01.09.2021
Przyrasta lat, narasta poczucie nieuchronnego końca. Nie ma we mnie lęku, to przecież naturalny koniec każdej formy życia, jaką znamy. My, ludzie plasujemy się w górnej części skali co długości życia. Wprawdzie są organizmy żyjące dłużej (na przykład żółwie czy koralowce), ale zdecydowana większość to takie, których czas życia jest krótszy. Od jętki jednodnodniówki, która ma tylko jeden dzień, aby wzlecieć w powietrze po wyzwoleniu się z larwy, znaleźć partnera, przekazać geny, złożyć jaja i umrzeć. Inne, bardziej złożone organizmy żyją dłużej, na przykład pies to średnio 12 -15 lat, w których wzrasta, rozwija się, starzeje i umiera, co zawsze jest bolesne dla jego opiekuna.
Wróćmy do ludzi. Średnia wieku nas, ludzi, to obecnie 70-80 lat. Występują duże różnice tak w czasie, jak i miejscu. Czas życia jest funkcją warunków, jakie stwarza system społeczno-gospodarczy, poziom opieki lekarskiej czy częstość występowanie konfliktów zbrojnych, w których trakcie ludzie zabijają się z pasją nieporównywalną do żadnego innego zwierzęcia.
Obecnie w Polsce średnia dla mężczyzn to trochę powyżej 70 lat a dla kobiet 80 lat. To wartości wyższe niż te, które występowały w przeszłości – ale niższe niż te, które obserwujemy w wielu innych krajach.
Nie będę jednak podążał tym tropem; to ma być zapis całkowicie jednostkowych, subiektywnych przejawów umierania, tak jak ja je postrzegam, doświadczam, przeżywam. To „przeżywam” jest bardzo znaczące – to będzie zapis myśli i odczuć jeszcze żyjącego człowieka. Gdy żyć przestanę, żadne myśli i doznania nie będą istniały – na mocy definicji.
Pierwszym odczuciem, które chciałbym opisać, jest odczucie zagęszczenia czasu, czas gęstnieje, przedziały czasowe skracają się. Coś, co dawniej planowałem w skali roku – obecnie ma wymiar miesiąca; coś, co miało wymiar miesiąca obecnie jest tygodniem, tydzień to dzień, dzień to godzina.
To trudne. Trzeba się przyzwyczaić; ale to przyzwyczajenie buduje się samo, bez naszego udziału, nic nie trzeba robić.
Kolejna sprawa to narastający pesymizm w widzeniu przyszłości. Nigdy nie byłem pesymistą, zawsze widziałem szklankę do połowy pełną, a nie pustą, z możliwych wariantów obstawiałem, że zdarzy się ten pozytywny. To inni mogą mieć kłopoty, ja nigdy.
To o czym piszę wyżej szczególnie mocne jest w odniesieniu do sytuacji społecznej, do scenariuszy politycznych, tego, co zdarzy się na świecie, a zwłaszcza w tym jego wycinku, jakim jest miejsce, w którym żyję, w Polsce. Miałem trochę okazji przyjrzeć się bliżej, na czym polega „robienie polityki”, wiem, że tam nie ma miejsca dla pięknoduchów, oni niech „robią” w kulturze i sztuce, w polityce obowiązują twarde reguły. Wiedząc to wszystko, widziałem zawsze rozwiązania optymistyczne, tych pesymistycznych widziałem zawsze mniej. A przecież było różnie, było i tak, moje nastawienie wynikające z wieku powodowało, że optymistyczne warianty wydawały mi się bardziej prawdopodobne. Teraz jest inaczej.
Pesymizm w odniesieniu do sytuacji zewnętrznej to jedno, jako problem postrzegam narastającą ilość lęków i obaw. A to o jakiś wypadek, o jakieś zdarzenie, które sprowadzi na mnie kłopoty. Najlepszym tego przykładem jest sytuacja, że gdy jadę samochodem (nadal jestem kierowcą, już od prawie 60 lat, bez żadnej kraksy i wypadku) narasta we mnie lęk, że zaraz coś się stanie, że auto się zepsuje i będę musiał wzywać pomoc, że będą kłopoty. Wiem, że moja Toyota to najmniej awaryjny samochód, że nigdy się nie zepsuł, że nigdy wcześniej nie miałem takich lęków. To zagęszczenie przeżywanego czasu jest pewnie tego przyczyną, nawet ta uświadamiana racjonalizacja nie pomaga, lęki pozostają.
