… Może uda się zarobić w przyszłości na zorganizowaniu jakiegoś safari? Old Shatterhand, którego właśnie wyrzucił z lektur szkolnych Czarnek, miał taką fajną strzelbę dużego kalibru, zwaną „niedźwiedziówką”, pamiętacie? Nadałaby się.

16.08

Zacznę od dobrej wiadomości, którą turbokatolicka „Fronda” zatytułowała jednak słowami „Absolutny skandal”.

Warszawski Sąd Apelacyjny uchylił wyrok z lutego tego roku, w którym Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał prof. Barbarze Engelking i prof. Janowi Grabowskiemu przeprosić panią Filomenę Leszczyńską za kłamstwa, jakie opublikowali na temat jej stryja w książce „Dalej jest noc”. – „Ingerencja w badania naukowe nie jest zadaniem dla sądów” stwierdzono.

Kto nie pamięta – przypomnę, o co chodzi. O drobny i nieistotny błąd, który stał się pretekstem do procesu, mogącego doprowadzić nawet do skasowania cennego dzieła naukowego o zachowaniach Polaków w czasach Holocaustu. Bo „patriotom” i „katolikom” opis tych zachowań nie przypadł do gustu.

Cieszę się wraz z autorami, prof. prof. Barbarą Engelking i Janem Grabowskim. Z jakim towarzychem mamy do czynienia niech świadczy skromny wybór komentarzy pod tekstem „Frondy”. Proszę zatkać nos:

• Żydzi (tym razem tzw. naukowcy i tzw. sędziowie) kolejny raz napluli Polakom w twarz. „I co nam zrobicie?”
• Du Scheisse Jude!
• Kasta na usługach perfidnych?!
• to nie skandal, folksdojcze, szmalcownicy i zbrodniarze nie będą swoich gnębić.
• … sad w polin jest pejsaty , to sprawiedliwość po naszej stronie … taky mamy polsky … szalom jaroI

I znamienne:

• Adi wróóóóóóć!

Podobno w Polsce propagowanie faszyzmu jest karalne?

Druga niezła wiadomość jest taka, że polskie władze mogą kanałowi TVN24 skoczyć na warkocz: koncesję ważną na całą Europę otrzymał w Holandii. Oczywiście, to sprawy do końca nie załatwia i ewentualne nieudzielenie koncesji również i w Polsce spowoduje mimo wszystko arbitraż, poważne skutki finansowe i straszliwy smród na świecie (ten ostatni już narasta i tego się w żaden sposób nie ominie).

Nasi osiołkowie myślą, że koncesja holenderska jest obowiązująca tylko w Holandii, ale są w głębokim błędzie, bo nie czytali prawa Unii.

Nie mogę wyjść z podziwu, jak te straszliwe niedokształcone matoły mogą tak konsekwentnie wystawiać tyłek na zdrowego kopa. Nawet gdyby ten tyłek był ze stali – zaboli.

Kolejna interesująca wiadomość: rząd (?) udzielił „całościowej” odpowiedzi w sprawie rozwiązania konfliktu o Izbę Dyscyplinarną. Ale będzie ona ujawniona publicznie „w stosownym czasie”, czyli być może jutro. Czy ona brzmi tak, jak powinna – to znaczy, że Izba Dyscyplinarna przestaje istnieć, jej tzw. sędziowie idą na zieloną trawkę, rozwiązana zostaje Krajowa Rada Sądownicza a do dymisji podaje się całe kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości?

Proszę ani się nie śmiać, ani mnie nie rozśmieszać. Założę się, że odpowiedź będzie … kosztowna, bo spowoduje nałożenie na Polskę potężnych kar finansowych. Będą się chcieli migać i kiwać mądrzejszych od siebie; ale za chude mają uszy i niebawem się o tym boleśnie dowiedzą.

À propos tak mi się skojarzyło. Powinniśmy wprowadzić zmianę w ortografii: naszą władzę zacząć nazywać „nierządem”; nie muszę chyba uzasadniać. Z kolei, żeby uniknąć nieporozumień, należałoby odpłatne dostarczanie uciech seksualnych nazwać „nieżondem”, bo przecież nie u żon z tego się korzysta. Logiczne?

15.08

Nie sądziłem, że kiedykolwiek zacznę te notatki od Dudy (tego zwanego umownie prezydentem); ale jednak.

Wczoraj dał niebywały spektakl typu stand–up przy dymisji Gowina. Był to popis zupełnie wyjątkowej arogancji, braku kultury osobistej i co tam komu jeszcze złego przyjdzie do głowy – wszystko było. Zdumiewa, że po tym przeczołgany jak rzadko Gowin podał mu rękę; ja bym w ogóle przerwał ten monolog i powiedziawszy „poproszę o ten papier, kończmy tę komedię” odwrócił się na pięcie i wyszedł. Inna sprawa, że byłaby to jednoznaczna zgoła deklaracja wojny.

No, ale ja się na polityka nie uczyłem, więc pewno się nie znam. Może to jakaś wyrafinowana subtelność, a może Gowin po prostu zgłupiał. W końcu miał prawo.

Dziś z kolei Duda żarliwie zapewnił, że stoi na straży dobrych stosunków – nie tylko militarnych – z USA, co większość komentatorów uznała za zapowiedź weta do „lex antyTVN”. Zgadzam się z tą opinią o tyle, że da się to tak czytać; ale byłbym bardzo ostrożny z wierzeniem tej osobie choćby w jedno słowo. A już z pewnością nie można przyjąć, że mówi ona cokolwiek w dobrych intencjach. Niewykluczone, że Kaczyński (bo to on przecież mówi ustami Dudy) pragnie po prostu zyskać na czasie. Ale litościwie odnotujmy drobny ruch w dobrym kierunku.

Sensacją wczorajszego dnia była z kolei eksplozja w stosunkach izraelsko–polskich w związku z podpisaniem przez Dudę nowelizacji KPA, która m.in. praktycznie wyklucza możliwość jakichkolwiek roszczeń żydowskich do mienia pozostawionego w Polsce. Wielu ludzi podkreśla, że zakończenie procesu reprywatyzacji jest ruchem w sumie właściwym; może i racja, ale przy tej okazji daliśmy pokaz beznadziejnej i aroganckiej, w najwyższym stopniu nieprofesjonalnej dyplomacji. Co szkodziło w poufnych rozmowach zapytać najpierw Izrael o stanowisko w tej sprawie i wręcz poprosić o pomoc w rozwiązaniu kłopotliwego problemu? A potem uwzględnić ich stanowisko?

Albo mamy więc do czynienia z dyletantyzmem, albo ze świadomą chęcią wzmożenia w Polsce nastrojów antysemickich – bo przecież reakcja Izraela (zwłaszcza przy tym rządzie) była dość oczywista i wywołanie w ten sposób pośrednio wściekłości naszych turbopatriotów – także.

