30.08.2021

Bisnetus pisząc o partiach politycznych (Bisnetus: O partiach politycznych) dotknął jednego z najistotniejszych problemów polskiej demokracji. Możemy rozważać różne walory i wady naszego modelu ustrojowego, ale praktyka jego realizacji zależna jest od jakości partii politycznych. Czy jest możliwe budowanie państwa demokratyczno-liberalnego przez partie antydemokratyczne i antyliberalne?
Skuteczne w politycznej grze są leninowskie, scentralizowane, zawodowe partie; trudno jednak uwierzyć, bez względu na prezentowane programy, wartości i hasła, że są one zdeterminowane, by bronić naszych wolności, skoro, w imię skuteczności, swoich partyjnych działaczy sprowadzają do roli żołnierzy ślepo i lojalnie wypełniających rozkazy przełożonych.
Trudno nie zauważyć, że brak demokracji wewnątrzpartyjnej, „wodzowski” system zarządzania, prymat „zawodowego aparatu” nad szeregowymi masami członkowskimi (orwellowska partia wewnętrzna i zewnętrzna), jest cechą nie tylko PiS. Upowszechnienie modelu partii leninowskiej i wynikająca z tego kolizja z wartościami określonymi w Konstytucji, uwrażliwić nas powinna na kwestie opisane przez Bisnetusa. Zajmując się od trzydziestu lat sprawami samorządności lokalnej widziałem jak partyjny „nowotwór” niszczy wspólnotowość, jak celowymi zmianami ustaw ruguje się z rad powiatów i województw wszelkie, pozostające poza kontrolą dużych partii, lokalne ugrupowania obywatelskie; i jak to wpływa na kształt regionalnych i lokalnych polityk społecznych. Partyjność wyparła samorządność; nie jest to tylko efekt słabości samorządności, ale też siły „leninowskiego” centralizmu.
Porównując życie partyjne w latach 90. XX w. ze współczesnymi doświadczeniami, można nie tylko zauważyć okrzepnięcie podziałów politycznych, ale i ich ewolucje w kierunku silnych, scentralizowanych partii. Na tle zawirowań, wzwodów i upadków, demokracji rozdrobnionych grupek politycznych amatorów, ta konsolidacja i profesjonalizacja była odbierana jako proces korzystny dla ogółu. Zwykle tak jest, że większość ludzi nie czuje ambicji osobistego współrządzenia, woli być dobrze rządzona. W ewolucji życia politycznego istotnym czynnikiem było wprowadzenie systemu finansowania partii z budżetu, nazwanego od twórcy: modelem Dorna. Trudno negować zmianę; wcześniejsze formy finansowania partii i kampanii wyborczych prowadziły do różnego rodzaju patologii. Bywa jednak tak, że wbrew intencjom autora, zmiana na lepsze może rodzić inne patologie, pogarszające jakość życia publicznego. Sam Ludwik Dorn w pewnym sensie stał się ofiarą wprowadzonych przez siebie rozwiązań.
System Dorna, likwidując „wolnorynkowe” patologie, miał dla partyjnych kierownictw przynajmniej dwie ważne zalety. Pierwszym walorem jest oderwanie kierownictwa od chwiejnych nastrojów mas członkowskich. Politycy, bez względu na opcje, często się żalą, że demokracja jest niby dobrym systemem, lecz ludzie do niej nie dorośli. Jeśli fundusze partii przestają być zależne od składek członkowskich, kierownictwo może się pozbyć wszystkich, którzy „do demokracji nie dorośli”. Najsilniejsze partie polityczne liczą dziś po kilkanaście tysięcy członków i świadomie dążą do ograniczenia swej wielkości. Lepiej dla władzy partyjnej jest, gdy w mieście X partia liczy 5 członków, za to „pewnych i lojalnych”, niż 5 tysięcy trudno sterowalnych indywidualności.
Drugą zaletą jest skupienie decyzji finansowych w ręku centralnego kierownictwa. Jeśli się komuś kierownictwo nie podoba, to może się wykluczyć lub zostać wykluczony z partii, bez odczuwalnej, materialnej straty dla kierownictwa. W takich warunkach ewolucja partii w kierunku modelu „wodzowskiego”, w kierunku budowy scentralizowanej organizacji zawodowych polityków, jest oczywista. Doświadczenie pokazuje, że w tych warunkach budżetowego finansowania, trwałość zachowują tylko „partie leninowskie”, oparte na zawodowym aparacie. Ugrupowania nazywane „antysystemowymi” mogą czasem przebijać „szklany sufit”, zyskiwać chwilowe, wysokie poparcie społeczne (vide Samoobrona, Ruch Palikota, Wiosna, ruch Kukiza, partia Nowoczesna, ruch Hołowni itp.); bez aparatu, bez materialnego fundamentu, ich sukcesy są nietrwałe.