Kolejnym symptomem zbliżającej się śmierci jest skupienie uwagi na sobie samym, na tym, jak tam z ciśnieniem, temperaturą i różnymi procesami fizjologicznymi. Sprawdzam te parametry nawet wtedy, gdy nie ma żadnych symptomów, żadnych objawów wskazujących na taką potrzebę. Nigdy wcześniej nie byłem tak zorientowany na stan swojego organizmu – ale nigdy też nie byłem tak często pacjentem różnych lekarzy specjalistów. Mam już 83 lata i nie mam żadnej zastawki, żadnego bypassu, żadnego sztucznego stawu czy szczęki – a nawet nie było potrzeby operacji banalnej zaćmy. Ogólnie wyglądam na znacznie młodszego, niż wskazuje na to PESEL; a mimo to czas się zagęszcza i pozwala mi na formułowanie takich „mądrości” jak to, „że ja już nic nie muszę, nawet żyć nie muszę” albo takiej, że chciałbym zdrowo umrzeć. To też pochodna sytuacji, od której zacząłem te zapiski.
Kolejnym symptomem zbliżającego się końca jest pogarszająca się ogólna sprawność motoryczna. Coś, co kiedyś nie sprawiało mi żadnych trudności w chodzeniu, bieganiu, wspinaniu się, wydaje mi się odległą przeszłością, mimo że było to łatwe jeszcze trzy, cztery lata temu. To bardzo denerwujące dla kogoś, kto był aktywny. Mimo że nie korzystam z laski ani innego urządzenia wsparcia, że chodzę tak, że nikt, żaden postronny obserwator nie pomyśli, że mam kłopoty – to ja je mam. Po 300 – 400 metrach rozglądam się za ławeczką, aby chwilę odpocząć. To denerwujące, ale to też funkcja wieku i zagęszczania czasu.
Z wszystkich podsystemów składających się na całość tego bardzo złożonego systemu, jakim jest organizm człowieka – jak dotąd bez zarzutu funkcjonuje mi głowa i to, co tam się dzieje. Nie mam oznak starzenia się, nie pogarsza mi się ani wzrok, ani słuch, ani pamięć, ani zdolności do rozwiązywania logicznych zagadek.
Z tych dwóch sytuacji, z których jedna to sprawność umysłowa i pogarszająca się sprawność fizyczna i sprawność fizyczna, a pogarszająca się sprawność umysłowa, zdecydowanie wybieram tą pierwszą.
I niech tak będzie, do samego końca.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Piękny, mądry i poruszający tekst. Mam o prawie 30 lat mniej a rozpoznaję u siebie dużo podobnych zmian, odczuć i wrażeń.
Refleksje nad upływającym czasem i własnym życiem, zapewne ma każdy średnio inteligentny człowiek. Ja mam 54 lata i właśnie odkrywam, że także mam coraz większy dystans do spraw dnia codziennego, do spraw życiowych moich już 30 letnich dzieci. A patrząc na sprawy dotyczące polityki, myślę sobie …dobrze, że mam już tyle lat ile mam. Oczywiście biorę udział w wyborach, zdarza się często, że uczestniczę w demonstracji itp, ale dla przykładu, będąc na proteście przeciwko nieludzkim przepisom antyaborcyjnym i niezbyt dużej grupie młodych oraz ogólnie raczej kiepskiej frekwencji, pomyślałem, tak właściwie to nie mój problem, dla mnie te tematy i dylematy nie dotyczą.
Bardzo trafnie użył Pan stwierdzeni – zagęszczenie czasu Dziękuję i ozdrawiam Paweł
Ja to nazywam przyspieszaniem czasu i „rdzewieniem” organizmu. Zwykle wejscie do samochodu zamienia sie we wpadniecie w fotel, skrecenie gory tulowia w celu obejrzenia sie stalo sie problemem. To samo ze zrobieniem przysiadu, nagle zlapalem sie na tym ze zginam sie w pol zeby dosiegnac czegos na podlodze bez zginania kolan. Kilka lat temu zaczelismy z zona cwiczyc ( zmuszeni przez dzieci ) i trend sie zatrzymal. Dzisiaj robie kilkadziesiat przysiadow z obciazeniem na plecach, podciagam sie na drazku ( z asysta ) calym zestawem rozciagniec utrzymujemy ruchliwosc kregoslupa, serce znosi jakos przejscie 260 schodow w gore i w dol. Do tego nawet w ograniczeniach kowidowych staramy sie chodzic te 5 km dziennie. Jestesmy mlodsi od autora o 10 lat, ale dalej uwazamy ze trzeba walczyc i umrzec zdrowszym. 🙂 Niestety nie jestesmy takimi szczesciarzami by nie widziec pogarszajacego sie wzroku i sluchu, pamiec tez potrafi platac nam figle. No coz nie mozna miec wszystkiego.
