Zbigniew Szczypiński: O umieraniu

01.09.2021

man learning on concrete wall
Photo by Warren Wong on Unsplash

Przyrasta lat, narasta poczucie nieuchronnego końca. Nie ma we mnie lęku, to przecież naturalny koniec każdej formy życia, jaką znamy. My, ludzie plasujemy się w górnej części skali co długości życia. Wprawdzie są organizmy żyjące dłużej (na przykład żółwie czy koralowce), ale zdecydowana większość to takie, których czas życia jest krótszy. Od jętki jednodnodniówki, która ma tylko jeden dzień, aby wzlecieć w powietrze po wyzwoleniu się z larwy, znaleźć partnera, przekazać geny, złożyć jaja i umrzeć. Inne, bardziej złożone organizmy żyją dłużej, na przykład pies to średnio 12 -15 lat, w których wzrasta, rozwija się, starzeje i umiera, co zawsze jest bolesne dla jego opiekuna.

Wróćmy do ludzi. Średnia wieku nas, ludzi, to obecnie 70-80 lat. Występują duże różnice tak w czasie, jak i miejscu. Czas życia jest funkcją warunków, jakie stwarza system społeczno-gospodarczy, poziom opieki lekarskiej czy częstość występowanie konfliktów zbrojnych, w których trakcie ludzie zabijają się z pasją nieporównywalną do żadnego innego zwierzęcia.

Obecnie w Polsce średnia dla mężczyzn to trochę powyżej 70 lat a dla kobiet 80 lat. To wartości wyższe niż te, które występowały w przeszłości – ale niższe niż te, które obserwujemy w wielu innych krajach.

Nie będę jednak podążał tym tropem; to ma być zapis całkowicie jednostkowych, subiektywnych przejawów umierania, tak jak ja je postrzegam, doświadczam, przeżywam. To „przeżywam” jest bardzo znaczące – to będzie zapis myśli i odczuć jeszcze żyjącego człowieka. Gdy żyć przestanę, żadne myśli i doznania nie będą istniały – na mocy definicji.

Pierwszym odczuciem, które chciałbym opisać, jest odczucie zagęszczenia czasu, czas gęstnieje, przedziały czasowe skracają się. Coś, co dawniej planowałem w skali roku – obecnie ma wymiar miesiąca; coś, co miało wymiar miesiąca obecnie jest tygodniem, tydzień to dzień, dzień to godzina.

To trudne. Trzeba się przyzwyczaić; ale to przyzwyczajenie buduje się samo, bez naszego udziału, nic nie trzeba robić.

Kolejna sprawa to narastający pesymizm w widzeniu przyszłości. Nigdy nie byłem pesymistą, zawsze widziałem szklankę do połowy pełną, a nie pustą, z możliwych wariantów obstawiałem, że zdarzy się ten pozytywny. To inni mogą mieć kłopoty, ja nigdy.

To o czym piszę wyżej szczególnie mocne jest w odniesieniu do sytuacji społecznej, do scenariuszy politycznych, tego, co zdarzy się na świecie, a zwłaszcza w tym jego wycinku, jakim jest miejsce, w którym żyję, w Polsce. Miałem trochę okazji przyjrzeć się bliżej, na czym polega „robienie polityki”, wiem, że tam nie ma miejsca dla pięknoduchów, oni niech „robią” w kulturze i sztuce, w polityce obowiązują twarde reguły. Wiedząc to wszystko, widziałem zawsze rozwiązania optymistyczne, tych pesymistycznych widziałem zawsze mniej. A przecież było różnie, było i tak, moje nastawienie wynikające z wieku powodowało, że optymistyczne warianty wydawały mi się bardziej prawdopodobne. Teraz jest inaczej.

Pesymizm w odniesieniu do sytuacji zewnętrznej to jedno, jako problem postrzegam narastającą ilość lęków i obaw. A to o jakiś wypadek, o jakieś zdarzenie, które sprowadzi na mnie kłopoty. Najlepszym tego przykładem jest sytuacja, że gdy jadę samochodem (nadal jestem kierowcą, już od prawie 60 lat, bez żadnej kraksy i wypadku) narasta we mnie lęk, że zaraz coś się stanie, że auto się zepsuje i będę musiał wzywać pomoc, że będą kłopoty. Wiem, że moja Toyota to najmniej awaryjny samochód, że nigdy się nie zepsuł, że nigdy wcześniej nie miałem takich lęków. To zagęszczenie przeżywanego czasu jest pewnie tego przyczyną, nawet ta uświadamiana racjonalizacja nie pomaga, lęki pozostają.

Kolejnym symptomem zbliżającej się śmierci jest skupienie uwagi na sobie samym, na tym, jak tam z ciśnieniem, temperaturą i różnymi procesami fizjologicznymi. Sprawdzam te parametry nawet wtedy, gdy nie ma żadnych symptomów, żadnych objawów wskazujących na taką potrzebę. Nigdy wcześniej nie byłem tak zorientowany na stan swojego organizmu – ale nigdy też nie byłem tak często pacjentem różnych lekarzy specjalistów. Mam już 83 lata i nie mam żadnej zastawki, żadnego bypassu, żadnego sztucznego stawu czy szczęki – a nawet nie było potrzeby operacji banalnej zaćmy. Ogólnie wyglądam na znacznie młodszego, niż wskazuje na to PESEL; a mimo to czas się zagęszcza i pozwala mi na formułowanie takich „mądrości” jak to, „że ja już nic nie muszę, nawet żyć nie muszę” albo takiej, że chciałbym zdrowo umrzeć. To też pochodna sytuacji, od której zacząłem te zapiski.

Kolejnym symptomem zbliżającego się końca jest pogarszająca się ogólna sprawność motoryczna. Coś, co kiedyś nie sprawiało mi żadnych trudności w chodzeniu, bieganiu, wspinaniu się, wydaje mi się odległą przeszłością, mimo że było to łatwe jeszcze trzy, cztery lata temu. To bardzo denerwujące dla kogoś, kto był aktywny. Mimo że nie korzystam z laski ani innego urządzenia wsparcia, że chodzę tak, że nikt, żaden postronny obserwator nie pomyśli, że mam kłopoty – to ja je mam. Po 300 – 400 metrach rozglądam się za ławeczką, aby chwilę odpocząć. To denerwujące, ale to też funkcja wieku i zagęszczania czasu.

Z wszystkich podsystemów składających się na całość tego bardzo złożonego systemu, jakim jest organizm człowieka – jak dotąd bez zarzutu funkcjonuje mi głowa i to, co tam się dzieje. Nie mam oznak starzenia się, nie pogarsza mi się ani wzrok, ani słuch, ani pamięć, ani zdolności do rozwiązywania logicznych zagadek.

Z tych dwóch sytuacji, z których jedna to sprawność umysłowa i pogarszająca się sprawność fizyczna i sprawność fizyczna, a pogarszająca się sprawność umysłowa, zdecydowanie wybieram tą pierwszą.

I niech tak będzie, do samego końca.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email