Nie wykluczam, że oba te przypuszczenia są prawdziwe. Być może, Kaczyński chce rozpocząć kolejną wewnętrzną wojenkę, potrzebną do jakiegoś zupełnie nowego matactwa?

Wszystko to razem (dodając jeszcze idiotyczną podwyżkę dla „swoich” wysokich urzędników i aferę z europejskimi sądami) prowadzi do jednego wniosku. Bez wątpienia przyszli historycy nazwą okres, w którym żyjemy, okresem kłamstw, arogancji i partactwa. Tak dennego i nieudolnego rządu Polska chyba nigdy nie miała w całej swojej historii. I wszystko jest oparte na większości parlamentarnej, liczącej kilka głosów; nie wierzyłbym w tak absurdalną sytuację, gdybym nie był naocznym świadkiem.

14.08

Chwilowo nic o polityce, religii i tym podobnych obrzydlistwach.

Musimy poczekać – pewne terminy biegną i można być pewnym, że osoby i instytucje zainteresowane będą przeciągały podjęcie stosownych (lub zupełnie niestosownych) decyzji do ostatniej chwili; takie siłowanie się na rękę.

Skupię się dziś na czymś innym, co – niesłusznie – interesuje na razie tylko specjalistów, a może przynieść w naszym życiu dość istotne zmiany. Przepraszam, że może kogoś zanudzę, ale mnie to akurat pasjonuje.Ale zacznijmy od kilku słów wstępu historycznego.

Jak państwo doskonale wiedzą, komputery zaczęły odgrywać coraz bardziej istotną rolę w naszej cywilizacji w drugiej połowie ubiegłego stulecia. Najpierw były to wielkie słoniowate urządzenia, zajmujące całe pokoje. Już jednak te wolne i psujące się bez przerwy giganty (średni czas bezawaryjny pierwszego polskiego komputera XYZ, przy którego obsłudze pracowałem, wynosił… 50 minut) potrafiły realizować zadania, które bez nich były całkowicie niewykonalne. Nie będę tu przytaczał przykładów, bo nie o nie chodzi.

Pod koniec stulecia komputery szalenie zmalały i przyspieszyły. Już budziły powszechne zdumienie swoimi możliwościami i możliwościami zastosowań, ale to jeszcze było nic. Wreszcie maszyny zaczęły się między sobą komunikować. Połączyły się w sieci; najpierw lokalne, potem w sieć globalną, którą dziś nazywamy Internetem. Rychło okazało się, że dobrym pomysłem jest przechowywać dane na jednym komputerze i ściągać je do obliczeń na drugi, może nawet odległy o tysiące kilometrów. Ale obliczenia były nadal wykonywane lokalnie przez programy zainstalowane na komputerach w naszych domach czy miejscach pracy. Pewno pamiętają państwo nieodległe czasy, w których kupowaliśmy sobie pięknie zapakowane w pudełka sterty dyskietek z najnowszym Wordem, Excelem czy jakimś programem obsługi baz danych. I pamiętacie kłopoty, jakie mieli mniej wprawni ludzie z obsługą tego wszystkiego; w instytucjach zaczęły odgrywać coraz większą rolę działy informatyki, zatrudniające służących radą i pomocą inżynierów. Ja doskonale pamiętam koleżanki łapiące się za głowę z okrzykiem „znów mi się Word zawiesił” albo „nie da się poczty czytać” i „zadzwońcie po informatyków”…

A potem pojawiły się pakiety obliczeniowe „w chmurze”. Przestaliśmy (choć dziś jeszcze nie wszyscy) kupować stosy pudełek i dysków. Mamy abonament i potrzebny pogram wzywamy po prostu, gdy jest niezbędny w najnowszej wersji z jakiegoś serwera, którego lokalizacji fizycznej nawet nie znamy – bo i po co? Nie mordujemy się już z aktualizacjami, mnóstwo kłopotów zniknęło. Tak działa od kilku lat najsłynniejszy chyba pakiet Microsoft Office, ale nie tylko on. Wystarczy mieć komputer z zainstalowanym „gołym” systemem operacyjnym, łączność z Internetem i w zasadzie to starczy.A zupełnie niedawno zrobiony został krok kolejny. Już widać, że i system operacyjny nie będzie potrzebny. Wystarczy samo pudło wypakowane niezawodną elektroniką. Z „chmury”, skądś tam ściągniemy wszystko: nie tylko dane, nie tylko programy, ale i cały system operacyjny…

Niedawno Microsoft uruchomił coś takiego. Nazywa się to Windows 365 i płaci się za używanie tego systemu zależnie od wybranych możliwości technicznych i liczby osób z tego korzystających w danej instytucji; jak na nasze przyzwyczajenia płaci się zresztą dosyć sporo. Ale wyjdzie to w dużej firmie i tak taniej, niż rzesza techników na etatach. No i nikt nie pójdzie na chorobowe czy macierzyńskie, nie zapyskuje…

Zdarzyło się jednak coś zabawnego. Microsoft udostępnił to rozwiązanie również osobom indywidualnym do testowania. I… musiał natychmiast się wycofać: zainteresowanie było tak ogromne, że przerosło możliwości techniczne tej potężnej firmy. Okazało się, że pomysł idealnie wpasował się w potrzeby rynku. Nadchodzi nowa rewolucja.

Co z tego wynika? Nic dobrego dla wielu techników–informatyków zatrudnionych w instytucjach w obsłudze technicznej. Stają się zbędni. I owszem, nadal będą w cenie programiści; ale znudzony pan ze śrubokrętem, przychodzący w godzinę po telefonie pana Józia czy pani Basi z księgowości, który nacisnął dwa klawisze i przywracał do życia „uśmierconego” Della czy innego Maca – już nie ma przyszłości. Życie stało się łatwiejsze.Ale… już nie tylko nasze dane wyemigrowały. Teraz może być i tak, że nasza praca będzie w rzeczywistości wykonywana zupełnie inaczej, niż sądzimy i widzimy. Tracimy kontrolę nad całością operacji. Oddajemy kontrolę nie tylko nad danymi, ale i nad wynikami — w gruncie rzeczy.

Pracujemy wygodnie i tanio. Rządzi jednak ten niewidzialny, nie wiadomo kto, i nie wiadomo gdzie.

W paru instytucjach to niekłopotliwe rozwiązanie się zatem raczej nie przyjmie. A w każdym razie nie powinno. Żeby potem nie było mówione, że nie było powiedziane.

Komputer w chmurze Windows 365 | Microsoft

Platforma Windows 365 łączy w sobie możliwości i bezpieczeństwo chmury z uniwersalnością i łatwością korzystania z komputera. Platforma Windows 365 oferuje różne nowe scenariusze dla nowego sposobu pracy, od podwykonawców i stażystów po deweloperów oprogramowania i branżowych projektantów.