Przyjęcie takiej postawy – skoro mam już taką ilość lat i moja perspektywa jest związana z nieuchronnym końcem, końcem wszystkiego, to mogę się nie przejmować takimi sprawami jakie wykraczają poza nasz horyzont jest zrozumiała ale absolutnie niesłuszna. Ten koniec to tylko w naszym, jednostkowym przypadku, po naszym odejściu świat będzie trwał dalej, nie wiadomo jak długo ale będzie.
Można przyjąć inną perspektywę – właśnie dlatego, że koniec już blisko to nie ma co się bać i w politycznych sporach prezentować postawę „mnie tam nic nie przestraszy”, to młodzi mają wiele do stracenia a my nic, nawet złudzeń bo ich nie mamy, wiemy czym i kim jest ta władza. To nie przypadek, ze we wszystkich protestach , a to pod sądami, a to w strajku kobiet większość stanowili starsi, polska młodzież ruszyła się tylko raz – gdy było zagrożenie utraty swobody w internecie.
Skoro jeszcze się ruszamy (zgadzam się z panem Adamem – trzeba ćwiczyć, sam to robię) to trzeba być tam gdzie trzeba, choćby po to aby dać świadectwo…
Przeczytałem ten tekst ze trzy, cztery razy, Odbieram go jako bardzo dobry, ale – choć refleksje budził chyba ważne – sensownego komentarza nie miałem. Do teraz. Ten, który mam jest jednak równie smutny jak artykuł, choć refleksje budzi chyba inne. Jechałem otóż tak z godzinę temu koło stadionu piłkarskiego w moim mieście. Na okolicznych ulicach mnóstwo samochodów; o zaparkowaniu nawet marzyć nie można. Przed wejściem ogromna kolejka (przed innymi podobno też) kibiców. Czyli tzw. zwyczajnych ludzi; którzy wybierają swym dzieciom szkoły, zajęcia pozalekcyjne, dopuszczalny repertuar telewizyjny etc., o innych wyborach nie wspominając. No i przyszło mi do głowy durne pytanie. Ilu z nich byłoby w stanie ten tekst przeczytać? A gdyby przeczytali do końca, ilu pamiętałoby o tym jutro. A tzw. poziom scholaryzacji mamy raczej wysoki.
Taka jest właśnie Polska. Ale innej nie mamy, trzeba robić wszystko co można, każdy wrażliwy i myślący człowiek zgodnie z tym na ile pozwalają mu siły i zdrowie. Innego wyjścia nie ma. Wygramy, no może w dłuższym horyzoncie niż byśmy chcieli
Panie Redaktorze, mimo że jestem młodym człowiekiem (20 lat) to przeżyłem już wiele brutalnych strat. W tym jedną z nich całkiem niedawno – 31 sierpnia w wieku 12 lat odszedł mój pies. Przed chwilą na wspomnienie o Niej rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie wiem, co w umieraniu jest gorsze – gdy odchodzi się samemu i ma się pewien niepokój o los bliskich czy w ogóle świata lub gdy po śmierci bliskiej osoby ogarnia nas przytłaczające uczucie pustki.
Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie wiecznego życia – w końcu rozwiąże się wszystkie zagadki, pozna wszystkich ludzi, zobaczy i wymyśli wszystko. Co począć przez wieczność? Patrzeć się przed siebie z uczuciem wszechogarniającej nudy? Każda opowieść ma sens tylko, gdy ma zakończenie i tylko od pisarzy życia, czyli nas samych, zależy czy będzie to piękny finał czy nie.
PS. Życzę Panu jeszcze długich lat w zdrowiu i sprawności umysłowej do końca. A gdy już przyjdzie czas – to szybko i spokojnie, jak nam wszystkim. Time is the final frontier.