Emancypacja partii od społeczeństwa stabilizuje scenę polityczną, czyni życie polityczne bardziej przewidywalnym, w teorii uwalnia także polityków od konieczności budowania poparcia hasłami populistycznymi. Są to zalety, lecz równie dobrze można powiedzieć, iż walorem zgonu jest uwolnienie się od wszelkich chorób. Wyborca ma zdecydowanie mniejszy wpływ, niż kierownictwo partyjne, na to, kto go reprezentuje nie tylko w Parlamencie, ale także w organach samorządowych. Zwykły członek partii ma poczucie, że jego głos się nie liczy; decyzje należą do wodza i otaczającej go kamaryli. Tworzy się klimat demokracji klientystycznej; rzeczywisty wpływ na politykę państwa ma kilkadziesiąt osób, tworzących partyjne kierownictwa. Reszta społeczeństwa może jedynie pokornie antyszambrować, dobijać się do uszu decydentów, licząc na ich łaskawość. System scentralizowanych partii zawodowych polityków jak nowotwór rozlewa się na wszystkie instytucje państwa. Kierownictwo wiedząc, że lojalność zawodowego aparatu partyjnego zależy od apanaży, musi sięgać po zasoby państwa (stanowiska w państwowych instytucjach i przedsiębiorstwach), by wiernych nagradzać. Nomenklatura nie zrodziła się z pazerności partyjnych jednostek, lecz z istoty systemu „partii leninowskiej”.
Wolność jednostki nie może być zależna od nastroju mniej lub bardziej liberalnego polityka. Wolność chroni wielość i równoważenie się różnych ośrodków władzy. Intuicyjnie wierzymy, że dla demokracji korzystny jest pluralizm partyjny i równoważenie wpływów na państwo partii rządzących i opozycyjnych. Zaletą jest, jeśli partyjne barwy Senatu różnią się od sejmowych, zaletą jest ponadpartyjność Prezydenta RP. Owe zalety znikają, jeśli owe instytucje zagarnia jedna partia, dysponująca materialną przewagą nad innymi; podobnie zalety owe unieważnia praktyczny oligopol silnych partii, niezależnych od społeczeństwa.
Demokrację wewnątrzpartyjną i większe powiązania partii ze społeczeństwem wymusiłoby przejście na system finansowania podobny systemowi wspierania organizacji pozarządowych, czyli odpis 1%.
Pytanie, jak to zmienić? Bisnetus szuka rozwiązań w zmianie ustawy o partiach politycznych. Podsuwa szereg rozwiązań słusznych, ale zapomina o szczególnych umiejętnościach polityków w omijaniu prawa. Dla mnie istotna wydaje się zmiana systemu finansowania partii. Rozwiązanie leży na stole i jest, w pewnym sensie, sprawdzone. Demokrację wewnątrzpartyjną i większe powiązania partii ze społeczeństwem wymusiłoby przejście na system finansowania podobny systemowi wspierania organizacji pozarządowych, czyli odpis 1%. Podobnie, jak w przypadku organizacji pozarządowych, dokonujący darowizny mógłby wskazać nie tylko partię, ale konkretnego w tej partii odbiorcę oraz konkretny cel, na który chce przeznaczyć pieniądze. Ten mechanizm „dodatkowego wyboru” uniezależniać mógłby ambitnych i pracowitych działaczy, od wszechwładzy partyjnego prezesa.
Zmiana ta wydaje się abstrakcją, gdy w Sejmie dominują silne „wodzowskie” partie zainteresowane finansowym status quo. Ale nic nie jest niemożliwe, zwłaszcza gdy wyraźnie wietrzeją mury oligopolu, gdy przybywa ruchów „antysystemowych” i frakcji zainteresowanych usamodzielnieniem się od dyktatu wodzów. Nie jest wykluczone, że Bastylii – dornowskiego systemu finansowania partii – nie ma już kto bronić.
Jarosław Kapsa

O sposobie finansowania partii poprzez odpis od podatku nigdzie wcześniej nie czytałem. Uważam, że pomysł jest bardzo dobry. W moim odczuciu zasadniczą zaletą jest jego „czasowa elastyczność”; wyborca może zmieniać swe preferencje co rok, również w stosunku do konkretnych osób. Jakby tak jeszcze dopisać np. alfabetyczne listy wyborcze lub/i (w roku poprzedzającym wybory) układanie list wyborczych na podstawie takich odpisów, to byłoby całkiem fajnie. Jeszcze fajniej byłoby wykoncypować jakąś formę (samo)odpowiedzialności finansowej wyborcy, ale to już chyba nie całkiem demokratyczny pomysł.