13.08

Pętam się po różnych zakątkach Internetu, chcąc poczytać co ludzie myślą – i czasami mi oczy wyłażą na wierzch ze zdumienia. Niby nie ma powodu, bo – wiadomo – menażeria sieciowa jest przebogata, ale niektóre opinie wydają mi się jednak szokujące.

Weźmy taką; streszczam niedawno przeczytaną dyskusję: obrona TVN nie ma sensu, bo to jest stacja kapitalistycznego establishmentu i na pewno nie znajdzie się w niej miejsca na prawdziwe opinie klasy pracującej miast i wsi, a jeżeli nawet – to w kontekście dla niej krytycznym. TVP jest oczywiście niedobra, ale czasami tam jednak pokazują uczciwie, że zdarzają się strajki w obronie warunków pracy, a nie brudnych celów politycznych. No i można tam usłyszeć, że ostre podatki progresywne, skierowane zwłaszcza przeciw międzynarodowej finansjerze są słuszne; a przecież są. Więc w sumie „nasza robotnicza sprawa” znajduje więcej wsparcia po stronie rządowej niż u zdemoralizowanych oparami hedonizmu „libków”. Nie należy też popierać oficjalnej lewicy, bo przecież to klasyczna reformistyczna socjaldemokracja; a główny zaprzaniec to Zandberg, bo najlepiej udaje przyjaciela ludu pracującego.

Tak, to „nieoficjalna”, bo bez własnej formalnej reprezentacji skrajna lewica; przynajmniej ta grupa się za coś takiego uważa. Która najwyraźniej kultywuje tęsknotę za nieświętej pamięci Związkiem Radzieckim jako „ojczyzną wszystkich ludzi pracy” i stąd zdecydowanie woli Putina niż “imperialistę” Bidena. Która nie ukrywa sentymentu do fidelowskiej Kuby. Która w rozwoju Chin nie widzi w najmniejszym stopniu wyniku postawienia na zgoła kapitalistyczne metody zarządzania gospodarką i postęp naukowo–techniczny, tylko „żelazną rękę przodującej organizacji ludzi pracy” (to ostatnie rzecz jasna z dużym uznaniem).

Przy takim podejściu oczywiście jest im dokładnie wszystko jedno, jak się zachowują rządzący w Polsce i kim naprawdę są. Nie ma dla nich żadnej różnicy między Tuskiem, Hołownią czy Czarzastym a bandą Kaczyńskiego – bo ważne jest to tylko, że to nie oni. Z niezachwianą wiarą wierzący w zupełnie zmitologizowany socjalizm z przewodnią rolą klasy pracującej i ich jedynej Matki – Partii…

W sumie to wydaje mi się, że oni bardzo niewiele się różnią od Kaczyńskiego i jego zwolenników. Karol Marks zamiast Matki Boskiej, kolor czerwony zamiast “niezwyciężonych barw biało–czerwonych”, rada polityczna zamiast biura politycznego czy tam odwrotnie… Co za różnica?

Ta sama jedyność własnej prawdy, ta sama niechęć do całego cywilizowanego świata, ta sama pogarda dla inteligencji i twórczości, to samo marzenie o zwartych szeregach krzepkich dziewcząt i chłopców, równym krokiem defilujących przed Tymi–Którzy–Wiedzą–Lepiej.

No i — przyznaję, dość nieśmiało, ale jednak — znów powtarzane hasło o “równych żołądkach”, które mnie doprowadzało “wtedy” i doprowadza dziś do białej gorączki, bo dla mnie zawsze decydująca różnica między ludźmi tkwiła w głowie…

Dobra, tu skończę. Nie będę się wyrażał. I tak, macie rację: jestem dużo gorszy niż renegat Kautsky. Przede wszystkim dlatego, że w odróżnieniu od niego jeszcze żyję i mogę napisać taki haniebny antyproletariacki manifest.

12.08

Po namyśle – czarno to wszystko widzę.

Wydaje mi się, że gdzieś tak od ponad 100 lat sytuacja polityczna we w miarę cywilizowanych krajach w zasadzie nie zmienia się już w wyniku rozstrzygnięć siłowych, czyli krwawych rewolucji, ani w bezpośrednim rezultacie masowych demonstracji. Władza funkcjonująca w tych krajach, jeśli ma do dyspozycji siły zbrojne, policję i finanse oraz wsparcie panującego na danym obszarze Kościoła – potrafi sobie dać radę. Kogo trzeba w razie czego przekupi, innych spałuje i wsadzi do paki – a jak będzie trzeba, to zakatrupi. Nieliczne wyjątki nie przeczą tej tezie (proszę mi nie opowiadać o Rumunii i losach Ceausescu, bo w wyniku jego rządów to nie był cywilizowany kraj). Klasycznym przykładem jest Białoruś i Łukaszenka: demonstracje milionowe, dyktator tak trzęsący portkami, że lata po domu z gołą spluwą w garści – i sałata. Przeczekał, zdławił, zamknął, powywieszał. Robi co chce.

Wobec tego – jakim cudem dokonują się jednak niekiedy przemiany ustrojowe, zwłaszcza w kierunku demokratycznym? Nie spodoba się wam moja odpowiedź na to pytanie. Taka zmiana występuje wówczas, gdy dyktator jest dostatecznie inteligentny (albo dosadniej: gdy jest rdzennym wykształconym inteligentem, a nie tępą dzidą), by dostrzec, że system wyczerpał swoje możliwości – i że jedynym wyjściem jest oddanie pola.

Dwa przykłady: Gorbaczow i Jaruzelski.

Zatrzymajmy się na tym drugim: nie jest prawdą, że „Solidarność” zmusiła go do czegokolwiek. Gdyby chciał, zdławiłby ją siłą w ciągu kilku tygodni; dokładnie tak, jak zrobił to w pamiętnym grudniu. Nie chciał, bo zrozumiał, że kraj leży ekonomicznie a z zewnątrz już żadnego wsparcia nie otrzyma, bo wszelkie źródła zasilania wyschły. Zresztą on sam też by nie dał rady: musiał mieć wokół siebie również bardzo bystrych facetów, którzy pomogli mu w operacji oddania władzy, pacyfikując przy okazji różnych Siwaków, Milewskich i im podobnych.

Powtórzę: to, że w 1989 roku stało się, co się stało – to niemal wyłączna sprawa Jaruzelskiego i kompanii.

I teraz powrót do sytuacji dzisiejszej. Otóż problem w tym, że w rządzącej teraz klice nie ma żadnego faceta, który na kilometr zbliżyłby się klasą i intelektem oraz rozumieniem rzeczywistości do Jaruzelskiego, Kiszczaka czy Rakowskiego. To są sami Kruczkowie czy inne Jóźwiaki; nawet jeśli puszą się swoim herbowym pochodzeniem (a, prawdę mówiąc, im bardziej się puszą, tym to o nich gorzej świadczy – to tak na marginesie, Wasze Książęce Moście…).