Dobrze wiem o czym Pan pisze wspominając swojego psa i jego odejście. Przez całe życie miałem psy, albo jednego albo dwa, i zawsze duże -owczarki niemieckie długowłose, to byli moi koledzy, Wszyscy są już „w krainie wiecznych łowów”. Taki jest porządek w przyrodzie – my żyjemy dłużej ale nie wiecznie. I całe szczęście…
Zbyszku, dziękuję Ci za ten piękny, odważny i osobisty tekst. Czytam wszystkie Twoje eseje, uwielbiam je, czasami wracam do nich, by szukać inspiracji i drogowskazów. Ten jest wyjątkowy, bo dotyka najbardziej intymnych spraw, o których rzadko rozmawiamy, którymi trudno się dzielić, a które ostatecznie przecież są najważniejsze. Miałam dużo refleksji. Pierwsza z nich (napiszę równie wprost), to że nie wyobrażam sobie, że Ciebie nie ma. Nie zgadzam się. Między nami jest 40 lat życia, a ja czasami myślę, że oprócz Twojej mądrości, nie dzieli nas czas. To absolutnie dla mnie niezwykłe.
„Czas życia jest funkcją warunków, jakie stwarza system społeczno-gospodarczy….” – Polska jest najbardziej homofobicznym krajem w UE, w którym odsetek młodych mających myśli samobójcze sięga prawie 70% (w grupie 14-17 lat). Jak słyszę o kolejnym odejściu młodej osoby myślę, że gdyby urodziła się kilkaset kilometrów dalej, w Czechach, Słowenii, Niemczech dzisiaj by żyła, miałaby rodzinę i fajną pracę. Myślę też o utraconych talentach, potencjale tych osób, które zamiast zajmować się rozwojem, szkołą i zabawą przeżywają stres mniejszościowy i czują się jak „zaraza” w Polsce – „strefie wolnej od lgbt”. Sprawy gospodarcze, nasz poziom inflacji i pkb nie maja tu nic do rzeczy. Zamiast nagonki na osoby LGBT+, która realnie odbiera nam życie (stres, uzależnienia, depresje, samobójstwa) moglibyśmy zająć się np. czystością powietrza, która skraca życie nie tylko nam, osobom LGBT+.
To dobry program do działania, was, młodych. Ja mogę być tylko życzliwym recenzentem i służyć radą. To jest zgodne z tym znanym powiedzeniem – „gdyby młodość wiedziała to wie starość a starość mogła to co może młodość to świat byłby rajem…
Kilka razy czytałem ten tekst, zastanawiając się nad poruszonym tematem. Tematem w naszej kulturze obecnym bardzo zdawkowo, marginalnie, będącym niejako wstydliwym tabu.
*
Zagadnienie śmierci stanowi centralny punkt wielu religii, w tym dominującej w Polsce religii katolickiej. W niej śmierć biologiczna człowieka jest wstępem do życia wiecznego. Po śmierci kapłani tej religii obiecują wiernym życie wieczne i sąd ostateczny, na którym bóg dokona oceny żywota każdego człowieka. Ta perspektywa jest tak obiecująca, że wielu ludzi tylko dla niej samej trwa przy religii, depcząc wszelkie inne jej kanony. Im bliżej śmierci, tym wierzący są bardziej zaniepokojeni, czy aby na pewno będzie tak, jak im obiecują urzędnicy wyznawanego boga.
*
Współczesna nauka, w tym wielu badaczy zwłaszcza zjawiska śmierci klinicznej dochodzi do podobnych wniosków jak w wielu religiach, że śmierć biologiczna jest tylko zmianą formy istnienia a inteligencja, czy jak kto woli dusza przechodzi w inny stan i tu jest pole do różnorodnych interpretacji – od świadomości zbiorowej (kosmicznej) do zjawisk reinkarnacji czyli wędrówki dusz. Tu też mimowolnie dopatruję się wpływu tradycyjnych religii, których aparat pojęciowy jest tak anachroniczny, że nauka próbuje nieco uwspółcześnić ten przekaz.
*
Śmierć jako zjawisko biologiczne jest także przedmiotem refleksji angostyków i ateistów. W tej refleksji nieuchronność końca określana jest jako podstawowy dramat egzystencjalny osoby ludzkiej.
