19.08.2021

Będzie to osobiste przynudzanie o zaprzepaszczonej wolności. Żeby cokolwiek powiedzieć na ten temat, zacznę od dwuzdaniowego wykładu z Historii. A zdania te brzmią tak: po troskliwym przyklepaniu nas łopatą, zaborcy zyskali nową prowincję, a my – kolejną i ostateczną utratę niepodległości. W ten sposób każdy nasz praprzodek zatrudniony na państwowej posadzie, pracował u kolonisty.
Nie wdając się w zbędne kwaknięcia, stwierdzić trzeba, że utraciliśmy duszę razem z upadkiem państwa i od tej pory byliśmy niewolnikami. Pracowaliśmy nie dla siebie, ale dla zaborcy. Zaborca łupił, grabił, co się da, nierzadko gwałcił i zabijał, fizycznie, lub psychicznie znęcał się nad poddanymi i pędził nas na zesłanie.
*
Państwo to kto? Kto się utożsamia z państwem wydanym na pośmiewisko, na kpinkowania i dworowania, kto utożsamia się z brygadą ludźmi cherlackiego kalibru, z ludźmi ziejącymi nienawiścią, ksenofobią, fundamentalizmem i sztachetowym rozumkiem faszyzujących elit, kto się poczuwa do więzi z państwem o wielkich ambicjach i małych dokonaniach, kto wie, co to patriotyzm, ten prawdziwy, wywodzący się z niezelżywej miłości do ludzi?
Najeźdźca był u siebie, my u niego. Pokazać mu, gdzie jego miejsce, okraść go, choć tak zemścić się na nim za bezsilność, było odpowiedzią na bezprawie. Patriotycznym obowiązkiem. Jak u Mickiewicza: gwałt niech się gwałtem odciska.
*
Pracować na cudzym to nie to samo, co pracować u siebie. O czym dobrze wiedzą pracownicy i właściciele. Nieomal patriotycznym obowiązkiem pracownika zaborcy, było działanie na jego szkodę. Do szlachetnych i prawie honorowych powinności należało podprowadzanie mu zysków, zniechęcenie go do życia w podbitym kraju, oraz sprawienie, by z niego spylił.
Wniosek? Sądząc po postępowaniu ludzi odpowiedzialnych za obecny kształt Polski, jeszcze nie jesteśmy wolni. Co prawda pozbyliśmy się okupantów zewnętrznych, ale zwyczaj traktowania pracodawcy jak oszusta, pozostał i dalej wegetujemy pod własną okupacją. Tym razem sprokurowaną bez przymusu, na osobiste życzenie, gdyż ujarzmiliśmy się sami. Sami sobie zaordynowaliśmy psychiczne zdziczenie, utożsamiając wolność z rozwydrzeniem.
A teraz ponownie zmierzamy do mentalnej nory; wolność nas oszołomiła, przytłoczyła rozmiarami i nie wiemy, co zrobić z jej nadmiarem. Przebywamy w nerwowej kotłowaninie sprzecznych pragnień. Prosperujemy pośród wyniszczającej pogoni za pieniędzmi, na rozdrożach i w rozkroku, pomiędzy pracą a zdobywaniem mamony; już nie potrafmy żyć bez cierpienia.
Cierpienie nas uskrzydla. Człowiek cierpiący to w pewnym sensie – bliźni, swój chłop. Człowiek szczęśliwy to wróg, mętna figura. Im bardziej narzekamy, tym mamy zdrowszy sen. Zgryzoty, porażki, smuteczek do kawy a na deser sąsiad, który stracił pracę, popija, robi awantury, szlaja się po starych, dobrych czasach, kiedy żyło mu się jak w krowim placku, ciepło, sucho i nad podziw. Idzie w tany z byłymi cudeńkami epoki, na oślep rzuca się w nostalgię, szwenda po świecie, który odczołgał się w marność, ugania po dzisiejszej, niskokalorycznej literaturze spożywczej, po lekkiej, łatwej i przyjemnie powierzchownej kulturze, dostosowanej do żarcia w kolejce po rozum, do jedzonka bez wychodzenia z kina, na ziąb, z samochodu, z piżamy, do objadania się konfiturami z chrzanem, golonką z kremem, czy innymi hamburgerami z ułatwiaczem smaku.
Obawiam się, że gdy już nie ma zagrożenia i wreszcie wolno nam myśleć bez bata, popadniemy w kolejne zależności i fobie. Już jesteśmy na drodze donikąd: z lubością tworzymy kolejne zsyłki, wygnania, nowe Syberie, upodlenia i katakumby. Pchamy się we własne sidła. Nurzamy w roztrząsaniu minionych wydarzeń.
Wystawiamy na aukcję nasz zapętlony los. Jak na licytacji niewolników. Nachalnie wdzięczymy się do potencjalnych nabywców naszego nieszczęścia. Zadajemy im nieśmiałe pytanie: kto z was da więcej za nasze wrzody, kto kupi nas na dobre czy złe, czy rozdzieramy szaty w sposób wystarczająco żałosny, czy nasz ból jest bardziej twarzowy z profilu, czy mniej en face, w jaki sposób mamy się ustawić, aby uzyskać od was większą cenę, co mamy zrobić, byście się bardziej przejęli?