Oni nic nie rozumieją; są z wzajemnością zakochani sami w sobie i wpatrzeni w faceta, który przeczytał dwie książki więcej od nich, co już jest samo w sobie liczbą dla nich nieskończoną.

Na co więc liczyć? Na to, że jednak po rządach Witaszewskich, Radkiewiczów i Bierutów pojawi się człowiek choćby w miarę inteligentny. Wtedy trzeba go wspomóc. Tak, jak postąpiliśmy w Październiku 1956. A potem już poszło, choć momentami po cholernej grudzie. I niestety szybko nie poszło.

Niektórzy mówią dziś w desperacji o potrzebie strajku generalnego, który jakoby mógłby sprawę załatwić.

Strajku generalnego?

Kto niby miałby strajkować, rodziny Radia Maryja albo Klub Przyjaciół Reichsfuehrera SS… przepraszam, Roty czegoś tam narodowo–katolickiego?

Wolne żarty. I dlatego czarno to widzę. Chciałbym bardzo się mylić.

11.08

No i dupa. Może nie wielka, ale ładna.

PiS przerżnął gładko głosowanie wniosku o przerwanie obradowania do 1 września. Witryna Wprost podała jako pierwsza:

Wynik głosowania to 229 do 227. Nikt nie wstrzymał się od głosu. Decyzję przyjęto oklaskami na stojąco. Rezultat ten to przegrana PiS, które po ostatnich zawirowaniach w rządzie, straciło sejmową większość.

Przypomnijmy, że podczas środowego posiedzenia, posłowie mili pochylić się nad tzw. „lex TVN”, czyli nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji. Nagle jednak poseł opozycji Bartłomiej Sienkiewicz wystąpił z wnioskiem o odroczenie obrad do 1 września.

Ogłaszając to pani marszałkini miała minę bezcennej urody. Rad bym ją taką widzieć do końca dni – jej lub moich; lepiej oczywiście jej.

Piszę to w momencie, kiedy niemal biegutkiem władza opuściła salę i chce wznowić obrady o 18.00. Nie można wykluczyć jakiejś reasumpcji głosowania, bo oni nie nawykli przegrywać. Doczekam do końca z publikacją niniejszego zatem bom ciekaw.

Jakakolwiek próba chachmęcenia w tej sprawie to już będzie oczywisty zamach stanu, podlegający pod prawo karne.

Nic – widać – nie dało uruchomienie całej serii przekupstw, niektórych zakończonych sukcesem. Rozbawił mnie ten pan, który najpierw honorowo podał się do dymisji wraz z Gowinem, aby zaraz po tym – jak głoszą z triumfem prawicowe mendia – objąć po nim posadę. To już jest szczyt hipokryzji; ale jednak i głupoty politycznej: czyżby ten pan sądził, że zostanie mu zapomniane?

Rano znów dobrali się do syna Banasia, wchodząc (dobrze, że bez granatów hukowych i wrzasków „na glebę!”) do jego biura. Pewno byli dość wkurzeni, bo przerżnęli tymczasem w sądzie w sprawie Nowaka: sąd uchylił nie tylko nakaz aresztowania, ale polecił zwrócić kaucję. Marnie chłopakom idzie.

Mam nadzieję, że ten pan (wiecie, który…) dostanie zgagi połączonej z biegunką. Należy mu się.

Zdecydowali się na zamach i przekupstwo. Komentarz zbyteczny.

10.08

Dzieje się. Nie sposób tego komentować na bieżąco. Ostro przemówił Tusk. Przed chwilą skasowali Gowina, przedtem skompromitowali się błędami prawnymi we wniosku o pozbawienie immunitetu Banasia (ale się tym nie przejęli – bo nie, i już), teraz w całej Polsce trwają protesty o media; bałem się, że w Warszawie rozpędzi nas burza z gradem, ale przyroda okazała się łaskawa. W tej sytuacji nic mądrego ani zabawnego nie uda mi się napisać; do jutra!

9.08

Dziś nic o polskiej polityce.

Wszyscy się czają i za kilka dni gruchnie, to chyba pewne; zatem nie ma co przewidywać. Już raz powiedziałem cytując pewnego pana z dawnego Studium Wojskowego UW, że nie zamierzam być żadną Pytą. Zatem opowiem wam dziś o książce, którą właśnie wczoraj skończyłem czytać.

Zachęciły mnie do lektury publikowane przez wydawcę opinie, że to książka strasznie śmieszna i prawdziwa; a że napisał Anglik, ja zaś ten typ poczucia humoru bardzo lubię – wysupłałem stosowną kasę i zamówiłem.

Od razu informuję: naciąłem się na tę opinię. Ta książka w najmniejszym stopniu nie jest śmieszna ani nawet zabawna. Wręcz przeciwnie, jest przeraźliwie smutna i poruszająca. Ale nie żałuję wydanych pieniędzy; to po prostu trzeba przeczytać. Chodzi o książkę Nicka Pettigrew „Antyspołeczny”.

W Polsce „antyspołeczny” – czyli państwowy urzędnik zajmujący się rozwiązywaniem drobniejszych (i trochę mniej drobnych) konfliktów na szczeblu osiedla czy nawet domu – nie istnieje. A jest to funkcja bardzo potrzebna. I koszmarnie trudna: ma się do czynienia z ludźmi z niepełnosprawnością umysłową, narkomanami, dealerami narkotyków i wszelkimi innymi typami, zakłócającymi normalne życie lokalnej społeczności. „Antyspołeczny” ma te konflikty rozładować, mając do dyspozycji dość bogaty zestaw środków – od rozmowy i perswazji, do skierowania sprawy do sądu i zażądania interwencji policji.

Powtórzę: to koszmarnie trudna robota. Nie dziwne więc, że wykonujący ją przez 10 lat autor sam popadł w uzależnienie od alkoholu i wypalił się psychicznie niemal do końca; niemal, bo cennym owocem jego pracy stała się właśnie ta książka. Bezcenny raport o bliskich dna warstwach angielskiego społeczeństwa. Na ogół znamy je u nas z pięknych seriali o lordach i zabawnych opowieści o życiu studentów Oxfordu; a tu trafiamy do świata bankrutów, beznadziei bezrobocia i wegetacji.

Co dziwne – czytając tę książkę odniosłem wrażenie, że angielski system opieki społecznej i obowiązujące tam rozwiązania prawne nie są same w sobie złe. Mają do siebie tylko to, że nie działają.

Ponury obraz współczesnego kapitalizmu (choć nie pada na ten temat expressis verbis nawet jedno słowo) wyłania się z kart tej książki. Warto ją przeczytać, żeby zobaczyć, że bogaty świat naszej cywilizacji nie składa się tylko z posiadaczy jachtów i dowcipnych dżentelmenów, wytwornie sączących popołudniową whisky. Warto, bo jest dobrze napisana przez wrażliwego i bardzo inteligentnego człowieka.