*
Opisywanie procesu starzenia się i wędrówki w stronę nieuchronnego końca, jest tego rodzaju autorefleksją, którą niezbyt często spotykamy. Łatwiej kultywować młodzieńczy mit i samopoczucie nieśmiertelności, odpychając od siebie refleksje o śmierci. Dotyczy to zresztą ludzi niezależnie od wieku – czym innym jest świadomość nieuchronności, a czym innym zadręczanie sie nią nieustannie. To ostatnie byłoby nieznośne i bardzo autodestrukcyjne.
*
Wiele obserwacji Autora jest mi bliskich, nie tylko dlatego, że jestem nieco tylko młodszy. Także dlatego, że od 12 roku życia często stykałem się ze śmiercią ludzi bardzo bliskich, a to wymusza refleksję o tym zjawisku.
*
Zjawiska opisywanae przez Pana Zbigniewa Szczypińskiego, a mianowicie:
– odczucie zagęszczenia czasu, czas gęstnieje, przedziały czasowe skracają się (ja używam pojęcia skracania się czasu albo inaczej przyspieszającego upływu czasu),
– skupienie uwagi na sobie samym,
– pogarszająca się ogólna sprawność motoryczna,
stanowią coś czego także doświadczam i co tę nieuchronność zapowiada.
W jednym tylko widzę róznicę w stosunku do Autora – narastający pesymizm w widzeniu przyszłości. Może jeszcze nie zestarzałem sie dostatecznie, albo mam inną konstrukcje umysłową, ale ja tego zjawiska narastającego pesymizmu nie doświadczam.
*
Podobnie jak Autor, sprawność umysłową wolałbym zachować do końca bardziej niż sprawność fizyczną, choć i tej ostatniej nie warto odpuszczać.
>narasta we mnie lęk, że zaraz coś się stanie, że auto się zepsuje i będę musiał wzywać pomoc,
>że będą kłopoty….Po 300 – 400 metrach rozglądam się za ławeczką, aby chwilę odpocząć.
>To denerwujące….
Nie lepiej oddać auto jakiemuś frajerowi co jeszcze nie słyszał, że już za parę lat ICE będą zakazane, zaoszczędzone na benzynie pieniądze przeznaczyć na poprawiający humor kieliszek czerwonego wina w sąsiedzkiej kawiarni a odcinek drogi do ławeczki pokonywać….biegiem (przynajmniej parę razy w tygodniu)?
Nie musi Pan bić żadnych rekordów. Wystarczy by serce poczuło, że ma jeszcze coś do roboty.
Są starsi od Pana co nawet biegają….maraton. Np. Ginette Bedard, która w 2019 w wieku 86 pobiegła w swoim kolejnym 17 maratonie nowojorskim.
https://www.amny.com/news/meet-ginette-bedard-one-of-nyc-marathons-oldest-runners/
Są i starsi jak np. żyjący w Londynie 108-letni Fajua Singh nadal biorący udział w biegach 10 km. Najdziwniejsze, że zaczynał biegać, kiedy miał 82 lata….pański wiek.
https://religionnews.com/2019/04/22/worlds-oldest-marathoner-at-108-is-a-model-of-more-than-simply-stamina/
A z drugiej strony mamy przykład genialnego Emila Zatopka, zmarłego w wieku 82 lat, co przestał biegać nazajutrz po zakończeniu kariery sportowej. Skończyło się tak, że przez ostatnie lata życia nie mógł nawet…..chodzić.
Dziękuje za dobre rady. Ta z której skorzystam dotyczy tylko zwiększenia mobilności, może nie maraton ale intensywny marsz 2 kilometrowy. Taki bohater o jakich Pan pisze to ja już nie będę ale proponuję to Panu gdy już osiągnie moje lata, może się uda.
Moja propozycja to zachęta do utrzymania mobilności i serca w dobrym stanie. Podane przykłady są może trochę ekstremalne ale nieruchawość z całą pewnością nikomu nie służy. Musi Pan sam zdecydować jaka forma ruchu służy najlepiej. Jestem pańskim tylko parę lat młodszym kolegą i choć nigdy nie byłem zainteresowany sportem to od 45 roku życia starałem się biegać po prostu dla utrzymania kondycji. I robię to nadal parę razy w tygodniu, od 3 do 6 km. Jeśli woli Pan intensywne marsze to gdańskie wzgórza znakomicie się do nich nadają. Intensywny pół godzinny marsz pod górę odświeża jak mało która forma ruchu.
Jest jeszcze jeden, prozaiczny być może, ale dokuczliwy, problem. W spisie telefonów coraz mniej numerów jest aktualnych. A były to często ważne numery.