*
Żyjemy w centrum światopoglądowych zawirowań. Miotani wyborami nieistniejących przyjaciół. Tupet, bezczelność, stalowe łokcie, gumowy grzbiet i dyspozycyjne przekonania, są to cechy umożliwiające trwanie przy korytku. Delikatność, subtelność, honor, są to pojęcia zabytkowe, odległe od skrzeczącej rzeczywistości środowiska żmij. Wyzwoleni od łańcucha narzuconych norm i reguł, wytrąceni z rytmu poprzednich praw, upaprani w zakłamane relatywizmy, zagubieni wśród pozrywanych więzi, znowu słyszymy instrukcje na temat tego, jak mamy widzieć, czym się bulwersować, w jaki sposób należy odczuwać.
Pozbawieni presji bycia posłusznymi, lojalnymi wobec kolonizatorów, znienacka oderwani od matki-cenzury, tej wewnętrznej, samodzielnej i niewidocznej, a także tej oficjalnej, urzędowej, bo pochodzącej z Mysiej, wpadliśmy z deszczu pod rynnę, wdepnęliśmy w nową zależność, w tworzenie wspomnieniowych pęt i nowych martyrologii.
Zapomnieliśmy, że wszelki nadmiar, znieczula. Powoduje, że intencje mają odwrotny skutek od zamierzonego. Im więcej namawiano nas do niechcianej miłości, im bardziej ciągnięto za mózg do obowiązkowej przyjaźni, tym większy narastał w nas opór, tym chętniej dążyliśmy do wydobycia się z bajora.
*
Co nas czeka? Czy rozpad obecnego tworu jest możliwy? A jeżeli tak, to kto i kiedy ma tego dokonać? Nie tylko ja zadaję sobie podobne pytania. Ten problem nurtuje wielu. I wielu teoretyków udziela zbawiennych rad. Rzekomo zasadnych i do natychmiastowego wcielenia.
Przypuszczam, że powodem obecnego stanu rzeczy jest brak odpowiedzialności za cokolwiek. Wszechobecna pogarda dla Człowieka i przyzwolenie na nią. Winna jest nasza zgoda na wypaczenie pojęć takich jak tolerancja, demokracja, prawo. Z wyśnionej Solidarności uszło powietrze: zostały z niej tylko gadżety. Została rozczulająca nazwa, goły mit i sznur z „Wesela”.
*
Ludwik XIV mawiał: państwo, to JA. Ludzie pozostający przez stulecia pod cudzym butem i knutem, odwykli od narodowego myślenia, rozproszeni i pogubieni, mówią: państwo, to nie MY. A mówią tak, bo NIEWOLNICTWO nadal żyje w naszej mentalności, w naszym wewnętrznym, codziennym, serwilistycznym zachowaniu; podobno jesteśmy na swoich śmieciach i nic nie stoi na przeszkodzie, by wyzwolić się z tych zgubnych nawyków. Po cóż mielibyśmy okradać własne państwo, czyli – siebie?
Ano po tóż, by dalej traktować swój kraj niczym ziemię niczyją: bez poczucia z nim więzi. Nie tylko ziemię obdarzaną farbowanym sentymentem, rzewną czułością na pokaz, a prywatnie, barbarzyńsko dewastowaną, bo i wszelkie jej bogactwa niszczone wbrew nakazom zdrowego rozsądku i wbrew alarmistycznym raportom klimatologów. Że nie wspomnę o lasach wycinanych ku pokrzepieniu sakiewek naszych tymczasowych możnowładców. Dam też niesłyszalny głos w sprawie skupu toksycznych odpadów od państw rozsądnych, a ochoczo ich się ich pozbywających. Nie omieszkam również warknąć na temat budowania elektrowni w sytuacji drastycznego braku gruntowych wód. Przykładów mam cały worek i co który wyciągnę ze środka, to cuchnie. Tylko co to da, że po raz któryś z rzędu rozlegnie się szmerek wołania na puszczy?
Szmerek, bo czymże jest dzisiaj kobieca wściekłość, gdzie podziały się parasolkowe zrywy, bunty i manifestacje? Jak to zwykle bywa z naszymi protestami, są one zrazu pełne zapału. Ale gdy trafiają na brak oczekiwanych reakcji, gdy zamiast nich spotykają się z brutalnością policji, szykanami, groźbami, utratami pracy, zapał gaśnie, rozpierzcha się i grzęźnie w zniechęceniu, bo adresat owych manifestacji obrał skuteczną drogę walki, a drogą tą jest p r z e c z e k a n i e.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Literatura spożywcza – świetne! I to tylko jeden z wielu przykładów intelektualno – ironicznych perełek! Dla mnie głos Autora to nie szmerek a ryk! Być może zranionego zwierza. Jastrząb lata wysoko i widzi wszystko precyzyjnie.
dzięki za słowa otuchy w ten plugawy czas.