A momentami książka jest rzeczywiście zabawna. Niektóre opisane w niej sytuacje faktycznie śmieszą swoją abstrakcyjną nonsensownością. Ale to jest śmiech raczej przez łzy.

8.08

Przeczytałem dziś znamienny dla pewnego toku myślenia artykuł. Nie powiem gdzie i nie wymienię autora, bo ani się nad nim personalnie pastwić nie zamierzam, ani też nie chciałbym temu źródłu nadganiać popularności. Rzecz jest jednak warta kilku uwag – jako absolutnie dla prawicowych mediów typowa i zawierająca typowy błąd w rozumowaniu.

Zacznijmy od tego, że tekst jest jednym wielkim biadoleniem nad sytuacją mediów, zwanych w tym obozie „propolskimi”. Które, w odróżnieniu od mediów „lewicowo – liberalnych” podobno robią bokami i ledwie dyszą, co jest jakimś niepojętym błędem przyrody.

„Lewicowo – liberalne”. Tu mamy pierwszy znak zapytania: znacie takie? Bo ja nie. O ile cokolwiek z teorii pamiętam, to słowa te wzajemnie się treściowo wykluczają, takiego zwierzęcia nie ma w przyrodzie: albo się jest lewicowcem, albo liberałem; na raz się chyba nie da. Chyba że chodzi o podział na „propolskie”, czyli nasze i wszystkie inne; rozumiem jednak, że propagandystom pisowskim to „wszystkie inne” przez klawiaturę z trudem przechodzi, bo wtedy oni sami wychodzą na jakąś sektę. Czym zresztą są faktycznie.

Przejdźmy jednak do głównego tematu ubolewań, czyli do pieniędzy. Otóż zdaniem autora (a jest to opinia reprezentatywna) owe media lewicowo–liberalne są w znacznie lepszej sytuacji finansowej niż owe „propolskie”, i to mimo miliardów dla Kurskiego i praktycznie zahamowania dopływu reklam ze spółek skarbu państwa. Wszystko to leci do Sakiewicza, Rydzyka, braci Karnowskich, wspomaga tę stronę również paru polskich braci Koch, czyli prawicowych miliarderów – i nic. Kicha. Wciąż są biedni i słabi.

I w związku z tą słabością nie mogą na przykład wykreować swoich gwiazd literatury i publicystyki – a przecież ich kandydaci na gwiazdy takie absolutnie słuszne i uniwersalne tematy podejmują: Smoleńsk, żołnierze wyklęci, cnoty niewieście…

I na to można dać tylko ułamek tej kasy, jaką zupełnie niesłusznie biorą od wiadomych środowisk pani Tokarczuk i jej podobni.

Bierze się zaś ta oburzająca dysproporcja stąd, że komuchy, kryptokomuchy i liberały działając oddzielnie lub w porozumieniu, opanowali szybko pewne tytuły – na przykład „Politykę”, założyli własne za pieniądze (lub dzięki wiedzy) Służb Specjalnych, no i leci.

Nie chcę dalej rozwijać tej argumentacji, jawnie wszak idiotycznej. Wystarczy przywołać kilka powszechnie znanych przykładów mediów, które prawica za darmo dostała w łapy i natychmiast doprowadziła do bankructwa – stary dobry „Express Wieczorny” jest tu sztandarowym przykładem; nieźle wspominam także historię totalnie zmarnowanego „Życia Warszawy”. Zatem, przyjmując ten opis sytuacji – ubogiego „obozu propolskiego” i zamożnej całej reszty – może wyjaśnienie jest prostsze?

Może wy, panie i panowie, jesteście po prostu partaczami i nie potraficie ani pisać, ani redagować, ani robić rozrywki? Może w ogóle nie rozumiecie potrzeb współczesnego widza i czytelnika?

Może wasza „stuprocentowo słuszna i pewna” pobożno–patriotyczno–martyrologiczna tematyka po prostu obchodzi jakiś śmieszny ułamek społeczeństwa?

Może odgrywa tu rolę wasza niewiarygodna pogarda dla społeczeństwa, o którym myślicie, że uwielbia panów Martyniuka, Pietrzaka i im podobnych – a wszystko inne jest dla niego za trudne?

Może robicie błąd, sądząc, że wystarczy w mały ekran wsadzić ogórek, żeby widz oszalał ze szczęścia i doznał orgazmu?

Pamiętajcie: nauka zawsze preferuje rozwiązania najprostsze, choć niekoniecznie miłe i przyjemne dla pytającego

7.08

Nie wierzę.

Nie jest to – wyjaśniam – deklaracja ateizmu. Tę złożyłem już dawno i każdy, kto mnie dłużej zna wie, że jestem całkowicie niemoralnym wrednym bezbożnikiem, i tak już będzie, bo to całkiem przyjemne. Niniejsze oświadczenie dotyczy dnia dzisiejszego.

Dziś mianowicie Jarosław Kaczyński był łaskaw powiedzieć, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego zostanie zlikwidowana. Niby oznacza to ustępstwo wobec wymogów Unii Europejskiej, ale ja w to nie wierzę: pan prezes zapowiada po prostu próbę kolejnego matactwa. O czym świadczy dodanie do komunikatu o likwidacji Izby słów „w obecnej formie”.

Dziś również pan Jarosław Gowin postawił jakoby ultimatom PiS–owi. „Nie poprzemy zmian podatkowych, zmian w finansowaniu samorządów i zmian w prawie medialnym bez uwzględnienia naszych postulatów” zapowiedzieli chłopcy, co media określiły właśnie mianem ultimatum.

I znów: nie wierzę. To żadne ultimatum: to dość żałosna prośba „wyrzućcie nas”, bo wyrzuceni będziemy mieli lepszą pozycję wyjściową, kiedy fikniecie kozła.

Zakazane zostanie noszenie wojskowych mundurów przez „antyszepionkowych terrorystów” i wprowadzone będą sankcje; odpowiednie rozporządzenie trafi do uzgodnień międzyresortowych – poinformował w piątek Błaszczak. I znów: nie wierzę.

Po pierwsze, władza się nie odważy nikogo nazwać wprost terrorystą, a po drugie wszak nie mówimy o mundurach, tylko o „strojach organizacyjnych”. Które na przykład będą się różniły od wojskowego munduru wzorem tłoczonym na guziku.

Jednym słowem mamy do czynienia z gadaniem – byle gadać. „Huk duży, szkody żadne” – określała taką sytuację jedna z moich teściowych.

I o ten huk właśnie chodzi. Tylko że to już nic nie da.

„Trzeba wyczuć, kiedy w szatni / płaszcz pozostał przedostatni” – śpiewał genialnie o podobnej sytuacji w tzw. minionym okresie Wojtek Młynarski. W owym minionym okresie zresztą wyczuli z dużym opóźnieniem.

Jedno mnie w tym wszystkim martwi: że jak na razie dość skutecznie zostawił płaszcz w szatni Łukaszenka; mogą się na niego zapatrzeć. Z drugiej jednak strony pamiętałbym również, że zdarzyło się już niegrzeczne działanie szatniarza, który cokolwiek brutalnie nie oddał płaszczy państwu Ceausescu…

6.08

Jutro powinno być ciekawie – Gowin ma zdecydować, czy nadal pozostanie koalicjantem Kaczyńskiego.

Z jednej strony to ostatni moment, by uciec spod stryczka (oczywiście: niedosłownego), który będzie nieunikniony w wypadku przegranej Zjednoczonej Prawicy w ewentualnych wyborach, z drugiej jednak taka ucieczka, to dowód daleko posuniętej niestabilności politycznej, co też nie jest dla tego ugrupowania korzystne. Mało mnie to oczywiście obchodzi, bo opinię na ich temat mam jasną. I nie jest ona pozytywna.

Najważniejsze jest więc to, że w rządzącej koalicji się wyraźnie gotuje – a eksplozja w tym garnku to jednak chyba jedyny sposób, by go rozwalić. Nie wierzę już w sprawczą skuteczność żadnych demonstracji, nawet milionowych: Łukaszenka pokazał, że można to po prostu olać i spacyfikować.

Tymczasem mamy wyraźnie rysujące się we władzy nie trzy koalicyjne ugrupowania, ale trzy warczące na siebie wyraźnie sfory: ziobrystów, gowinistów i kaczystów. Dzisiejszy wywiad pana Zbinia w Rzepie i oświadczenia jego wiceministrów nie pozostawiają cienia wątpliwości: oni chcą zwarcia z Unią. A zafundują sobie zwarcie wewnętrzne; oby spokojne.

Kończymy z sytuacją polityczną. Moim zdaniem, przesilenie jest o włos. Poczekamy.

Drugi dziś temat to sprawy mediów. I tym razem nie chodzi mi o walkę o wolności dziennikarskie, oczywiście w tym wszystkim najważniejszą, ale o tzw. sytuację ogólną.

Czytam ile wynosi tzw. średnie rozpowszechnienie płatne razem (tzn. sprzedaż egzemplarzowa i prenumerata, włącznie z elektroniczną) czołówki gazet i jakoś dziwnie mi się robi. „Gazeta Wyborcza” spadła ze sprzedażą do lekko ponad 54 tys. egzemplarzy i … zajmuje mimo to trzecie (!) miejsce po „Fakcie” i „Superaku”.

Tyle – to za czasów mojej młodości mógł wynosić nakład „Przeglądu Hodowców Kanarków” (albo popularnonaukowych i dość trudnych „Problemów”…).

Co oznacza, że prasa drukowana nadal konsekwentnie dołuje: przeciętny spadek nakładów w minionym okresie (mówimy o czerwcu) wyniósł ponad 8%. Nakłady spadają – co znaczy, że rośnie znaczenie mediów elektronicznych, telewizji i przede wszystkim Internetu, gdzie umacnia się rola mediów społecznościowych.

Proszę spojrzeć: Facebook pozwala mieć maksymalnie 5000 „znajomych”, czyli odbiorców naszych przemyśleń (lub wypocin, co tam komu pasuje), jeśli ktoś lubi – jak ja – zamknięte „bańki”. Oznacza to, że 10 współpracujących w jednej paczce regularnie piszących ludzi dotrze do takiej samej liczebnie grupy odbiorców, co cała „Wyborcza”. Nie sposób lekceważyć tej tendencji.

I może nie tak prędko, jak zmiany polityczne, ale jakaś zasadnicza rewolucja na rynku medialnym jest przed nami.

Grozę budzi tylko fakt, że największe zainteresowanie ludu pracującego miast i wsi wydają się budzić – gdy chodzi o treść – co bardziej pikantne plotki o tzw. gwiazdach i jeszcze ewentualnie sport; no ale ów lud najwyraźniej tak ma genetycznie. W końcu ktoś wybierał tych Trumpów (bo zjawisko jest światowe), Orbanów, Kaczyńskich i Kukizów…

Wiem, wiem: ohydny klasizm. Uprzejmie proszę nie fatygować się z taką krytyką, bo ją z góry oddalam. Krytykującym zaś powiem tak: schrzaniliście kompletnie edukację, no to macie skutki. To nie jest tak, że wraża burżuazja oszukała klasę pracującą; a w każdym razie — nie tylko tak. Ale to temat na zupełnie inne wypracowanie i to nie jedno.

5.08

Niestety, idiociejemy.

Prawda, że nie wszyscy – ale tych głupiejących wystarczy, by człowiek myślący poczuł się nieswojo.

Jak to pierwszy raz przeczytałem, pomyślałem, że śnię: 5 lat temu chłopak wszedł w czapce do Sanktuarium Marii Śnieżnej w Kotlinie Kłodzkiej. Jak informuje wałbrzyska Gazeta Wyborcza, od tego czasu toczą się przeciwko niemu rozmaite postępowania, a teraz jest ponownie oskarżony o to, że obraził uczucia religijne parafian – prokuratura właśnie wystąpiła o kasację wyroku uniewinniającego.

Za chwilę jakaś prukwa oskarży sąsiadkę, że widziała ją w kawiarni z niebędącym jej mężem facetem, co uraziło tej prukwy moralność i uczucia religijne. I nie usłyszy od prokuratora, że jest idiotką, tylko rozpocznie on kosztowny i długotrwały proces „dochodzenia do prawdy”.

W ogóle odnoszę wrażenie, że nie ma tak bezsensownej i wręcz kretyńskiej sytuacji, która nie mogłaby się w Polsce PiS stać rzeczywistością. A już, zwłaszcza gdy sprawa w jakikolwiek sposób będzie kościółkowa…

Oko.press donosi o masakrze, jaką wykonano w Instytucie Adama Mickiewicza, kadrowej i merytorycznej. Wypisz – wymaluj, powtórzyła się słynna sprawa stadniny koni arabskich w Janowie, tyle że o inne środowisko idzie…

Bronimy sądów. Niektórzy sędziowie nie ułatwiają nam tego działania. Dziś rozprawa o ukaranie sprawców obalenia pomnika księdza–pedofila i w ogóle szemranego jegomościa nazwiskiem Jankowski została odłożona do 20 września; ale co ciekawe, wszystkie pytania obrońców oskarżonych o motywy ich postępowania były przez sąd uchylane. Sąd i oskarżycieli interesowało za to, zdaje się, ile w złotówkach wyniosły straty, wynikające z uszkodzeń figury i doprowadzania skweru do stanu używalności…

Kiedyś – to ogólnie znana historia – Stefan Kisielewski użył pod adresem prominentów minionej władzy słów „dyktatura ciemniaków”. Miał sporo racji; znałem osobiście ludzi tamtej władzy, których należałoby tak właśnie określić. Sęk w tym, że oni wydają mi się dziś wyrafinowanymi intelektualistami w porównaniu z niektórymi dzisiejszymi ministrami, senatorami i posłami.

Ciekawe: jakiego słowa musiałby użyć Kisiel obecnie?

Osobiście mam wrażenie, że po prostu by zwymiotował.

4.08

1. Wyobrażam sobie, jak Kaczyński sobie pluje w brodę w związku z wytypowaniem Banasia na szefa NIK. Oczywiście, robiąc to, doskonale wiedział, że ma on pewne, hm…, słabości – i sądził, że dzięki temu będzie łatwiej sterowalny. Niestety, TVN popsuł interes i te słabości ujawnił bez pozwolenia (co za skandal, te wolne media…) – a Banaś okazał się twardszy, niż statuty PiS przewidują…

No i teraz zupa się wylewa całymi kubłami; dziś ochlapało Ziobrę. Konferencja prasowa panów z NIK była nader ciekawa. Za dwa tygodnie zgodnie z przepisami polecą szczegóły. Niestety, zarzuty przeciw ministrowi sprawiedliwości rozpatrzy prokurator generalny, co w jakimś stopniu utrudnia sprawę. Ale po drodze będą różne sądy i jeśli nawet nie skończy się to tzw. ciupą teraz, to w aktach zostanie. A po zmianie rządu…

Na wszelki wypadek będąc beneficjentem tej władzy ponad miarę, szykowałbym sobie wyjście awaryjne. Jakąś chałupkę na Białorusi albo daczę na Krymie. No, Sycylia się tu narzuca, ale to jednak Zachód; mogą partaczy nie lubić…

Niektórzy chłopcy ziobryści przez te dwa tygodnie mogą mieć nerwicowe zapalenie jelita grubego.

2. W sprawie ustawy anty-TVN też idzie jak po grudzie. Teraz jacyś wredni senatorowie z USA zagrzmieli basem; wszystko wskazuje, że jeśli prezesowi ludzie polezą w zaparte, to dostana już nie naganę ani nie obniżą im oceny ze sprawowania, tylko przyładują piórnikiem po łapach, jak moja babcia dostawała niegdyś w carskiej szkole. Będzie bolało. I znów główne uderzenie trafi najpierw w ziobrystów. Pan Zbinio pewno będzie miał – jak to on – bardzo silny wykwit purpury na buzi…

3. Co gorsza, Tuskowi rośnie; i to już nie tylko z powodu odzyskiwania tych, co od Budki woleli Hołownię: bardzo powoli, ale do Prezesa miłośnicy też zaczynają zmieniać sztandary. Dziś bardzo fajna konferencja z samorządowcami i Tusk miał interesującą wymianę poglądów z jakimś – zapewne wytypowanym przez lokalną komórkę partyjną – zapiewajłą pisowskim. Spokojnie i bez obrażania (choć z pewną dozą ironii) przerobił gościa na trociny.

Inna sprawa, że to ja tak widzę. Miłość, jak wiadomo, zaślepia, więc odbiór u zwolenników Prezesa może być inny.

Pamiętam doskonale słowny pojedynek Wałęsy z Rakowskim, który też raczej nie uległ Przewodniczącemu, powiedzmy sobie prawdę w oczy… Zimny obserwator bez wątpienia musiałby przyznać, że Wałęsa nie sprostał wtedy intelektualnie zadaniu (choć bardzo się starał). Ale to jego lud wtedy kochał, więc nawet jakby powiedział tylko „:błee”, to i tak powiedziano by, że Rakowskiego „zmiażdżył”, jak to teraz lubią określać prawicowi dyżurni od propagandy.

4. Kilka nowych medali. Lekkoatletykę oglądałem. Pojedynek Nowickiego z Fajdkiem – wyborny. W ogóle popieram inżynierów, a już w sporcie szczególnie. Żeby ich było trochę w polityce zamiast absolwentów teologii i nauk zbliżonych… Bieg na 800 m chłopaków – rewelacja. Okrzyki wioślarek – sam miód; ależ one są opanowane, żeby w takich emocjach nie szurnąć wiąchą! Te mikrofony zbierające odgłosy z aren, to świetny (choć nie nowy: kiedyś się to nazywało “efektówka”) pomysł; bo poza tym, to Japońce realizują spektakl telewizyjny mimo kolosalnych możliwości technicznych raczej po amatorsku.

3.08

Będzie dziś krótko, bo wszystko przytłumione przez Igrzyska. Polakom jakoś poszło, więc euforia i łomot w narodowy bębenek; inne głosy milkną. A że to nie moja bajka, więc ten temat przemilczę. I doprawdy – zastanawianie się, komu pan Duda pogratulował szybciej, komu wolniej, to czynność, przepraszam najmocniej, całkowicie pozbawiona sensu.

Jest jednak coś ciekawszego. Otóż „sprzeciwiamy się gwałtownej podwyżce podatków” – powiedziała we wtorek wiceminister rozwoju Anna Kornecka (Porozumienie) odnosząc się do rozwiązań proponowanych w Polskim Ładzie. Nie wykluczyła wyjścia Porozumienia z koalicji w ramach protestu. Co oznacza, że Zjednoczonej Prawicy de facto już nie ma; sądzę, że to są ostatnie dni Gowina w sferze publicznej. Bo gdyby – jak niektórzy mówią – wszedł w jakiś alians z PSL–em, to chyba pęknę ze śmiechu.

Na drugi (a może pierwszy) kłopot dla Kaczyńskiego wyrasta sprawa antyszczepionkowców. Siedli na tego konika wyraźnie ludzie typu Brauna czy Kowalskiego (nie przechodzi mi przez klawiaturę słowo „politycy”) i robią dym coraz ostrzejszy i – jak w Zamościu – dosłowny; za chwilę Kaczyński, chcąc nie chcąc, będzie musiał ich mocno uderzyć. A to w połączeniu z brykaniem Gowina oznacza, że zostanie sam. Ewentualnie ze swoim „zakonem” nieudaczników, bo oni przecież gdzie indziej nie mają czego szukać: wolnych posad za interesujące ich frukta przyroda nie zna.

Wrogi jazgot prawicowych mendiów się nasila. To też świadczy o nadciągającym kryzysie.

Co jednak nie znaczy, że porządni ludzie mogą sobie usiąść na brzegu rzeki i czekać, aż zwłoki przeciwników same przepłyną. Tak dobrze nie ma. Trzeba wziąć kijaszek i popchnąć, nie ma rady.

2.08

Dzisiaj dla mnie tematem nr 1 jest atak na punkt szczepień w Zamościu.

Pan minister zdrowia dał 10 tys. zł za wskazanie sprawcy podpalenia, zapowiedział szybkie wprowadzenie ustawą statusu funkcjonariusza publicznego dla medyków, nazwał incydent przejawem terroryzmu…

Pięknie.

Tylko kto i po co wyhodował na własnym łonie tych bandziorów? Kto to mówił, że się nie szczepi „bo nie”? Kto się umizgiwał do szurniętych nacjonalistów i robił gówniarzy wiceministrami?

Ze słupków w ciągle prowadzonych badaniach opinii wynikało, że to jest znaczna część własnego elektoratu. Więc jeśli nawet tego towarzystwa nie pieszczono, to starano się go nijak nie urazić. Sypano groszem na rozmaite mocno wątpliwe imprezy.

A wrzód rósł. I stał się wreszcie rzeczywistym problemem.

Stara polityka tolerancji i udawania, że nie ma sprawy – z hukiem eksplodowała i spłonęła w Zamościu. Już się tego nie da kontynuować, bo reszta własnego elektoratu tego nie zrozumie i nie zaakceptuje. Więc trzeba będzie rzeczywiście zareagować represją.

A wtedy ich się straci, do tej właściwej kartki wyborczej już nie sięgną. I może się okazać, że wyborów wygrać się nie da.

Problem.

Czym to przykryć? Żydów już się da użyć, Niemcy, Rosjanie, Unia Europejska i nawet Stany Zjednoczone jako wrogowie leżą na stole i w żadnym razie nie mają smaku nowości. To samo sądy i edukacja.

Chyba będzie trzeba zwalić winę na któregoś z tzw. sojuszników. Tego jeszcze w tej kadencji chyba nie grano.

Na wszelki wypadek proponuję zacząć od zrobienia porządku… w policji. Czytam dziś, że są jakieś fora internetowe, na których funkcjonariusze otwartym tekstem wypowiadają rozmaite teorie antyszczepionkowi i szerzą nacjonalizm; już jutro powinni co do jednego znaleźć się w cywilu z opinią o nieprzydatności do pracy w służbach mundurowych.

Ale nie, tego na pewno nie zrobią. Kto by w razie czego spałował emerytki, jak im się na przykład nie spodobają podwyżki dla władzy i pensja dla Pierwszej Damy?

Zupełnie oczywiście nie à propos (skądże, nigdy w życiu…) historyjka o pewnej damie, która poskarżyła się w warszawskiej socjecie stanisławowskiej na to, że król jegomość, wykorzystawszy ją w wiadomy sposób – nijak nie wywianował. Kiedy wieść ta do króla Stasia, ten natychmiast nadał damie niewielką wieś. Nazwał ją Zadupie. Może to zresztą nieprawda, ale ładnie wymyślone.

1.08

Wczoraj zmarł Jerzy Matuszkiewicz, znany niegdyś jako „Duduś” i lider zespołu jazzowego „Melomani”. Genialny kompozytor muzyki filmowej, polski Morricone, ale przede wszystkim jazzman – dla mnie zaś symbol mojej młodości. Pamiętam koncert „Melomanów”, który odbył się w warszawskiej Hali Gwardii w roku chyba 1954 i ten frenetyczny – jak się wówczas mówiło – szał publiczności. To „fruwa twoja marynara”… Te kłęby pyłu z ławek na widowni, gdy publika wstała i krzyczała…

Dzisiejsze masowe imprezy muzyczne na świeżym powietrzu, z potężnym nagłośnieniem, efektami świetlnymi, śpiewami z playbacku i tysiącami podskakujących na stojąco widzów też mają swój nastrój. To znaczy zapewne mają; ale nie jest to mój nastrój i nie chciałbym się tam znaleźć, nawet gdybym był młodzieńczo żwawy i ruchliwy. A gdyby na skromną estradę bez żadnych cudów akustycznych mogli wyjść znowu Jeanne Johnston, Jan Walasek, Carmen Moreno, Andrzej Trzaskowski, Ptaszyn, Komeda – czy Duduś właśnie, zrobiłbym wszystko, żeby tam być.

Śmierć Dudusia wywołała falę wspomnień, nie tylko tego koncertu. Niektóre:

We wczesnych latach pięćdziesiątych przyjechał do Warszawy zespół Everyman Opera ze spektaklem Gershwina „Porgy and Bess”. Po koncercie, koło północy miało się rozpocząć w „Nowiku” (czyli kawiarni „Nowy świat” na roku Świętokrzyskiej i Nowego Światu) jam session. Byłem tam, naturalnie – jak „cała Warszawa”. Siedzieliśmy na piętrze w górnej sali, zespół się spóźniał. I nagle z dołu od wejścia zabrzmiał wściekłym crescendo srebrzysty zaśpiew (nie znajduję lepszego określenia) jazzowej trąbki: przyszli i czarnoskóry trębacz, wbiegając po schodach ze swoim instrumentem uruchomił jakąś niesamowitą magię…

Wspominam też kawiarnię „Kaprys” na rogu Wilczej. Na pięterku grywał tam pianista jazzowy, zwany wówczas taperem. Bywałem w „Kaprysie” prawie co wieczór, nie sam naturalnie; kłanialiśmy się sobie z pianistą i on zaczynał natychmiast grać „Tea for two”. Nie miałem pojęcia, że po latach odnajdziemy się jako przyjaciele w jednej redakcji: to był jeden z najznakomitszych później polskich felietonistów, Aleksander Jerzy Wieczorkowski.

Albo kawiarnia warszawskiego „Bristolu”. Dziś nie ośmieliłbym się tam nawet wejść: portfel za cienki. Ale wówczas, jako student z kilkusetzłotowym stypendium naukowym, nie miałem problemu, by posłuchać pierwszego skrzypka polskiego jazzu, Józefa Mazurkiewicza – nawet co wieczór. Mała kawka kosztowała 2,40. Można było przy niej siedzieć godzinami, nie wyganiali. Złośliwi mówili: socjalizm, na kasie im nie zależy. Możliwe.

To wszystko razem znaczy oczywiście tyle tylko, że jestem mentalnie zużyty i nie nadaję się emocjonalnie do funkcjonowania w obecnej rzeczywistości.

Czytam dziś – ot tak, bez żadnej intencji – ogłoszenia o oferowanej pracy dziennikarskiej i stanowiskach w mediach. Jakieś „head of…”, jakiś „content manager”… Czytam co Czarnek i jego sitwa chcą zrobić z uczelniami a Gliński z kulturą…

I myślę sobie: jak to wspaniale być na emeryturze i nie musieć taplać się w gównie. Współczuję następnym pokoleniom. Mają spaskudzony kawał życia; nawet jeśli rządząca dziś mafia zbankrutuje i sobie poprzegryza gardła. Czego jej naturalnie serdecznie życzę.

A ja mam wspomnienia, których wy – młodzi przyjaciele – mieć nigdy nie będziecie. Współczuję wam. Na wasze bym się nie zamienił.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com